Co kraj, to obyczaj, a obyczaje bywają różne, tak jak i kraje zresztą. Różne też bywają obyczaje kulinarne i podczas gdy w jednym kraju podniebienia rozkoszują się potrawą z kiszonej kapusty, gdzie największym specjalistą od przygotowania takowej okazuję się być sam prezydent, to gdzie indziej mienione podniebienia szczytują podczas konsumpcji smażonej ryby z frytkami.
Można by tak zwiedzić całą Europę, wyliczając narodowe potrawy poszczególnych krajów, ale wówczas z notki zrobił by się “chef guide”, a na to czasu nie mam, więc ograniczę się jedynie do sposobów przyrządzania herbaty.
Ktoś może od razu sobie skojarzyć, że to Brytyjczycy niosą palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie, ale jakże wówczas ten ktoś może się pomylić, no bo czy parzył ktoś z UK herbatkę Rasputinowi, Włodzimierzowi Leninowi, czy generalissimusowi Stalinowi?
Ja wiem, że na Wyspach znajdziemy kucharka, który serwuje ten wspaniały skądinąd napój Elżbiecie II, jej synowi, czy też wnukom, ale to nie to samo jednak co Lenin, Stalin, czy też Rasputin, gdzie ten ostatni wywołuje u niejednej białogłowy westchnienia, po tym, gdy się okazało, że jej luby, to tylko w gębie jest mocny, jak pan premier dajmy na to, a nawet dwóch i przytoczę tu “wierzbę z gruszkami”, a także “Zielona Wyspę”.
Powracając do sztuki parzenia herbaty, to mistrzem w niej jest bliski przyjaciel naszego premiera, jego mentor i niedościgniony wzór do naśladowania i mowa tu oczywiście o Władimirze Putinie, z którym pan premier tulił się czule w namiocie, podczas gdy obok namiotu na jakiejś szmacie leżało ciało Prezydenta RP.
Mało kto wie, że dziadek kumpla naszego premiera był kucharzem Rasputina, Lenina i Stalina.
Czyim kucharzem był dziadek naszego premiera i komu parzył on herbatę, to też z grubsza wiadomo, ale to jednak nie ta liga, co dziadek Putina.
Druh pana premiera słynie z tego, iż herbatę robi niezwykle mocną. Udoskonalił on bowiem nieco receptury dziadka i zamiast cukru, czy sacharyny, herbatkę z tradycyjnego, rosyjskiego samowara zwykł słodzić radioaktywnym polonem, a o jej mocy mógł się przekonać Aleksander Litwinienko, któremu owa herbatka bardzo zaszkodziła.
No i tą pokrętną nieco drogą zbliżyłem się do sedna.
Czy ktoś wie dlaczego kompan naszego premiera uraczył “atomową” herbatką A. Litwinienkę?
Jeśli tak, to dobrze, a jeśli nie, to niech sobie wygoogla, a ja tymczasem zapytam, czy aby szopka z bombami nie jest preludium do Wołgodońska w wersji znad Vistuli? Nie musi być takiej "pompy" jak w Wołgodońsku, wystarczy bowiem opcja “soft”; Polska, to nie Rosja, no nie?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)