Donald Tusk mistrzem PR-u jest.
Twierdzenie to nie wymaga dowodów. Sposób, w jaki zaplecze medialne Tuska (od machera Ostachowicza, przez tuskowe tuby medialne tvn, gw, onet, służby tajne, jawne i wielopłciowe, do opłacanych wyrobników na większości internetowych forów) wygaszało wszystkie ujawnione publicznie problemy, które Tusk, platforma oraz ich mocodawcy i zaplecze sami często przez ostatnie lata tworzyli budzi niekłamany podziw wśród znawców kuchni politycznego marketingu.
Tymczasem od paru tygodni Tusk ponosi jedną spektakularną porażkę wizerunkową za drugą.
Źle rozgrywał problemy związane z wprowadzeniem ustawy refundacyjnej. Zwrócił przeciw sobie nie tylko większość lekarzy i farmaceutów, ale przede wszystkim miliony pacjentów. Tusk rozgrywał ten problem chaotycznie, jakby bez planu. Można jednak w tym przypadku powiedzieć, że mleko rozlało się częściowo już w ubiegłym roku, gdy koalicja po-psl przegłosowała złą ustawę lekową w parlamencie. A w tym roku Tuskowi i jego zapleczu pozostało jedynie bronić swojej pozycji nie do obrony.
Z kolejną dużą porażką Tuska jaką była sprawa umowy ACTA sytuacja jest już zdecydowanie inna.
Tusk polecił podpisać umowę ACTA pod koniec stycznia b.r. Wiedział z pewnością, że podpis ten obróci przeciw niemu miliony Polaków. I to nie tych głównie starszych jak w przypadku ustawy refundacyjnej, tych stosunkowo łatwych do zbagatelizowania czy wręcz ośmieszenia „mocherów” ale miliony użytkowników internetu, tych głównie młodych, wykształconych, z wielkich miast, którzy stanowili dotychczas zaplecze wyborcze Tuska i platformy. Tusk powinien też wiedzieć i pewnie wiedział, że umowa ACTA ma przeciwników nie tylko w Chinach, Indiach czy Rosji, ale też w wielu krajach UE, a nawet wśród krajów inicjatorów jej utworzenia. Tymczasem Tusk bez żadnego powodu, bez możliwości wskazania realnych korzyści dla Polski wynikających z ACTA wyrwał się przed szereg, podpisał umowę i teraz, gdy Niemcy i inne liczące się kraje stwierdziły, że nie podpiszą ACTA Tusk został bez kalesonów. Dziwna, bardzo dziwna sprawa dla mistrza PR-u.
Jeszcze dziwniejsza jest sprawa z reformą emerytalną.
Tusk przez cztery lata pierwszej kadencji niewiele dobrego, poza kwestią emerytur pomostowych zrobił dla poprawy stanu polskich finansów publicznych w ogólności, a przyszłości polskiego systemu emerytalnego w szczególności. Zrobił natomiast bardzo wiele złego, z gigantycznym zadłużeniem Polski i Polaków, monstrualnym rozdęciem kosztownej biurokracji, dławieniem polskiej przedsiębiorczości przez podnoszenie wielu podatków na czele. Tusk nie musi tej "reformy" systemu emerytalnego wprowadzać. Nie on będzie zapewne jej beneficjentem. I nie takie problemy w minionych 20 latach różni polscy mężykowie stanu przeczekiwali lub zwalali na następną ekipę rządzącą. Jednak Tusk deklaruje, że chce szybkiego rozwiązania dostrzeganego i narastającego przecież od dawna problemu niewydolności systemu emerytalnego. Pomysł forsowany przez Tuska polega właściwie na jednym, na wydłużeniu czasu pracy dla mężczyzn o docelowo 2 lata, natomiast dla kobiet o 7 lat. W perspektywie kilku lat kobiety i mężczyźni mają przechodzić na emerytury po ukończeniu 67 roku życia (oczywiście nie dotyczy to tzw. obrońców władzy). Jest to najbardziej bezczelny skok na kasę polskich emerytów, jaki dotychczas zrobiono. Tusk planuje jedną ustawą ograbić na ponad 43 tysiące złotych każdego statystycznego mężczyznę przechodzącego na emeryturę 2 lata później, niż obecnie. Każdą kobietę przechodzącą na emeryturę dopiero po ukończeniu 67 lat Tusk planuje ograbić na ponad 151 tysięcy złotych! Tyle wypłacono by jej przez 7 lat pod rządami obecnej ustawy przy obecnej średniej emeryturze 1.800 złotych. Na rybkę macherzy Tuska obiecują wielkie wzrosty świadczeń po wydłużeniu czasu pracy, lecz po doświadczeniach z OFE żaden Polak z IQ wyższym niż 50 chyba w to nie wierzy. Przekręt z łamaniem przez państwo zobowiązań emerytalnych wobec Polaków jest tak ewidentny, że widzą go nawet najbardziej zaślepione lemingi. Przeciwne są tej wersji reformy emerytalnej oczywiście wszystkie związki zawodowe, w takiej czy innej formie całość parlamentarnej opozycji, a nawet koalicyjny psl. A w tej sytuacji Tusk bohatersko ogłasza, że bierze pełną odpowiedzialność (?) za skutki wprowadzenia ustawy i w dodatku wyznacza sobie zaledwie 3 miesiące na jej przygotowanie.
Każdy widzi, że tego nie da się zrobić.
Jeśli nie wystarczy oporu w sejmie (którego skuteczna blokada projektu tej „reformy” wobec zapowiedzi Tuska o pełnej odpowiedzialności oznaczać musi jego dymisję), to wiosenne kryterium uliczne zmiecie rząd po-psl.
Zadaję sobie pytania:
Czy Tusk na gwałt szuka pretekstu, by usunąć się w cień sceny politycznej?
Kto jest planowany przez „siły wyższe” na następcę Tuska? Schetyna? Palikot?
Co Tusk chce przez swój ewentualny kolaps ukryć?



Komentarze
Pokaż komentarze (17)