Od lat piszę czasem o ekologii, czyli nauce łączącej ekonomię z biologią. Ponieważ ekonomia nie jest nauką, więc status ekologii jest niejasny. Dlatego na wstępie chcę podkreślić, że ekologię traktuję jako naukę przyrodniczą, która bierze z ekonomii tylko to, co jest w niej naukowe. Przykładowo, ekologia oblicza wartość dóbr w jednostkach niezależnych od cen, gdyż ceny często mocno fałszują wartość towarów, z powodów politycznych, takich jak cła, podatki, dotacje, ulgi. Ekologia woli więc mówić o kosztach liczonych np. w jednostkach energii. Klasycznym przykładem jest porównanie kosztów i cen gazu (LPG) i benzyny na stacjach benzynowych. Nawet niezmotoryzowani wiedzą, że gaz jest niemal 3 razy tańszy, ale mało kto wie, że koszt wytworzenia tych paliw jest podobny, jak też ich wartość energetyczna. Z naukowego (ekologicznego) punktu widzenia samochody na gaz są bardziej szkodliwe niż diesle czy beznyniaki. Z ekonomicznego punktu widzenia autogaz jest bardziej opłacalny niż benzyniak, diesel czy hybryda, ale z naukowego (ekologicznego) - mniej. Gdyby ceny paliwa odpowiadały ich wartość i kosztom wytworzenia (i dostarczenia), to cena LPG byłaby nieco wyższa niż benzyny. Dochodzą do tego wyższe koszty utrzymania samochodu. Ekologia posługuje się takimi właśnie prawdziwymi cenami, ekonomia używa do obliczeń cen fałszywych. Ekologia opisuje świat realny, ekonomia opisuje abstrakcje (takie jak ceny) stworzone przez polityków. W takim właśnie rozumieniu używam słowa ekologia - jako nauka przyrodnicza będąca w opozycji do ekonomii politycznej.
Konieczność aktualizacji wiedzy ekologicznej wynika z rozwoju cywilizacyjnego, na który obecnie największy wpływ ma postęp techniczny w energetyce i motoryzacji. Energia elektryczna z wiatraków, paneli słonecznych i innych (tzw. OZE - Odnawialne Zasoby Energii) jest coraz mniej kosztowna, gdyż wiatraki i panele są coraz sprawniejsze i mniej kosztowne w budowie i utrzymaniu. Podobnie rozwinęły się technologie związane z samochodami elektrycznymi. Kiedyś przyzwyczailiśmy się myśleć o elektrykach, jako kosztownym luksusie dla miastowych, żeby mieli mniej spalin - ale to są samochody napędzane węglem, spalanym w elektrowniach. Oczywiście, gdzieś w zapomnianych zaułkach przetrwali ludzie wierzący w "czyste" samochody elektryczne, ale tutaj potraktujemy ich jak gatunek wymarły.
Dzisiaj elektryki, dzięki postępowi technicznemu są tańsze i sprawniejsze - spalają mniej węgla niż dawniej, a co ważniejsze, coraz więcej elektryków spala w elektrowniach inne paliwa niż węgiel. I druga znacząca zmiana - prąd z elektrowni wiatrowych i słonecznych dzięki postępowi technicznemu (i racjonalnemu ich stawianiu w odpowiednich miejscach z wiatrem lub słońcem) stał się mniej kosztowny niż prąd z elektrowni gazowych. Coraz lepsze elektryki spotykają się z coraz lepszym prądem i ta kumulacja taniości zmieniła wszystko - elektryki stały się najlepszymi samochodami - nawet na długich trasach wygrywają z dieslami... ale tylko w krajach, gdzie jest mało elektrowni węglowych (i na ropę, ale tych jest coraz mniej na świecie, więc potraktujmy je jak wymierający gatunek).
Nawet elektrownie gazowe przestają być konkurencją dla OZE, mimo że wciąż dają energię bardziej ekologiczną. Jednak różnica między nimi maleje nieuchronnie - gaz drożeje, bo tańsze zasoby się wyczerpują, a technologie OZE się rozwijają i tanieją. Żaden poważny inwestor nie zainwestuje w nową elektrownię gazową, ponieważ na zwrot inwestycji z nawiązką trzeba czekać około 15 lat, więc wszyscy się boją, że za 15 lat, po kilku wynalazkach, OZE będzie sprzedawać tańszy i bardziej ekologiczny prąd... i nową elektrownię trzeba będzie zamknąć, zanim inwestycja się zwróci.
Podsumowując, jest już jasne, że świat zmienia się i dzieli na dwa światy. Świat zasilany energię z OZE, w którym jeżdżą elektryki i świat elektrowni węglowych, gdzie elektryki są nieopłacalne, więc opłaca się używać diesli na długich trasach i benzyniaków w miastach. Większość krajów należy już do świata OZE w tym sensie, że wzrost popytu na energię jest w całości z nawiązką pokrywany przez nowe OZE, więc udział elektrowni węglowych maleje. Kraje takie jak Polska, Czechy, Bułgaria, Indie czy RPA wciąż muszą zwiększać produkcję energii z węgla, aby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na prąd, wynikające ze wzrostu gospodarczego. W tych krajach elektryki są szkodliwe, gdyż generują popyt na prąd, który wymaga spalania coraz więcej węgla. Wzrost gospodarczy nie przekłada się na rozwój gospodarczy - para idzie w przysłowiowy gwizdek i zamożność narodu spada.
A na zakończenie zabawię się we wróżkę na podstawie aktualnych trendów. Szczególnie jeden nowy trend wydaje się najbardziej znaczący dla obrazu przyszłości. Ten nowy trend, to odchodzenie od ładowania elektryków. Rozwijają się firmy i sieci dostaw gotowych naładowanych baterii. Zamiast tracić 30 minut na stacji ładowania elektryk czeka 5 minut na wymianę "baterii". Benzyniaki i diesle tracą swoją ostatnią przewagę nad elektrykami. To niestety jest bardzo trudna zmiana, gdyż wymaga standaryzacji, abonamentu i innych praktyk modelu usługowego. Problem standaryzacji jest oczywisty - samochody różnych firm nie mogą zamienić się bateriami. Mniej oczywisty jest problem abonamentu. Koszt "baterii" elektryka jest porównywalny z kosztem reszty samochodu, więc klient luksusowego samochodu nie odważy się wymienić "baterii" na gorszą, gorszej firmy, wielokrotnie już używaną przez gorsze samochody. Najlepszym rozwiązaniem jest więc model BaaS (Battery as a Service) - samochód kosztuje dwa razy mniej, ale jest bez baterii. Baterii nie kupuje się osobno, ale płaci się abonament na wymianę baterii. Firmy oferujące BaaS mogą więc używać baterii tego samego typu do samochodów firm, które się dogadały w kwestii standaryzacji. Ta usługa jeszcze raczkuje, ale już się rozwija. Wygląda na to, że elektryki nowej generacji prędzej czy później wyprą z rynku elektryki tradycyjne z ładowaną niewymienialną baterią.


Komentarze
Pokaż komentarze