0 obserwujących
22 notki
6024 odsłony
  537   0

Zabraknie rąk do pracy?

Szacunkowe dane odnośnie populacji w krajach wysokorozwiniętych mogą budzić niepokój. Według nich, przy utrzymywaniu się obecnych trendów populacja krajów zachodnich, w tym Polski, będzie stopniowo spadać. Lecz nie tyle sam spadek liczebności Polaków jest przejmujący, co jego konsekwencje, a mianowicie, starzejące się społeczeństwo. Według ekspertyz ONZ[1] w ciągu kilkudziesięciu lat stosunek osób pracujących do niepracujących w naszym kraju może wynosić, odpowiednio, nawet 1:2. Innymi słowy, na każdą osobę pracującą będą przypadać co najmniej dwie osoby już nie zdolne do pracy, bądź jeszcze w wieku przedprodukcyjnym. Chociaż ciężko jest w tym momencie przewidzieć, jakie dokładnie będzie to miało konsekwencje dla społeczeństwa, to pewne jest, że zmiany w strukturze społecznej odbiją się na rzeczywistości, którą znamy dziś[2]. Niektórzy obserwatorzy i politycy apelują zatem o skuteczną politykę prorodzinną, która miałaby, przynajmniej w założeniu, podtrzymać obecną strukturę społeczną, aby nie zakłócać gospodarczego rozwoju państwa i nie obciążać obywateli rosnącymi kosztami.

 

Obawy odnośnie skuteczności polityki prorodzinnej

Wszelka polityka prorodzinna może jednak rozmienić się na drobne, na co najmniej dwóch płaszczyznach, kulturowej i gospodarczej. Postępująca indywiduacja jednostek ludzkich ma spory wpływ na powolne odchodzenie od tradycyjnych wartości rodzinnych, a społeczeństwo ulega coraz większej atomizacji.[3] I choć natura w dalszym ciągu domaga się swego, to kurczy się miejsce na wszelkiego rodzaju długoterminowe zobowiązania na rzecz szeroko pojmowanej indywidualnej niezależności, zmienności życiowych planów i co za tym idzie – egzystencjalnej niepewności, które zostają głęboko wpisane w nowoczesny styl ludzkiego życia. Kończą się powoli czasy, w których statystyczny Kowalski odchodzi na emeryturę po 30 latach pracy w tym samym zakładzie. Nie oznacza to jednak, że taki „tradycyjny” styl życia nie jest pożądany. Wiele osób (prawdopodobnie większość) pragnie, prędzej czy później, ustatkować się w życiu, znaleźć swoją „drugą połówkę” i mieć dzieci. Niestety społeczno-ekonomiczne warunki „ery płynności” zmieniają znaczenie „ustatkowania” przesuwając instytucję małżeństwa ze związku dwojga ludzi na ich związki z firmą. Taki stan rzeczy ma również przełożenie na gospodarkę. Promowany jest dobrze wykształcony, elastyczny pracownik, którego głównym zmartwieniem jest szeroko pojmowana konsumpcja; zdolny do wyrzeczeń na rzecz firmy, w której pracuje, ale już niekoniecznie na rzecz rodziny, która wymaga większej stabilizacji życiowej. Częsta zmiana miejsca pracy, natłok obowiązków, potocznie mówiąc “życie na walizkach” nie idzie w parze z opieką nad dzieckiem, zwłaszcza w pierwszych latach jego życia. Są ludzie, którzy starają się pogodzić plany rodzinne z karierą zawodową, są tacy, którzy nie mają wyboru i są też tacy, którzy wolą zrezygnować z zakładania rodziny, bądź odkładają to „na później”. Ktoś może powiedzieć, że taki scenariusz dotyczy wyłącznie wielkomiejskiej klasy średniej, która nie stanowi w Polsce decydującej pod względem demograficznym grupy. Jednak powszechność wykształcenia, dostępność informacji i postępująca kultura standaryzacji sprawiają, że wielu młodych ludzi w pewnym sensie aspiruje do tej wielkomiejskiej klasy średniej i nawet jeśli nie osiągną „sukcesu”, to i tak będą starali się upodobnić do tej warstwy społecznej tak dalece, jak to tylko możliwe. W takich warunkach polityka prorodzinna będzie stanowić pewnego rodzaju zachętę na rzecz zakładania rodziny, ale można wątpić, czy zdoła przeciwstawić się globalnym trendom powiązanym z neoliberalnym modelem ekonomicznym i zmianami w strukturze społecznej, które są ich następstwem.

 

Zapomniano o imigrantach?

To, że w Polsce może zabraknąć rąk do pracy, nie oznacza jednak, że zabraknie ich poza Polską. Niska dzietność społeczeństw jest w przytłaczającej mierze domeną krajów wysokorozwiniętych, gdzie piramida demograficzna bardziej przypomina wazon.[4]

W krajach rozwijających się piramida demograficzna w dalszym ciągu kształtem przypomina piramidę. Kraje rozwijające się są również naznaczone wysokim bezrobociem, zwłaszcza w grupie tzw. „młodych dorosłych”, którzy skłonni są do emigrowania w poszukiwaniu zatrudnienia i wyższego standardu życia. Polska nie jest na razie krajem wysoce atrakcyjnym dla potencjalnych imigrantów, ponieważ póki co sami zmagamy się z dość znacznym bezrobociem, ale w przypadku ponownego dynamicznego wzrostu gospodarczego, jaki zazwyczaj (prędzej czy później) następuje po kryzysie ekonomicznym, może stać się potencjalnym celem imigracji. Oczywiście państwo ma sporo do powiedzenia w tej kwestii i może w miarę skutecznie blokować rynek pracy dla obcokrajowców, ale jak historia pokazuje, państwa w obliczu rzeczywistego braku rąk do pracy często decydują się na politykę bardziej otwartych (bądź też dziurawych) granic. Taki był los większości krajów europejskich; w pierwszej kolejności (w latach 50-tych i 60-tych) były to głównie: Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Szwajcaria i kraje Beneluksu. W tym okresie większość pracowników napływała z Europy Południowej – Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja, Turcja, a potem z Europy Wschodniej, krajów Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu oraz innych byłych kolonii dawnych imperiów europejskich. W miarę bogacenia się krajów Europy Południowej również i tam zaczynało brakować rąk do pracy i w ciągu ponad dwudziestu lat te właśnie kraje same stały się krajami przyjmującymi imigrantów. Jednym z ostatnich krajów, które dołączyły do tej grupy była Irlandia, która w ciągu zaledwie kilkunastu lata dorobiła się kilkunastoprocentowej populacji urodzonej poza swoimi granicami[5].

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale