Jakie są nasze święta Bożego Narodzenia obecnie, a jakie były dawniej? (fot. flickr.com_photos_javigutierrez)
Jakie są nasze święta Bożego Narodzenia obecnie, a jakie były dawniej? (fot. flickr.com_photos_javigutierrez)
Łukasz Rogojsz Łukasz Rogojsz
822
BLOG

Kto, kiedy i dlaczego ukradł nam magię świąt?

Łukasz Rogojsz Łukasz Rogojsz Kultura Obserwuj notkę 3

Nie tak dawno obejrzałem, mające bardzo dobre recenzje i cieszące się uznaniem większości widzów, „Listy do M.”. Słodko-gorzki film o współczesnej, polskiej specyfice świąt Bożego Narodzenia. Subtelnie, acz konsekwentnie pokazujący, że Gwiazdka nie jest już dla nas tym, czym była kiedyś i czym, być może, powinna być nadal. Obraz Mitji Okorna jest świetnym punktem wyjścia do zastanowienia się nad tym, gdzie i kiedy zniknęła dawna atmosfera świąt. Co ją zastąpiło? Dlaczego? A może jest to czas, by dojść do wniosku, że to wcale nie my się tak zmieniliśmy, tylko czasy i okoliczności, w jakich żyjemy?

Cóż, na początek wypadałoby chyba postawić jakąś tezę odnośnie tych świąt? Niech więc będzie. Otóż uważam, że mamy w tej kwestii spory problem. Zupełnie inaczej postrzegamy, przeżywamy i obchodzimy święta świadomie (i mam tutaj na myśli naszą psychologiczną świadomość), a zupełnie inaczej podświadomie.

Świąteczną magię szlag trafił i, co najgorsze, fakt ten przeszedł raczej niezauważony. Koniec końców, społeczeństwo dzieli się na trzy zasadnicze grupy – tych, którzy świąt z rozmaitych względów nie lubią, tych, którzy nie mają na nie czasu i tych, którzy oszukują się (i próbują oszukiwać swoich bliskich), że wszystko jest jak dawniej.

Idąc dalej, moim zdaniem Boże Narodzenie nie jest już takie jak choćby 15 czy 20 lat temu, a zmiana jest w znacznie większym stopniu negatywna niż pozytywna. Chociaż, jak zaznaczam, to mój subiektywny wniosek.

No bo czymże są dzisiaj święta? Z czym się kojarzą? Jak na nie patrzymy? Nie sposób nie zauważyć, że całe to świętowanie obraca się dookoła komercji, marketingu, promocji. Zysków i strat. Zakupów i sprzedaży. Promocji większych i mniejszych. Okazji i naciągania klienta.

Święty Mikołaj? Nie, to już nie sympatyczny siwy pan z brodą, dużym workiem prezentów i zaprzęgiem reniferów. To przebieraniec w galerii handlowej, próbujący rozreklamować taki przybytek lub jakiś konkretny produkt wśród odwiedzających. Albo jeszcze lepiej – główna postać z reklamy Coca-Coli. Tej świątecznej, rzecz jasna. Żeby nie było.

Media dokładają do takiego stanu rzeczy już nawet nie cegiełkę, a całą ciężarówkę cegieł. Nie tak dawno wmówiły nam, że ideałem piękna kobiety jest zawodowa topmodelka, na widok której ślini się prawie każdy przedstawiciel płci przeciwnej. A mężczyzny? Naturalnie, jej kolega z wybiegu, tyle że zarabiający jeszcze ze 40-50 tys. (w walucie danego kraju) miesięcznie. Ludzie bombardowani takimi informacjami z billboardów, kolorowej prasy, reklam TV czy Internetu uwierzyli w nie. Bo i jak mieli nie uwierzyć?

Ze świętami sprawa ma się podobnie. Wmówiono nam, że jedyny słuszny sposób ich obchodzenia to liczna, wspaniała rodzina przy wielkiej, dwu i pół metrowej choince, stół zastawiony niczym na królewską ucztę oraz góra prezentów, którą można by obdzielić małej wielkości miasteczko. A wszystko to w atmosferze miłości i pojednania, przy dźwiękach „Jingle Bells” w tle.

Rzeczywistość nijak nie dorównuje takiemu wizerunkowi. Nigdy nie dorównywała i nigdy nie dorówna. I chociaż może wydawać się to dziwne, wielu ludzi ten fakt przygnębia i sprawia, że czują się winni niemożności sprostania tak perfidnie rzuconemu wyzwaniu.

A jak święta postrzegamy obecnie? Najstarsze pokolenie, pamiętające jeszcze czasy, kiedy Gwiazdka rzeczywiście była czymś wyjątkowym, próbuje kultywować tradycję. Z różnym wprawdzie skutkiem, ale jednak. Co z pokoleniami dzisiejszych czterdziestoparolatków oraz ich dzieci?

Pierwsi albo wypruwają sobie żyły, żeby na to Boże Narodzenie zarobić, albo też gonią za pieniędzmi i karierą, robiąc to z przyzwyczajenia, ambicji lub po prostu wyboru. Toteż święta mają w głębokim poważaniu, chociaż, co może wydawać się dziwne, cały świąteczny asortyment w większości przypadków jest u nich na miejscu. Ale w końcu nie od dziś uwielbiamy zachowywać pozory.

Co z dziećmi, młodzieżą i ew. tzw. młodymi dorosłymi? Nieliczni dają się porwać starej magii świąt, natomiast większość uważa je za „przypał”, nudę i co najgorsze – konieczność spotkania się z tą całą zgrają ludzi (zwaną też rodziną), którzy będą gadać dużo i bez sensu, zabierając im ich jakże cenny czas.

Ale nie ma się co dziwić takiemu obrotowi spraw. W dzisiejszych czasach rola pozarodzinnych grup odniesienia stale wzrasta, a socjalizacja pierwotna coraz bardziej ustępuje miejsca tej wtórnej, dokonywanej przez tzw. istotnych innych, a więc ludzi z naszego środowiska, których zdanie jest dla nas cenne, i z którym się liczymy.

Wspomniane grupy odniesienia często mają najzwyczajniej nie po drodze z tradycją, przekazywaną przez wcześniejsze pokolenia. Chcą za to ukształtować swoją własną tożsamość i hierarchię wartości oraz  zamanifestować odrębność od pozostałych grup. Dlatego też, sposób spędzania świąt także mają swój własny, inny, niezależny.

Gwiazdki nie oszczędził również czas, a w zasadzie zmiany, jakie ze sobą przyniósł. Bo o ile 50 lat temu rodzina była na szczycie listy priorytetów w większości zachodnich społeczeństw, a już na pewno w Polsce, o tyle dzisiaj wygląda to już diametralnie inaczej. Zdrowie, kariera, niezależność finansowa i związki plasują się na samej górze hierarchii życiowych wartości.

Rodzina także tam jest, nie przeczę, ale bardzo rzadko nie tyle na szczycie, co choćby w pierwszej trójce. Coraz częściej w jej miejsce wskazywani są za to przyjaciele, traktowani przez nas jako rodzina, którą sami sobie wybieramy, i która bliższa jest temu, czego byśmy od niej oczekiwali.

Żyjemy w kulturze indywidualizmu, to zostało już udowodnione. Nasze postrzeganie świata przebiega przez pryzmat nas samych, naszych celów i dążeń, chęci bądź niechęci. Relatywnie mało osób myśli w sposób kolektywny, włączając np. rodzinę do swojego systemu decyzyjnego.

Obecnie liczy się mobilność społeczna i zawodowa, dyspozycyjność, konsekwencja i determinacja w dążeniu do wytyczonego celu. Niezawodność i perfekcja. Bycie wiecznie w opcji „stand by”. Rodzina po prostu nam w takich okolicznościach zawadza, nie ma się co wstydzić tego przyznać.

Jest jednak pewna interesująca rzecz. Chociaż tak zindywidualizowani i wydawać by się mogło egoistyczni, jesteśmy znacznie bardziej spragnieni akceptacji, bezpieczeństwa, uczuć i emocji od naszych rodziców czy dziadków. Socjologowie nazywają to tzw. głodem uczuć.

Będąc przyzwyczajonymi do zaspokajania swoich potrzeb, kiedy tylko mamy na to ochotę, ten sam schemat przekładamy na pole relacji z innymi – przyjaźni, związków, małżeństw. Chcemy coś mieć natychmiast, tu i teraz. I ma to być cudowne oraz ekscytujące. Jeśli straty przewyższają zyski, kończymy z tym natychmiast i ponownie ruszamy na poszukiwania. Anthony Giddens nazwał to „czystą relacją”, będącą jednym z charakterystycznych wyznaczników współczesnych relacji międzyludzkich.

Idąc dalej w ten socjologiczno-psychologiczny klimat, można stwierdzić, że w dzisiejszych czasach skala ogólnie pojętych patologii i zaburzeń towarzyszących zwłaszcza najmłodszemu pokoleniu jest istotnie większa niż np. pół wieku temu. Inne są wzorce tak wychowania, jak i zachowania, ale również okoliczności. Te ostatnie często nie oszczędzają dzieciaków i młodzieży.

Mało jest osób, które psychologicznie rozwijałyby się bez żadnych traum w trakcie swojego dzieciństwa i młodości. Wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej „wypaczeni”. Tego rodzaju doświadczenia skutkują w późniejszych latach rozmaitymi ułomnościami społecznymi i psychologicznymi, jak np. nieufność wobec ludzi, niechęć do bliższych związków z innymi czy coś z kompletnie innego bieguna – chęcią związków i akceptacji za wszelką cenę.

Święta natomiast, ich atmosfera, kojarzone z nimi wartości i emocje są brutalnym przypomnieniem utraconych w dzieciństwie i/lub młodości bezpieczeństwa, niewinności, szczęścia i akceptacji. Nasza zgorzkniałość, cynizm czy wszechobecny pragmatyzm są zupełnie naturalnymi próbami obrony przed takimi bolesnymi wspomnieniami, próbami wyparcia tego ze świadomości, negacji przeżyć, o których nie chcemy pamiętać.

Czasami wspomniane powyżej zachowania są też efektem najzwyklejszej złości z powodu popełnionych błędów, złych wyborów czy straconego czasu. A więc rzeczy, na które nie mamy już żadnego wpływu, ale które mają za to wielki wpływ na nas samych, i które dają się nam we znaki.

Na koniec nachodzi mnie taka refleksja, o ironii ludzkiego życia. Dawniej, gdy byliśmy dziećmi, marzyliśmy o dniu, w którym będziemy dorośli i niezależni od rodziców, ciotek, wujków czy dziadków. O dniu, kiedy nie będzie trzeba pytać się każdego o pozwolenie, jeśli najdzie nas ochota, żeby coś zrobić czy gdzieś pójść. O dniu, gdy będziemy mieć pracę i pieniądze, żeby kupić sobie to, co zechcemy.

Ten długo wyczekiwany dzień w końcu nadszedł. Wszystko się spełniło. I co z tego? Teraz oddalibyśmy to bez chwili wahania za możliwość stania się takim kilkuletnim dzieckiem raz jeszcze. By ponownie móc przeżyć święta w naiwności i niewinności. Z jakże szczerym wyrazem ekscytacji i niecierpliwości na twarzy. Będąc otoczonym troską, uwagą i miłością. Bez ogromu ciążącej nam wiedzy o ludziach, świecie i życiu. A może się mylę?

"Człowiek rośnie w grze o wielkie cele" - Friedrich Schiller "Osiąga się triumf przez zwalczanie trudności" - Victor Marie Hugo "Fortuna boi się odważnych i uciska bojaźliwych" - Seneka Młodszy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura