0 obserwujących
101 notek
37k odsłon
  481   0

Ukraina to nie Somalia

Mogadiszu United Nation Photos, źródło: flickr.com
Mogadiszu United Nation Photos, źródło: flickr.com

 5 maja na ukazał się artykuł Pawła Lickiewicza „Ukrainostan”, w którym autor argumentuje, że powszechna korupcja, agresywna polityka rosyjska i bezczynność Zachodu mają prowadzić do nieuniknionego przekształcenia się Ukrainy w państwo upadłe. Choć z powyższą diagnozą ciężko się nie zgodzić, to warto również nakreślić bardziej optymistyczne prognozy dla Ukraińców.

Ukraina trwała w stagnacji i nie rozwijała się tak dynamicznie jak Polska po rozpadzie ZSRR głównie z powodu wszechobecnej korupcji i powszechnego na nią przyzwolenia. Niewątpliwie był to jeden z czynników, który wpłynął na to, że wskaźnik ukraińskiego PKB nie piął się przez ostatnie ponad dwadzieścia lat tak stromo wzwyż jak polski. Usprawiedliwienia jakie padają z ust władz w Kijowie nie są jednak bez podstaw. Ukraina, w przeciwieństwie do Polski’ „Sojuzowi” zawdzięcza praktycznie cały przemysł, będący podstawą jej gospodarki. Strategia rozwoju gospodarczego ZSRR zakładała zaś tworzenie wielkich kombinatów przemysłowych na potrzeby gospodarki ogólnozwiązkowej. Oznaczało to, że praktycznie żaden znaczący produkt radzieckiego przemysłu nie był wytwarzany od początku do końca w jednej republice. Najlepszym tego przykładem jest ukraiński sektor zbrojeniowy, który nie tylko produkuje komponenty uzbrojenia dla rosyjskiego sprzętu, ale wytwarzając je jest uzależniony od dostaw rosyjskich podzespołów. Podobnie sytuacja wygląda w innych gałęziach ukraińskiego przemysłu.

Nieusuwalne piętno korupcji

Gospodarcza zależność Ukrainy od Rosji nie usprawiedliwia wysokiego poziomu korupcji w życiu publicznym i codziennym. Warto jednak zastanowić się nad źródłami tego zjawiska. Zrzucenie odpowiedzialności za panujące łapówkarstwo na karb sowieckiego wychowania i wytworzonej w jego toku mentalności „sowkowej”, choć nie mija się z prawdą, nie usprawiedliwia dwudziestoletniego trwania państwa w ekstraklasie państw skorumpowanych. Przyczyną utrwalenia tego zjawiska jest wykształcenie się modelowego systemu oligarchicznego na Ukrainie. O ile w Rosji po chaosie lat 90-tych wyłoniła się silna władza, potrafiąca ujarzmić i podporządkować swoim celom oligarchię, tworząc system licencjonowanej oligarchii, o tyle na Ukrainie nigdy nie była ona na tyle silna, aby zrównoważyć potencjał polityczny oligarchów. Z tego powodu, to nie Kijów jest na Ukrainie źródłem władzy i prawa, lecz poszczególne klany oligarchiczne. Powszechnie wiadomo, który z oligarchów jest księciem na jakim terytorium i ilu ma deputowanych w Radzie Najwyższej. Tym sposobem zyskują oni realny wpływ na legislatywę i egzekutywę w kraju. Bogaty stoi ponad prawem – swoją cenę ma nie tylko ominięcie przepisu, ale również jego zmiana.

Taka sytuacja prowadzi do całkowitego braku szacunku dla prawa. Wszystkie warstwy społeczne przyzwyczaiły się do sytuacji, że prawo jest instrumentem w rękach oligarchów, a nie regulatorem życia publicznego, w związku z czym milicjant nie jest jego stróżem, lecz sprzedawcą.

Skok jakościowy

Frustracja wynikająca z bezsilności wobec paraliżującej rozwój kraju korupcji gromadziła się w Ukraińcach przez lata po odzyskaniu niepodległości i czekała na iskrę, aby eksplodować. Poprzedzające Pomarańczową Rewolucję sfałszowanie wyborów prezydenckich przez Janukowycza nie było wystarczającym bodźcem, bowiem nie dawało nadziei na naprawę chorego systemu. Takim zapalnikiem stała się obietnica stowarzyszenia z Unią Europejską w listopadzie 2013 roku. W świadomości młodych Ukraińców powstała nadzieja na to, że stowarzyszenie z UE poskutkuje wprowadzeniem europejskich standardów, które skutecznie wyeliminują korupcję z kraju. Bo jak nie Unia, to kto? Marzenie europeizacji kraju kwitło w głowach Ukraińców, zwłaszcza studentów, aż do czasu, gdy zostało brutalnie „zaorane” 28 listopada na szczycie w Wilnie, a następnie w nocy z 29 na 30 listopada przez Berkut na Majdanie. Ukraińcom pozostało wyemigrować, albo wziąć sprawy w swoje ręce. I wzięli.

Pękający fundament

Przez lata, po powstaniu niepodległej Ukrainy, oligarchowie podzielili ją między sobą, ustanawiając wygodny system polityczny, który pozwalał im władać swymi księstwami nie martwiąc się o nieprzyjemności ze strony Króla w Kijowie. Król postanowił zaś nie walczyć z systemem, lecz wpisać się w niego, tworząc własny klan, zwany „Rodziną”. Sytuacją nie zachwiałby nawet Euromajdan, gdyby nie zagrożenie ze strony Rosji. Jak to zwykle bywa w historii, czasem jedynym czynnikiem umożliwiającym zjednoczenie państwa jest wróg zewnętrzny zagrażający interesom regionalnych watażków. Możliwość włączenia kolejnych ziem do Federacji Rosyjskiej zagroziła ukraińskim oligarchom perspektywą pozbawienia się wpływu politycznego (w Rosji nie do pomyślenia jest, żeby jakiś oligarcha dysponował swoimi ludźmi w Dumie. Co więcej, ustrój prezydencki znacząco ogranicza możliwość wpływu politycznego parlamentu w stosunku do ukraińskiego systemu parlamentarno-gabinetowego), zmniejszenia ich prestiżu (w porównaniu do rosyjskich, ukraińscy oligarchowie są w drugiej lidze), a nawet pozbawienia wolności (brak posłuszeństwa jest w Rosji surowo karany, patrz: sprawa Jukosu). Okazało się, że korupcja, stanowiąca fundament pozycji oligarchów na Ukrainie, doprowadziła do tego, że kraj jest bezbronny w stosunku do prorosyjskich separatystów. Skorumpowana milicja przestała wykonywać polecenia Kijowa, którego władze zapowiedziały wcześniej, że dokonają lustracji wśród stróżów prawa. W obliczu zagrożenia i niepewnej przyszłości, milicjanci ze wschodu postanowili czekać na dalszy rozwój spraw, popierając tych, którzy zapewnią im trwanie skorumpowanego systemu. Dlatego nie reagują na szturmy separatystów. Traktują ich jak kontrrewolucję broniącą korupcyjnego ancien régime.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale