„Zwichrowane życie” to tytuł powieści autobiograficznej, która powstała zrodzona przez bogate losy Polski w XX wieku oraz osobiste doświadczenia autora – Szymona Bachira
„Zwichrowane życie” to tytuł powieści autobiograficznej, która powstała zrodzona przez bogate losy Polski w XX wieku oraz osobiste doświadczenia autora – Szymona Bachira
ebooki ebooki
236
BLOG

Powieść autobiograficzna autorstwa Szymona Bachira

ebooki ebooki Kultura Obserwuj notkę 0

Powieści biograficzne zawsze wnoszą z sobą do świata czytelnika realizm ludzkiego życia. Jeszcze wyraźniejsze wydaje się to w przypadku powieści autobiograficznych, które wydają się być rodzajem pamiętnika i odzwierciedleniem osobistych przeżyć. Taką powieścią jest niewątpliwie „Zwichrowane życie”, której autorem jest Szymon Bachir. Już sam tytuł mówi wiele o książce i stosunku autora do niej. Szymon Bachir uważa swe życie za mocno pokaleczone, trochę wypaczone czyli zwichrowane właśnie. Faktycznie losy Polaków w minionym wieku mogą generalnie uchodzić za zwichrowane i pokaleczone, zwłaszcza zaś tych mieszkających przed II wojną na kresach wschodnich. Po wojnie musieli oni zmienić miejsce swego zamieszkania i całkowicie porzucić swoje rodzinne strony. Książka opowiada losy jej autora od czasów dzieciństwa do współczesności ale nie jest uporządkowanym chronologicznie pamiętnikiem a raczej zbiorem subiektywnych i osobistych wspomnień oraz rozmyślań. Utwór zaczyna się na kresach (terytorium dzisiejszej Białorusi) przed wojną. Tutaj jako dziecko dorasta Szymon. Autor opisuje piękną przyrodę i naturę swych rodzinnych stron, przedstawia różne zjawiska z tego świata. W tych wspomnieniach jest także miejsce na ludzi, kulturę, koloryt i wydarzenia z tamtego czasu. Szymon wraz z rodzeństwem wychowywany jest samotnie przez matkę albowiem ojciec wyjechał do pracy na Łotwę. Matka ma bardzo ciężko musi nie tylko utrzymywać skromne gospodarstwo i dzieci ale także pracować za długi. Ten świat trwa do 1939 roku kiedy wkraczają tam sowieci. Tak zaczyna się ta opowieść, zachęcam do czytania.


Za Boga, honor i ojczyznę (sanacja)

 

Płynęła niebieską wstążeczką z Głębokiego na północ, zataczała półkole, jakby chciała zawrócić. Przed folwarkiem dziedzica spiętrzała się, koło młyńskie obracała.

Rozlewiska na łąkach torfowych tworzyła, rozdzielała wioski, w gniewie zalewała pola, porywała stogi i drewniane mosty, a spokojnie po zielonych masywach płynęła, gdzie dzikie gęsi i żurawie i czarne czaple koczowały.

Bajecznie zachodziło tam słońce, światełka nad bulgoczącą topielą niby świętojańskie robaczki migotały – „to dusze pokutujące” – mówiono. Prawosławni –ziołami znachorek, gromnicą, a katolicy – modlitwą przy kapliczce, od zagród ich odpędzali. Dzieliła ona wieś na dobrych Polaków i złych kacapów.

Podróżny jadąc tam, ryzykował złamaniem karku; oddzielona od świata złą drogą, żyła niepisanym prawem. Za miedzę zaoraną orczykami walili, za dziewuchę sztachetami bili, kindżałem w bok, z nahajkami na zabawę szli. Samogon animuszu dodawał.

Zniewaga krwi wymaga – wbijając nóż w plecy, syczał i uciekał w zmroku na drugi brzeg rzeki. Poharatanych znachorki leczyły, a ubitych na górce grzebano, obiecując zemstę.

Cmentarz drutem kolczastym prawosławnych od katolików rozdzielał, a pod płotem – mogiłki niechrzczonych były.

Bolszewicy ich później pogodzili, z cerkwi i kościołów domy kultury zrobili, do kołchozów zapędzili. W tej wsi dziadek mój czterech synów miał, po hektarze ziemi dał, a młodszemu i kuźnię. Podkuwał konie, a wieczorami pod oknem piętnastoletniej ślicznotki, grał na harmoszce, temu graniu zawdzięczam ten świat..

Z kołyski wylazłem, na podwórku bawiłem się, a dzieci straszyły diabłami. Ze strachu trząsłem portkami. Nie bała się tylko głupia Frania, wroną jestem, mówiła, machała rękoma, krakała i leciała do rzeczki. Fornalom tyłek tam obnażała, a dziedzic śmiał się, „walcie ją, chłopy, nie żałujcie chamskiej żopy”; bękarta powiła i dalej tam chodziła.

Wychodek za stodołą, muchy bzykają, sikać przeszkadzają, jak być czystym? Brudasa po czubki w nosie zanurzała w beczce, po desce do chaty wchodzić kazała, dzieci czyste chciała w izbie mieć. Po zachodzie słońca z pola wracała, pachniała pięciolistną koniczynką, na podłogę tatarak kładła, by pchły nie wpijały się w łydki i pocieszała, że wkrótce wróci tata z Łotwy.

„Skąd wiesz?”

„Kukułka wykukała” – przytulała i szeptała – „kuku, wróci.”

„Wróci” – powtarzałem, w jej objęciach zasypiałem.

Ale legowisko było na piecu, w szparkach pluskwy wielgachne, a suszone skóry baranie śmierdzą, a pod piecem kury gdakają i kogut pieje – jak spać?

A w dzień brat popłakuje, w błocie nogi packa, a pokrzywą po tyłku ja dostaję. Nie było sprawiedliwości!

Na pastwisku łaciata jęzorem kręci, jakby miała połknąć, ryczy i ryczy, płoszy żurawie i moje myśli rozprasza o ojcu. Zimą strasznie za nim tęskniłem, w śnieżnych zamieciach demony skowytały i lamowały w szyby. Skrzypiało łóżko, a braciszek krzyczał, duchy, duchy. Kiedy ojciec był, to buzię zamykał karceniem, ale łóżko skrzypiało, a mama jęczała.

ebooki
O mnie ebooki

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura