Weekend z książką
Książka stanowi cudowny przedmiot, dzięki któremu świat poczęty w umyśle pisarza przenika do umysłu czytelnika...
3 obserwujących
372 notki
65k odsłon
  113   0

Juliusz Marek- szczodrze i bez obaw o sobie i potrzebie pisania (wywiad)

Wiele postaci w wielu miejscach w różnych czasach. Co łączy ich wszystkich? Gdzie znajduje się wspólny punkt ich historii?
Wiele postaci w wielu miejscach w różnych czasach. Co łączy ich wszystkich? Gdzie znajduje się wspólny punkt ich historii?

Niebywale wyczerpujący wywiad z Juliuszem Markiem, autorem, który bez zbędnych obaw rozpoczyna swą przygodę z pisarstwem.

Śmiało można powiedzieć, że Juliusz Marek wykazał się szczodrobliwością wobec ciekawych czytelników, którzy zawsze chcą jak najbliżej poznać osobę autora. Okazuje się, że za pseudonimem literackim skrywa się  energetyczny młody człowiek, który bez obaw rozpoczął swą przygodę z pisarstwem.

„Nie potrafię już współczuć ludziom. Nawet tym, którzy zdają się być niewinni. Człowiek jako zwierzę, jako gatunek, powinien być wyeliminowany już dawno. Ja powinienem to zrobić, póki miałem szansę. Postanowiłem jednak tę szansę dać im. Chciałem pozwolić im spróbować odwrócić los przez niewtrącanie się. Chroniłem ostatnie bastiony natury, by być dla ludzkości tym światłem, którego sam nie otrzymałem. Światłem, które pozwoli im zmienić swoją historię.”

"Stałem się bogiem, który zostawił świat w posiadaniu ludzi. Bogiem, który zostawił ludzi samych sobie, by mogli korzystać ze swojej wolnej woli. Bogiem, przez którego zaniedbanie ludzie po raz kolejny zniszczyli swój dom” –mówi bohater opowiadania „Zbawienie”.

 

1. A.J: Na chwilę obecną wiemy z całą pewnością, że pod pseudonimem Juliusz T(arsycjusz) Marek, skrywa się posiadający masę energii i zróżnicowanych pasji młody człowiek. A czy Marek Juliusz chciałby powiedzieć nam o sobie coś więcej, i może wyjaśnić jak to możliwe, że dawniejszy student chemii i matematyki oddał część duszy literaturze, a wsłuchując się w ciężki brzmienie heavy metalu, potrafi docenić walory piosenek żeglarskich itd.

M.J: Ot, taki dualizm fizykochemiczny, w tej masie energii. Obecnie energię przejawiam raczej siedząc, ale przecież „aktywność” nie oznacza zawsze biegania i machania łapkami, prawda?

W zasadzie kierunki studiów, z którymi miałem styczność w przeszłości miały niewielki wpływ na moje oddanie literaturze. Oddanie to i tak przejawia się bardziej w czytaniu niż pisaniu, jednakże od zawsze, od czasu gdy nauczyłem się czytać i pisać (czyli od trzeciego roku życia), chciałem napisać coś sam. Najpierw (jako dzieciak) dlatego, żeby inni to czytali, tak po prostu. Potem, by zdobyć sławę (gimnazjum-liceum-początek studiów). Bywało i tak, że wiersze pisane przeze mnie na języku polskim były drukowane w gazetce szkolnej (swoją drogą przez szkołę właśnie odczuwam niechęć do poezji...) Bywało, że z nudów pisałem sobie fragmenty opowiadań, które potem ktoś znalazł i stwierdził, że fajnie się to czyta. Zanim jednak zacząłem pisać „na serio”, zrezygnowałem z marzeń o sławie i chwale. Chciałem udowodnić samemu sobie, że mogę i potrafię. Na studiach zacząłem pisać powieść, która umarła, gdyż osoba X zepsuła dysk, na którym znajdowało się kilka pierwszych rozdziałów. Pozostała mi teczka pełna materiałów, które wykorzystam w przyszłości, oby niedalekiej.

 Na kilka lat zawiesiłem pisanie, zniechęcił mnie ten „wypadek”. Jednak ciągle odczuwałem potrzebę pisania, jeśli nie literatury pięknej, to chociaż dzielenia się swoimi przemyśleniami z szeroko pojętym KIMŚ. Dwa i pół roku temu założyłem bloga, na którym zacząłem pisać to, co mi ślina na język przyniesie. Czasem wpisy były tak krótkie, że aż żałosne, czasem dłuższe, czasem poważniejsze, a niekiedy swoją beznadziejnością wołały o pomstę do nieba. A jednak ktoś to czytał i czyta nadal. Po trzech miesiącach istnienia tego dziwnego tworu napisałem pierwszy rozdział opowiadania, które teraz funkcjonuje jako „Ona”. Kilku osobom się spodobało. I tak jakoś dalej poszło.

Od zawsze uwielbiałem czytać. A potem polubiłem pisanie. Nigdy jednak nie próbowałem recenzować. Nie potrafię określić jakie elementy mi się podobały, jakie konwencje, jakie... brr... Zawsze staram się wciągać w fabułę, zawsze staram się przeżywać przygodę razem z bohaterami. I na końcu stwierdzić, czy było ciekawie, czy nie. Który bohater mnie wkurzył, którego uwielbiam. Konwencje, style... kto płynąc po Morzu Północnym zastanawia się w jakiej konwencji wyświetla mu się wschód słońca? Bo ja się nie zastanawiałem. A po Morzu Północnym płynąłem :)

Co do muzyki to jest tu nieco więcej filozofii, ale tylko nieco. Od czasu, gdy odkryłem istnienie ciężkiej muzyki metalowej zapałałem do niej wielką miłością. Nie chodzi o sieczkę, jaką serwują niektóre zespoły, wolę raczej muzykę takich zespołów jak Farmer Boys czy Apocalyptica. Ktoś powie, że to przecież sofcik. Ja odpowiem, że nie potrzebuję walić się po głowie młotem, wystarczy mi melodyjne, cięższe niż ogniskowa gitara brzmienie, i już jestem szczęśliwy. I nie muszę rozumieć słów, wystarczy mi sama melodia, bo bardzo często tekst psuje nastrój. Wyjątkiem jest Kabanos – u nich zawsze doszukuję się głębokiego przekazu. I bardzo często jest to przekaz bardzo ciężki i bolesny, ale prawdziwy. Co zaś pociąga mnie w piosence żeglarskiej (nie mylić z szantami)? Z przeważającej większości piosenek o morzu przebija potworna tęsknota, a to za morzem, a to za lądem, za domem, za kobietą, za facetem, za wolnością lub niewolą. Tęsknię i ja, bowiem niektóre z tych utworów przypominają mi o chwilach utraconych bezpowrotnie, czasem przez głupotę, czasem przez nieuwagę, ale najczęściej po prostu przez upływający czas. Tak, jestem bardzo sentymentalny.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale