Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
561
BLOG

Lektura z "Naszego Dziennika"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 0

Polska w zaniku -Wojciech Reszczyński

           W dowcipie z czasów, kiedy PRL była zadłużona (tylko) na 25 mld dolarów, Zenon Laskowik poucza Bohdana Smolenia, by zamiast narzekać, że samochód nie nadaje się do użytku, bo ma zepsute jedno koło, mówił, że trzy koła są sprawne. Taka informacja nie tylko jest zgodna z prawdą, ale brzmi o wiele lepiej. Ten stary dowcip pokazywał, jak działała ówczesna propaganda, i mimo upływu czasu pasuje on do polskiej rzeczywistości po 22 latach tzw. transformacji ustroju.

           O tym, w jakim kierunku zmierza dziś Polska, wiemy tylko tyle, ile przekażą nam media i władza, a te w większości nadal trwają w przeświadczeniu, że samochód jest sprawny, bo ma aż trzy dobre koła.

Jak ma bezpiecznie rozwijać się kraj, który pozbawił się przemysłu, zlikwidował stocznie, kopalnie, sprzedał większość strategicznego majątku narodowego, zredukował i rozbroił własną armię, wyzbył się banków, oddając je w obce ręce, w końcu bezkrytycznie scedował swoje prawo i polityczne decyzje na rzecz Unii Europejskiej? Jakie perspektywy ma kraj, który dopiero niedawno spłacił swoje długi z lat 70., a już dziś jest realnie zadłużony na 3 biliony złotych, wliczając w dług publiczny system ochrony zdrowia i ubezpieczeń społecznych. Taki kraj może tylko wegetować i wisieć u klamki możnych i bogatych. Ludność takiego wyzbytego własności kraju może liczyć jedynie na pracę w handlu i usługach i poszukiwanie pracy na Zachodzie.

W minionych 22 latach Polska pozbyła się prawie 1,5 miliona swoich obywateli szukających dla siebie lepszych perspektyw w bogatszych krajach. Takiego exodusu nie było w powojennej historii Polski. Polskiej mediokracji, która zatraciła wiarę w jakiekolwiek znaczenie naszego kraju i chęć faktycznych reform, stan taki wydaje się odpowiadać. Wyzbyć się jakichkolwiek aspiracji, siedzieć cicho i usypiać grillujący Naród.

A jednym z tych sprawnych kół jest prawo, które pozwala premierowi czuć się bezkarnie, gdy nawołuje do niepłacenia abonamentu na rzecz spółek Skarbu Państwa czy - jak ostatnio - ingeruje w rynek giełdowy przez osłabienie pozycji jedynego dziś polskiego giganta gospodarczego, jakim jest KGHM.

Miniony rok przyspieszył także proces zanikania polskiej suwerenności politycznej. Dowodem na to jest kompletna klęska oficjalnego śledztwa smoleńskiego, które zamienia się w wielkie "smoleńskie kłamstwo". Im dłużej będzie trwało udawanie, że Polska z tej traumy "zdała egzamin", tym większy będzie szok po ujawnieniu wyników niezależnego śledztwa komisji Antoniego Macierewicza. Na nic zda się trwanie w "hołdzie berlińskim" złożonym przez ministra Radosława Sikorskiego, który w zbliżeniu niemiecko-rosyjskim nie widzi już kontynuacji paktu Ribbentrop-Mołotow. A przecież nie zmieniły się wektory polityki Unii Europejskiej wobec Rosji. O wszystkim decydują Niemcy, dla których najważniejszym partnerem politycznym i gospodarczym wciąż pozostaje Rosja, nowo przyjęty członek Światowej Organizacji Handlu.

Otwarcie enklawy kaliningradzkiej, z wszelkimi dziś i w przyszłości negatywnymi dla nas skutkami, było wyłącznie projektem rosyjsko-niemieckim przy niemym, akceptującym udziale Polski.
Fasadowość struktur Unii Europejskiej ujawniła farsa z tzw. polską prezydencją. W imię czegoś tak groteskowego jak przekonywanie, że może być coś takiego jak polskie "przywództwo" w UE, wyrzucono w błoto setki milionów złotych. Czerwona lampka nie zapaliła się nawet wtedy, gdy zdecydowano się uszczuplić rezerwy NBP w imię "ratowania strefy euro".

Kończący się rok zamykają, jak symbole, nieobecność na pogrzebie Vaclava Havla w Pradze polskiego prezydenta, oficjalnie chorego, choć dał radę następnego dnia pozdrowić swoich fanów na portalu społecznościowym, oraz wystawa na Zamku Królewskim w Warszawie poświęcona Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu pt. "Polityk, mecenas, reformator", ze szczególnym akcentem położonym na "reformator" i "mecenas". Wystawa objęta honorowym patronatem przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

 

Temida bezradna wobec "nietykalnych" -Mariusz Bober

 

           Polski wymiar sprawiedliwości od 20 lat cierpi na "niemoc" w osądzeniu prominentów PRL. Umorzenie 16 grudnia br. przez warszawski sąd sprawy o zniesławienie wytoczonej prawie 7 lat temu 19 dziennikarzom i dyplomatom przez Jana Kobylańskiego jeszcze raz pokazuje, że Temida jest bezradna także wobec grupy "nietykalnych" w III RP.

Polonijny biznesmen z Urugwaju pozwał dziennikarzy, redaktorów naczelnych i publicystów m.in. "Gazety Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Polityki" i "Newsweeka" oraz ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego i Jarosława Gugałę, byłego ambasadora w Urugwaju, obecnie dziennikarza TV Polsat, za to, że w swoich publikacjach i wypowiedziach, głównie w latach 2004-2005, przedstawiali go m.in. jako szmalcownika, który podczas II wojny światowej wydał Niemcom żydowską rodzinę. Gazety, a wraz z nimi media elektroniczne, ogłosiły także Kobylańskiego współpracownikiem dyktatora Paragwaju i naczelnym antysemitą południowoamerykańskiej Polonii.

- To było działanie przemyślane i skoordynowane, a więc z pewnością nieprzypadkowe. Na ogół nie dzieje się przecież tak, że kilkanaście stacji radiowych, telewizyjnych, gazet codziennych, periodyków, miesięczników i tygodników w tym samym czasie napisało to samo na ten sam temat - wskazuje Andrzej Lew-Mirski, adwokat reprezentujący Kobylańskiego.

Jednak wysuwane przeciw niemu oskarżenia o szmalcownictwo okazały się bezpodstawne. Prowadzone kilka lat temu przez IPN śledztwo w sprawie rzekomej denuncjacji przez Jana Kobylańskiego żydowskiej rodziny zostało w 2007 r. umorzone, ponieważ nie znaleziono dowodów potwierdzających, że to właśnie Jan Kobylański (osoba podejrzewana w śledztwie nazywała się Janusz Kobylański) dopuścił się tego czynu. Pozwani dziennikarze i dyplomaci nie potrafili też udowodnić, że szef USOPAŁ kolaborował z dyktatorem Paragwaju. Nie uzasadnili w wystarczający sposób także innych stawianych mu w swoich publikacjach i wypowiedziach medialnych zarzutów. Dlatego brak argumentów próbowali zasłaniać podczas kolejnych rozpraw oskarżeniami polonijnego biznesmena o antysemityzm. Sąd nie uniewinnił oskarżonych, choć jednocześnie nie skazał ich, mimo iż nie uzasadnili swoich oskarżeń. Zaś wśród potencjalnie skazanych mogli się znaleźć m.in.: naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik czy obecny redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" Tomasz Wróblewski.

Sądy chorujące na "niemoc"

- Akt oskarżenia złożyłem prawie 7 lat temu. Sąd miał wystarczająco dużo czasu, by rozpoznać ewentualne wnioski dowodowe strony przeciwnej i zakończyć proces w terminie - dziwi się mecenas Lew-Mirski. Jednak 4 lata trwało samo ustalanie, który sąd ma zająć się tą sprawą. - W efekcie tego czasu oczywiście musiało zabraknąć [na zakończenie w terminie samego procesu - przyp. red.], bo niestety sprawy z oskarżenia prywatnego szybko się przedawniają - konstatuje adwokat.

Czemu tak długo trwało ustalanie, który sąd ma zająć się sprawą? Lew-Mirski dostrzega przyczyny formalnoprawne. - Najwidoczniej dla naszych sądów znacznie ważniejsze wydają się sprawy z oskarżenia publicznego i one mają zdecydowany priorytet, a takie jak omawiana traktowane są z pewnością po macoszemu - tłumaczy, przyznając jednak, że zna przypadki procesów o zniesławienie, które toczyły się w polskich sądach o wiele krócej.

Warto w tym kontekście przypomnieć proces, jaki w 2008 r. Adam Michnik wytoczył Instytutowi Pamięci Narodowej o ochronę dóbr osobistych. Wówczas sądy wykazały się zadziwiającą sprawnością. W ciągu zaledwie roku wydano 2 wyroki w sądach pierwszej i drugiej instancji! IPN przegrał wówczas proces. W przypisie do publikacji o wydarzeniach z marca 1968 r. napisał bowiem, że ojciec naczelnego "Gazety Wyborczej" otrzymał wyrok sądowy za szpiegostwo na rzecz Związku Sowieckiego. Tymczasem Ozjasz Szechter został skazany obok 56 innych działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy za... działalność w nielegalnej organizacji, której celem była zmiana ustroju II Rzeczypospolitej lub oderwanie części jej terytorium, co było traktowane jako zdrada stanu. KPZU dążyła do oderwania kresów II Rzeczypospolitej i przyłączenia ich do Związku Sowieckiego.

Tymczasem jak wskazuje prof. Ryszard Bender, senator poprzedniej kadencji, obserwujący ciągnący się latami proces wytoczony przez Jana Kobylańskiego, w tym przypadku widoczne było ewidentne przeciąganie sprawy przez sądy. - A przecież to głównie z tego powodu doszło do przedawnienia stawianych oskarżonym zarzutów - podkreśla. Również on zaznacza, że w innych tego typu sprawach sądy często o wiele szybciej wydają wyroki. - To stwarza społeczne wrażenie, że niektórzy obywatele nie są równi wobec prawa, co z kolei łamie poczucie sprawiedliwości społecznej - podkreśla.

"Nietykalni" III RP mogą bezkarnie obrażać?

Skąd taka nierychliwość sądów w podejmowaniu niektórych spraw? - Wystarczy popatrzeć na sytuację polityczną w kraju. Proces gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który wytoczył wojnę Narodowi Polskiemu, toczy się już kilkanaście lat. Sądy nie potrafią go skazać i w efekcie zapewne także tę sprawę doprowadzą do "przedawnienia". Podobnie sytuacja ma się z Czesławem Kiszczakiem - wskazuje kapitan żeglugi wielkiej inż. Zbigniew Sulatycki. - Gdy Polacy obalili komunizm przed 20 - już z górą laty - byłem przekonany, że w Polsce w końcu zapanuje prawo i sprawiedliwość, że wszyscy będą traktowani równo wobec prawa - podsumowuje.

Opieszałość w rozpoznawaniu spraw, nie tylko zresztą takich jak omawiana, jest powszechnie znaną dolegliwością polskiego wymiaru sprawiedliwości i pomimo rozlicznych zapewnień na naszej "zielonej wyspie" nic w tym zakresie nie uległo zmianie. Zdaniem adwokata Jana Kobylańskiego, w sprawach o zniesławienie trzeba dochodzić swoich praw przed sądami. Choć to w polskich warunkach niezwykle trudna i kosztowna droga, to jednak w jakiś sposób "temperuje" poczucie bezkarności u tych, którzy chcieliby zapewnić sobie monopol na kształtowanie rzeczywistości w III RP.


Korea trzech Kimów

Prof. Jakub Polit historyk, Uniwersytet Jagielloński

           Co takiego jest w odległej Korei Północnej, że przykuwa uwagę możnych tego świata? Dlaczego już siódmy dziesiątek lat - rekord pobity tylko przez Związek Sowiecki - trwa tam równie okrutny jak absurdalny reżim? I czy zmiana na szczytach władzy, przejęcie jej przez trzecie pokolenie samowładczej dynastii - rzecz sama w sobie bez precedensu - stwarza szanse na zmianę istniejącego porządku?

Geopolityczna beczka prochu

Najprościej jest odpowiedzieć na pytanie pierwsze. Otóż Półwysep Koreański położony jest w jednym z najbardziej newralgicznych i zarazem najbardziej niebezpiecznych regionów świata. Prawda, że obszar euroatlantycki jest jeszcze lepiej uzbrojony, niemniej - w znacznej mierze na skutek sieci sojuszów, wspólnych organizacji, wreszcie demokratycznego ustroju - możliwość wybuchu jest tam wręcz znikoma. Z kolei tzw. - wedle określenia Zbigniewa Brzezińskiego - euroazjatyckie Bałkany, rozciągające się od Azji Środkowej po Egipt, mają większe nasycenie "gorących" konfliktów, ale nie ma tam prawdziwych mocarstw. Tylko jeden kraj (Izrael) jest uznawany za posiadacza broni jądrowej. Innymi słowy, niebezpieczeństwa związane z regionem bliskowschodnim wynikają bardziej z obawy wciągnięcia w konflikt graczy naprawdę potężnych niż z formatu samych grających. Tymczasem na Półwyspie Koreańskim stykają się aż cztery mocarstwa nuklearne: ChRL, Rosja, USA (w postaci swych baz) oraz Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Obok znajduje się mocarstwo niejądrowe, ale mogące mieć tę broń właściwie w każdej chwili (Japonia). Mamy także potęgę gospodarczą - Koreę Południową, a stosunkowo niedaleko kolejną - Republikę Chińską na Tajwanie. Równie wymyślnie nafaszerowanej beczki politycznego prochu nie ma żaden inny region świata.

Przypomnieć należy - bo nader często się o tym zapomina - że konflikt między obu państwami koreańskimi ma charakter domowej wojny tout court, która może zostać zakończona tylko likwidacją jednego ze zwaśnionych organizmów państwowych. Dominująca w regionie cywilizacja konfucjańska uchodzi (po części słusznie) za mało wojowniczą. Wszelako traktowanie przez nią państwa jako rodziny, z władcą występującym w roli patriarchy, sprawia, że konflikt wewnętrzny, czyli podniesienie ręki na władzę mieniącą się jedynie prawowitą, jest równoznaczne z próbą ojcobójstwa - najstraszniejszą zbrodnią godną wszystkich kar i mąk. Dzieje cywilizacji chińskiej, pod której wpływem Korea pozostawała przez tysiąclecia, pełne są opowieści o morderczych konfliktach bratobójczych, w których strona przegrywająca musiała być totalnie unicestwiona. Charakterystyczny dla Zachodu świat teoretycznie równych sobie antycznych poleis, a potem średniowiecznej Res Publica Christiana, gdzie wszyscy władcy byli z założenia suwerenni (i jako równi pisali do siebie per "mój panie bracie"), nie występował nigdy w Azji Wschodniej.

Komunizm północnokoreański wyrósł z zatrutego pnia stalinizmu, prędko jednak przybrał cechy nader swoiste. Znakomity krakowski politolog prof. Marek Bankowicz zauważył kiedyś celnie, że twórca reżimu Kim Ir Sen, jako najbardziej groteskowy dyktator współczesnego mu świata, był wszelako dyktatorem najpełniejszym. Urzeczywistnił bowiem dwa odwieczne marzenia tyranów: o poddaniu całości życia społecznego wszechogarniającej kontroli władzy i o wyniesieniu tejże władzy na piedestał świętości. Ponieważ Kim Ir Sen pozostaje (mimo śmierci w 1994 r.) proklamowanym oficjalnie Wieczystym Prezydentem Korei, mówienie o nim w czasie przeszłym nie jest do końca prawdziwe.

W tym miejscu warto przypomnieć, że trwający już siódmy dziesiątek lat północnokoreański komunizm poprzedzony był w całej Korei ponad czterdziestoletnimi kolonialnymi rządami Japonii, które w ostatniej fazie nabrały totalitarnego charakteru. Osobliwością totalitaryzmu japońskiego było zaś wprzęgnięcie w jego służbę starożytnego mitu o niebiańskim pochodzeniu tamtejszej dynastii cesarskiej. Otóż nawet zupełny laik dostrzeże bez trudu, że wiszące w wielu północnokoreańskich instytucjach konne portrety Kim Ir Sena i młodocianego Kim Dzong Ila, przedstawiające ich jako wodzów antyjapońskiej partyzantki, niekiedy do złudzenia przypominają oficjalne podobizny cesarza Hirohito pozdrawiającego poddanych z wysokości siodła swej klaczy Śnieżynki.

Czerwona dynastia

Podobieństwo do systemu japońskiego zwiększa niesamowity fakt dziedziczności najwyższej władzy w KRL-D, określanej czasem mianem komunistycznej monarchii. Tu kwestia jest jednak bardziej skomplikowana. Wyborny specjalista, prof. Jacek Bartyzel, nazwał ostatnio system północnokoreański monokracją, a więc jedynowładczą formą sprawowania rządów, w której mimo braku formalnych zasad sukcesji następuje jednak ewolucja w stronę monarchii de facto. Władza pozostaje bowiem w rękach jednej rodziny, w której obrębie sukcesora określa wszakże wola aktualnie rządzącego, a nie jakikolwiek porządek naturalny czy zwyczajowy. Aktualny przywódca KRL-D Kim Dzong Un jest bowiem młodszym synem zmarłego Kim Dzong Ila, podczas gdy w europejskich monarchiach absolutnych władca nie mógł dowolnie zmienić reguł następstwa tronu (nawet w formie desygnowania młodszego syna przed starszym). Frapującą analogią jest tu instytucja antycznej tyranii, w której jedynowładca wyznaczał następcę - zwykle właśnie syna - w sposób arbitralny. Nie mogąc uzasadnić swego wyniesienia prawem zwyczajowym ani naturalnym, puszczał w obieg opowieści o "wieszczych znakach" zapowiadających jego władzę. (Na tej właśnie zasadzie narodziny każdego z Kimów miały poprzedzić niezwykłe zjawiska atmosferyczne). Żadnej jednak rodzinie helleńskich tyranów - nawet sławnym ateńskim Pizystratydom - nie udało się zachować władzy przez okres dłuższy niż dwa pokolenia. Z tego właśnie powodu osiągnięcie czerwonej koreańskiej despotii jawi się jako jedyne w swoim rodzaju.

Łatwo można też określić przyczyny względnej pobłażliwości świata dla zbrodniczego reżimu Kimów. Jego sednem jest mianowicie fakt - który Kim Dzong Il trafnie zauważył i wykorzystał - że tak naprawdę żadne z państw regionu nie chce likwidacji KRL-D. Dla Japonii zjednoczenie Korei oznaczałoby pojawienie się w najbliższym sąsiedztwie blisko osiemdziesięciomilionowego (czyli porównywalnego z samą Japonią), potencjalnie silnego gospodarczo i wyposażonego w broń nuklearną sąsiada, z racji zaszłości historycznych niekorzystnie przyjaznego. Dla Chin i Rosji byłoby to sąsiedztwo z dużym, silnym i co gorsza mającym na swym terytorium amerykańskie garnizony państwem - a przeciw takiemu rozwiązaniu Pekin i Moskwa wystąpiły zbrojnie podczas wojny koreańskiej (1950-1953). Wreszcie, perspektywa taka nie musi też zachwycać Waszyngtonu. Pominąwszy problemy w relacjach z Rosją, Chinami i Japonią, zjednoczona Korea mogłaby wyprosić ze swego terytorium wojska USA (których pobyt ma na celu właśnie obronę przed Północą). Silna, nuklearna Korea niepowstrzymywana przez żadnego alianta mogłaby wywołać uzbrojenie się w broń nuklearną Japonii (a może i Tajwanu). Nie trzeba dodawać, że nikt tego nie chce. O urzeczywistnieniu takiego scenariusza nie marzą też zapewne władze w Seulu. Wobec potencjalnych kosztów zjednoczenia ze zrujnowaną komunistyczną Północą, wyrzeczenia o ileż bogatszych od Koreańczyków zachodnioniemieckich Wessis, zmuszonych dopłacać po zjednoczeniu do swych wschodnich braci Ossis, okazać by się mogły tylko bagatelą.

Reformy czy bezruch?

Nowy władca Korei Północnej, niespełna trzydziestoletni Kim Dzong Un, stanowi w rzeczy samej zagadkę dla świata. Niejasna jest nawet data jego urodzenia (1983 czy 1984 rok?). Jego, skądinąd zaskakująca, edukacja w demokratycznej Szwajcarii (wcześniej ukończył elitarną szkołę dla prominentów partyjnych) jest wśród politologów powodem rozmaitych, najczęściej bezzasadnych, rachub i spekulacji. Dotyczą one naturalnie ewentualnych przemian i reform, które mógłby (?) wprowadzić następca tronu. Otóż wydaje się oczywiste, że Kim Trzeci nie posiada (choćby ze względu na wiek) ani odpowiednio rozbudowanej legendy własnej, ani zastępu wystarczająco licznych, zawdzięczających wszystko tylko jemu pretorianów. Jego głównym atutem pozostaje nazwisko i poparcie rodziny (stanowiącej od 40 procent do połowy członków Komitetu Centralnego Partii Pracy Korei). Jednak właśnie z tego powodu jest mało prawdopodobne, by chciał odchodzić od modelu władzy stworzonego przez ojca i dziada. Kwestionowałby w ten sposób własną pozycję jako jedynego prawowitego dziedzica kimirsenowskiej filozofii dżucze, czczonej w Korei Północnej jako niezmienne i szczytowe osiągnięcie myśli ludzkiej. Niektórzy sugerują, że Kim najmłodszy mógłby pójść tzw. chińską drogą, rozumianą jako przemiany gospodarcze przy zachowaniu (przynajmniej pozornym) partyjno-politycznej ortodoksji. Warto im wobec tego przypomnieć, że chińskie reformy były dziełem nie wyedukowanej młodzieży (ta ostatnia dała się wciągnąć w "rewolucję kulturalną"), ale dobiegającego osiemdziesiątki Deng Xiaopinga, z którego życiorysem rewolucyjnym rywalizować mógł tylko sam Mao Zedong.

Jeśli dodamy do tego, że Pekin i Moskwa (ta ostatnia w nieporównanie mniejszym stopniu) czerpią realne korzyści z amerykańskiej wiary, że za ich pośrednictwem można wywierać pewien wpływ na KRL-D, to dojdziemy do ponurego wniosku, że prawdziwych przemian w Phenianie nie chce nikt. Mocarstwa chciałyby jedynie widzieć u steru Północy kogoś bardziej przewidywalnego, kto respektowałby traktaty i nie przeszkadzał.

Ten "racjonalny" scenariusz nie opłaca się wszakże samemu Phenianowi. W rzeczy samej wymierne korzyści - w tym stałą pomoc materialną dla swego sypiącego się państwa - Kim Dzong Il czerpał z wiary społeczności międzynarodowej, że jest on szaleńcem gotowym naprawdę - jeśli nie spełni się jego żądań - nacisnąć na atomowy guzik. Gdyby go za takiego nie uważano, nikt by się nim nie interesował - tak jak nikt nie interesuje się juntą w Birmie ("Myanmarze") czy większością dyktatur afrykańskich. Dyktator z Phenianu musi więc od czasu do czasu organizować spektakle potwierdzające jego nieobliczalność - zatopić jakiś statek, wystrzelić rakietę przelatującą nad Japonią, ostrzelać miasteczko lub wybrzeże w Korei Południowej. Wszelka ewolucja á la chinoise oznaczałaby bowiem nieuchronny kres systemu, który trwa przede wszystkim dzięki swojej niezmienności.

Autor zajmuje się historią stosunków międzynarodowych na Dalekim Wschodzie.

 

Co Komorowski załatwił w Chinach? -Hanna Shen, Tajpej

           Chińscy dysydenci z rozczarowaniem przyjęli wizytę prezydenta Bronisława Komorowskiego w Chinach. Ich zdaniem, była ona sukcesem chińskich komunistów, którzy otwarcie mówią o tym, iż zyskali teraz "sojusznika na podwórku NATO".

Przede wszystkim zdumienie wśród antykomunistów wywołuje fakt, iż prezydent pochodzący z kraju, który pierwszy w 1989 roku obalił komunizm, ani razu na spotkaniu z władzami chińskimi nie wspomniał o problemie łamania praw człowieka w ChRL. W prasie polskiej pisano co prawda o spotkaniu Bronisława Komorowskiego z chińskimi dysydentami, ale ci na temat takiego spotkania nie mają żadnej wiedzy. Jeden z bardziej znanych opozycjonistów, Cao Changqing, chiński pisarz i publicysta, powiedział "Naszemu Dziennikowi", że może to oznaczać, iż polski prezydent ugiął się pod presją władz chińskich i zgodził się "na jakieś anonimowe spotkanie nie wiadomo z kim", być może tylko na potrzeby polskich mediów.

Według Cao, wizyta Komorowskiego jasno pokazała Chińczykom, ale przede wszystkim chińskim dysydentom, na czym polega różnica pomiędzy rządami braci Kaczyńskich a rządami liberałów. Kaczyńscy, ale także wcześniej Lech Wałęsa, nigdy nie wybrali się do komunistycznych Chin i spotykali się z Dalajlamą, pokazując w ten sposób Pekinowi, że dla Polaków godność ludzka to jedna z największych wartości.

Oczywiście Polska, kontynuuje Cao, powinna zabiegać o rozwój stosunków gospodarczych z Chinami (drugą gospodarką na świecie), zwłaszcza że wymiana handlowa pomiędzy krajami jest niezrównoważona. Polska importuje z Chin 10 razy więcej, niż eksportuje do Państwa Środka. Ale rozwiązanie tego problemu nie wymaga wizyty polskiego prezydenta. Nawet chińscy oficjele i ekonomiści otwarcie przyznają, że rozwiązanie jest tylko i wyłącznie po stronie polskiej. - Polska powinna produkować towary konkurencyjne na rynku chińskim, a z Chin sprowadzać półprodukty, które następnie będzie sprzedawać jako gotowe produkty do pozostałych krajów europejskich - radzi prof. Kong Tianping z Chińskiej Akademii Badań nad Europą Wschodnią, jednego z czołowych think tanków w ChRL.

Po co więc prezydent Komorowski przybył do Chin i podpisał deklarację dotyczącą nawiązania między Polską a Chinami stosunków strategicznego partnerstwa? Według Cao Changqinga, wizytę i deklarację komuniści chińscy chcieli po prostu wykorzystać propagandowo. Oto lider dużego europejskiego państwa przechadza się z małżonką po Wielkim Murze w ośmiostopniowym mrozie, twierdząc, że widok muru spowodował, iż nie czuje zimna. To, jak określił chiński dysydent, show, na który właśnie czekali aparatczycy w Pekinie i co chwila pokazywali go w komunistycznych mediach.

Chińczycy otrzymali jasny przekaz: skończyły się problemy z Polakami. Do tej pory dla chińskich dysydentów Polacy to jeden z najbardziej antykomunistycznych narodów w Europie. Ale teraz, co podkreślają chińskie oficjalne media, polskim przywódcą nie jest już prozachodni Lech Kaczyński; przy władzy są liberałowie i Komorowski, którzy są otwarci na Wschód: na Rosję i na Chiny. Podpisanie przez stronę polską deklaracji o strategicznym partnerstwie z Chinami to według Pekinu dobry znak, że Polska nie będzie np. przeszkodą przy zakupie zachodniej broni przez Chiny, czemu Warszawa do tej pory się konsekwentnie sprzeciwiała. Co więcej, w deklaracji znalazło się stwierdzenie, że Polska popiera proces integracji w rejonie Azji Wschodniej - a właśnie to pod pozorem owej "integracji" Chiny próbują osiągnąć hegemonię w tym regionie świata. Teraz będzie się to działo także za zgodą Polski.

ChRL zdobyła sojusznika "na podwórku NATO", jak to określiły chińskie media. A dziennikarze mogą pisać o "wspaniałym sukcesie dyplomacji chińskiej".

Cao Changqing stwierdził, że ta wizyta to rzeczywiście wielki sukces chińskiej partii komunistycznej i jej propagandy. - W czasie swojej wizyty prezydent Komorowski przypomniał, że smok to chiński symbol szczęścia i sukcesu. Dla ludzi zachodu smok to potwór, który ma pazury i potrafi być wściekłym tyranem - przypomniał Cao. I podkreślił, że zachodni eksperci często opisują relacje pomiędzy Chinami a Tybetem za pomocą porównania dużego smoka - tyrana, i białego delfina.

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka