Unia Europejska: od kryzysu do kryzysu
Dariusz Sobków były ambasador tytularny w Stałym Przedstawicielstwie Polski przy Unii Europejskiej w latach 2006-2008
Permanentny kryzys Unii Europejskiej, szczególnie strefy euro, w ostatnich trzech latach świadczy dobitnie o zapaści systemu decyzyjnego tej organizacji. Spektakularnymi znamionami najpoważniejszego kryzysu Wspólnoty od chwili jej powstania w 1957 r. są: załamanie finansów publicznych wielu tzw. starych członków UE należących do strefy euro (Portugalia, Irlandia, Grecja, Hiszpania, Włochy); kryzys decyzyjny polegający na zwoływaniu improwizowanych szczytów europejskich celem gaszenia doraźnych pożarów politycznych i finansowych, a także brak skutecznej dyplomacji unijnej - mimo wydania wielu milionów euro na jej powołanie i pomimo deklaracji baronessy Catherine Ashton, że UE zbuduje kiedyś silną dyplomację.
Dodajmy jeszcze do tego niewydolność socjalną społeczeństwa Unii Europejskiej wyrażającą się stałym i wysokim bezrobociem, również wśród młodych i wykształconych obywateli. Tego rodzaju kryzys, dotykający wszystkich sfer działania organizacji, określa się mianem strukturalnego. Oznacza to, że przyczyn braku zdolności poradzenia sobie z objawami tegoż kryzysu należy szukać wewnątrz złego systemu decyzyjnego i błędnego sposobu zarządzania, a nie w tzw. przyczynach zewnętrznych.
Permanentny kryzys systemu polityczno-urzędniczego o nazwie Unia Europejska przypomina walkę o przetrwanie, w której liczą się tylko najsilniejsi. Nikt już nawet nie protestuje, gdy najważniejsze decyzje są obecnie podejmowane w UE w nielegalnym (z punktu widzenia obowiązujących traktatów) trybie dwustronnych spotkań szefa państwa francuskiego i niemieckiej kanclerz. Unią nie rządzą już Herman Van Rompuy ani José Manuel Barroso. Unią rządzi "Merkozy".
Unia wyciąga rękę po wielomiliardową pomoc finansową do Chin i Rosji, kierując prośbę do Moskwy i Pekinu o udział w systemie gwarancji dla banków UE. Rzecz nie do wyobrażenia jeszcze kila lat temu. W zamian za rosyjskie i chińskie wsparcie finansowe UE gotowa jest oddać część swojej niezależności ekonomicznej i energetycznej. Europejscy liderzy nie potrafią od dwóch lat wydobyć z zapaści finansowej małego państwa, jakim jest Grecja. Organizacja międzynarodowa o nazwie Unia Europejska jest najwyraźniej niezdolna do zarządzania obecnym kryzysem, nie potrafi nakreślić jakiejkolwiek konkretnej drogi i perspektywy czasowej wyjścia z tegoż kryzysu. Nie ma przecież żadnej mapy drogowej wychodzenia z zapaści finansowej, nie padają żadne terminy. UE działa doraźnie: od kryzysu do kryzysu. Przecież jedynym klarownym zapewnieniem przywódców UE w ostatnich miesiącach dotyczącym kryzysu jest deklaracja, że... wkrótce nadejdzie druga fala kryzysu.
Zakończony 9 grudnia szczyt UE w Brukseli był już kolejnym, który zapewniał o wyjściu na prostą. Tymczasem obywatele UE dowiedzieli się jedynie o konieczności prac nad następnym traktatem, oddaniem jeszcze większej władzy urzędnikom w Brukseli w dziedzinie kontroli finansów krajowych. Potwierdzono supremację Berlina i Paryża. Nic nowego. Unia brnie przez utarte ścieżki polityczne i decyzyjne od lat.
Świat ucieka Europie
Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy wbrew zapewnieniom przywódców UE obecnie wcale nie mamy do czynienia z kryzysem ogólnoświatowym. To nieprawda, że dotknął on cały świat. Gospodarka większości krajów globu rozwija się dynamicznie. Przykładem mogą być państwa Ameryki Łacińskiej, np. Brazylia, kontynentu europejskiego, np. Rosja, azjatyckie, jak Indie i Chiny, czyli tzw. kraje BRIC (od pierwszych liter nazw wymienionych krajów, co w jęz. ang. znaczy "cegła"). Grupa czterech krajów BRIC pochodzących z różnych kontynentów, pomimo że boryka się z różnymi problemami, rozwija się dużo szybciej niż gospodarki państw unijnych. Kraje te zamieszkuje prawie połowa ludności świata. Brazylia i Indie nawet zwiększyły tempo rozwoju w czasie tzw. kryzysu.
Także państwa graniczące z UE mają się dobrze. Turcja wykazuje w ostatnich latach wzrost gospodarczy w skali 5 procent rocznie. Norwegia i Szwajcaria, a więc państwa europejskie, są ostoją stabilizacji ekonomicznej, być może właśnie dlatego, że nie należą do Unii Europejskiej. Jedynie przywódcy UE i USA od trzech lat bezsilnie załamują ręce nad "światowym kryzysem". W największym stopniu dotyczy to Portugalii, Włoch, Grecji i Hiszpanii. Kraje te otrzymały nawet nazwę PIGS (od pierwszych liter angielskich nazw tych krajów UE: Portugal, Italy, Greece, Spain, co w jęz. ang. znaczy "świnie"). W konkurencji gospodarczej światowe pozaeuropejskie "cegły" okazały się o wiele mocniejsze niż europejskie "świnki".
Zbieg tych skrótowych nazw jest tutaj przypadkowy, ale jakże okrutny. Unia Europejska przegrywa światowy pojedynek z Azją, a nawet częściowo z Ameryką Łacińską. Dawniej unijni inżynierowie i finansiści jechali daleko poza granice Europy, aby robić dobre interesy. Dzisiaj natomiast Rosjanie, Chińczycy i Hindusi wykupują europejskie firmy i przedsiębiorstwa m.in. dlatego, że w Azji i Ameryce Łacińskiej nie ma organizacji określającej, jakie są przepisowe wymiary krzywizny banana, kiedy należy zaliczyć skorupiaka do ryb oraz nakazującej na całym kontynencie wymianę w tym samym roku żarówek na bardziej ekologiczne.
Były komisarz unijny Gźnter Verheugen obliczył, że firmy europejskie tracą każdego roku około 130 mld euro na sprawozdawczości przestrzegania przepisów unijnych, które są zbędne i można w każdej chwili je zlikwidować. Ta zmarnotrawiona przez ostatnich dziesięć lat istnienia euro kwota to dokładnie tyle samo, ile UE potrzebowała - aby stworzyć Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej - 1,3 bln euro. Europa te pieniądze zmarnowała na jałowe przepisy, a w tym czasie Azja uwolniła te środki do produkcji tańszych produktów, które dziś eksportuje do Europy.
Podczas gdy w Chinach likwiduje się kolejne bariery dawnej komunistycznej gospodarki nakazowej, dzięki czemu wytwarza się coraz tańsze towary, w UE od wielu lat "produkuje się" nowe normy i przepisy, które zwiększają koszty produkcji. W wyniku takiego mechanizmu kryzys strukturalny, biurokratyczny UE przemienia się w europejski kryzys finansowy napędzający azjatycką koniunkturę.
Do dziś Unia Europejska nie znalazła sposobu na wyjście z tego zaklętego kręgu. Do znudzenia powtarzane hasło, że lekarstwem na kryzys będzie "więcej Europy", przypomina raczej zaklęcie politycznego szamana niż realistyczną wizję rozwiązania problemu.
Drenowanie peryferii UE
W czasie polskiej prezydencji w UE uwidoczniło się nowe ułożenie sił wewnątrz Wspólnoty na czas kryzysu albo wyszły na jaw stare intencje unijnych architektów. Nowe kraje członkowskie są drenowane finansowo i politycznie. Polska nie miała praktycznie nic do powiedzenia w najważniejszych decyzjach UE, mimo formalnej rezydencji w Unii. Sześciopak dyscyplinujący budżety i gospodarkę wszystkich krajów celem kontroli krajów skorumpowanych politycznie i finansowo w strefie euro (PIGS) został przygotowany bez udziału polskich polityków. Rolą naszej prezydencji było jedynie rozprowadzenie tego niekorzystnego dla nas projektu po innych krajach.
Nikt zresztą nie pytał Polaków, czy jest on dla nich korzystny. Wystarczyło, że tak ustalono w Paryżu i Berlinie. Polski minister był wypraszany ze spotkań strefy euro, nawet jako obserwator. Członkowie polskiego rządu nie ukrywali frustracji z tego powodu, ale milczeli, jak przystało na kraj peryferyjny. W sprawie projektu budżetu UE oddaliśmy interes rolników zarówno polskich, jak i wschodnioeuropejskich bez najmniejszego sprzeciwu. Na koniec wreszcie polski minister poprosił w Berlinie niemiecką kanclerz, aby poprowadziła Unię w kierunku przez siebie wybranym. Skoro w Warszawie nie może prowadzić prezydencji, niechaj chociaż w Berlinie wygląda, że ktoś troszczy się o Wspólnotę Europejską.
Ta filozofia drenowania politycznego Wschodu przez Zachód Europy pojawiła się już na sławetnym spotkaniu przewodniczących frakcji Parlamentu Europejskiego z prezydentem Vaclavem Klausem na Hradczanach podczas czeskiej prezydencji w 2009 roku. W czasie tego spotkania przywódca europejskich Zielonych, niemiecko-francuski eurodeputowany Daniel Cohn-Bendit (posiada dwa obywatelstwa: francuskie i niemieckie) oraz sam ówczesny niemiecki przewodniczący PE Hans-Gert Poettering w sposób niekulturalny pouczali prezydenta Czech, co ma zrobić z traktatem lizbońskim. Dokładnie mówiąc, krzyczeli, nakazując podpisanie traktatu. Prezydent Klaus stwierdził, że na Hradczanach do tego typu scen dochodziło ostatnio w czasach systemu sowieckiego.
Minęły dwa lata i nikt już nie musi krzyczeć na rząd w Warszawie. Polski minister sam prosi w Berlinie o polityczne przywództwo Niemców w Europie. Najwidoczniej został wprowadzony w życie model zarysowany w 2001 roku przez prezydenta Jacques´a Chiraca dla Europy Wschodniej. Wówczas w Paryżu kazano nowym członkom NATO i przyszłym członkom UE milczeć i nie przegapiać okazji do milczenia. Gdy nasz kraj ogłosił poparcie dla amerykańskiej koalicji w Iraku - z Paryża popłynęły słynne słowa o tym, że "Polska straciła okazję, aby milczeć".
Nauka nie poszła w las. Teraz nie tylko milczymy, lecz także sami prosimy prezydenta Merkel-Sarkozy´ego, aby wskazywał nam świetlaną przyszłość, którą mają podążać kraje Europy peryferyjnej, niezdolne do prowadzenia własnej polityki. Finansowym symbolem tego drenażu peryferii jest transfer finansów krajów uboższych na rzecz bogatszych. Na Słowację nałożono rok temu obowiązek zapłaty 7 mld euro na rzecz dofinansowania banków zachodnich ze strefy euro (Słowacja niestety jest członkiem tej strefy). Polski rząd poparł bez żadnych warunków i komentarzy transfer 6 mld euro z Polski na rzecz funduszu wspomagającego strefę euro poprzez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, na czele którego stoi Francuzka Christine Lagarde - była minister finansów w rządzie Sarkozy´ego. Koło się zamyka.
Kilka sposobów na wyjście z kryzysu
Mimo tego stanu rzeczy poczynienie kilku obserwacji wskazuje na ewentualne kierunki naprawy sytuacji w Europie i w poszczególnych krajach członkowskich UE. Mogą one stać się najważniejszymi punktami naprawy polityki europejskiej niezależnego polskiego rządu, o ile taki w bliskiej perspektywie powstanie.
Obserwacja pierwsza: kraje posiadające waluty narodowe szybciej dostosowały się w UE do obecnego kryzysu niż kraje strefy euro. Własne banki centralne krajów spoza strefy euro wymuszają bezpośrednią odpowiedzialność rządu za pozycję waluty krajowej. Zależność budżetu od własnej waluty lepiej motywuje do lepszego zarządzania finansami. Nawet niezależny od rządu, centralny bank danego kraju, lepiej dba o swojego obywatela niż bank europejski. Dziesięć lat po powstaniu strefy euro państwa, które do niej nie przystąpiły, mają się lepiej w sferze finansów publicznych i samodzielnie szukają dróg wyjścia z kryzysu niż te, które przyjęły wspólną walutę. Znajdują one rozwiązania w ramach stymulacji gospodarki narodowej i nie spoglądają jedynie na decyzje europejskiej elity z Brukseli i Frankfurtu, gdzie mieści się Europejski Bank Centralny. Nawet skrajnie uległy wobec Brukseli obecny rząd w Polsce zaprzestał mówienia o dacie wejścia Polski do strefy euro.
W rządzie naszych słowackich sąsiadów odbyła się kilka miesięcy temu dyskusja na temat ewentualnego wyjścia ze strefy euro. Niestety zostały opracowane procedury wchodzenia do tej strefy, ale nie ma procedur szybkiego z niej wychodzenia. Finanse Czech mają się o wiele lepiej niż sąsiedniej Słowacji. Czesi nie weszli do strefy euro i korona czeska jest jedną z najbardziej stabilnych walut. Porównanie kondycji finansowej Słowacji i sąsiednich Czech jest wymowne.
Fakt, że w UE mamy dziś jeszcze 10 państw posiadających waluty narodowe, stymuluje konkurencję i rozwój. W przeciwnym razie doszlibyśmy do absurdu, gdzie dość uboga Słowacja musi dopłacić 7 mld euro na fundusz ratowania banków zachodnich, które pompowały dawniej ogromne kwoty do bogatszych stosunkowo Grecji czy Hiszpanii. Ochrona waluty narodowej i prawa do planowania własnego budżetu powinny być dziś celem niezależnego rządu kraju członkowskiego UE i kryterium jego niezależności. Wielka Brytania jest tego najbardziej jaskrawym przykładem. W naszym rejonie Europy polityka czeska i brytyjska w sferze finansów powinna być wzorem. Skoro nie potrafimy sami, przynajmniej bierzmy dobry przykład z innych.
Uwaga druga: wspomniany komisarz Gźnter Verheugen zalecał likwidację bezsensownych przepisów europejskich. Powstał nawet specjalny akt legislacyjny mający służyć likwidacji barier administracyjnych (tzw. dossier better regulation). Brakuje jednak przełożenia tego programu na szczebel najwyższy w UE, tzn. szczebel Komisji Europejskiej. Biorąc pod uwagę fakt, że większość przepisów normatywnych tworzy się dziś w Brukseli, a nie w stolicach państw UE, należałoby zacząć rozliczać Komisję Europejską z liczby uchylonych i anulowanych dyrektyw i rozporządzeń.
Zamiast mówić o Komisji "Przyjazne państwo", czas najwyższy pomyśleć o Komisji "Przyjazna Unia Europejska". Na jedną dyrektywę uchwalaną powinno uchylać się dwie zbędne dyrektywy. Postulat możliwy do osiągnięcia, choć w tak skostniałej jak brukselska biurokracji trudny do przeprowadzenia.
Wydaje się, że 25 lat po sowieckiej pierestrojce przyjdzie zgłosić postulat pierestrojki europejskiej. Chcąc ograniczyć radosną twórczość przerośniętego aparatu biurokratycznego we Francji, tamtejszy rząd wprowadził zasadę, że na dwóch urzędników odchodzących na emeryturę przyjmuje się tylko jednego. Gdy nie można poprawić jakości, ograniczmy chociaż ilość.
Przypomnijmy, że w samym tylko samorządzie miasta Warszawy rocznie wydaje się okrągły miliard złotych na armię urzędników. W skali całego państwa są to dziesiątki miliardów. W Unii Europejskiej jest niestety podobnie. Być może dlatego właśnie cały postpeerelowski aparat urzędniczy tak ochoczo popierał wejście Polski do UE. Postulatem jest więc redukcja aparatu urzędniczego i redukcja aktów legislacyjnych zaśmiecających prawo iduszących europejską gospodarkę.
Ograniczmy tę listę postulatów na razie do dwóch wymienionych: obrony waluty i budżetu narodowego oraz redukcji radosnej twórczości urzędniczej wraz z redukcją aparatu administracyjnego. Obydwa postulaty są niepoprawne politycznie wśród europejskiej lewicy. Obydwa te postulaty nie będą też realizowane przez obecny rząd Donalda Tuska. Przykład Wielkiej Brytanii i Czech pokazuje jednak, że można je realizować w UE, by naprawić finanse państwa.
Skorzystajmy z polskich doświadczeń
W chwili wchodzenia krajów Europy Wschodniej do UE liczyliśmy na utrwalenie u nas demokracji i wzrost bogactwa wynikającego z wolnego rynku. Kraje UE liczyły na zwiększenie handlu i zbytu. Europa Zachodnia swoje uzyskała, a Europa Wschodnia odczuwa, mówiąc najdelikatniej, duży niedosyt. Czas sięgnąć po nasze doświadczenia i przypomnieć, że system ekonomiczny oparty na nadmiernych regulacjach zabija wolność, a w dłuższej perspektywie bogactwo. Komunizm jest tego najbardziej smutnym przykładem. Poprzez chęć regulowania wszystkiego - od chwili kupna surowca, aż po zużycie gazów cieplarnianych w czasie jego obróbki - UE zaczyna coraz bardziej przypominać kraje starego sowieckiego Sojuzu. Warto przypomnieć, jako rodzaj przestrogi, że w języku rosyjskim Unia Europejska brzmi Jewropiejskij Sojuz.
Opacznie z jednego molocha biurokratycznego wpadliśmy w ręce innego, tym razem jednak bardziej kolorowego. Nawet wielu urzędników z czasów głębokiego PRL znalazło dzisiaj pracę w urzędach UE. Polska w tzw. bloku komunistycznym stanowiła jednak swego rodzaju oazę reglamentowanej, ale jednak minimalnej wolności słowa, masowych praktyk religijnych, małych rodzinnych zakładów. Na europejski kryzys można więc odpowiedzieć lokalną przedsiębiorczością.
Na próbę zastąpienia socjalizmu sowieckiego poprzez socjalizm europejski należy odpowiedzieć obroną własnej odrębności. Polska złotówka powinna być tego symbolem. Polaków nie złamał komunizm, nie powinien więc złamać ideologiczny europeizm. Słowacy już dziś mają dosyć strefy euro. Niemcy żałują utraty swojej marki. Brytyjczycy będą bronić funta jak niepodległości. To nie jest tylko przypadek, że kraje spoza strefy euro mają się lepiej. Jednym z symboli niepodległości w schyłkowej PRL, która funkcjonowała jako permanentny kryzys polityczno-gospodarczy, była nostalgia za II Rzecząpospolitą. Idealizacja Polski przedwojennej, która w porównaniu z PRL jawiła się jako kraina wolności i niepodległości, była powszechna. Przy obecnym kryzysie finansów europejskich dobrze już teraz przypomnieć, że naprawa finansów II RP zaczęła się od naprawy waluty i ustanowienia złotówki w 1924 roku.
Komunizm rozpadł się sam pod ciężarem swojej nieudolności i ideologicznych absurdów. Kiedy i jak zacznie się reformować obecny system europejski, nie potrafi przewidzieć żaden wizjoner. Noblista Milton Friedman w 2000 roku przewidywał upadek strefy euro po 10 latach. Niewiele się pomylił.
Postulatem możliwym do zrealizowania na dziś jest obrona naszej złotówki. Obrona walut narodowych to sposób na naprawę Unii Europejskiej, wzrost konkurencyjności zpozostałymi kontynentami dzisiejszego świata. Złotówka wygrała z tzw. rublem transferowym. W oczekiwaniu na drugą falę kryzysu warto przypomnieć, że określenie ad Calendas Graecas oznacza odłożenie sprawy na zawsze. Polska w czasie negocjacji o członkostwo w UE w 2002 roku zobowiązała się nieopatrznie wprowadzić w przyszłości, bez podania terminu, kiedy to nastąpi, wspólną walutę euro do Polski. W związku z kryzysem greckim strefy euro, gdyby ktoś zadał pytanie, na jak długo Polska odłożyła sprawę euro, wypada dzisiaj nam odpowiedzieć: sprawę euro odłóżmy ad Calendas Graecas. Oprócz wspomnianej walki z nadprodukcją przepisów unijnych obrona narodowej waluty jest programem minimum do wyjścia z kryzysu.
Autor jest pracownikiem Sekretariatu Generalnego Rady Unii Europejskiej.
Podatki w górę -Artur Kowalski
Tylko niepoprawni optymiści i propagandziści rządowi przekonywali w minionym roku, że zafundowana nam przez Donalda Tuska podwyżka podatku VAT nie dołoży istotnej cegiełki do wzrostu cen. W2011 r. podstawową stawkę podatku VAT zawartego w cenach nabywanych towarów i usług rząd podniósł z 22 proc. na 23 proc., a preferencyjną - z 7 proc. do 8 procent.
Doświadczyliśmy jednocześnie odczuwalnego wzrostu cen towarów i usług. Choć często przeciętny konsument sceptycznie odnosi się do podawanych wskaźników inflacji, gdyż zdają się one nie oddawać faktycznie odczuwalnego wzrostu cen, to w minionym roku skok wskaźnika inflacji był zdecydowanie zauważalny. Szczyt inflacji zanotowaliśmy w maju. Wtedy inflacja roczna - liczona w stosunku do maja 2010 roku - wyniosła 5 proc., z kolei w listopadzie zeszłego roku - 4,8 procent. Dla porównania - w listopadzie 2010 r. inflacja roczna osiągnęła 2,7 proc., a według danych Głównego Urzędu Statystycznego po raz ostatni, za wyjątkiem zeszłego roku, 5-procentowy wzrost cen odnotowaliśmy przed 10 laty. W sierpniu 2001 r. inflacja liczona w stosunku do sierpnia roku 2000 r. wyniosła 5,1 procent.
W kolejny rok weszliśmy również z wyższymi podatkami. Choć rząd przeprowadził już przez parlament ustawę pozwalającą na dalsze podwyżki stawki podatku VAT w wyniku tylko decyzji rządu, to jeszcze społeczeństwo kolejnym wzrostem tego podatku nie zostało dotknięte. Wzrósł jednak inny podatek, którego podniesienie bez wątpienia będzie miało wpływ na wzrost cen towarów i usług. Uchwalając ustawę okołobudżetową, Sejm głosami rządzącej koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego zdecydował o podwyżce akcyzy na olej napędowy.
W wyniku podwyżki akcyzy na olej napędowy i biokomponenty rząd chce zabrać z kieszeni przedsiębiorców i konsumentów do budżetu państwa 2,2 miliarda złotych. W ustawie okołobudżetowej zatwierdzono również podwyżkę akcyzy na wyroby tytoniowe. Na tej operacji rząd zapowiedział pozyskanie do budżetu 380 milionów złotych. Już na początku zeszłego roku Sejm z inicjatywy rządu Tuska uchwalił także niemal trzykrotną podwyżkę podatku VAT na ubranka i obuwie dziecięce - z 8 proc. na 23 procent. Podwyżka VAT na ubranka weszła w życie 1 stycznia br. - w wyniku tej operacji do budżetu państwa miałoby wpłynąć 160 milionów złotych więcej.
Przy okazji ochoczego podwyższania podatków przez rząd PO - PSL warto zwrócić uwagę na fakt, iż słynąca z wysokich danin publicznych Szwecja z początkiem tego roku obniżyła podatek VAT w gastronomii - z 25 proc. do 12 procent. Szwedzi spodziewają się, że dzięki takiemu ruchowi stworzą - w tym kryzysowym dla gospodarki okresie - dodatkowe miejsca pracy, zwłaszcza dla ludzi młodych.
W Polsce taki numer by nie przeszedł. Podwyżki VAT i akcyzy tłumaczone są bowiem - przez szukający coraz to nowszych źródeł środków do dalszego finansowania swojej działalności rząd Donalda Tuska - "koniecznością dostosowywania się do minimalnych wymogów unijnych" w kwestii wysokości tych podatków. A właśnie tego typu argument jest w Polsce przez liczne grono euroentuzjastów przyjmowany w praktyce bezkrytycznie, jako ostateczny i niepodlegający dyskusji z przyczyn obiektywnych. Co ciekawe jednak, np. opodatkowanie akcyzą wyrobów tytoniowych w Polsce wyraźnie przewyższa minimalne wymogi Unii Europejskiej.
W tym roku wzrośnie również opodatkowanie pracy. Obciążenie przedsiębiorców składką rentową, płaconą przez nich za zatrudnianych pracowników, wzrośnie od lutego o ponad 40 proc. - zamiast 4,5 proc. podstawy wymiaru zapłacą 6,5 procent.
W ustawie okołobudżetowej zawarto również przepisy zakładające uszczelnienie systemu podatkowego. Na przepisach uniemożliwiających omijanie podatku Belki - od zysku z bankowych oszczędności - do budżetu ma trafić dodatkowo 380 milionów złotych. Warto przypomnieć, że postulat zakładający likwidację podatku Belki - którego przepisy zaostrza teraz rząd Tuska - był jednym z głównych, z jakim wybory wygrywała po raz pierwszy Platforma Obywatelska.
W bieżącym roku rząd i Sejm również przystąpią do pracy nad przepisami zmierzającymi do podwyższenia podatków. Z harmonogramu prac rządu na ten rok wynika, że jeszcze w pierwszym kwartale br. Rada Ministrów przyjmie projekt nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Nowelizacja będzie zakładać m.in. likwidację ulgi na internet oraz uniemożliwienie twórcom - w stosunku do dochodów powyżej 85 tys. złotych rocznie - korzystania z 50-procentowych kosztów uzyskania przychodów.
Rząd przewiduje także nowelizację przepisów dotyczących ulgi na dzieci i becikowego poprzez zmianę filozofii wsparcia rodzin - z preferencji dla posiadających dzieci, w kierunku pomocy socjalnej dla gorzej sytuowanych rodzin z dziećmi. Prawo do becikowego uzyskają tylko rodziny o dochodzie nie wyższym niż 85-tys. złotych. Jednocześnie prawo do ulgi podatkowej na dziecko mają stracić rodziny tylko z jednym dzieckiem, których dochód przewyższa 85 tys. próg. Bez zmian ma pozostać ulga dla rodzin z dwojgiem dzieci, a ulga na trzecie i każde kolejne dziecko ma wzrosnąć o 50 proc. niezależnie od wysokości dochodu w rodzinie.
Ofiary "beznakładowych" inwestycji
Z Jackiem Kotasem, byłym wiceministrem obrony narodowej, rozmawia Anna Ambroziak
Jakie piętno na polskich Siłach Zbrojnych odcisnęła katastrofa smoleńska? Premier zdymisjonował lub przyjął dymisje 13 wysokich rangą wojskowych z Ministerstwa Obrony Narodowej i Sztabu Generalnego, rozformowano specpułk, z armii odeszło już 7 tys. żołnierzy.
- Trudno jednoznacznie ocenić podstawy tych decyzji premiera i nowego szefa MON, bo nie znamy wszystkich ich przesłanek. Jeśli serio traktować przedstawione tłumaczenia, to w pierwszej kolejności zdymisjonowani powinni być Bogdan Klich i Marian Janicki, szef BOR (przypomnę, że premier, mówiąc o Klichu, mówił też o odwadze i honorze, a prezydent Komorowski po katastrofie smoleńskiej awansował Janickiego). Zamiast tego, mieliśmy dymisje w resorcie obrony i likwidację 36. SPLT. Czyli kowal zawinił, a cygana powiesili.
Dymisje i likwidację specpułku rząd uzasadniał wnioskami z raportu komisji Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej, kreując czarny obraz Sił Powietrznych. Na ile jest on prawdziwy i reprezentatywny dla całej armii?
- Wiem, że zarówno 36. SPLT, Dowództwo Sił Powietrznych, jak i Sztab Generalny jeszcze długo przed katastrofą 10 kwietnia 2010 r. informowały ministra obrony narodowej, a poprzez niego premiera, o alarmującym stanie rządowej floty powietrznej (podobne monity o innych zagrożeniach dla Sił Zbrojnych były zresztą kierowane do MON także z innych instytucji resortowych). Zamiast decyzji i działań, po drastycznym obcięciu budżetu MON mamy zaniechania i "beznakładowe inwestycje".
Poprzez dymisje i likwidację 36. SPLT nie rozwiązano żadnego problemu, nie naprawiono w żaden sposób sytuacji w Siłach Powietrznych. Jest to jasny sygnał, że sprawujący nadzór nad Siłami Zbrojnymi RP nie chcą lub nie potrafią prowadzić spraw armii i obronności. Jeśli napotykają na trudności lub problemy, nie rozwiązują ich, ale likwidują ich źródło. To jest tak, jakby lekarz nie chciał lub nie potrafił wyleczyć chorej kończyny, a zaproponował i wykonał jej amputację. Przecież tak nie może być. Stan armii jest naprawdę alarmujący. Tu nie wystarczy lekka kuracja. Konieczne są inwestycje, nowe programy modernizacji, jasne i czytelne zasady służby i kariery dla najważniejszego składnika armii - żołnierzy.
Ale wojsko jest w stanie permanentnej reformy niemal od 20 lat. Ostatnią reformę z wielkim hukiem wprowadzał minister Bogdan Klich, ogłaszając uzawodowienie armii.
- Minister Klich był propagandystą, figurą bezgranicznie podporządkowaną premierowi i działającą wyłącznie w jego interesie, a nie w interesie powierzonego mu resortu. Jego profesjonalizacja armii to złudzenie i mit. Złudzenie, bo poprzez uzawodowienie armii nie stała się ona lepiej i bardziej wyselekcjonowana, wyszkolona i przygotowana do realizacji coraz bardziej wymagających zadań. Nie ma modernizacji, zabrakło środków na konieczne inwestycje we wszystkich rodzajach Sił Zbrojnych. Mit, bo profesjonalizacja brzmi o wiele lepiej niż przyziemne hasło propagandowe skierowane do młodych ludzi "Dla was znieśliśmy pobór". Niestety, takich propagandowych działań w przeszłości było więcej, o dużo za wiele, aby po 20 latach można było uznać, że na początku i w trakcie tych reform ktoś przygotował projekt końcowy. Politycy amatorzy bez przekonania i pomysłu reformowali wojsko wedle wewnętrznych i zewnętrznych wskazań. Ci, którzy chcieli, poważnie zabrali się za reformy w armii, szybko odchodzili. Kiedyś myślałem, że taka jest kolej rzeczy. Dzisiaj jestem przekonany, że nie jest to przypadek.
Problem sprowadza się, Pana zdaniem, wyłącznie do pieniędzy?
- Problemem armii jest biurokratyzacja. Ta sprawa "mota" każdego ministra obrony narodowej. Gdzieś po miesiącu urzędowania okazuje się, że "nic się nie da zrobić", bo przepisy, bo sytuacja itd. I wówczas minister albo ulega współpracownikom i przyjmuje ich punkt widzenia, albo pokazuje siłę i determinację do zmian. Niestety, w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z tym pierwszym przypadkiem. Brakowało odważnych, a byli posłuszni.
Cywilna (polityczna) kontrola nad armią sprowadzała się do formalnego sprawowania urzędu, dlatego że ministrowie nie mieli poczucia własnej kompetencji, oddawali tę władzę wojskowym, którzy kierowali się troską o własną karierę. A "co po nas?" - niech się martwią następcy. Armia była zbiurokratyzowana od dawna, to jest poważny problem.
Ale dla mnie poważniejsze jest olbrzymie upartyjnienie armii, które dokonało się za czasów Bogdana Klicha. Niedługo po tym, jak został ministrem obrony, doszło do bardzo symbolicznych i niepokojących zdarzeń. Pułkownik, dyrektor departamentu w MON dostał polecenie przygotowania komunikatu, w którym on - oficer, miał skrytykować poprzedniego ministra obrony Aleksandra Szczygłę. I taki komunikat został opublikowany.
Krótko później oficer z Żandarmerii Wojskowej otrzymał podobne polecenie i także skrytykował poprzedniego ministra. To były pierwsze w historii przypadki, żeby oficerowie - za przyzwoleniem ówczesnego ministra obrony - krytykowali polityka - poprzedniego ministra. Na czele tygodnika "Polska Zbrojna" finansowanego przez MON Bogdan Klich postawił swojego kolegę. Nigdy wcześniej wojskowe, wewnętrzne pismo nie było tak upartyjnione. Nigdy wcześniej nie krytykowano w nim decyzji Zwierzchnika Sił Zbrojnych, a na taką krytykę prezydenta Lecha Kaczyńskiego pozwalał sobie redaktor naczelny "Polski Zbrojnej". Do wojska zaczęto wysyłać bardzo negatywne sygnały.
Rząd twierdzi, że budowa Narodowych Sił Rezerwowych jest wystarczającym uzupełnieniem małej i źle uzbrojonej armii na wypadek wojny.
- Ależ to nie jest żadne uzupełnienie na czas wojny czy kryzysu! To propagandowe kłamstwo, którym karmi się Polaków od kilku lat. Proszę zapytać, gdzie jest jakakolwiek jednostka NSR? Nie ma i nie będzie!
Nakłady na kontyngent w Afganistanie zostały ograniczone aż o połowę. Przypomina Pan sobie sytuację, w której na misji zginęło jednorazowo aż pięciu naszych żołnierzy?
- Nigdy wcześniej w ataku na Polaków nie zginęło jednocześnie aż pięciu żołnierzy. Ale mamy zbyt mało danych, żeby dokładnie przeanalizować tę tragedię. Być może w czasie przygotowań i przeprowadzania tego zadania nie popełniono żadnego błędu, ale tym ludziom zabrakło żołnierskiego szczęścia. A być może popełniono wiele błędów. Może też talibowie przypadkowo zdetonowali ładunek wybuchowy pod mniejszym i lżejszym pojazdem, który nie mógł wytrzymać siły potężnej eksplozji. Jeśli jednak podobne ataki będą zdarzały się w przyszłości, to znaczy, że opracowali nową taktykę i nie będą atakowali najgroźniejszych dla nich i najlepiej opancerzonych rosomaków uzbrojonych w armatę kalibru 35 milimetrów. To będzie znaczyło, że Polacy w Afganistanie będą mieli bardzo poważny problem związany z operowaniem poza bazami.
Powstaje Fundacja Instytut Bezpieczeństwa Narodowego im. Aleksandra Szczygły. Co skłoniło Państwa do jej powołania?
- Fundacja, jako jedyna w Polsce, dedykowana wyłącznie sprawom szeroko rozumianego bezpieczeństwa państwa, powstaje z potrzeby serca i umysłu. Jako przyjaciele i współpracownicy śp. Aleksandra Szczygły uznaliśmy, że konieczne jest kontynuowanie jego prac i idei. Był jednym z niewielu ministrów obrony narodowej, który chciał zapewnić Rzeczypospolitej Polskiej adekwatne do jej pozycji i sytuacji Siły Zbrojne i wiedział, jak to zrobić.
Jak wspomniałem wcześniej, przez ponad 20 lat nie przygotowano programu transformacji armii. Mieliśmy wielki potencjał i majątek, który w dużej części zmarnotrawiono. Zapraszam do współpracy wszystkich ludzi, którzy chcieliby temu przeciwdziałać (jacek@kotas.pl).
Dziękuję za rozmowę.
Wszystko już można -Lech Makowiecki, pieśniarz poeta
Można tu sprzedać wszystko:
Godność, honor, sławę...
Można zamienić świętość
Na jurną zabawę...
Można kajać się za nic,
Stać w pokutnym worku...
Można oddać diamenty
Za garstkę paciorków...
Można już groby ojców
Tańcem sponiewierać...
Można (za garść srebrników)
Opluć bohatera...
Można zaprzeć się wiary...
Nową wiarę stworzyć...
Można kraść... Można kłamać...
Można cudzołożyć...
Można krzyże usuwać...
Można je podeptać...
Można zakrzyczeć chórem
Tych, co modły szepczą...
Można dzieci ogłupiać,
Demoralizować...
Można - wszystko, co wstrętne -
Zalegalizować...
Można już rękę podać tym,
Co donosili...
(I wytłumaczyć można,
Że nic nie szkodzili)...
Można katów przewiny
Do archiwum złożyć...
Można ofiary wyśmiać...
Znowu upokorzyć...
Można wybierać przyszłość...
(Względnie "tu i teraz")...
Tych, co myślą inaczej -
Wysłać do cholery!...
Można z "ludźmi honoru"
Siadać do kolacji,
Zabić też można kogoś
(Zwłaszcza gdy ma rację)...
A potem zbrodnię można
Odciąć grubą kreską,
Zdać się na sprawiedliwość
(Po śmierci) niebieską...
Można (nawet wypada)
Być dzisiaj "na haju",
By bez żalu pożegnać
Wolność swego kraju...
Można (jak i należy)
Obśmiać dziś Ojczyznę...
Można (trzeba!) patriotyzm
Okrzyknąć faszyzmem...
Można sprzedać domeny
"Polska" oraz "Poland"...
Naród powalić można,
Gdy znów powstał z kolan...
Lecz jednego nie wolno
Robić w naszym Domu:
NIE MOŻNA powyższego
Zabronić nikomu!
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka