Ministrowie mieli się "wyspowiadać" z pobranych kilometrówek. Taką deklarację
publicznie złożył premier Donald Tusk. Minęło osiem miesięcy. Spowiedzi nie było,
a Kancelaria Premiera unika odpowiedzi.
Historia z kilometrówkami zaczęła się w kwietniu 2025 roku. Media ujawniły wówczas, że Robert Kropiwnicki, ówczesny wiceminister aktywów państwowych, przez pierwsze 14 miesięcy swojego urzędowania pobrał za wyjeżdżone prywatnym autem kilometrówki niemal 54 tys. zł. Oznaczało to, że mający do dyspozycji służbową limuzynę wiceminister wyjeździł dodatkowo 47 tys. 600 kilometrów. Dzieląc to przez 14 miesięcy, daje to około 100 km dziennie. Tyle każdego dnia, w tym w soboty i niedziele, musiałby już były wiceminister jeździć swoim autem, by wykręcić liczbę 47 tys. 600 kilometrów.
Publicznie złożona obietnica Tuska
Po ujawnieniu tych informacji Donald Tusk złożył publiczną deklarację.
– Sprawdzę dokładnie i przepytam osobiście, w jaki sposób sobie te kilometrówki wyrobili, bo to rzeczywiście zastanawiające – zapowiedział Tusk. Redakcja SALON24 kilkukrotnie pytała Centrum Informacyjne Rządu o to, jakie ustalenia poczynił szef rządu. Za każdym razem nasze pytania były ignorowane. Nic nie zmieniło się, gdy rzecznikiem rządu został Adam Szłapka, który deklarował, że będzie zawsze uchwytny dla mediów. Okazuje się, że i jego przerosły odpowiedzi na, wydawało się, proste pytania dotyczące ustaleń, jakie poczynił Donald Tusk w sprawie kilometrówek. Według naszych informacji szef rządu, mimo publicznie złożonych deklaracji, nigdy nie wyjaśnił sprawy kilometrówek.
– Nie było żadnych pytań. Nikt nie musiał się z niczego spowiadać – twierdzi w rozmowie z SALON24 jeden z wiceministrów. Taką samą wersję przedstawił też polityk Koalicji Obywatelskiej. – Typowe zachowanie kierownika. Powiedział coś na szybko, by uciąć temat, i na tym się skończyło. Przecież to nie jest pierwszy raz – mówi nasz rozmówca. Dziś po raz wtóry wysłaliśmy pytania dotyczące kilometrówek, które po raz pierwszy Centrum Informacyjne Rządu otrzymało od nas 10 czerwca 2025 roku. Tak jak poprzednio, również dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Czarzasty tnie kilometrówki
To, co nie udało się premierowi, udało się marszałkowi Sejmu. Włodzimierz Czarzasty zmienił zasady korzystania z kilometrówek przez posłów. Od 1 stycznia każdy parlamentarzysta, który rozlicza jazdę autem, musi prowadzić szczegółowy rejestr przejazdów poza okręgiem, z datą, trasą i liczbą kilometrów, na zasadach bardzo zbliżonych do delegacji pracowniczych w zwykłych firmach. Dane te podlegają weryfikacji przez Kancelarię Sejmu, co kończy epokę rozliczeń „na słowo honoru”.
W obrębie okręgu wyborczego poseł może dziś rozliczyć maksymalnie 1500 km miesięcznie, co przy obowiązujących stawkach daje limit 1725 zł, i to w ramach już istniejącego ryczałtu na prowadzenie biura, bez żadnych dodatkowych pieniędzy. Jeszcze ostrzej potraktowano najem długoterminowy samochodów. W tym przypadku uznano, że koszty eksploatacyjne są już zawarte w umowie najmu, więc poza okręgiem poseł może rozliczyć wyłącznie część stawki odpowiadającą kosztom paliwa, czyli 40 proc. kilometrówki. Reszta odpada. To, co udało się w Sejmie, budzi jednak opór senatorów.
W piśmie do marszałek Senatu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej piszą, że okręgi senackie są większe i jednoosobowe, więc senator sam musi objechać teren, który w Sejmie dzieli się na kilku czy kilkunastu posłów. To automatycznie oznacza więcej kilometrów na jedną osobę. Po drugie, nielimitowane wyjazdy poza okręg tworzą pole do nadużyć. Po trzecie, krytykowane jest różnicowanie stawek dla aut prywatnych i wynajmowanych bez realnego uzasadnienia kosztowego. I wreszcie biurokracja: szczegółowe raportowanie każdego wyjazdu poza okręg to, zdaniem senatorów, przerost papierologii nad zdrowym rozsądkiem.
Fot. Donald Tusk, premier/PAP
Mariusz Kowalewski
Inne tematy w dziale Polityka