Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
311
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 2

Pralnia brudnych pieniędzy -Jan Maria Jackowski

Orbán walczy o interes Węgier

Z Gáborem Takácsem, komentatorem i analitykiem politycznym z węgierskiego think tanku Nézöpont Intézet, rozmawia Mariusz Bober

Finansjera obraziła się na Orbána

Z Attilą Szalaiem, radcą Ambasady Węgier w Warszawie, rozmawia Piotr Falkowski

Narodowe dziedzictwo do katakumb -Temida Stankiewicz-Podhorecka

Parulski sam się oskarża

Z Bogdanem Święczkowskim, byłym szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, prokuratorem krajowym w stanie spoczynku, członkiem stowarzyszenia "Ad Vocem", rozmawia Zenon Baranowski


Z receptą na polu minowym

Z lek. med. Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, członkiem prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
 ----------------------------------------------------------------------------------------------

 

Pralnia brudnych pieniędzy

1 stycznia minęła okrągła, 10. rocznica wprowadzenia do obiegu wspólnej europejskiej waluty. Zachwytów nie było, nie było też fety. Euro, które miało rzucić świat na kolana i stać się przynajmniej tak jak dolar walutą globalną, według niektórych spoczywa już na katafalku, według innych przeżywa "chwilowe trudności" i - jak twierdzi kanclerz Merkel - z tego przesilenia wyjdzie tylko wzmocniona. Jednak z komentarzy w prasie światowej jasno wynika, że strefa wspólnej waluty pogrążona jest w kryzysie, który ma charakter strukturalny. W takich okolicznościach proste metody ratowania sytuacji w tym wypadku mogą nie przynieść pożądanych efektów.
Gospodarki większości krajów UE pogrążone są w recesji. Nastąpił spadek wiarygodności kredytowej eurozony, wiele krajów posługujących się wspólną walutą jest na skraju bankructwa z powodu nadmiernego zadłużenia. Euro już drugi rok z rzędu notuje spadek wartości w stosunku do dolara i spadło do najniższego poziomu w stosunku do jena. Istotne znaczenie będzie miał rozwój sytuacji w pierwszym kwartale tego roku, gdyż termin spłaty części z zadłużenia państw członkowskich strefy euro w kwocie prawie 160 mld euro mija 31 marca. Pod ostrzałem są Włochy, które do końca tego kwartału powinny zwrócić 53 mld euro.
Trwające od wielu miesięcy rozpaczliwe próby ratowania wspólnej waluty europejskiej na razie nie przynoszą efektów. Lecz w nich nie chodzi o naprawienie sytuacji przez wyeliminowanie przyczyn kłopotów, ale o grę na czas, bo wiosną odbędą się wybory prezydenckie we Francji, a w przyszłym roku mają się odbyć wybory parlamentarne w Niemczech. Załamanie gospodarcze i upadek euro oznaczałyby koniec karier politycznych duetu Merkozy (Merkel - Sarkozy) i poważne zmiany w Unii Europejskiej.
9 stycznia w Berlinie odbędzie się spotkanie kanclerz Niemiec i prezydenta Francji, którego celem jest zaprogramowanie kolejnego szczytu UE zaplanowanego na 30 stycznia i dopracowywanie szczegółów planu ratowania euro.
Jednym z elementów tego planu jest zasilenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego kwotą ok. 150 mld euro, by za jego pośrednictwem wspomóc szczególnie zagrożone kraje eurozony. Pożyczka dla MFW aż 6 mld euro z rezerw Narodowego Banku Polskiego jest ewidentnym naruszaniem prawa międzynarodowego i krajowego. Chodzi w tym manewrze o to, aby uniknąć zarzutu łamania prawodawstwa unijnego oraz prawodawstwa krajowego, które jasno zakazują finansowania przez bank centralny deficytu budżetowego danego kraju lub finansowanie przez dany kraj deficytu innego państwa. Natomiast jeżeli dzięki kruczkowi prawnemu pieniądze zostaną przepuszczone przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to formalnie wszystko jest w porządku.
150 mld nie uratuje euro, co najwyżej przy pomocy mafijnej metody za pieniądze podatników zostanie kupiony czas. To mafia i gangi przestępcze od czasów Al Capone, uzyskując ogromne dochody z nielegalnych i przestępczych działań, stosują mechanizm prania brudnych pieniędzy. Istota tego procederu polega na "legalizacji" pieniędzy, które bez tych działań nie miałyby takiego statusu. W tym wypadku Międzynarodowy Fundusz Walutowy został sprowadzony do roli pralni brudnych pieniędzy. Żyjemy w czasach, w których cienka bywa granica między profilem działalności szacownych instytucji i stosowanymi przez nie metodami a techniką pracy zorganizowanego świata przestępczego.

Jan Maria Jackowski

 

Orbán walczy o interes Węgier

Z Gáborem Takácsem, komentatorem i analitykiem politycznym z węgierskiego think tanku Nézöpont Intézet, rozmawia Mariusz Bober

Premier Viktor Orbán i jego rząd znalazł się w ogniu histerycznej krytyki, bo konsekwentnie zrywa z postkomunizmem. Jak Węgrzy odbierają tę nagonkę?
- Duża część zastrzeżeń jest formułowana w sposób bardzo ogólny. Na przykład w zachodnich mediach zarzuca się rządzącym politykom nacjonalizm i chęć zawłaszczania kolejnych urzędów. Drugą grupę krytyków stanowią zwłaszcza politycy, jak np. Hillary Clinton czy Alain Juppe, ale także duże media, np. "New York Times". Wyrażają oni bardziej konkretne obawy, dotyczące np. zapisów nowej konstytucji oraz innych wprowadzanych przez rząd Viktora Orbána zmian, które według nich podważają niezależność węgierskiego banku centralnego. Zarzucają też obecnym władzom, że wprowadzając te zmiany, łamią "zasady europejskie" itd. Te oskarżenia są właściwie dokładnym powtórzeniem zarzutów stawianych obecnemu centroprawicowemu rządowi przez lewicową opozycję i środowiska z nią związane. Jednak powtarzając te zarzuty, zachodni politycy i media nie mają wiedzy o rzeczywistych skutkach wprowadzanych zmian.

To porozmawiajmy o konkretnych posunięciach Orbána. Jakie są w rzeczywistości skutki zmian w sądownictwie? Rząd jest oskarżany, że chce przejąć kontrolę nad sądami, łamiąc zasadę trójpodziału władzy.
- Właściwym celem zmian w tej dziedzinie jest usprawnienie funkcjonowania sądów i przyspieszenie prowadzenia spraw toczących się obecnie bardzo długo. Dotychczas sędziowie z Budapesztu byli obciążeni znacznie większą liczbą spraw niż ich koledzy w innych rejonach kraju. Prawo bowiem przewidywało, że sprawa musiała być rozpatrywana w miejscu zamieszkania czy siedziby firmy, która kierowała sprawę do sądu. Tymczasem na Węgrzech zdecydowana większość firm ma siedziby w stolicy. W myśl nowych przepisów więcej spraw będzie mogło się toczyć w innych miastach kraju. Według mnie, wprowadzone zmiany pozwolą też na większą niezależność wszystkich sędziów.

Lewica ciska gromy na rząd Orbána za to, że zmienił ordynację wyborczą. Dlaczego potrzebne było nowe ustawodawstwo?
- Zmiany w prawie wyborczym wprowadzają nowy kształt okręgów wyborczych i ograniczają liczbę posłów z 386 do 199. Według lewicy, skutkiem nowych granic okręgów wyborczych będzie zwiększenie szans na wygraną Fideszu już w najbliższych wyborach parlamentarnych w 2014 roku. Rzecz w tym, że te zmiany faworyzują po prostu partię dysponującą największym poparciem. Gdy lewica była u władzy, w 2006 r. również mogła wprowadzić podobne rozwiązania. Zmiana granic okręgów wyborczych była konieczna ze względu na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2005 roku. Zakwestionował on różnice w ich wielkości, określone prawem jeszcze z początku lat 90. Trybunał uznał bowiem, że niezgodne z konstytucją jest, iż np. w jednych okręgach skupionych jest zaledwie 26 tys. wyborców, podczas gdy w innych aż 72 tysiące! Socjaliści wprowadziliby podobne do obecnych zmiany, gdyby dysponowali wystarczającą większością 2/3 w parlamencie. Ale nawet gdyby wówczas lewicowo-liberalna koalicja wprowadziła te zmiany, zapewne zdziwiłaby się, bo jeszcze przed wyborami w 2010 r. nacjonalistyczna partia Jobbik osiągnęła ogromne poparcie właśnie w okręgach uważanych co najmniej do 2006 r. za bastion lewicy. To pokazuje, że wielkim uproszczeniem jest twierdzenie, iż poprzez ostatnie zmiany Fidesz zagwarantował sobie zwycięstwo w wyborach za dwa lata. Opisany przeze mnie przypadek pokazuje, że nigdy nie ma pewności, jak zmiany w kształcie okręgów wyborczych wpłyną na wyniki wyborów.

W takim razie ile wspólnego z rzeczywistością mają oskarżenia obecnego węgierskiego rządu, że chce również przejąć kontrolę nad bankiem centralnym?
- Zarzuty dotyczą przede wszystkim wprowadzenia stanowiska nowego wiceprezesa banku centralnego, który byłby mianowany przez rząd. Ale z tego, co wiem, nie ma jakichś "europejskich standardów", które określają, że np. rząd może mianować tylko 30 proc. składu Rady Monetarnej banku centralnego [odpowiednik polskiej Rady Polityki Pieniężnej - red.], i jeśli obsadza większą liczbę członków rady, to oznacza to już zbytni wpływ rządu na funkcjonowanie banku centralnego. Myślę, że krytykom działań rządu w rzeczywistości chodzi o utrzymanie wpływu na bank centralny, którym kieruje szef wybrany jeszcze przez poprzedni, socjalistyczny gabinet. Dlatego dochodziło do sporów między nim a obecnym rządem - głównie z powodu restrykcyjnej polityki banku centralnego. Bowiem utrzymywanie stóp procentowych na wysokim poziomie podnosi koszt obsługi długu. W dodatku ostatnio mocno spadła wartość węgierskiej waluty, co jeszcze bardziej podnosi koszt obsługi długu. Wysokie stopy procentowe wpływają też na tempo rozwoju gospodarki. Tymczasem bank centralny w ostatnich kilku miesiącach już dwukrotnie podnosił stopy procentowe. Dlatego walka banku centralnego z rządem jest tak naprawdę walką z interesem całego kraju.

Zagraniczni krytycy uznali za "zamach na niezależność" banku centralnego obniżenie pensji jego szefa, który w kraju zagrożonym bankructwem zarabiał dwa razy więcej niż szef amerykańskiego Fed.
- Rząd Orbána chciał przede wszystkim zmniejszyć różnice w wynagrodzeniach szefa banku centralnego i szefów innych instytucji oraz firm państwowych. Zmiany te zostały wprowadzone jeszcze w 2010 roku. Chodziło również o oszczędności.

Rola banku centralnego może być teraz kluczowa. Rząd będzie chciał wykorzystać część jego zysków do sfinansowania długu publicznego?
- W ostatnich latach rezerwy walutowe banku centralnego doszły do poziomu 37 mld euro. Jednak przepisy uchwalone ostatnio przez parlament zabraniają finansowania długu państwowego przez tę instytucję. Mimo to rząd mógłby liczyć na część zysków banku centralnego, a także na niewykorzystany limit kredytowy z poprzedniej linii otwartej przez MFW i UE na lata 2008-2010. Trudno powiedzieć, czy rząd zostanie bez wyjścia, gdyby MFW i Unia odmówiły przekazania kolejnej transzy kredytu. To będzie zależało również od tego, czy rządowi uda się sprzedać nowe obligacje i z jakim oprocentowaniem.

Oprocentowanie węgierskiego długu zaczęło rosnąć po obniżeniu jego ratingu przez instytucje finansowe. Dlaczego tak źle jest oceniana sytuacja Węgier? Wasz dług wynosi 80 proc. PKB, ale np. Włoch - 120 proc., a oprocentowanie obligacji tego kraju niedawno spadło o 3 procent!
- Oficjalnie tłumaczy się to w ten sposób, że nowy premier Włoch Mario Monti ma zaufanie rynków finansowych i Unii Europejskiej, które wierzą, że przeprowadzi on potrzebne reformy. Ponadto ekonomiści tłumaczą, iż większość długu Włoch jest w rękach obywateli tego kraju, a nie zagranicznych wierzycieli, co ułatwia jego spłatę. Ale moim zdaniem, jest jeszcze inne wytłumaczenie tej sytuacji. Na oprocentowanie długu danego kraju zawsze wpływa presja polityczna. Wszyscy wiedzą, że na tzw. rynki finansowe duży wpływ ma psychologia. Jeśli zaś kształtuje się negatywny obraz jakiegoś kraju, powtarzając dzień po dniu oskarżenia wobec rządu o autorytarne zapędy, o to, że zagraża on demokracji, wolności mediów itd., przekłada się to wtedy na zachowania rynków finansowych, które nie chcą kupować węgierskich obligacji, a jeśli już decydują się na to, to z bardzo wysokim oprocentowaniem. A przecież rząd Orbána wprowadza potrzebne reformy w kraju już od dwóch lat!

Sugeruje Pan, że zagraniczne banki, które zdominowały węgierski sektor finansowy, mszczą się za nałożenie na nie tzw. kryzysowego podatku bankowego?
- Niewątpliwie naruszenie interesów zachodnich banków oraz innych firm przyczyniło się do ukształtowania złego obrazu obecnych władz wśród zagranicznych instytucji finansowych. Krytycznie odebrano też patriotyczną politykę finansową rządu. Rząd wiele zrobił, by poprawić sytuację ekonomiczną ludności, i Węgrzy to rozumieją. Z badań, które przeprowadzaliśmy, wynikało, że większość badanych - nawet ci krytycznie nastawieni do zmian wprowadzanych przez obecny rząd - przyznawała, iż broni on interesu kraju. Jednak z powodu złego nastawienia do obecnych władz zachodnich instytucji finansowych nie przekłada się to na poprawę wiarygodności kredytowej naszego kraju. Niedawno dwie agencje ratingowe obniżyły rating naszego kraju, co może podnieść oprocentowanie węgierskiego długu. Jednak warto pamiętać, że agencje ratingowe odegrały też niechlubną rolę na początku światowego kryzysu finansowego, gdy do końca nie decydowały się na obniżenie ratingu banku Lehman Brothers, którego upadek zapoczątkował światowy kryzys. Dlatego nie rozumiem, dlaczego mimo to instytucje te mają tak duży wpływ na sytuację finansową wielu krajów. Również decyzje dużych banków mają spory wpływ na finanse naszego kraju. Z pewnością nie są to neutralni gracze.

Jak w tej sytuacji rząd chce uporać się z kryzysem finansowym i gospodarczym?
- Jeśli chodzi o kryzys finansowy, to rząd podjął już kluczowe zmiany. Deficyt budżetowy został znacznie ograniczony, choć władze zrobiły to przede wszystkim dzięki pieniądzom z funduszy emerytalnych. W tym roku rząd chce zmniejszyć deficyt poniżej 3 proc. PKB. Już poprawił się bilans handlowy, a wzrost gospodarczy nie będzie odbiegał od średniej w krajach UE. Natomiast rozmowy w sprawie linii kredytowej z MFW i UE będą dla Węgier ważne, by zmniejszyć oprocentowanie naszych obligacji. W szerszej perspektywie dla poprawy sytuacji w kraju ważne jest wdrażanie reform, które zresztą rząd już rozpoczął. Dotyczą one wielu dziedzin, m.in. zmian w polityce regionalnej, które ożywiłyby gospodarkę także w innych - poza stolicą - rejonach kraju, gdzie sytuacja była najtrudniejsza. Istotne są także reformy w systemie edukacji i służbie zdrowia. Myślę, że pod koniec tego roku będzie widać już pewne efekty tych zmian. Jeśli zaś chodzi o sytuację naszej gospodarki, to będzie ona zależała jednak przede wszystkim od tego, co będzie się działo w innych krajach UE, które są największymi partnerami Węgier.

Dziękuję za rozmowę.

 

Finansjera obraziła się na Orbána

Z Attilą Szalaiem, radcą Ambasady Węgier w Warszawie, rozmawia Piotr Falkowski

W okresie przed przystąpieniem państw naszego regionu do UE, np. przed referendami w 2003 r., Węgrzy byli największymi optymistami, jeśli chodzi o akcesję. Teraz mówi się o Węgrzech jako o czarnej owcy Wspólnoty - że w Unii się nie odnalazły, bo nie przyjmują europejskich wartości.
- Przyjmujemy wszystkie klasyczne wartości europejskie. A wśród nich i takie, które znalazły się w preambułach węgierskiej i polskiej konstytucji, a brakuje ich w konstytucjach wielu krajów Europy. I nie było ich w naszych poprzednich konstytucjach, podobnie jak nie trafiły do traktatu lizbońskiego, który miał być konstytucją dla Europy. Chodzi na przykład o odniesienie do Boga i chrześcijaństwa jako podstawowych wartości Europy, jeśli już nie religijnie, to chociażby jako nośnika tradycji. A bez nich nie byłoby ani Europy, ani europejskiej kultury. Mogę więc - nie z urzędu, ale sam jako Węgier - powiedzieć z dumą, że jestem zadowolony, iż wreszcie znalazły się te zapisy na właściwym miejscu. Mam też skromny osobisty udział w tym. Kiedy formułowano preambułę naszej obecnej konstytucji, miałem zaszczyt przetłumaczyć preambułę polskiej Konstytucji i prawie identyczne zdania trafiły do naszej ustawy zasadniczej. Tym bardziej jestem zdziwiony, że niektóre polskie media krytykują ten odnośnik, chociaż węgierska preambuła wzoruje się na polskiej. Wracając do pana pytania, że znaleźliśmy się w szeregu państw Unii Europejskiej gdzieś na szarym końcu, chciałbym powiedzieć, że jest w tym zasadniczy udział ośmioletnich rządów lewicowo-liberalnych, które można w telegraficznym skrócie scharakteryzować następująco: kiedy w 2002 roku Orbán przegrał wybory i musiał im oddać władzę, to budżet był w miarę zrównoważony i nawet w kasie zostało kilkaset miliardów forintów nadwyżki. Te pieniądze socjalliberałowie w ciągu kilku pierwszych miesięcy wydali na realizację wyborczej obietnicy podniesienia pensji wszystkim urzędnikom o 50 procent. Kiedy ta rezerwa się skończyła, żeby dalej realizować obietnice wyborcze, w głównej mierze socjalne, zaczęto brać pożyczek co niemiara. Podczas gdy w 2002 r. zadłużenie Węgier było o parę dobrych miliardów dolarów mniejsze niż po zmianie ustroju, to socjaliści prowadzili swoją politykę kosztem kredytów z Zachodu, co doprowadziło do podwojenia zadłużenia. Sytuacja, którą zastał Orbán w 2010 r., była po prostu tragiczna. Byliśmy na skraju bankructwa państwa. Trzeba było zaraz przyjąć inną filozofię rządzenia. Starano się rozruszać węgierską gospodarkę, żeby pomóc w zrównoważeniu budżetu. A nasza gospodarka w 80 proc. zależy od eksportu, więc należało postępować ostrożnie.

Ale węgierski rząd naraził się Unii Europejskiej i MFW.
- Posunięcia, które trzeba było zrobić, uderzały w banki i instytucje finansowe, w międzynarodowe sieci handlowe, telekomunikacyjne i energetyczne. Proszę jednak wziąć pod uwagę, że w sytuacji, gdy gospodarstwo przeciętnego węgierskiego obywatela nie wytrzymywało już więcej obciążeń i dalsze zaciskanie pasa wydawało się niemożliwe, wymienione firmy osiągały w ostatnich trzech latach ogromne zyski. W najbardziej kryzysowym okresie niektóre banki dalej odnotowywały całkiem pokaźne zyski i nawet dumnie chwaliły się tymi wynikami. Zrozumiałe jest, że powiedziano im: zadowolcie się zyskiem mniejszym i wypada, żebyście wzięli udział w ponoszeniu ciężaru kryzysu. Co ma zrobić przeciętny Kowalski na Węgrzech, czyli Kovacs, który kupił sobie mieszkanie na kredyt w wysokości 10 mln forintów (140 tys. zł) i nie jest w stanie go spłacać przy rosnącym kursie franka szwajcarskiego? Spłacił już 8 mln, jego mieszkanie zabiera bank za niską, bo kryzysową cenę, a po odliczeniu wszystkiego wciąż pozostaje mu do spłacenia 15 milionów! To dotknęło kilkuset tysięcy ludzi, z rodzinami - miliona, których od połowy roku 2000 socjalistyczne rządy wręcz namawiały do brania wówczas rzeczywiście tanich kredytów w walucie. Z tym, że przymykano oczy na to, że banki mogły zawierać umowy z klientami z klauzulą wprowadzenia jednostronnych zmian w umowie! Cóż, ci ludzie mieli sobie palnąć w łeb? Prawie nikt już w pewnym momencie nie mógł spłacić tych kredytów. Ani obywatele, którzy kupili sobie mieszkania, ani małe firmy finansujące swój rozwój. Rząd Orbána chciał uratować tych ludzi i stąd decyzja o zamrożeniu franka szwajcarskiego na pewnym poziomie. Przy tym kursie instytucje finansowe wciąż nie traciły, ale też musiały zrezygnować ze wspomnianych superprofitów. Finansjera obraziła się, ponieważ ma ogromną władzę, a rząd nie zdawał sobie do końca sprawy, że dojdzie do tego, iż wszyscy rzucą się na nas. Mamy nadzieję, że Zachód okaże trochę zrozumienia. W obecnej sytuacji, zupełnie dramatycznej, Węgry będą na pewno musiały wycofać się z niektórych bardziej radykalnych rozwiązań. W tym tygodniu na pewno zasiądziemy do stołu i zobaczymy, co z tego wyniknie. Nie wiem, czy UE i MFW zależy na bankructwie Węgier. Nie zależało na bankructwie Grecji, więc może i na naszym nie będzie zależeć. Choćby dlatego, że wtedy jeszcze coś można zawsze wyciągnąć z dłużnika, a po plajcie wiadomo, że ani grosza nie zapłaci. Widać jak na dłoni, że nadepnęliśmy na odcisk instytucjom globalnym, które arbitralnie mają zamiar sterować finansami świata. Rząd musiał dojść do wniosku, że należy zmienić sposób ratowania kraju.

Najbardziej krytykowane są postanowienia nowej konstytucji. Czy ten moment kryzysu i dramatycznej sytuacji finansowej był najbardziej odpowiedni, żeby przeprowadzać słuszne, ale kontrowersyjne reformy?
- Jako zwykły obywatel nie rozumiem, dlaczego łączy się sprawy gospodarki i finansów z konstytucją, ustawą medialną czy prawem wyznaniowym. Rząd nie chce ustępować, jeżeli nie czuje, że ma rację i nie jest naprawdę zmuszony. Popatrzmy najpierw na konstytucję. Nasza poprzednia konstytucja była napisana w 1949 r. w duchu stalinowskim. Potem były różne poprawki, ale do 1989 r. była tak samo komunistyczna. Po zmianie ustroju wprowadzono do niej jedynie modyfikacje, które uczyniły ją do przyjęcia w demokratycznym państwie prawa. Ale w dopisanej preambule zaznaczono, że ta konstytucja jest tylko przejściowa i czym prędzej należy ją zastąpić nową ustawą zasadniczą. To "czym prędzej" trwało 20 lat, bo nigdy nie było takiej zgody, żeby uzyskać do tego wymaganą kwalifikowaną większość w parlamencie. Tylko wprowadzano drobne poprawki. Teraz wreszcie powstała sytuacja, w której można było przyjąć nową konstytucję. Po drugie, znaczna część społeczeństwa węgierskiego oczekiwała, że wszelkie zbrodnie komunistyczne zostaną rozliczone. Po pierwszych wolnych wyborach szybko powstała odpowiednia ustawa, potem jeszcze jedna. I obie wkrótce sąd konstytucyjny unieważnił, odwołując się do tego, że przecież ci "biedni" aparatczycy, którzy zabijali i wyrywali paznokcie, działali zgodnie z obowiązującym wówczas prawem! A poza tym w państwie prawa ustawy nie mogą działać wstecz, a więc nie ma innego wyjścia, niż zastosować znaną też Polakom grubą kreskę. Ależ według tej filozofii i nazistów nie można byłoby postawić przed sądem. Teraz wprowadzono zapis, że zbrodnie komunistyczne są zbrodniami przeciwko ludzkości, a więc stworzono prawną podstawę do ich ścigania. W grudniu przyjęto poprawki uznające w ogóle ustrój komunistyczny za zbrodniczy, a partię komunistyczną za organizację przestępczą. Na Zachodzie, i niestety w Polsce też, w niektórych mediach tłumaczy się to tak, że partię socjalistów uznano za zbrodniczą. A to nie tak, to sama Węgierska Partia Socjalistyczna (MSZP) w swoim statucie deklaruje, że jest spadkobiercą Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (MSzMP). Ale to przecież nie wina Orbána.

Ale mowa jest o ograniczeniu demokracji, o zamachu na wolność słowa.
- Jestem byłym dziennikarzem, notabene uzyskałem dyplom w tej dziedzinie na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowałem jako zwykły dziennikarz, byłem szefem działu, dwukrotnie redaktorem naczelnym dziennika ogólnokrajowego, a od dłuższego czasu jestem urzędnikiem państwowym, który przekazuje informacje dla prasy. Znam więc ten świat z każdej strony. W 1989 r., około pół roku przed wolnymi wyborami, kiedy rozwiązano partię komunistyczną, wszystkie media były w rękach jej następczyni - partii socjalistycznej. W tym centralny dziennik ogólnokrajowy i 17 dzienników w poszczególnych regionach. W ostatnich miesiącach rządów komunistycznych wszystkie te tytuły sprzedano niemieckim koncernom Axel Springer i Bertelsmann z zapisem, że nie będą dokonywane zmiany składu redakcji. Charakterystyczne zresztą, że te firmy, uznane w swoich krajach ojczystych za blisko związane z frakcją konserwatystów, zgodziły się na takie warunki, które bezkrytycznie pozwalały na aksamitne lądowanie w nowym ustroju byłych zaufanych propagandystów komuny. Oficjalnie były rynek, kapitalizm i demokracja, ale łatwo sobie wyobrazić, jak to naprawdę wyglądało. Dopiero ponad rok po pierwszych wolnych wyborach udało się stworzyć pierwszy dziennik krajowy o niekomunistycznych korzeniach "ňj Magyarország" (Nowe Węgry). Byłem przy narodzinach pisma, początkowo jako szef działu zagranicznego, a potem, przez pewien czas, jako redaktor naczelny. W medialnym wyścigu - a dotyczy to nie tylko nowo powstających tytułów, ale i radia, i telewizji publicznej - strona niekomunistyczna od początku nie miała większych szans. Skutkiem dzikiej prywatyzacji, gdzie komunistyczna nomenklatura została uwłaszczona, oraz w konsekwencji grubej kreski przekształcona partia komunistyczna i służące jej jako "pas transmisyjny" byłe centralne związki zawodowe mogły zachować prawie cały majątek partyjny i związkowy, prasa lewicowo-liberalna była suto wyposażona. Wystarczy wspomnieć tylko sprawę reklam. Te organy, które otrzymują dużą ilość ogłoszeń, mają kasę. A kto daje ogłoszenia? Bogate duże firmy i instytucje, a te były i są w rękach uwłaszczonej nomenklatury lub do dyspozycji ich zagranicznych partnerów, którym zazwyczaj bardziej pasowało dogadywać się z wpływowymi i uległymi lewicowcami i liberałami. Prasa o niekomunistycznych korzeniach stanęła więc na torze wyścigowym w trabancie, podczas gdy współzawodnik siedział w fotelu powiedzmy ferrari Formuły 1. Walka ta trwa zresztą dalej. Bo obecne media komercyjne wcale nie mają orientacji prorządowej, wręcz przeciwnie. Mówi się, że nałożono kaganiec na media. A to nieprawda. Żadnego kagańca nie ma. Jedyny kaganiec jest taki, że nie można nikogo bezkarnie oczerniać. Ci, którzy wzniecili protest na Zachodzie wobec nowej ustawy o mediach, zrobili to już następnego dnia po publikacji ustawy. Ta ustawa liczy 260 stron w języku węgierskim. Taki Cohn-Bendit i jemu podobni na pewno się z nią osobiście nie zapoznali, bo wersja angielska powstała trzy tygodnie później. A krzyczeli na cały świat, jak to się niszczy demokrację na Węgrzech. Ta cała nagonka jest tylko dlatego, że zastosowaliśmy niekonwencjonalne metody ratowania kraju i Orbán chciał się wyrwać z pajęczyny krępujących nas czynników, czyli chciał zachować, a częściowo odzyskać suwerenność kraju.

Podobno nowa ordynacja wyborcza zawiera mechanizmy sprzyjające partii rządzącej?
- Znów odsyłam do tekstu ustawy. Chyba nikt jej dokładnie nie czytał. Już na początku lat 90. i potem, po każdych kolejnych wyborach, sąd konstytucyjny zwracał uwagę, że okręgi wyborcze trzeba zmienić, bo migracja ludności powoduje, że mamy jeden o liczebności 15 tys. wyborców, a drugi - 150 tysięcy. Fidesz wreszcie spełnił zalecenia sądu konstytucyjnego i ustawa nakreśliła te granice proporcjonalnie. Jestem pewien, że w ten sposób nie da się wpływać na podział mandatów. To nie jest tak, że po jednej stronie ulicy mieszkają zwolennicy Fideszu, a po drugiej lewicowcy. Takich rzeczy nie da się przewidzieć. Najbliższe wybory pokażą, jak będzie działała nowa ordynacja. Zdecydowanie odrzucam zarzut, że ona w jakiś sposób służy zwycięstwu Fideszu. Ludzie przecież zmieniają poglądy. Przynajmniej jedna trzecia głosujących na Fidesz w 2010 r. to ludzie, którzy wcześniej głosowali na inne opcje. Kto wie, jak zagłosują za dwa i pół roku?

W Budapeszcie wielkie manifestacje. W jaki sposób rząd zamierza sobie poradzić z niepokojami społecznymi?
- W normalnym demokratycznym państwie politykę raczej uprawia się w parlamencie, a nie na ulicy. Ale ustrój demokratyczny przewiduje wolność zgromadzenia, sumienia, myślenia i wyrażania poglądów drogą protestu, czyli demonstracje są rzeczą absolutnie normalną. Kiedy Gyurcsány był u władzy, to Fidesz wyprowadzał ludzi na ulicę. Z tym, że wtedy - na przykład w słynnym październiku 2006 roku - policja sterowana ręcznie przez szefa rządu socjalliberałów wyjątkowo brutalnie potrafiła rozprawiać się z demonstrantami. Mam mocną nadzieję, że rząd Orbána nigdy do podobnych posunięć nie będzie zdolny.

Demonstracje Fideszu były bardzo skuteczne. Tamten rząd upadł.
- Może i obecni demonstranci będą skuteczni. Ale pod jakimi hasłami występują? "Orbán, precz!". A co w zamian? "Wszystko, co robisz, Orbánie, to źle". A co ma zrobić? Niektórzy mówią, żeby powrócić do polityki socjalistów. Tej, która doprowadziła kraj na skraj przepaści. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo w końcu staje się prawdą. I tak też może stać się na Węgrzech. Już się mówi, że za całą sytuację odpowiedzialny jest Orbán. Premier może powtarzać, że zastał taką, a nie inną sytuację półtora roku temu, a w końcu mało kto będzie mu wierzyć. Tłum nieraz może mieć rację, ale często też jest skłonny do popełniania samobójstwa.

A kto go do tego popycha?
- Na Węgrzech od zmiany ustroju na 22 lata przez 15 rządziła lewica. Od 1990 r. mamy demokrację, państwo prawa i wolny rynek. Ale na skutek tej wielkiej wolności i dla ratowania kasy państwa wszystkie rządy, a szczególnie socjalistyczne, sprzedały wszystko, co było do sprzedania. Ten proces tak naprawdę przygotowywano jeszcze w poprzednim ustroju z pomocą tzw. reformatorskiego skrzydła partii komunistycznej. Miało to przynieść takie skutki, że się będziemy szybciej rozwijać, będą nowe miejsca pracy itd. A zachodni inwestorzy w decydującej mierze kupowali raczej rynek i nawet dobrze prosperujące gałęzie gospodarki doprowadzono do bankructwa. Widać to jak na dłoni, m.in. na przykładzie węgierskiego przemysłu cukrowniczego. W latach 80. Polacy nam wybudowali jedną z najbardziej nowoczesnych cukrowni w Europie. Zachodni inwestor, który tę branżę zakupił, w ciągu roku pozamykał wszystkie zakłady. Tysiące ludzi straciło pracę, tysiące rolników straciło zbyt ich produktu. A teraz kupujemy parokrotnie drożej cukier za granicą. Można by wyliczać podobne procesy w nieskończoność. To jest samobójcza polityka. Powrót do niej prowadzi donikąd, do unicestwienia kraju. Już prawie wszystko sprywatyzowaliśmy i sprzedaliśmy. Z majątku państwowego właściwie została nam ziemia uprawna i największy w Europie zapas słodkiej wody, co - jak wiadomo - niebawem będzie bardziej wartościowe od złota. W ostatnim roku rządzenia socjalistów i liberałów już zaczęto poważne przygotowania do sprzedaży nawet i tych zasobów. Grekom też cynicznie powiedziano, żeby sprzedali swoje wyspy. O to tu chodzi. Żeby ktoś to kupił. Te dwa ostatnie skarby. Jeśli to sprzedamy, to 10 milionów Węgrów niedługo będzie żyć w wynajętych domach, na cudzych warunkach, w których ktoś obcy będzie decydować, jak mamy żyć, jaki czynsz płacimy i za ile można kupić szklankę wody. Jeśli społeczeństwo protestujące przeciw obronie żywotnych interesów kraju obali rząd, to będzie miało za swoje. Żałuję tylko, że także ci, którym o rozkwit suwerennego kraju chodziło.

Jaka jest wizja Węgier Viktora Orbána?
- Żeby Węgry stały się normalnym krajem o chrześcijańskiej kulturze. To znaczy normalnym krajem europejskim, uznającym wszelkie klasyczne wartości demokracji. I żebyśmy nie byli niczyją kolonią. Żebyśmy prowadzili w miarę swobodnie suwerenną politykę własną, żebyśmy mogli swobodnie wybierać partnerów, sojuszników, przynależność itd., bez żadnego politycznego, finansowego czy innego przymusu, który jest sprzeczny z żywotnymi interesami narodu. Oczywiście to jest idea. Należy robić to, co się da, w miarę istniejących możliwości. Polityka jest sztuką osiągania rzeczy możliwych. Trzeba tę sztukę opanować i wykorzystać.

Korona św. Stefana?
- Polityk musi posługiwać się symbolami. Ta korona, święta korona, to jeden z nich. Wyjątkowe świadectwo naszej tysiącletniej historii i światowy fenomen. Ona symbolizuje jedność narodu węgierskiego i byt państwa węgierskiego. Została ona tuż przed śmiercią króla Stefana I ofiarowana Najświętszej Maryi Pannie. Ale insynuacje związane z przeniesieniem korony do budynku parlamentu są absurdalne. To nie po to, żeby - jak niektóre złośliwe i chore umysły mówią o Orbánie - ją w nocy przymierzać. Tu jest głęboka myśl. Drugim wielkim aktem konstytucyjnym w Europie (po angielskiej Magna Charta) była Złota Bulla Andrzeja II z 1222 roku, która mówi o władzy królewskiej, przywilejach szlachty itd. i czyni to w imieniu Korony Świętej. Korona węgierska uosabia więc też legislacyjne źródło państwowości węgierskiej wyrażone m.in. w Złotej Bulli. Kiedy się do korony współcześnie odwołujemy, nie chodzi o powrót monarchii. Węgry liczą się jako państwo europejskie od koronacji św. Stefana w 1000 roku. Od tego czasu korona jest symbolem naszej państwowości. Najlepsze miejsce dla niej jest właśnie w parlamencie, gdzie pilnuje się państwa. Niech każdy poseł, z dowolnej partii widzi, że patrzy na niego tysiąc lat historii.

Ale korona to nie tylko klejnot, to też odwołanie do terytorium Wielkich Węgier. Po układzie z Trianon (1920) sytuacja jest taka, że z każdym z sąsiadów Węgier można sobie wyobrazić spór terytorialny.
- O nie. Nie ma żadnego sporu. To Jobbik snuje takie wizje. Ciekaw jestem, co by zrobił Jobbik, gdyby raptem przyłączono na przykład Siedmiogród, gdzie jest 1,5 miliona Węgrów, a 6,5 mln Rumunów. W Wojwodinie mieszka 150 tys. Węgrów, a milion Serbów. Na Słowacji jest pół miliona Węgrów, a 5 mln Słowaków. Na Zakarpaciu jest niecałe 100 tys. Węgrów, a prawie milion Ukraińców. Może gdyby stworzyć - podkreślam, nie odtworzyć - państwo federalne, o jakim myślał Lajos Kossuth, to co innego. Jakąś Federację Naddunajską na wzór Szwajcarii. Ale tu są do zażegnania takie waśnie historyczne między narodami zamieszkałymi dookoła, że to jest na razie niemożliwe. I znów sprawa wywołująca dyskusje: gdy ktoś na świecie daje możliwość uzyskania obywatelstwa rodakom zamieszkałym poza granicami kraju, nikt w takim akcie nie widzi żadnego zagrożenia. Ale jeśli na podobny krok decydują się Węgrzy, to natychmiast podnosi się raban. Mało kto jest skłonny zauważyć, że jeśli dajemy obywatelstwo węgierskie członkom mniejszości węgierskich za granicą, to dotyczy to nie tylko naszych sąsiadów. To, co stało się w Trianon, owszem, jest dla nas bólem. Natomiast o prawa mniejszości węgierskiej w krajach sąsiednich oczywiście będziemy walczyć. Jeśli chodzi o nadawanie obywatelstwa węgierskiego, to okazało się, że Rumunia, Serbia, Chorwacja czy Słowenia nie wniosły sprzeciwu. Same zresztą nadają podwójne obywatelstwo, np. Rumunia swoim rodakom z Mołdawii. Ukraina ma zastrzeżenia, ale jesteśmy na drodze do porozumienia. Zostaje jedynie Słowacja, która ma kłopot z samą sobą: Słowakom zamieszkałym za granicą chcieliby dać obywatelstwo, a Węgrom na Słowacji chcą zabronić przyjęcia obywatelstwa węgierskiego.
Właściwie nie rozumiem dlaczego, tysiąc lat mieszkaliśmy w tym samym państwie, cały czas byliśmy sąsiadami, dzieliliśmy ten sam los. A tak przy okazji to nasza ustawa o mniejszościach narodowych z 1993 r. została przez Radę Europy uznana za wzorcową. Niektórzy w Europie jakoś nie chcą o tym pamiętać.

Dziękuję za rozmowę.

 

Narodowe dziedzictwo do katakumb

Jakiś czas temu na łamach "Naszego Dziennika" pytałam, dlaczego wspaniałe bogactwo naszego dziedzictwa narodowego zostało wyrzucone z teatru na rzecz sztuk często obcych nam kulturowo, historycznie, mentalnie i obyczajowo. I co najdziwniejsze, ten sztuczny twór został zaadoptowany przez niemałą część publiczności. Nie tylko tej młodej, która została wychowana już tylko na antyteatrze i nie ma skali porównawczej. Myślę tu także o publiczności średniego pokolenia. Jak to się mogło stać, że ta koślawa proteza nie została odrzucona przez organizm teatru, który ze swej natury powinien dążyć do prawdy i piękna, a nie dewiacji i brzydoty?
To, co dziś oglądamy na scenach - poza nielicznymi wyjątkami - nie ma nic wspólnego ani z prawdą, ani z pięknem, ani z artyzmem. Taki był rok 2011, takie były lata wcześniejsze, a i obecny, który się właśnie rozpoczął, też nie napawa nadzieją na konstruktywne zmiany. Zwłaszcza gdy przyjrzymy się większości planów artystycznych pod kątem tematyki przedstawień (będzie m.in. o świętych "inaczej", a także o teatrze smoleńskim i posmoleńskim), zapowiadanych sposobów ich realizacji, no i wciąż tej samej grupki reżyserów "skumplowanych" ideowo, politycznie i towarzysko z medialnym lobby i czasem z dyrektorami scen. A wszystko razem skupione jest wokół ideologii politycznych mających za cel duchowe i moralne zniewalanie człowieka w imię wielkiej tolerancji dla inności. Wiemy, co to znaczy.

Są jeszcze ofiarni artyści
Nieszczęściem teatru jest jego serwilizm, służalcza postawa wobec dyktatu polityki. Teatr z własnej woli stał się dziś narzędziem liberalno-lewicowej propagandy. Słowem - instytucja do wynajęcia. Teatr narodowy jako idea, a więc prezentacja wartości narodowych - jeśli się pojawi - będzie chyba musiał zejść do katakumb, jak i wszystko, co narodowe. Pod warunkiem wszakże, iż są jeszcze twórcy, artyści, którzy ofiarnie w tych katakumbach, z dala od blasku fleszy, nagród i odznaczeń zechcą taki teatr realizować. W to, że są jeszcze tacy artyści, nie wątpię. Ale trzeba ich szukać, czasem daleko od Warszawy. Bardzo piękny estetycznie, głęboki myślowo, ważny historycznie i realizujący misję teatru narodowego spektakl "Ballada o Wołyniu" w reżyserii Tomasza Żaka powstał w tarnowskim Teatrze Nie Teraz. W Poznaniu nietypowy, wspaniały teatr słowa, Verba Sacra - Modlitwa Katedr, to dzieło Przemysława Basińskiego, który od lat realizuje ideę teatru narodowego. Jedna z najwybitniejszych współczesnych aktorek Halina Łabonarska wspólnie z o. Waldemarem Gonczarukiem CSsR stworzyli w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu scenę Laboratorium Słowa na wzór niegdysiejszego Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka. Dzięki temu młodzież studencka, stykając się z największą polską literaturą, nie tylko pogłębia swoją wiedzę i kształci umiejętności interpretacyjne, ale w oparciu o dorobek naszej narodowej literatury rozwija się duchowo i intelektualnie. To kropla w morzu potrzeb. Ale od czegoś trzeba zacząć tę pracę u podstaw. Bo odbudowywanie formuły polskiego teatru narodowego, zwłaszcza jeśli chodzi o prezentację wartości, jest dziś niezbędne.


Teatr przeciwko Narodowi
Teatr nasz w całej swojej historii nie znajdował się w tak marnej kondycji moralnej, duchowej i artystycznej jak dziś. I nigdy dotąd nie był tak bardzo skierowany przeciwko swemu Narodowi. Bo wyszydzanie, karykaturowanie, pokazywanie polskiej historii w sposób kłamliwy i odstręczający, a także nieustanne atakowanie w najohydniejszy sposób Kościoła jest zarazem atakiem wymierzonym w Naród. A nawet więcej, to wojna wypowiedziana Narodowi, tylko nie przy użyciu armat, lecz w sposób zawoalowany, a więc jeszcze bardziej perfidny.
Bo jeśli w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie wystawia się największe nasze operowe dzieło "Halkę" i reżyser Natalia Korczakowska realizuje ją w duchu lewacko-feministycznym, całkowicie odzierając operę Stanisława Moniuszki z jej charakteru narodowego, z polskości, o czym tu mówić. Z kolei po sąsiedzku, za ścianą, w Teatrze Narodowym w spektaklu "Sprawa" "zaszlachtowano" dramat Juliusza Słowackiego "Samuel Zborowski". I to rękoma nie byle kogo, bo znanego reżysera Jerzego Jarockiego, który przepisał dzieło Słowackiego po swojemu, ingerując w intencję autorską, co zresztą nikomu nie wyszło na dobre, bo powstał jeden bardzo długi bełkot z wygłupami. O tym, co robią dziś reżyserzy z utworami Henryka Sienkiewicza i nim samym, przykro mówić. A już wulgarna i nieprzebierająca w środkach karykatura tematyki kościelnej, symboliki religijnej, krzyża Chrystusowego, postaci Jezusa, Matki Bożej, a nawet Eucharystii to obowiązkowe wątki na dzisiejszych scenach. Warszawski Teatr Dramatyczny poszedł jeszcze dalej, wystawił "Mszę" w reżyserii plastyka skandalisty Artura Żmijewskiego (nie mylić z aktorem), będącą imitacją liturgii przeniesionej z kościoła na scenę. Tylko po co? Misja teatru narodowego wiąże się z dziejami narodu, z jego historią. A depozytariuszem naszych narodowych dziejów jest nieustannie Kościół. I to jedna z przyczyn owych napaści.
Teatr narodowy powinien być w prawidłowej relacji z historią. Jednak aby ten aspekt zaistniał, wypowiedź artystyczna musi zawierać prawdę faktów historycznych. Oczywiście nie w formie kalki dokumentacyjnej, lecz dzieła przetworzonego artystycznie, ale niewypaczającego prawdy historycznej. Sztuka, kultura danego narodu jest fundamentem, na którym mogą budować następne pokolenia. Mają bowiem z czego czerpać i do czego się odnieść. W ten sposób tworzy się dziedzictwo narodowe i więź międzypokoleniowa. To duchowe bogactwo jest jedyne i niepowtarzalne.
Dość przypomnieć, że polska kultura przez całe wieki czerpała z owego dziedzictwa, ze średniowiecznej przebogatej i przepięknej "Bogurodzicy", z Reja, który dowiódł, iż polszczyzna jest powodem do dumy, a Polacy nie gęsi i swój język mają, z Kochanowskiego, wybitnego poety i męża stanu, wreszcie z romantyków. Gdyby nie Norwid, Mickiewicz, Słowacki, Krasiński - jak wyglądałaby nasza literatura i cała kultura w dwudziestoleciu międzywojennym? A jaki byłby nasz patriotyzm, którego wyżyny podczas heroicznego Powstania Warszawskiego świat podziwiał i którego promieniowanie umacniało ducha narodowego po wojnie podczas okupacji sowieckiej? Tymczasem co roku 1 sierpnia w Muzeum Powstania Warszawskiego prezentowane są przedstawienia urągające bohaterskim powstańcom, tak jak to miało miejsce w roku ubiegłym w bełkotliwym spektaklu Michała Zadary "Awantura warszawska".

Zerwana więź międzypokoleniowa
Dziś owa bezcenna więź międzypokoleniowa już nie istnieje, została zerwana. Najpierw komuniści starali się oddalić w niepamięć nasze dziedzictwo narodowej kultury, w tym i teatr. Ale nie udało się. Dopiero libertyńsko-lewacka ideologia poprawności politycznej zerwała te więzi. Brak łączności międzypokoleniowej stworzył niebezpieczną pustkę. I zanim prawica się zorientowała, tę wyrwę natychmiast zagospodarowali lewacy i libertyni. Jest więc kulturowy marksizm, na którym karierę robią rozmaici bełkociarze na czele z najgłośniejszą i najbardziej utytułowaną licznymi nagrodami parą: Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim. Ich spektakle można porównać do sztancy: w każdym jest "przywalenie" Kościołowi, bezsensowna bieganina, zaśmiecona scena, kloaczne wulgaryzmy, chaos i ogólny bełkot, jak w ostatnim przedstawieniu "W imię Jakuba S." w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Mowa o Szeli, ale gdyby w programie teatralnym tego nie podpowiedziano, wątpię, czy ktokolwiek domyśliłby się, o jakiego Jakuba chodzi.
Nie mamy więc teatru narodowego - nie chodzi o szyld, lecz o ideę, o prezentowane wartości, o rodzaj repertuaru, o powinność moralną, narodową, obywatelską i społeczną, jaką teatr winien swojej publiczności. Wyrosło nowe pokolenie wychowane na antyteatrze. Pokolenie, które nie ma się do czego odwołać, bo nie ma skali porównawczej. Przekazywanie z pokolenia na pokolenie wiedzy dotyczącej naszego dziedzictwa narodowego, pielęgnowanie najlepszych tradycji naszej kultury, dbanie o wielką polską literaturę, o język polski, a więc wszystko to, co jest świadectwem naszej tożsamości - w teatrze już w zasadzie nie istnieje. Młodzi reżyserzy wchodzący do zawodu zachowują się tak, jakby polski teatr rozpoczynał się dopiero od ich przedstawień. Ignorancja i pycha. Brak wiedzy, talentu i osobowości artystycznej zastępowane są więc skandalizowaniem, wyuzdanymi obscenami, wulgaryzacją obrazu i języka. Działają bezkarnie, bo mają zachętę ze strony obecnej władzy, która słów: "narodowy", "patriotyzm", "Ojczyzna", najchętniej zakazałaby używać. A jeśli już, to wyłącznie w znaczeniu ciemnogrodu lub nacjonalizmu, a nawet faszyzmu (vide: Marsz Niepodległości 11 listopada).

Bez tożsamości
O tym, że teatr powinien być nosicielem postaw moralnych stanowiących źródło siły i trwałości, pewnie już mało kto pamięta. Większość współczesnej dramaturgii polskiej i tej tłumaczonej z obcych języków to bełkot posługujący się wulgaryzmami i fizjologią. W warstwie inscenizacyjnej zdarza się, że bohaterem owego bełkotu jest nie człowiek, a jego ekskrementy ogrywane na scenie. Że nie wspomnę już o wątkach wręcz pornograficznych, lesbijskich w kontekście krzyża Chrystusowego, jak w spektaklu wrocławskiego Teatru Współczesnego "Białe małżeństwo" Tadeusza Różewicza, które rzekomo ma być obrazem kondycji erotycznej Polaków. Modna zaś estetyka brzydoty dopełnia obrazu.
Warto zapytać w tej sytuacji, czy obecnie teatr jest przygotowany na realizowanie programu narodowego. Myślę, że na przeszkodzie stoją dwie potężne siły: ideologia polityczna promująca nurty postmodernistyczne, nihilistyczne oraz postawy hedonistyczne wypierające wartości chrześcijańskie i odgórnie tępiony instynkt patriotyczny Polaków, co powoduje brak przywiązania do wartości narodowych.
Czego życzyć polskiemu teatrowi w nowym roku? Przede wszystkim, aby był świadomy swojej tożsamości narodowej. Wówczas być może powrócą na scenę takie pojęcia, jak wierność sumieniu, godność osoby ludzkiej, prezentacja wartości podstawowych. Wzorce moralne powinny być pokazywane w teatrze. Nietrudno je znaleźć w historii naszego Narodu, trzeba tylko po nie sięgnąć. Tymczasem rozmontowywanie teatru narodowego (a także całego systemu kultury) trwa u nas już blisko 20 lat, z roku na rok pogrążając scenę w coraz większym bagnie. A budowanie teatru na bazie ideologii wrogiej naturalnemu uwarunkowaniu człowieka uruchamia siły, które niszczą materię twórczą. Dlatego też konieczne jest jak najszybsze odrodzenie tradycyjnych i stale żywych wartości duchowych tkwiących w naszej narodowej kulturze.

Temida Stankiewicz-Podhorecka

Parulski sam się oskarża

Z Bogdanem Święczkowskim, byłym szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, prokuratorem krajowym w stanie spoczynku, członkiem stowarzyszenia "Ad Vocem", rozmawia Zenon Baranowski

Prokurator Marek Pasionek biega pijany po mieście z aktami smoleńskimi w teczce - tak ma twierdzić szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej gen. Krzysztof Parulski w swoich zeznaniach...
- Jestem przekonany, że oczywiście nie jest to prawda. Ponadto to, co robi prokurator po pracy, to jest jego sprawa, o ile nie narusza godności prokuratorskiej. Natomiast moim zdaniem Parulski, jeżeli te zeznania są prawdziwe, chciał Marka Pasionka zwyczajnie "umoczyć". Podawane w mediach treści zeznań wydają się całkowicie nieprawdziwe. Nikt przy zdrowych zmysłach nie brałby do torby turystycznej naręcza akt śledztwa smoleńskiego, żeby je np. dziennikarzom pokazywać. Nie wierzę absolutnie w to, co mówi Parulski.

Pana zdaniem chodziło o pokazanie prokuratora Pasionka jako osoby, która nie tylko ma przekazywać informacje dziennikarzom, ale nawet pokazywać im akta?
- Jeżeli to jest jego przełożony - naczelny prokurator wojskowy, i taka sytuacja miała miejsce, to czemu natychmiast nie wezwał policji czy Żandarmerii Wojskowej. Przecież trzeba było zabezpieczyć te akta, przecież pijany śledczy mógłby je zgubić. Dlaczego wówczas tego samego dnia nie zapobiegł ewentualnej utracie dokumentów. Parulski, jeśli wierzyć jego zeznaniom, sam się oskarżył o niedopełnienie obowiązków. I dziwię się, że nie jest prowadzone w tym zakresie śledztwo.

Od początku tej sprawie towarzyszą komentarze wskazujące na osobiste animozje między gen. Parulskim a prokuratorem Pasionkiem.
- Przyznam, że Parulskiego oceniam bardzo krytycznie, ale nie będę tego kontynuował. Można przytoczyć wiele śmiesznych lub strasznych opowieści o nim i prokuraturze wojskowej, np. na 90-lecie prokuratury wojskowej zaprosił jako gości honorowych prokuratorów, którzy pracowali w okresie stalinowskim.

Prokuratura uznała, że nie ma podstaw do stawiania zarzutów Pasionkowi. Dlaczego próbuje się więc tę sprawę reaktywować?
- Nie było żadnych podstaw, żeby prowadzić śledztwo dotyczące prokuratora Pasionka, który jakoby miał ujawniać informacje dziennikarzom albo miał jakieś tajne spotkania z agentami amerykańskimi. To jest żenujące i śmieszne. Prokuratura powszechna postąpiła tutaj słusznie. Od początku do końca ta sprawa, według mnie, była mocno dęta. Chodziło chyba o to, żeby się pozbyć jedynego cywilnego prokuratora, który rzetelnie i kreatywnie nadzorował śledztwo smoleńskie.

Ale trwa jeszcze postępowanie dyscyplinarne.
- Nie mogę tego komentować, ponieważ jestem obrońcą prokuratora Pasionka, a to postępowanie jest niejawne. Pasionek jest już zawieszony 9 miesięcy. On się czuje jak w "Procesie" Kafki. Miał problemy z sercem, bardzo to wszystko przeżywa. Na szczęście lekarze zapobiegli zawałowi. Odnoszę nieodparte wrażenie, że pan Parulski "bawi się" ludźmi, bo ma przychylność Komorowskiego i organy państwa do dyspozycji. Podobno w aktach śledztwa prokuratorskiego są billingi rozmów moich i Ocieczka. Ale my nie dostaliśmy żadnych postanowień prokuratorskich o żądaniu naszych billingów, tak jak dostał np. red. Gmyz czy inni. Jeżeli tak jest, oznacza to, że ściągnięto je bez postanowienia, przypuszczalnie przez kontrwywiad wojskowy lub ABW. Jeżeli prokuratura wojskowa wykorzystuje przeciwko nam i prokuratorowi Pasionkowi kontrwywiad wojskowy, to jest już - w mojej ocenie - element niszczenia państwa. Można kogoś nie lubić, ale wykorzystywanie instytucji państwowych...

Do osobistych rozgrywek?
- Pojawiają się publicznie takie sugestie. Więcej, że ktoś kogoś chce zniszczyć. Generał Parulski doskonale zdaje sobie sprawę, w moim przekonaniu, że śledztwo smoleńskie zostało na początku całkowicie źle przeprowadzone i że jak wyjdą na jaw te elementy, to wszystko się może na nim skupić. Mam nadzieję, że w przyszłości, gdy już ktoś inny będzie prokuratorem generalnym, zostanie wszczęte śledztwo, które doprowadzi do ujawnienia tych uchybień i ukarania winnych. Stanie się to wcześniej czy później, a ja sam osobiście będę się temu bardzo dokładnie przyglądał po powrocie do tej czy innej czynnej służby.

Za kilka dni prokurator Andrzej Seremet jedzie po raz kolejny do Moskwy i po raz kolejny będzie prosił o wrak, czarne skrzynki itp. Spodziewa się Pan jakichś wymiernych efektów po tym wyjeździe?
- Ten wyjazd, w moim przekonaniu, można traktować jako wycieczkę turystyczną. Oczywiście nie z winy prokuratora generalnego. Jak wróci, powie, że Rosjanie zadeklarowali pełną pomoc i będzie to, co było wcześniej.

Taki dyplomatyczny przekaz?
- Należy podkreślić, że Seremet jako prokurator generalny nie ma realnej władzy w tym zakresie. Po to Platforma Obywatelska zrobiła taką reformę, żeby prokurator generalny nic nie znaczył. Poprzednio był on jednocześnie ministrem sprawiedliwości, który jako jeden z ministrów konstytucyjnych miał za sobą cały rząd Rzeczypospolitej. A kogo ma za sobą Seremet, nawet pomimo jego być może najszczerszych chęci? Nikogo. Jest jednym z urzędników, reprezentuje jeden z urzędów centralnych. On musi chodzić po prośbie do Sikorskiego, żeby MSZ wysłało jakąś notę dyplomatyczną. Może prosić premiera... Prokurator generalny, jeżeli nie ma silnego poparcia rządu, dyplomacji, nic nie znaczy w takiej sytuacji. Nikt go nie będzie poważnie traktował, zwłaszcza w Rosji.

Dziękuję za rozmowę.

Z receptą na polu minowym

Z lek. med. Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, członkiem prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Strona rządowa ogłosiła sukces w negocjacjach, ale lekarze wciąż prowadzą protest pieczątkowy. Jaki jest realny efekt spotkania z premierem i ministrem zdrowia?
- Zespół do spraw współpracy z ministrem zdrowia w zakresie opracowania niezbędnych zmian ustawy refundacyjnej i innych aktów prawnych powołany przez Naczelną Radę Lekarską, który spotkał się w środę z ministrem Bartoszem Arłukowiczem, wydał komunikat z przebiegu wspólnych prac, w którym zawarte są pewne oczekiwania. Muszę powiedzieć, że głosowałem przeciwko, bo nie do końca zgadzam się z treścią tego komunikatu i osobiście nie podpisałbym tego dokumentu. Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że był to tylko komunikat. Natomiast minister Arłukowicz sprytnie ogłosił, że porozumiał się z Naczelną Radą Lekarską, co jest nieprawdą. Wspomniany zespół miał określone upoważnienia i kompetencje, i nic więcej. Tymczasem w czwartek minister, odwołując się do tego komunikatu, powiedział, że oczekuje zawieszenia protestu. Wyraźnie chcę to zaakcentować, na razie nie ma żadnych okoliczności, które pozwalałyby nam, lekarzom, zawiesić protest. Otrzymaliśmy jedynie obietnicę, że zostanie wszczęty proces legislacyjny dotyczący nowelizacji ustawy refundacyjnej w spornych punktach oraz że prezes NFZ wyda komunikat o niekaralności lekarzy. To jest jednak za mało, żeby przerwać protest. W tej sytuacji odstąpienie od protestu oznaczałoby, że zgadzamy się pracować na warunkach obecnie obowiązującego prawa, co jest nie do przyjęcia. Dopóki się nam nie zapewni odpowiednich warunków do wystawiania recept refundowanych, tak żebyśmy nie stąpali, jak to obecnie ma miejsce, po polu minowym albo nie grali w rosyjską ruletkę, to protestu nie przerwiemy. Dopóki nie będzie konkretnych zmian, nie uwierzymy w żadne zapewnienia czy komunikaty Ministerstwa Zdrowia. Środowisko jest podzielone, ministerstwo o tym wie i mam wrażenie, że próbuje to wykorzystać.

To znaczy, że porozumienia nie ma?
- Porozumienia jako takiego nie ma. Jest to tylko i wyłącznie wyrażenie woli porozumienia obu stron. Jest to przede wszystkim komunikat ministra z rozmów ze wspomnianym na wstępie naszej rozmowy zespołem, a nie - jak się sugeruje - z Naczelną Radą Lekarską. To, co podaje resort, mija się z rzeczywistością.

Kiedy lekarze zakończą protest?
- Moim zdaniem, protest zakończy się wówczas, kiedy zaistnieją odpowiednie warunki, kiedy ustąpią przyczyny, dla których się rozpoczął. Te przyczyny to: niewłaściwe rozporządzenie w sprawie recept lekarskich i zła ustawa refundacyjna. Nie możemy się stosować do prawa, które jest, bo to złe prawo. Jeżeli resort zdrowia zechce te wadliwe i szkodliwe akty prawne zmienić, a to może potrwać nawet kilka miesięcy, to będzie to znak, że po drugiej stronie jest wola porozumienia. Z drugiej strony nie mamy zamiaru przez te kilka miesięcy oczekiwania pracować w tak niepewnych warunkach. Dlatego już teraz konieczny jest tymczasowy akt prawny. Jaki - to już jest sprawa ministerstwa, który zapewni lekarzom bezpieczne warunki wystawiania recept refundowanych. Być może potrzebne jest do tego np. rozporządzenie, ale na pewno nie jest wystarczający komunikat bez gwarancji prawnych, którym usiłuje się załatwić sprawę.

Co to tak naprawdę oznacza dla pacjentów?
- To oznacza, że ministerstwo wydało nie tylko zły akt prawny, przy którym zarówno premier Tusk, jak i minister Arłukowicz obstają, ale że brakuje też woli, by to niedobre prawo zmienić. Mało tego, usiłuje się szczuć pacjentów przeciwko nam, lekarzom. Dlatego przypomnę, że nasz protest jest reakcją na złe prawo i jeżeli ta ustawa przestanie działać, to protest bez niczego, natychmiast umrze śmiercią naturalną. My zajmujemy się leczeniem, a w jaki sposób recepty będą refundowane, nie zależy już od nas.

Wróćmy jeszcze do spotkania z ministrem Arłukowiczem. Do dziennikarzy docierały dość niejasne informacje. Prezes Hamankiewicz mówił nawet o "falowaniu" w sprawie odstąpienia od karania lekarzy, na co nie chciał się zgodzić szef NFZ, interweniował premier?
- Żeby być uczciwym, to muszę powiedzieć, że podczas tego wielogodzinnego spotkania w Ministerstwie Zdrowia były, owszem, pozytywne akcenty. Ale były też momenty oznaki złej woli i to nakazuje nam bardzo ostrożnie patrzeć w najbliższą przyszłość. Jeżeli zaś chodzi o interwencję premiera, to z uwagi na zaproszenie do telewizji nie było mnie przy tym, ale wiem od kolegów, że około godz. 23.00 premier osobiście interweniował, co w efekcie zmiękczyło stanowisko prezesa Paszkiewicza. Jednak moim zdaniem, zmiany prawne, jakiekolwiek by one nie były, nie powinny się dokonywać w ten sposób, po telefonach i interwencjach kogokolwiek. Zresztą nie byłoby tego całego zamieszania, z którym mamy obecnie do czynienia, gdyby ustawa refundacyjna powstawała w normalnym trybie, w prawidłowy sposób.

Co ma Pan na myśli?
- Chodzi o to, żeby zmiany w ochronie zdrowia były konsultowane ze środowiskiem lekarskim. Oczywiście formalnie te konsultacje się odbywają, ale nasze opinie w ogóle nie są brane pod uwagę. Dodam tylko, że nie jest to kwestia wyłącznie tego rządu czy poprzedniego, ale wszystkich po kolei. Środowisko medyczne tak naprawdę nie ma wpływu na to, co wchodzi do obiegu prawnego. Podobnie było z ustawą refundacyjną, gdzie mieliśmy całą masę zastrzeżeń, ale ministerstwo wiedziało lepiej. Może się narażę, ale dodam, że ok. 90 proc. posłów, którzy zasiadają w ławach sejmowych, nie ma kompletnie pojęcia o tym, co ta ustawa przyniosła. Dotyczy to także co drugiego posła w sejmowej Komisji Zdrowia. W moim odczuciu, część posłów pełni jedynie funkcję maszynek do głosowania i robi to, co każe partia. Przykre to, ale niestety prawdziwe. Przykładem jest obecny minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, który jeszcze niedawno jako poseł SLD był przeciw ustawie refundacyjnej, a dzisiaj zachwala ją jako najlepszy towar na świecie. To jest niepoważne. Owszem, mogę zrozumieć, że jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, a całe ministerstwo przejął z dobrodziejstwem inwentarza i owszem, akt prawny, o którym rozmawiamy, nie jest jego autorstwa, ale w każdej sytuacji trzeba mieć swoją godność. Jeżeli nie jesteśmy do czegoś przekonani, to nie umierajmy za to.

Nikt nie zmuszał Arłukowicza do objęcia schedy po minister Kopacz.
- Oczywiście. Ministrem się bywa, a człowiekiem należy być. Ponadto jeżeli chce się zachować twarz, to nie powinno się opowiadać bajek, w które samemu się nie wierzy. Szkoda też, że tak niewiele mówi się o autorce tego prawnego bubla, minister Kopacz, która chyba w nagrodę poszła stopień wyżej i dzisiaj piastuje funkcję marszałka Sejmu. Patrząc na jej dokonania w ochronie zdrowia, można mieć obawy o przyszłość parlamentaryzmu w Polsce.

Wiceminister Jakub Szulc zapowiedział, że w przyszłym tygodniu będzie gotowy projekt nowelizacji ustawy refundacyjnej, ale postawił też warunek: lekarze muszą zawiesić, a najlepiej przerwać protest pieczątkowy.
- Po tym, jak premier Tusk niedawno pakował nas prawie w kamasze, nic nas już chyba nie jest w stanie zaskoczyć. Odbieramy to jako dyktat i potwierdzenie, że strona rządowa tak naprawdę nie ma dobrej woli i chce jedynie odnieść sukces medialny. Mam nadzieję, że coś się w tej sprawie zmieni, bo nie może być inaczej, ale w mediach ma być to odebrane jako sukces rządu.

Panuje opinia, że lekarze nie chcą wypisywać recept.
- To nieprawda. Fakty są takie, że ta ustawa jest jedną wielką pułapką i jeżeli zapiszemy pacjentowi dobry lek i pacjent zostanie wyleczony, to jako lekarze możemy zapłacić karę za to, iż ten konkretny lek nie ma akurat rejestracji w tej chorobie, choć inny preparat tej samej substancji, tylko o innej nazwie handlowej, ma. Natomiast to, że nie został zarejestrowany, czyli nie zapłacono za wydanie opinii, że może być w tej chorobie stosowany, choć ta sama substancja, tylko o innej nazwie handlowej, może, to ktoś może nam zarzucić, że zapisaliśmy preparat, który nie ma rejestracji. Takich pułapek zarówno ustawa, jak i rozporządzenie zawierają mnóstwo, ale pacjenci o tym nie wiedzą. Dlatego proszę się nie dziwić, że my się przed tym bronimy. To nie jest nasz kaprys, kaprys lekarzy, ale nasza samoobrona.

Nie ufacie stronie rządowej?
- A dziwi się pan? Skoro odbywa się spotkanie zespołu z ministrem zdrowia i wydawany jest komunikat, a za pośrednictwem mediów otrzymujemy informację, że jest porozumienie z Naczelną Radą Lekarską. Czy takie postępowanie, graniczące z manipulacją, zasługuje na zaufanie?

Winą za utrudnianie życia pacjentom premier obarczył lekarzy.
- Jest w tym sporo hipokryzji, ale spotkaliśmy się z premierem Tuskiem, bo chcieliśmy wysondować, jaki jest stan jego wiedzy na temat ustawy refundacyjnej. Chcieliśmy też sprawdzić, czy szef rządu ma tylko złych doradców, czy jest to może przejaw jego złej woli. Przedstawiliśmy nasze bolączki od strony lekarskiej i wydawało się nam, że sporo z nich premier uznał za słuszne. Ale pewnie z powodów politycznych nie mógł nam przyznać racji.

Ale ktoś musi w końcu ustąpić.
- A dlaczego my? Czy mamy być współubezpieczycielami i sponsorami NFZ? Osobiście się w tej roli nie widzę, podobnie jak tysiące moim kolegów, którzy liczą, że ten pat się wreszcie skończy i wygra rozsądek.

Jaki będzie ciąg dalszy, jaki jest scenariusz na najbliższe dni?
- Wyartykułowaliśmy wyraźnie, że oczekujemy gwarancji, a komunikat prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej, iż przyjęliśmy sprawozdanie zespołu negocjacyjnego, jest z naszej strony aktem dobrej woli. To jednak za mało, by móc powiedzieć lekarzom, że od teraz wypisywanie recept jest bezpieczne. Zatem jakie będą rekomendacje Naczelnej Rady Lekarskiej, która zbierze się na nadzwyczajnym posiedzeniu 13 stycznia, tego nie wiem. Wszystko będzie zależało też od sytuacji i tego, co wydarzy się w przyszłym tygodniu.

Dziękuję za rozmowę.

 

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka