Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
416
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 0

Oblicza dyskryminacji -Jan Maria Jackowski

 

Rada łamie Konstytucję -Dr hab. Krystyna Pawłowicz profesor UKSW, poseł na Sejm RP

 

Podmiotowość albo upadek

Dr Przemysław Żurawski vel Grajewski Katedra Teorii Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Łódzkiego

 

Dowody Burdenki i brzoza Anodiny

Anna Zechenter Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie

Wysokościomierz rozbraja raport -Marcin Austyn

 

Czas na rzetelne badania

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, mającym doświadczenie w badaniu przyczyn katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn


Klich gubi się w kłamstwach

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik

Oblicza dyskryminacji -Jan Maria Jackowski

Trwa fala społecznych protestów spowodowana nieprzyznaniem Telewizji Trwam koncesji na naziemne rozpowszechnianie w technologii cyfrowej. Oburzenie różnych środowisk jest jak najbardziej słuszne, bo instytucja państwowa naruszyła fundamenty demokracji przez reglamentowanie prawa dostępu do informacji. W toku kapturowego postępowania, przeprowadzonego według arbitralnie i uznaniowo stosowanych kryteriów, ograniczono możliwość korzystania z Telewizji Trwam milionom ludzi, co ma znamiona dyskryminacji społeczności osób wierzących. Ponadto o lekceważącym stosunku KRRiT do Fundacji Lux Veritatis świadczy fakt nierozpatrzenia odwołania od odmowy udzielenia koncesji złożonego przez Fundację na początku września ubiegłego roku. Dopiero po serii pytań zadanych przeze mnie przewodniczącemu KRRiT na posiedzeniu senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu 14 grudnia padła publicznie deklaracja, że do końca stycznia skarga zostanie rozpatrzona.
W zaistniałej sytuacji pojawiają się cenne inicjatywy w parlamencie. Między innymi jest realizowana procedura zlecenia przez Sejm RP kontroli KRRiT przez Najwyższą Izbę Kontroli. Warto przypomnieć wydarzenia sprzed 12 lat, które dziś są już mniej pamiętane, a ponadto unaoczniają uderzającą analogię. Jako przewodniczący sejmowej komisji kultury byłem ich współautorem. Chodziło o to, że w koncesji dla Radia Maryja zapisano 80-procentowe pokrycie kraju, ale nie przydzielano częstotliwości i zasięg Radia był o wiele mniejszy. W stosunku do rozgłośni pojawiała się nie tylko systemowa wrogość mediów mainstreamowych, ale również jawna dyskryminacja i bojkotowanie prawnych zobowiązań państwa przez instytucje państwowe.
Plany "zneutralizowania" Radia Maryja jednak się nie udały, bo do parlamentu zostało wybranych wielu ludzi znanych z zaangażowania w obronę zbudowanej na fundamencie chrześcijaństwa tradycji kultury polskiej. Zaczął się cały serial posiedzeń komisji parlamentarnych (sejmowej i senackiej kierowanej przez Krystynę Czubę), petycji, interpelacji, rozmów, spotkań. Przedstawiciele KRRiT jednak cały czas twierdzili, że wszystko jest w porządku, nie ma żadnych praktyk dyskryminacyjnych, co najwyżej są "przejściowe trudności". 4 listopada 1999 r. minister łączności Maciej Srebro ogłosił wykonany przez Instytut Łączności we Wrocławiu projekt optymalizacji sieci nadawczej Radia Maryja. Okazało się, wbrew przeciwnym Radiu specjalistom z KRRiT, że nie ma problemu ze znalezieniem częstotliwości (co podobno było "niemożliwe") dla toruńskiej rozgłośni. 14 grudnia odbyła się burzliwa sejmowa debata nad przygotowanym przez nas projektem uchwały zlecającej kontrolę Najwyższej Izbie Kontroli w zakresie realizacji koncesji dla Radia Maryja. Mimo wielu trudności udało się uzyskać większość sejmową i 15 grudnia 1999 r. przy 254 głosach za, 26 przeciwnych i 130 wstrzymujących się uchwała została podjęta.
Najwyższa Izba Kontroli podjęła czynności. Powstał obszerny raport pokontrolny, w którym niezbicie wykazano, że w procesie przyznawania częstotliwości nadawczych doszło do jawnej dyskryminacji Radia Maryja. 26 kwietnia 2001 r. odbyło się w Sejmie głosowanie przygotowanej przez nas uchwały w sprawie dyskryminacji Radia Maryja. Za głosowało 195 osób, przeciw 183, a wstrzymało się 5. W uchwale napisano między innymi, że nastąpiło "dyskryminowanie Radia Maryja przy jednoczesnym preferowaniu interesów pozostałych nadawców ogólnopolskich". Jak widać, historia lubi się powtarzać.

 

 

Rada łamie Konstytucję

Dr hab. Krystyna Pawłowicz profesor UKSW, poseł na Sejm RP

Telewizja Trwam, jak żadne inne medium, jest obiektem nieustannych ataków ze strony władz państwa polskiego. Różne ogniwa obecnego układu rządzącego, zwłaszcza działające w obszarze kultury i mediów, oraz środowiska z nimi związane, wykorzystują każdą okazję, by doprowadzić do osłabienia, zdyskredytowania i likwidacji tego katolickiego nadawcy.
Obecnie jesteśmy świadkami kolejnej odsłony walki, w której władze sondują siłę i pozycję Telewizji Trwam oraz "możliwości obronne" i granicę, do jakiej władza w ataku na Kościół katolicki w Polsce może się posunąć. Postępowanie organu państwa, jakim jest przewodniczący KRRiT, ma charakter otwartej prowokacji polegającej na jawnym naruszeniu prawa przy rozpatrywaniu wniosku o koncesję cyfrową dla Telewizji Trwam. Ma wszelkie cechy gorszącego skandalu prawnego, którego dopuszcza się wobec grupy obywateli konstytucyjny organ państwa, mający - zgodnie z art. 213 Konstytucji - "stać na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji". Telewizję Trwam wzięło w obronę odrodzone Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, nareszcie realizujące swe funkcje statutowe. Episkopat Polski ma tę sprawę przeanalizować prawnie. Wierni słuchacze, ale i inni ludzie poruszeni upokarzającym traktowaniem i swoistą "ścieżką zdrowia", jaką KRRiT przy użyciu środków władzy urządza nielubianej przez siebie stacji, protestują i składają liczne podpisy popierające stację w tej nierównej i nieuczciwej walce z machiną państwa i jego "zaprzyjaźnionymi mediami". Karygodne działania KRRiT wywołują instynktowny odruch pomocy oraz współczucia dla słabszej telewizji katolickiej, dzielnie i godnie walczącej o dalsze istnienie. Zmagania szykanowanej Telewizji popierają też liczne środowiska ludzi młodych.

Zagrożona wolność słowa
Telewizja Trwam została ostatnim bastionem telewizji niezależnej, jest jedyną liczącą się stacją katolicką w Polsce. Jej obrona jest obroną pryncypiów, wolności, prawdy i uczciwości. Obrona Telewizji Trwam przed działaniami władz jest dziś nie tylko obowiązkiem jej widzów i słuchaczy, ale też powinnością wszystkich katolików, a nawet więcej - wszystkich przyzwoitych ludzi. Broniąc Telewizji Trwam i Radia Maryja, bronimy nie tylko przestrzegania polskiego prawa, lecz także samych siebie.
KRRiT odmówiła w lipcu 2011 r. koncesji Telewizji Trwam na nadawanie cyfrowe, uznając ogólnikowo, że "nie spełnia ona kryterium wiarygodności finansowej", a "jej założenia finansowe nie gwarantują realizacji przedsięwzięcia objętego rozszerzoną koncesją". Przewodniczący Rady nie trudził się szczegółowym, precyzyjnym prawnie udowodnieniem swych tez, a na złożony w sierpniu 2011 r. wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy do tej pory nie odpowiedział.
Bronimy dziś Telewizji Trwam, która walczy o przeżycie dla nas, bo to nam daje jedyny dziś wiarygodny dostęp do uczciwie przekazywanej informacji. Niech nas mobilizuje wiedza, że w tej, jakże nierównej walce z Ojcami Redemptorystami państwo narusza podstawowe prawa i wolności obywatelskie uregulowane w polskiej Konstytucji, narusza ustawę o radiofonii i telewizji oraz powszechne procedury administracyjne mające w założeniu chronić obywateli przed nadużyciami organów państwa. Działająca w imieniu państwa polskiego KRRiT i jej przewodniczący naruszają zwłaszcza wolność religijną, wolność słowa, wolność mediów, zasadę równości wobec prawa oraz liczne zasady dotyczące funkcjonowania władz publicznych i ich obowiązków (służebnych) wobec społeczeństwa i poszczególnych obywateli.

Samowola i bezprawie
Artykuł 1 Konstytucji stwierdza uroczyście, że "Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli". Wszystkich, to znaczy także tych około 90 procent przyznających się do wiary katolickiej.
Zatem organ państwa, w tym także przewodniczący KRRiT, nie może tej grupy Polaków lekceważyć, szykanować i wykluczać z udziału w dobrach wspólnych. Wszyscy obywatele mają prawo do korzystania z dóbr i możliwości, jakie stwarzają struktury publiczne, i winni być przez nie równo traktowani.
Artykuł 2 Konstytucji określa Polskę jako "państwo prawa", co oznacza, że sprzeczne z Konstytucją są samowola i bezprawie urzędnicze, jakich dopuszcza się przewodniczący KRRiT, który nie ukrywa osobistej światopoglądowej i politycznej niechęci do jednego z podmiotów (Telewizji Trwam), któremu jako organ państwa winien zapewnić możliwość korzystania z wolności mediów, słowa, wyznania itp. Nie jest jego funkcją działanie w celu ośmieszenia, upokorzenia i likwidacji jednego z podmiotów poddanego jego opiece.
Konstytucja w art. 7 ustanawia podstawową zasadę działania całego aparatu państwa, wszystkich władz, tj. zasadę legalizmu. Mówi ona, że "organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa". Oznacza to, że KRRiT, w tym jej przewodniczący, jako organ władzy wykonawczej musi, a nie może, przestrzegać prawa i procedur. Nie może więc wymyślać własnych barier, przeszkód i warunków jaskrawo mających na celu usunięcie nielubianych przez siebie podmiotów.
Artykuł 14 Konstytucji mówi, że "Rzeczpospolita zapewnia wolność prasy i innych środków przekazu". A w art. 53 Ustawy Zasadniczej czytamy z kolei, iż "każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii". "Zapewnia" nie oznacza, że "przyznaje", bo wolności człowiek ma z natury i nikt ich człowiekowi na tej ziemi nie przyznaje.
Państwo "zapewnia" prawa i wolności, to znaczy, że musi uczynić organizacyjnie wszystko, byśmy mogli z tych wolności korzystać. Art. 30 Konstytucji dodaje, że "poszanowanie i ochrona" wolności człowieka jest obowiązkiem władz publicznych.
Konstytucja, jak widać, wyraźnie podkreśla służebny charakter organów państwa wobec praw i wolności obywateli. Prawo i procedury nie służą "załatwieniu" przekazywanych spraw przez wysokich urzędników publicznych. Mają oni konstytucyjny obowiązek umożliwić nam korzystanie z naszych wolności. Rolą władzy nie jest upokorzenie, wykluczenie czy wykorzenienie z wiary. Władza ma konstytucyjny obowiązek robić wszystko, byśmy mogli nasze katolickie praktyki realizować, realizować wolność słowa, wolność mediów itp.

Bezpodstawne obawy o finanse
Urzędnicy KRRiT winni przestrzegać drastycznie naruszanego obecnie przez nich m.in. art. 53 ust. 5 Konstytucji, który zezwala na ograniczanie przez państwo wolności uzewnętrzniania religii "jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne dla ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób". Programy Telewizji Trwam są formą "uzewnętrzniania religii" i odmowa udzielenia koncesji temu nadawcy katolickiemu, której nie uzasadniają wyżej wspomniane konstytucyjne warunki, narusza Konstytucję.
Artykuł 36 ust. 2 Ustawy o radiofonii i telewizji precyzuje powyższe postanowienia Konstytucji i wyczerpująco formułuje powody, dla których odmawia się udzielania koncesji. To znaczy: jeżeli "rozpowszechnianie programów przez wnioskodawcę mogłoby spowodować zagrożenie interesów kultury narodowej, dobrych obyczajów i wychowania, bezpieczeństwa, obronności państwa oraz zagrożenia dla informacji niejawnych oraz osiągnięcie przez wnioskodawcę pozycji dominującej w dziedzinie masowego przekazu na danym terenie". Są to jedyne, powtarzam, jedyne powody, dla których KRRiT może odmówić udzielenia koncesji m.in. Telewizji Trwam. Żaden z tych warunków z oczywistych powodów nie dotyczy tego katolickiego nadawcy.
Wprawdzie w postępowaniu koncesyjnym KRRiT ocenia m.in. "możliwość dokonania przez wnioskodawcę koniecznych inwestycji i finansowania programu" (art. 36 ust. 1 Ustawy o radiofonii i telewizji), ale nie jest to powód odmowy udzielenia koncesji, choćby nawet istniało podobne ryzyko po stronie wnioskodawcy. Powody takie wylicza wyczerpująco tylko wspomniany art. 36 ust. 2 Ustawy o radiofonii i telewizji. Ewentualne wątpliwości dotyczące możliwości finansowania przez wnioskodawcę programu stanowią ryzyko tego wnioskodawcy utraty środków zainwestowanych w nieprzemyślaną inwestycję. Nie jest to sprawa ani ryzyko organu państwowego, chyba że groziłoby to jakimiś poważnymi konsekwencjami narażenia życia lub zdrowia innych. W sprawach radiofonii i telewizji takiej groźby nie ma i ustawodawca takiej możliwości odmowy udzielenia koncesji w ustawie nie przewiduje. Rozważania i obawy dotyczące ryzykownej sytuacji finansowej Telewizji Trwam mają zresztą głównie charakter teoretyczny, gdyż działa ona od wielu lat, utrzymuje się - jak to instytucja katolicka - w dużej części z dobrowolnych datków i do rej pory, jak pokazuje przykład Radia Maryja, ofiarność wiernych jest jednym z pewniejszych źródeł zasilania finansowego.
Podczas gdy Telewizja Trwam funkcjonuje dzięki datkom i rozwija się od ok. 10 lat, to telewizja publiczna finansowana z pewnych - jakby się zdawało - obowiązkowych wpłat abonamentowych, jest bliska upadku. Tak czy inaczej, lepszy czy gorszy we własnej ocenie KRRiT system finansowania wnioskodawcy nie jest i nie może być według Ustawy o radiofonii i telewizji podstawą odmowy udzielenia koncesji. Tym bardziej że gdy Telewizja Trwam rozpoczynała działalność, to jej sytuacja finansowa mogła się wydawać wtedy jeszcze mniej (w oczach KRRiT) pewna i stabilna. Mimo to koncesję wtedy otrzymała. Lata działalności weryfikują opinie Krajowej Rady i dowodzą, że jej obawy o finanse tego nadawcy są bezpodstawne.
Uzasadnienie decyzji KRRiT o odmowie koncesji dla Telewizji Trwam, mówiące, że przedstawione przez tę telewizję "założenia finansowe nie gwarantują realizacji przedsięwzięcia objętego... koncesją", czy też, że Telewizja Trwam "nie spełnia kryteriów wiarygodności finansowej" - nie ma zatem podstaw nie tylko w Konstytucji, ale też jaskrawo wykracza poza wyraźne przepisy art. 36 ust. 3 Ustawy o radiofonii i telewizji. Innymi słowy, odmowa koncesji nie ma podstaw prawnych i jest rażąco dowolna.

Skarga na przewlekłość
Telewizja Trwam złożyła w sierpniu 2011 r. do KRRiT, jako centralnego organu administracji właściwego w sprawach radiofonii i telewizji, wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy. Od tego czasu obserwujemy cały ciąg skandalicznego postępowania przewodniczącego Rady, który zgodnie z treścią art. 35 ust. 1 kpa winien sprawę rozpatrzeć "niezwłocznie", nie później niż w ciągu jednego miesiąca od wniesienia wniosku. Przewodniczący do dziś (po upływie niemal pół roku) nie odpisywał na wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, zbywając pytających odzywką, że "wkrótce zostanie załatwiony". Jednocześnie Rada, w czasie gdy nie odpowiadała na wniosek odwoławczy Telewizji Trwam, pospiesznie rozdała pozostałe koncesje innym, niekiedy bardzo mało wiarygodnym nadawcom. Jeden z nich z koncesji później zrezygnował.
Powstała sytuacja skandalu prawnego i politycznego, w którym organ publiczny opłacany z podatków przede wszystkim katolików, przy cichej akceptacji rządu i bez widocznej reakcji innych, zobowiązanych do działania organów państwa (np. Sejmu), prowadzi kolejną własną, niehonorową i nierówną wojnę z wybranym wnioskodawcą, całkowicie w relacji z Radą bezbronnym. Z wnioskodawcą społecznym niedziałającym dla zysku.
W istniejącej sytuacji obstrukcji wniosku Telewizji Trwam o koncesję może ona skorzystać z pewnych środków, które przewiduje prawo administracyjne, choć oczywiście nie trzeba mieć złudzeń co do jego skuteczności.
Otóż w kwietniu 2011 r. znowelizowano kodeks postępowania administracyjnego. Art. 37 i art. 38 kpa wprowadziły nową instytucję "przewlekłości postępowania administracyjnego". W ubiegłym roku w maju weszła też w życie ustawa o odpowiedzialności finansowej urzędników administracji publicznej za wydawanie decyzji "z rażącym naruszeniem prawa". Odpowiedzialność określono szeroko, dotyczy ona nie tylko tego, kto wydał decyzje z rażącym naruszeniem prawa. Dotyczy ona także bezczynności organu i "przewlekłości postępowania". Odpowiedzialność finansową urzędnika ustalono na kwotę do 12 pensji. Dodatkowo wnieść można do sądu skargę o odszkodowanie w pełnej wysokości, tj. za poniesione szkody i utracone korzyści. Odpowiedzialność zaczyna się po upływie ustawowych terminów na załatwienie sprawy. Terminy, które Rada sama sobie w praktyce ustala, jak obecny, nie mają znaczenia prawnego, gdyż to ustawa decyduje o długości terminów.
Sama ustawa o radiofonii i telewizji nie przewiduje terminów na rozpatrzenie sprawy w postępowaniu koncesyjnym w I i II instancji. Wtedy jednak, zgodnie z ogólnymi zasadami wykładni prawa, stosuje się posiłkowo wspomniany wcześniej termin do 1 miesiąca przewidziany w kpa.
W sytuacji, w jakiej znalazła się Telewizja Trwam, może ona złożyć skargę do sądu administracyjnego na przewlekłość postępowania (taka możliwość od ubiegłego roku istnieje). Telewizja może też złożyć skargę na bezczynność organu, ale stałaby się ona bezprzedmiotowa, gdyby przewodniczący KRRiT wydał decyzję niedługo po złożeniu skargi na bezczynność.
Skarga zaś na przewlekłość postępowania koncesyjnego zachowa swą zasadność, gdyż tego faktu nie da się już odwrócić. Skargę na przewlekłość postępowania można złożyć zgodnie z art. 3 ust. 2 par. 8 ustawy Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, w trybie cytowanych wcześniej art. 37 i art. 38 kpa. Skarga byłaby złożona na przewodniczącego KRRiT, który jest organem administracji państwowej w zakresie koncesjonowania radiofonii i telewizji.

Dyscyplinarka dla Dworaka
W zaistniałej sytuacji premier, na mocy art. 148 Konstytucji sprawujący funkcję zwierzchnika służbowego pracowników administracji rządowej, powinien wydać jako zwierzchnik służbowy przewodniczącego KRRiT - organu administracji w zakresie radiofonii i telewizji, wydającego koncesję (decyzje administracyjne) w tym zakresie, postanowienie zobowiązujące przewodniczącego do wydania decyzji w II instancji, oraz podjąć wobec niego, na ogólnych zasadach, postępowanie dyscyplinarne.
Telewizja Trwam może napisać skargę do premiera na działania przewodniczącego, służbowego podwładnego szefa rządu. Jeśli premier lub sąd stwierdzą przewlekłość lub bezczynność organu w sprawie Telewizji Trwam, to telewizja ta będzie mogła wystąpić do sądu o pełne odszkodowanie, a potem również o ukaranie winnego urzędnika (przewodniczącego Dworaka).
Marszałek Sejmu, do której posłowie zwrócili się o umożliwienie uzyskania informacji od rządu w sprawie skandali i sposobu traktowania Telewizji Trwam przez przewodniczącego KRRiT, odmówiła tej prośbie, twierdząc, iż "KRRiT nie podlega rządowi". Otóż pani marszałek nie zna Konstytucji, gdyż - jak wspomniałam wcześniej, premier jest zwierzchnikiem służbowym wszystkich pracowników administracji rządowej, a przewodniczący KRRiT w postępowaniu koncesyjnym ma status organu administracji, wydaje decyzje w I i II instancji, sam rozstrzyga te sprawy zgodnie też z kpa. Poza tym wiadomo, że sprawy cyfryzacji wymuszające starania o koncesję do nadawania w tym systemie są kompetencją i zadaniem rządu. Premier utworzył nawet nowe Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.
Przewodniczący KRRiT kolejny raz dopuszcza się rażącego naruszenia prawa: Konstytucji i ustawy medialnej wobec Telewizji Trwam. Smutne, że demoralizujące psucie państwa milcząco akceptują najwyższe organy podobno "demokratycznego państwa".

Podmiotowość albo upadek

Dr Przemysław Żurawski vel Grajewski Katedra Teorii Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Łódzkiego

Dwudziestoletnia dobra koniunktura międzynarodowa - słabość Rosji, dominacja USA, spójność NATO, prozachodnia ewolucja Ukrainy, stabilność i przewidywalność struktur UE krępujących swobodę ruchów mocarstw unijnych - dobiega końca. Europa Środkowa musi stanąć na własnych nogach, inaczej ulegnie uprzedmiotowieniu. O jej losach decydować będą inni. Kluczem do tej gry jest Polska.


Fałszywa historia mistrzynią fałszywej polityki
W 1620 r. wojska habsburskie pokonały Czechów pod Białą Górą. Państwo czeskie na 300 lat zniknęło z kart historii. W roku 1702 Szwedzi złamali szarżę husarii pod Kliszowem - rozpoczął się zapomniany dziś "drugi potop", nie mniej niszczący niż pierwszy. W 1709 r. Rosjanie pobili Szwedów i sprzymierzonych z nimi Zaporożców pod Połtawą. Skończyła się mocarstwowość Sztokholmu i kozacka swoboda Ukrainy. W 1717 r. otoczony moskiewskimi pułkami Sejm Niemy zatwierdził nieformalny status Rzeczypospolitej jako protektoratu rosyjskiego. W 1708 r. w bitwie pod Trenczynem Austriacy złamali powstanie węgierskie kuruców, a ich przywódca - Franciszek II Rakoczy udał się na emigrację do Polski. Europa Środkowa traciła podmiotowość. Odtąd, przez następne 300 lat, z krótką przerwą w latach 1918-1939, cokolwiek o jej losie postanowiono w Moskwie (Petersburgu), Wiedniu i Berlinie, było wprowadzane w życie bez pytania o zdanie Pragi, Warszawy, Wilna, Kijowa czy Budapesztu.
Proces przystępowania państw tego regionu do Unii Europejskiej (1991-2004/2007) był dobrowolny, ale sytuował wszystkie nasze kraje w pozycji petentów. Nadawało to ich polityce charakter kliencki, czyniąc z mocarstw starej UE i z instytucji wspólnotowych mentora uprawnionego do ich pouczania. Cel - członkostwo w klubie - usprawiedliwiał naszą czasową zgodę na ten stan rzeczy. Miała ona jednak swe negatywne konsekwencje. Pogłębiła historycznie uwarunkowany nawyk elit Europy Zachodniej i Rosji do niepodmiotowego traktowania państw naszego regionu. Próby odrzucenia relacji patron-klient, podjęte przez Polskę w latach 2005-2007, Czechy Vaclava Klausa, a obecnie Węgry, spotykają się więc z irytacją naszych nieprzyzwyczajonych do tego europejskich partnerów z Paryża i Berlina.
Studenci uczelni zachodnich, przygotowując się do kariery politycznej w swych krajach - tzn. wybierając kierunki politologiczne, prawnicze, historyczne czy socjologiczne - uczą się dziejów naszego kontynentu z prac, w których historia tej jego części, która leży między Niemcami a Rosją, jest zwykle ukazana marginalnie. Wszak Europa Środkowa (poza Austrią) "nigdy" nie była istotna. Nie była ośrodkiem woli politycznej, z którym należało się liczyć. Z takim obrazem świata ludzie ci zostają później ministrami, premierami, kanclerzami czy prezydentami swych krajów. Nie bądźmy więc zaskoczeni, gdy - tak jak prezydent Jacques Chirac - każą nam "korzystać z doskonałych okazji, by siedzieć cicho", lub gdy obiecują Rosji - w Soczi w 2002 r. - eksterytorialne korytarze przez Polskę i Litwę do Królewca czy - tak jak Daniel Cohn-Bendit i Hans-Gert Pöttering w 2008 r. - udzielają w imieniu Parlamentu Europejskiego impertynenckich pouczeń prezydentowi Czech na Hradczanach. Teraz, sami znajdując się w głębokim, przez siebie zawinionym kryzysie, instruują Węgrów, jak mają się rządzić we własnym kraju, i chętnie przyjmują nasze wsparcie finansowe dla swych pomysłów, ale odmawiają nam prawa głosu stanowiącego przy stole, przy którym zapadają decyzje. Nie dziwmy się. Nie słuchajmy ich jednak. Są ignorantami. Nie mają racji. My ją mamy. Uczmy ich naszej podmiotowości, broniąc jej i ją egzekwując. Niech to oni się dziwią, w końcu się nauczą i przyzwyczają.

Nowe rozdanie 2008-2011
Ewolucja sytuacji międzynarodowej w ostatnich latach jest wysoce niepokojąca. W sierpniu 2008 r. rosyjski najazd na Gruzję zamknął trwającą od rozpadu ZSRS epokę, w której Moskwa nie używała wojsk przeciw innym suwerennym państwom. Akcja Kremla spotkała się z bardzo słabą reakcją Zachodu. Wkrótce potem nadzieja Waszyngtonu na uzyskanie wsparcia Moskwy w rozwiązaniu problemu irańskiego programu jądrowego legła u podstaw wycofania się administracji Baracka Obamy z polityki rywalizacji z Rosją o wpływy w Europie Wschodniej. Doszło do "resetu" w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. Z początkiem bieżącego roku Barack Obama ogłosił poważne cięcia finansowe w Pentagonie, koncentrację obecności militarnej USA w Azji i na Pacyfiku oraz rezygnację z gotowości do prowadzenia dwóch wojen lądowych jednocześnie. Uwaga Stanów Zjednoczonych głębiej niż dotąd odwraca się od Europy, w tym także od tej jej części, w której my jesteśmy.
Redukcję zaangażowania USA w regionie pogłębiła Polska, wycofując wojska z Iraku i nie ratyfikując porozumienia o tarczy antyrakietowej. Warszawa po 2007 r. zmieniła politykę zagraniczną, dystansując się od Waszyngtonu i przyjmując zasadę pozostawania "w głównym nurcie polityki europejskiej" wyznaczanym przez Francję i Niemcy. Rozpoczęła jednocześnie wyizolowywanie się z regionu. Rząd PO - PSL zainicjował proces ocieplania stosunków z Rosją w momencie, gdy ta "przystawiała pistolet gazowy" do głowy Ukrainy. Potem, wbrew stanowisku śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, uznał Kosowo. Zignorował prośby Kijowa i Tbilisi, by tego nie czynić. (Kosowo było dla Rosji wygodnym precedensem w odniesieniu do Osetii Płd., Abchazji i ewentualnie Krymu). Pokazał więc, że żywotne interesy naszych wschodnioeuropejskich partnerów nie są w Warszawie cenione. W tekście opublikowanym w 2009 r., w przeddzień rocznicy wybuchu II wojny światowej, minister Radosław Sikorski niedwuznacznie dał do zrozumienia, że Polska porzuca myśl o wspieraniu swych wschodnich sąsiadów w staraniach o wyjście spod dominacji rosyjskiej. Po katastrofie smoleńskiej orientacja polskiej polityki zagranicznej na Berlin i Paryż i uległość wobec Moskwy stała się absolutna.
Zjednoczenie Niemiec, rozpad bloku sowieckiego i upadek ZSRS zlikwidowały powody, dla których Francuzi i Niemcy godzili się z dominacją amerykańską. Marzeniem Paryża - jeszcze od czasów de Gaulle´a - było stworzenie trzeciej siły między Moskwą a Waszyngtonem. Konflikt iracki w 2003 r. stał się kontekstem, w którym doszło do strategicznej zmiany dotychczasowej pozycji RFN z proamerykańskiej na antyamerykańską. Odejście kanclerza Gerharda Schrödera oczyściło atmosferę w stosunkach z USA, ale czasy, w których Niemcy były głównym kontynentalnym sojusznikiem Ameryki, minęły bezpowrotnie. Berlin gra własną grę, a jej częścią jest "partnerstwo strategiczne z Rosją". Ma ono swoje wzloty i upadki. W oczach kanclerz Angeli Merkel Dmitrij Miedwiediew byłby niewątpliwie lepszym rozmówcą niż Władimir Putin, ale wewnątrzrosyjski teatr pt. "wybory prezydenckie" nie rozstrzyga o naturze stosunków między oboma krajami.
W czerwcu 2011 r. podjęto w Moskwie dwustronne niemiecko-rosyjskie rozmowy na temat losu Mołdawii, nie przejmując się takimi "drobiazgami", jak zdanie samych Mołdawian czy ich sąsiadów - Ukraińców i Rumunów, a nawet Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa UE. Niemcy zgodziły się też zbudować nasycone techniką wojskową Bundeswehry centrum szkolenia armii rosyjskiej w Mulino pod Niżnym Nowogrodem, a Francuzi sprzedali Rosjanom nowoczesne okręty śmigłowcowo-desantowe typu Mistral. USA nie podjęły próby przeciwdziałania transferowi natowskiej technologii wojskowej do Rosji. Polska, podobno licząca się w Trójkącie Weimarskim, nie była konsultowana. Obawy Bałtów czy Gruzinów nikogo nie interesowały.
W listopadzie 2011 r. oddano do użytku pierwszą nitkę Gazociągu Północnego. Ten projekt (w połączeniu z budowanym Gazociągiem Południowym), umożliwiający Rosji tranzyt gazu z pominięciem Europy Środkowej, a zatem wystawiający ją na szantaż energetyczny Kremla, jest wspólnym dziełem Niemców i Rosjan. Po drodze było złamanie przez Moskwę szantażem ekonomicznym (wysokie cła na import drewna) sprzeciwu Szwecji i Finlandii, kapitulacja Polski pod Świnoujściem i osamotnienie Estonii.
Procesy zachodzące w UE prowadzą do uwiądu znaczenia politycznego jej struktur i zastąpienia ich w roli rzeczywistych centrów decyzyjnych przez nieformalny dyrektoriat francusko-niemiecki i równie nieformalne ciała pozatraktatowe w rodzaju grupy frankfurckiej. Nie ma w nich ani Polski, ani żadnego innego państwa z naszego regionu. Przyjęcie traktatu lizbońskiego i kryzys strefy euro wzmacniają dominację niemiecko-francuską, osłabiając mniejsze państwa UE i zadłużone kraje jej południa.
W 2010 r. wybory prezydenckie na Ukrainie pchnęły ów kraj politycznie na Wschód. Jeszcze w 2008 r. Kijów z poparciem Polski, Litwy i USA starał się o MAP - plan członkostwa w NATO; dziś - po wstrzymaniu podpisania porozumienia o strefie wolnego handlu z UE i uwięzieniu Julii Tymoszenko - jest on odległy od tej pozycji, jaką miał po "pomarańczowej rewolucji", a jego związki polityczne z Polską są tak słabe, jak nigdy po 1991 roku. Batalion polsko-ukraiński, istniejący od 1995 r., rozwiązano w roku 2010. Podobny batalion polsko-litewski rozformowano jeszcze w 2008 roku.
Uwiądowi uległa Grupa Wyszehradzka. Węgrzy i Słowacy są głęboko skłóceni na tle mniejszości węgierskiej na Słowacji. Polska, odmiennie niż Czechy, Węgry (i Szwecja - współautor Partnerstwa Wschodniego), zachowujące dystans do niemiecko-francuskiej koncepcji pakietu antykryzysowego euro, poparła ją, izolując się od mniejszych partnerów z regionu.
W 2009 r. w ramach manewrów "Ładoga" 30 tys. żołnierzy rosyjskich i białoruskich ćwiczyło tłumienie hipotetycznego powstania polskiego na Grodzieńszczyźnie i przebicie korytarza przez Polskę i Litwę do Królewca. W kolejnym roku Rosja rozmieściła w obwodzie kaliningradzkim pociski Iskander. Kroki te nie mają praktycznego znaczenia militarnego, są jednak elementem kremlowskiej strategii podkreślania drugorzędnego statusu bezpieczeństwa Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Rosyjska demonstracja wojskowa jest adresowana przede wszystkim do rządów i opinii publicznej tych państw i ma im wykazać, że ich interesy nie liczą się w strategicznej grze prowadzonej przez wielkie mocarstwa i Moskwa może bezkarnie je lekceważyć przy biernej postawie Sojuszu Północnoatlantyckiego, który nie reaguje albo odpowiada jedynie retorycznie, kontynuując "strategiczny dialog z Rosją". Podważa to wiarygodność NATO w społeczeństwach wymienionych krajów i ma je uczynić podatniejszymi na polityczną presję Kremla.
"Wybory" prezydenckie na Białorusi w 2010 r. przyniosły nową falę represji wobec opozycji i mniejszości polskiej, a rok 2011 - kryzys ekonomiczny i przejmowanie głównych gałęzi gospodarki białoruskiej przez Rosję.
Niepewna sytuacja w Korei Płn. i wokół Iranu grozi wybuchem wojny, do której wciągnięty byłby główny gwarant stabilności systemu bezpieczeństwa europejskiego - Stany Zjednoczone. Wiarygodność gwarancji amerykańskich dla naszego regionu mogłaby zostać wówczas podważona i zrodzić pokusę jej przetestowania. Oba wspomniane scenariusze niosą ze sobą ryzyko regionalnej wojny jądrowej na Bliskim lub Dalekim Wschodzie. Drugi z nich przyniósłby też znaczący wzrost cen ropy naftowej - czyli pogłębienie kryzysu w Europie i wzrost dochodów Rosji, która w ostatnich latach zbroi się na potęgę.

Czy Europa Środkowa może się wybić na podmiotowość?
To od Rzeczypospolitej zależy wybór drogi nie tylko dla Polaków, ale i dla innych narodów naszego regionu. Upadek znaczenia Polski przesądzi bowiem także o upadku ich znaczenia, a jej sukces o ich sukcesie. Tak było zawsze w przeszłości. Nie jest przypadkiem, że wszystkie państwa tej części Europy razem traciły niepodległość i razem ją odzyskiwały (a przynajmniej usiłowały po nią sięgnąć, jak Ukraina i kraje kaukaskie w latach 1917-1921). Tylko Polska ma potencjał do objęcia przywództwa regionu.
Polska należy do grona czterech dużych państw europejskich niebędących mocarstwami. Obok niej w grupie tej są Hiszpania, Rumunia i Ukraina. Gremium to wielce niespójne, o różnorodnym statusie i potencjale politycznym, ekonomicznym i kulturowym. Dla nas najważniejszy jest fakt, że trzy z wymienionych krajów, z naszym włącznie, leżą w Europie Środkowo-Wschodniej i muszą sobie radzić z dziedzictwem krótszego lub dłuższego panowania Moskwy nad nimi, czy to w jego wydaniu carskim, czy sowieckim.
Do sporu politycznego o podmiotowość Europy Środkowej nie może stanąć maleńka Estonia ani nawet liczące po 10 mln ludności Czechy czy Węgry. Może to uczynić tylko Polska.
Przywództwo Polski nie może polegać na występowaniu w roli rozkazodawcy. Nikt tego od nas nie oczekuje i nikt nas nie usłucha. Dominacja USA w NATO nie polega na woli rozkazywania i egzekucji rozkazów, lecz na dostarczaniu 70-90 procent środków niezbędnych do wykonania podejmowanych zadań, których nikt bez Amerykanów nie wykona. Z zachowaniem świadomości wszelkich różnic potencjałów między Polską a Stanami Zjednoczonymi przywództwo Polski w Europie Środkowej musi polegać na przyjmowaniu na siebie ciężarów, których inne państwa regionu nie udźwigną, a które trzeba podjąć dla wspólnego dobra.
Węgry Viktora Orbána godne są poparcia. Rząd w Budapeszcie ma silne poczucie podmiotowości swego kraju i niekwestionowany, zdobyty w wyborach demokratyczny mandat do naprawy kraju po rządach postkomunistów. Czynił liczne gesty zachęcające Polskę do współdziałania. Niestety, spotkał się z obojętnością.
Rumunia jest drugim co do wielkości po Polsce nowym krajem NATO i UE, niesłusznie niedocenianym. Rezygnacja Warszawy z tarczy antyrakietowej uczyniła z Bukaresztu najważniejszego sojusznika Waszyngtonu w regionie. Silne propolskie sympatie rumuńskiej opinii publicznej to kapitał, którego nie wolno zmarnować. Wspólnota interesów Polski i Rumunii wobec Mołdawii (wyrwanie jej spod wpływów rosyjskich) i proamerykanizm mogłyby stanowić dobrą bazę współpracy. Polska ma też rolę do odegrania w zakresie polepszania trudnych stosunków rumuńsko-ukraińskich i wrażliwych relacji węgiersko-rumuńskich.
Ukraina to kraj o kluczowym potencjale i znaczeniu. Jej "pójście na Wschód" ogranicza szanse naszego sukcesu, ale ani ich nie przekreśla, ani nie musi być trwałe. Problemy historyczne w relacjach polsko-ukraińskich są kwestią drażliwą, zarówno same z siebie, jak i jako materia łatwej manipulacji ze strony Moskwy. Łączy nas jednak wspólnota bieżących spraw: groźba dominacji rosyjskiej i interesy energetyczne jako państw tranzytowych. Rozwój sytuacji nad Dnieprem sprawił, że obecnie stan naszych relacji można nazwać "pauzą strategiczną". Gdy się ona skończy, Polska musi uczynić wszystko, by Ukraina znów poszła na Zachód. Tymczasem czeka nas praca organiczna na rzecz maksymalnego związania elit politycznych, wojskowych, intelektualnych i naukowych Ukrainy z Polską i z Europą Środkową. Pomocni w tym dziele mogą być Czesi, Węgrzy i Litwini. Podobne zadanie istnieje w odniesieniu do Białorusi. Analogiczna akcja rumuńska wobec Mołdawii godna jest pełnego polskiego poparcia finansowego i politycznego.
Trzeba wspomóc Gruzję lobbingiem w USA, UE i wysyłką broni.
Konflikt z Litwą na tle nierespektowania przez nią praw mniejszości polskiej wymagałby osobnego obszernego artykułu. Tu zaznaczmy jedynie, iż musi być on rozpatrywany w kontekście innych zadań polityki polskiej. Należą do nich:
1. Przeciwdziałanie wystąpieniu Polski w roli de facto sojusznika Rosji w zakresie krytyki polityki narodowościowej państw bałtyckich (Rosja oskarża Łotwę i Estonię o dyskryminację żyjących w obu tych krajach rosyjskich kolonistów z czasów okupacji sowieckiej). Krytyka Polski pod adresem Litwy powinna być zatem zawsze połączona z demonstracyjnym podkreślaniem wzorcowej polityki Łotwy wobec mieszkających na jej terytorium Polaków i z wszechstronnym poparciem politycznym Warszawy dla Wilna, Rygi i Tallina w ich ewentualnych sporach z Rosją. Przykładem może tu być postawa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w okresie rosyjsko-estońskiej tzw. wojny o pomnik spiżowego żołnierza w Tallinie w 2007 roku.
2. Utrzymanie współpracy z państwami bałtyckimi na rzecz zmniejszenia zależności energetycznej od Rosji (budowa polsko-litewsko-łotewsko-estońskiego mostu energetycznego, udział Polski w budowanej do spółki z Bałtami elektrowni jądrowej w Visaginie na Litwie i odmowa takiegoż w rosyjskim analogicznym projekcie w Niemanie w obwodzie kaliningradzkim).
3. Polsko-bałtycka współpraca wojskowa (tworzenie wspólnych jednostek wojskowych i presja dyplomatyczna na rzecz objęcia państw bałtyckich szczegółowymi planami obronnymi NATO - tzw. planowaniem ewentualnościowym).

Sługa w koncercie mocarstw czy hardy partner
Przed Polską są dwie drogi. Może "pozostać w głównym nurcie polityki europejskiej" u boku Niemiec i Francji, zmierzających ku "strategicznemu partnerstwu z Rosją" i dążących do osłabienia wpływów USA w Europie. Może się oddawać złudzeniu, że wyizolowawszy się z Europy Środkowo-Wschodniej, zasiądzie w gronie mocarstw w Trójkącie Weimarskim i będzie tam "traktowana po partnersku". Może jednak zdecydować się na próbę skupienia sąsiadów w regionie wokół własnej polityki i w oparciu o ten połączony potencjał bronić wspólnej podmiotowości, ponosząc koszty związanych z tym sporów. Będą to zaś spory z Rosją, Niemcami i Francją.
Ostatni szczyt UE w Brukseli doprowadził do izolacji Wielkiej Brytanii. Londyn, zgodnie ze swą tradycją, odmówił uznania hegemonii mocarstwa kontynentalnego - tandemu RFN - Francja. Szuka partnerów w Skandynawii, w państwach bałtyckich i w Europie Środkowej. Poparcie Polski lub jego brak przesądzi o opcji regionu. Zostaniemy naturalnie potraktowani instrumentalnie. Dla Londynu liczymy się jednak jako partner aktywny, mający własne zdanie, którego interesy trzeba będzie brać pod uwagę i w jakiejś mierze respektować. Paryż i Berlin, nie mówiąc o Moskwie, oczekują od nas bierności i potakiwania.
Cokolwiek się stanie wokół nas, państwo polskie wymaga uporządkowania, a jego polityka zagraniczna podmiotowości. Nie jesteśmy dziećmi, którymi zajmą się jacyś "dorośli" z UE czy z USA. Politycy unijni odpowiadają przed swoimi elektoratami, nie przed nami. Muszą dbać o interesy swych wyborców, a nie nasze.
Wspólnota interesów Polski i naszych mniejszych sąsiadów nakazuje nam budowę swej podmiotowości w oparciu o współpracę z nimi. Przewodzić jej może tylko Polska, przyjmując na siebie zadania i ciężary, których oni nie udźwigną. Wtedy pójdą za nami.

Dowody Burdenki i brzoza Anodiny

Anna Zechenter Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Krakowie

Kiedy Kreml chce pokazać Warszawie, do kogo należy ostatnie słowo we wzajemnych stosunkach, przywołuje nieoficjalnymi drogami raport komisji Burdenki z 1944 r. - według tego dokumentu zbrodni katyńskiej dopuściła się Trzecia Rzesza. "Polaków, wziętych do niewoli w 1939 r. przez Armię Czerwoną, zamordowali w 1941 r. hitlerowcy, a dokumenty świadczące o winie Stalina i NKWD zostały sfabrykowane" - oświadczył w marcu 2011 r. Jurij Żukow, historyk z Rosyjskiej Akademii Nauk. Jego słowa wydrukowała "Komsomolskaja Prawda", uchodząca za tubę propagandową Putina. Tenże Żukow skłamał w żywe oczy, że "odpowiedzialność hitlerowców za Katyń potwierdził w 1946 roku Trybunał Norymberski". Dwa lata wcześniej, w maju 2009 r., "Komsomolskaja Prawda" wystąpiła z podobnymi rewelacjami.
I choć Kreml oficjalnie przyznaje, że mordu dokonało NKWD, nie sposób lekceważyć tego, co trafia do czytelników za pośrednictwem gazety wychodzącej w całej Rosji i mającej w samej Moskwie prawie milionowy nakład. A dociera do nich historia zbrodni katyńskiej zgodna z propagandową wykładnią komisji z akademikiem sowieckim Nikołajem Burdenką na czele.
Organ ten został powołany 13 stycznia 1944 r. przez Biuro Polityczne KC WKP(b) pod nazwą "Komisja Specjalna do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w Lesie Katyńskim jeńców wojennych - oficerów polskich", która nie pozostawiała wątpliwości co do celu prowadzonych przez nią "badań". 24 stycznia 1944 r. tzw. komisja Burdenki opublikowała raport głoszący, że Polacy zginęli z niemieckiej ręki jesienią 1941 roku.

Tajna misja nad grobami
Zanim do Katynia zjechała w styczniu 1944 r. słynna specjalna Komisja Nikołaja Burdenki, w lasku pojawiła się ekipa NKWD oraz Smierszu. Co tam robiła w najgłębszej tajemnicy za wysokim ogrodzeniem? Mordercy wrócili na miejsce zbrodni, by przygotować "dowody" dla komisji Burdenki. Spędzili nad grobami trzy ostatnie miesiące 1943 roku.
W 1941 r. Armia Czerwona uciekła przed zajmującym błyskawicznie tereny ZSRS Wehrmachtem, pozostawiając za sobą doły śmierci z ciałami prawie 4,5 tys. polskich jeńców wojennych, wiosną 1940 r. rozstrzelanych przez NKWD z rozkazu Stalina i towarzyszy. W kwietniu 1943 r., kiedy Trzecia Rzesza okupowała tereny wokół Smoleńska, Niemcy odkopali groby i przeprowadzili szczegółową ekshumację, w której brali udział również przedstawiciele Polskiego Czerwonego Krzyża. W gadzinowej prasie opublikowano listę ofiar, a do Krakowa trafiły wszystkie wydobyte z mogił przedmioty, potwierdzające sowiecką odpowiedzialność za zbrodnię. Pięć miesięcy później, we wrześniu 1943 r., Armia Czerwona, odzyskując utracone na początku wojny ziemie, zmusiła Wehrmacht do odwrotu ze Smoleńszczyzny.
Wtedy właśnie na polskie groby przyjechała grupa specjalna NKWD i kontrwywiadu wojskowego Smiersz. Kierowali nią towarzysze dobrze znający historię mordu pod Gniezdowem, ponieważ po napaści ZSRS na Polskę w 1939 r. brali udział w jego organizacji, a później w zacieraniu śladów. Jesienią 1943 r. przyszło im po raz drugi niszczyć dowody własnej zbrodni.

Trojka z Orderem Imperium Brytyjskiego
Całą operacją dowodził z Moskwy komisarz ludowy bezpieczeństwa państwowego Wsiewołod Mierkułow - faktyczny kierownik operacji "rozładowania" obozów i więzień NKWD wiosną 1940 r., jeden z bezpośrednio odpowiedzialnych za zbrodnię katyńską.
Drugim dopuszczonym do tajemnicy był jego współpracownik, zastępca szefa Smiersza Siergiej Krugłow - człowiek równolegle kierujący ochroną konferencji Stalina, Roosevelta i Churchilla w Teheranie - tej, podczas której Sowiety narzuciły aliantom zgodny z ich wolą przebieg polskiej granicy wschodniej. Za swoje zasługi w Teheranie, a potem podczas spotkań Wielkiej Trójki w Jałcie i Poczdamie Krugłow został odznaczony przez Amerykanów orderem Legion of Merit, a przez Brytyjczyków Orderem Imperium Brytyjskiego.
Na miejscu pracami kierował naczelnik wydziału kontrwywiadu NKGB Leonid Rajchman (w polskich źródłach pisany czasem "Reichmann") - spec od organizowania procesów pokazowych w Moskwie lat 30. Według wielu historyków, Rajchman jeszcze w 1941 r. dostał zadanie dezinformowania generała Władysława Andersa, szukającego z pomocą rotmistrza Józefa Czapskiego oficerów z obozów NKWD w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, którzy nie zgłosili się do organizowanych przez niego Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS.
Z Rajchmanem miał do czynienia Czapski podczas swoich rozjazdów po Sowietach, o czym pisał we "Wspomnieniach starobielskich": "W połowie stycznia zostałem wysłany przez gen. Andersa do (...) Moskwy. (...) Przedstawiłem memoriał, który Rajchman wodząc ołówkiem po każdym wierszu, w mojej obecności przeczytał. Przedstawiłem tam dokładnie całą wiadomą nam historię obozów, aż do rozładowania ich, to jest do maja 1940 r. (...) Generałowi Rajchmanowi nawet twarz nie drgnęła. Przeczytał memoriał z całkowitą flegmą i odpowiedział mi, że nic o losie tych ludzi nie wie, że nie należy to do jego resortu, że jednak, żeby sprawić uprzejmość gen. Andersowi, postara się sprawę wyjaśnić i mnie zakomunikować. Prosił mnie, żebym czekał w Moskwie na telefoniczne wezwanie z jego strony. Pożegnanie było lodowate. Czekałem 10 dni, po upływie tego czasu otrzymałem znów nocny telefon: mówił sam Rajchman, w tonie nagle nadzwyczaj uprzejmym zawiadamiał mnie, że niestety nie będzie mógł ze mną się widzieć, że niestety wyjeżdża na drugi dzień rano, że radzi mi jechać do Kujbyszewa, bo wszystkie materiały w tej sprawie zostały przesłane do zastępcy komisarza spraw zagranicznych, tow. Wyszynskiego. Zdążyłem jedynie odpowiedzieć Rajchmanowi, że wiem dobrze, że Wyszynski nic mi nie powie, bo już do tej daty ambasador Kot osiem razy w tej sprawie u tow. Wyszynskiego interweniował bez żadnego rezultatu".

"Każdy powtórzy, nikt nie sprawdzi"
Dezinformacja to słowo klucz do polityki sowieckiej. Nie proste "kłamstwo" - lecz dezinformacja, a więc szeroko zakrojone działania mające wprowadzić zamęt: od niszczenia dowodów i zacierania śladów zbrodni, przez fabrykowanie własnych oraz podsuwanie tropów fałszywych, a także sprzecznych informacji, po zeznania podstawionych świadków i propagandowe bombardowanie i - wreszcie - powoływanie "komisji specjalistów" oraz ogłaszanie ich raportów jako niepodważalnych.
Historia kłamstwa katyńskiego jest długa i do dziś niezamknięta. Po odkryciu grobów przez Niemców w 1943 r. moskiewska propaganda czyniła wszystko, by stworzyć informacyjny zamęt. Rozpuszczano przeróżne pogłoski: a to, że do Katynia zwieziono zwłoki Żydów z KL Auschwitz i przebrano je w polskie mundury; a to, że w dołach śmierci spoczywają jeńcy rosyjscy przebrani za Polaków; a to wreszcie, że komuś udało się uciec spod niemieckich kul i teraz właśnie skontaktował się z żoną w Generalnym Gubernatorstwie. Pisał o tym Józef Mackiewicz, świadek ekshumacji niemieckiej w 1943 roku. Przez dziesiątki lat odnotowywał poszlaki podrzucane przez Moskwę, punktując najdrobniejsze elementy dezinformacji. Dzięki jego uporowi dysponujemy dziś ogromem materiału, który może posłuży kiedyś do analizy metod stosowanych przez Kreml dla ukrycia prawdy - nie tylko w sprawie zbrodni katyńskiej. Rozsiewane przez bolszewików plotki Mackiewicz skomentował celnie: "Trzeba znać psychologię, by operować w biały dzień takimi chwytami. Bolszewicy ją znają: każdy powtórzy, nikt nie sprawdzi".
Stalina wsparli natychmiast polscy komuniści w ZSRS: 28 kwietnia 1943 r. Wanda Wasilewska oskarżyła w "Izwiestiach" Trzecią Rzeszę o dokonanie zbrodni, a kilka dni później to samo uczyniło gremialnie kierownictwo PPR.

Na Zachodzie jak zwykle
Tymczasem Zachód nie okazywał specjalnego zainteresowania wyjaśnieniem zbrodni katyńskiej na forum publicznym - podobnie, zresztą, postępuje dzisiaj w sprawie tragedii smoleńskiej. Churchill dostał pierwsze informacje o dołach pełnych trupów polskich wojskowych od polskiego podziemia jeszcze w 1940 roku. Czy im nie dał wiary, czy uznał je za niewygodne - nie wiadomo. Jednak bezpośrednio po sporządzeniu w maju 1943 r. przez brytyjskiego ambasadora przy Rządzie RP na Uchodźstwie sir Owena Malleya tajnego raportu potwierdzającego winę Sowietów na podstawie m.in. dowodów zebranych na miejscu zbrodni i przesłanych do Londynu przez polskie podziemie, brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przygotowało komentarz. "(...) myślę, że nie jest trudno zgodzić się z wnioskiem, iż istnieje przynajmniej silne domniemanie, że to Rosjanie byli odpowiedzialni - pisał urzędnik sir William Denis Allen. - Drogą pokrętnej argumentacji o przenikaniu moralności do międzynarodowej polityki [O´Malley] zaleca (...) niedopuszczenie do zapomnienia o radzieckiej zbrodni w Katyniu w naszych przyszłych stosunkach ze Związkiem Radzieckim. (...) W istocie O´Malley nakłania nas do postępowania zgodnie z przykładem, który Polacy są, niestety, skłonni nam dawać, byśmy w naszej dyplomacji pozwolili sercu rządzić głową". Churchill musiał znać te dokumenty.
Jasne więc, że bolszewikom musiało zależeć na przekonaniu nie tyle polityków, co opinii publicznej. Dlatego od września do grudnia 1943 r. prowadzili utajnione działania na cmentarzysku katyńskim.

"Niemcy podrzucili zwłoki"
Do czarnej roboty przy dołach śmierci sprowadzono m.in. personel z centrali NKWD w Moskwie, Obwodowego Zarządu NKWD w Smoleńsku. Jego zadaniem było przygotowanie "dowodów" dla przyszłej oficjalnej komisji śledczej. Funkcjonariusze NKWD stworzyli dwa nowe groby ze zwłokami i powrzucali do nich sfałszowane dokumenty, m.in. gazety z drugiej połowy 1940 i pierwszej połowy 1941 roku. Zabiegi te miały przekonać świat, że jeńcy w tamtym czasie jeszcze żyli, a więc nie mogli ich zabić bolszewicy. Skąd pochodziły ciała? Nie wiadomo, ale pewne jest, że NKWD nie miała trudności w ich zdobyciu.
Czasochłonne było znalezienie posłusznych "świadków". Staruszek Parfion Kisielow, który razem z drugim bardzo ważnym świadkiem, Iwanem Kriwoziercowem, pokazał Niemcom groby w 1943 r., odwołał po przesłuchaniach na NKWD 22 stycznia 1944 r. w obecności zagranicznych dziennikarzy wcześniejsze zeznania, kłamiąc, że zostały na nim przez hitlerowców wymuszone, i potwierdził sowiecką wersję zbrodni.
Dramatyczny był los Iwana Kriwoziercowa. Bolszewików nienawidził za śmierć ojca w łagrze. Kopał własnymi rękoma, żeby przekonać żołnierzy Wehrmachtu, że w Katyniu leżą szczątki Polaków. Zdążył uciec z cofającym się Wehrmachtem. Tułał się po Europie, wreszcie wysłuchali go Polacy w dowództwie II Korpusu we Włoszech. Gdzieś po drodze spotkał Józefa Mackiewicza, piszącego słynną później książkę "Katyń w świetle dokumentów". Mackiewicz wyjaśniał na jej kartach: "...nie mogę mówić, ani gdzie, ani w jakich okolicznościach spotkałem Iwana Kriwoziercowa, który właśnie w dniach, gdy zbrodnia katyńska znalazła się na wokandzie sądu w Norymberdze - opowiadał mi jej dokładny przebieg, w tajemnicy przed stróżami ładu publicznego". Po rozmowie z Mackiewiczem Iwan znalazł schronienie w Londynie. Jego zwłoki zostały znalezione w 1947 roku. Wisiały na drzewie w lesie.
Był jeszcze jeden świadek o tym samym nazwisku: Michaił Kriwoziercow. W 1990 r. Marceli Łoziński przyjechał pod Smoleńsk kręcić dokument "Las katyński". Michaił Kriwoziercow powiedział przed kamerą: "Nie chcę do tego wracać. Co było, przepadło. Oni wciąż są i robią swoje. Ich nikt nie ruszy. Chlapniesz, szybko cię sprzątną". Michaił zeznawał na rzecz bolszewików. Łozińskiemu powiedział: "Wiedzą o tym wszyscy miejscowi, że zrobili to bolszewicy. Wszystkich gad wystrzelał. Dziwne, że nie wystrzelał nas, świadków. Przez pomyłkę, pewno potem żałował, głupiec".
To samo usłyszał Mackiewicz od Iwana: "Sprawy te były znane wszystkim w okolicy, ale jak to u nas - wszyscy milczeli".

NKWD pisze scenariusz dla Burdenki
Mierkułow i Krugłow sporządzili "Informację o rezultatach wstępnego śledztwa w tzw. sprawie katyńskiej". Stwierdzili, że Polacy przebywali za sowieckich czasów na zachód od Smoleńska, gdzie mieli pracować przy budowie dróg. Potem dostali się rzekomo do niewoli niemieckiej i zostali rozstrzelani pod koniec sierpnia i we wrześniu 1941 roku. W "Informacji..." pojawiło się nazwisko szefa "nieznanej niemieckiej instytucji wojskowej", która ponoć dokonała zbrodni: pułkownik Arnes (właśc. Ahrens). Po wkroczeniu Niemców - głosił dokument - przygotowano wielką antysowiecką prowokację.
Komisja Burdenki nie miała wiele do roboty. Odkopała, co miała odkopać, znalazła dowody, jakie miała znaleźć. Poza tym na miejscu wszystkiego dopilnował sam Siergiej Krugłow.
Po dziesięciu zaledwie dniach pracy, 24 stycznia 1944 r., członkowie komisji Burdenki, m.in. Aleksiej Tołstoj - pisarz propagandowy, Mikołaj - metropolita kijowski, Aleksander Gundorow - naczelnik Wojskowej Akademii Inżynieryjnej, Władimir Potiomkin - komisarz ludowy oświaty, opublikowali raport.
W dokumencie tym, zamykającym - zdaniem Sowietów - "sprawę katyńską", powtórzono wszystko za "Informacją..." Mierkułowa i Krugłowa, a przede wszystkim wersję o obozach dla polskich jeńców zajętych przez Wehrmacht.

Świadkowie, świadkowie...
Komisja Burdenki cytuje zeznania licznych świadków: major Wietosznikow opowiada, jak błagał w 1941 r. o wagony dla polskich jeńców, by ich ewakuować z terenu frontowego; jakiś pracownik kolei tłumaczy, że nie mógł tych wagonów podstawić; niejaka Saszniewa, nauczycielka, ukrywała polskiego uciekiniera, podporucznika Józefa Łojka z niemieckiego obozu - opowiadał jej o egzekucjach przeprowadzanych na polskich jeńcach. Mackiewicz, jako jedyny bodaj, sprawdził wówczas dane oficera: nazwisko podporucznika Józefa Łojka figuruje na liście katyńskiej, ogłoszonej w gadzinówkach w 1943 r. pod numerem 3796.
Wreszcie pojawia się świadek Moskowskaja, która udzielić miała schronienia zbiegłemu w 1943 r. sowieckiemu jeńcowi z grupy wykorzystywanej rzekomo przez Niemców do odkopywania zwłok i ich "obróbki".
Zeznania składają chłopi mieszkający w okolicy w 1941 r., miejscowy lekarz, sołtys, duchowny, dyżurny stacji Gniazdowo, kucharki i sprzątaczki "zatrudnione przez hitlerowców". Wszyscy oni opowiadają o nazistowskim okrucieństwie wobec jeńców polskich i o wielkiej mistyfikacji urządzonej przed ogłoszeniem przez Trzecią Rzeszę wieści o odkryciu grobów wiosną 1943 roku. "W związku z pogorszeniem się dla Niemiec na początku r. 1943 ogólnej sytuacji wojennej i politycznej - głosi komunikat komisji Burdenki - niemieckie władze okupacyjne przedsięwzięły w celach prowokacyjnych szereg środków zmierzających do przypisania ich własnych zbrodni organom władzy radzieckiej z takim wyrachowaniem, aby skłócić Rosjan z Polakami".
"Niemieckie władze okupacyjne wiosną 1943 r. zwoziły z innych miejsc zwłoki rozstrzelanych przez nich jeńców wojennych - Polaków i wrzucały je do rozkopanych grobów lasu Katyńskiego, mając na celu zatarcie śladów własnych zbrodni i zwiększenie liczby "ofiar bestialskich zbrodni bolszewickich" w lesie Katyńskim" - czytamy w punkcie piątym. I dalej: "Przygotowując się do swej prowokacji, niemieckie władze okupacyjne użyły do robót, związanych z rozkopaniem grobów w lesie Katyńskim, wydobyciem stamtąd kompromitujących je dokumentów i dowodów rzeczowych, około 500 jeńców wojennych - Rosjan, rozstrzelanych przez Niemców po wykonaniu tych robót".
Znalazł się nawet świadek owej "mistyfikacji", szofer Puchaczow. Miał on zderzyć się z "niemiecką" ciężarówką wiozącą ciała poprzebierane w polskie mundury. Widział zwłoki, które wypadły podczas karambolu, a kierowca samochodu, jeniec sowiecki, wyszeptał do niego w ciemnościach: "Ileż my tych trupów wozimy po nocach do lasu katyńskiego!".
Świadek komisji Burdenki, niejaki Jegorow, jeniec w niemieckiej niewoli, opowiada, jak własnymi rękami odkopywał trupy i opróżniał kieszenie mundurów, jak hitlerowcy rozstrzelali dwóch rosyjskich jeńców za pozostawienie przy zwłokach drobnych przedmiotów. Pamiętał, że wydobyte papiery dzielono na dwie kategorie: część spalono, a część powkładano z powrotem do kieszeni i butów.

Zimowe mundury w sierpniu
Jeszcze podczas prac komisji Burdenki, 20 stycznia 1944 r., Kreml zaprosił do Katynia około dwudziestu dziennikarzy zagranicznych, a także przedstawicieli ambasady amerykańskiej w Moskwie. Wszystkim pokazano zwłoki - te "przygotowane" i stosownie ubrane. Ambasador USA w Moskwie William Harriman przesłał pięć dni później do sekretarza stanu w Waszyngtonie depeszę świadczącą, że starania NKWD odniosły pełny sukces: "Większość zwłok, jakie widzieli zwiedzający, była zwłokami szeregowców, a nie oficerów, jak utrzymywali Niemcy" - napisał.
Zachodni dziennikarze też dali wiarę moskiewskim kłamstwom. Jeden tylko spytał, czemu ofiary ubrane były w zimowe mundury w sierpniu. Bo według pierwotnej wersji raportu mordu miano dokonać właśnie w sierpniu. Specjaliści z bolszewickiej komisji najpierw wyjaśnili, że w sierpniu pod Smoleńskiem "pogoda bywa zmienna", a później zmienili treść protokołu, wpisując czas śmierci jeńców: "jesień aż do grudnia". Zapomnieli o zeznaniach "świadków", gdzie pozostało słowo "sierpień"...
Mackiewicz walczył z kłamstwem bolszewików o wyjmowaniu przez Niemców trupów i wkładaniu im do kieszeni fałszywych dokumentów. Był przecież na miejscu w 1943 roku. "Ubita masa trupów do tego stopnia ściśnięta, sklejona nawzajem trupim sokiem, że robotnicy, którzy schodzą na dół (...), aby wydostać kolejne zwłoki, muszą siłą odrywać je od pozostałej masy - opisuje Mackiewicz. - Żadna ludzka siła, żadna technika nie byłaby w mocy zrewidować, przeszukać, poodpinać kieszenie tych trupów, wyjąć z nich jakieś przedmioty, poukładać inne, pozapinać, ucisnąć warstwa za warstwą! Domyślić się, aby niektórym pozawijać coś w specjalnie dobrane co do daty strzępy gazet, porobić im wkładki do butów!".

Kłamstwo fundatorskie PRL
I znów po stronie bolszewików stanęli polscy komuniści, przyszli rządcy podległej Moskwie Polski. Zygmunt Berling, dowódca 1. Armii Wojska Polskiego, podległej sowieckiemu dowództwu, napisał 13 lutego 1944 r. w piśmie "Zwyciężymy!": "Niemcy rozstrzeliwali ich jak dzikie zwierzęta, rozstrzeliwali ich ze związanymi rękami". Wanda Wasilewska oskarżała Trzecią Rzeszę na łamach "Wolnej Polski": "Po raz trzeci otwarły się katyńskie mogiły. Tym razem - by objawić całemu światu straszliwą prawdę, zaświadczyć o jeszcze jednej niemieckiej zbrodni, dokonanej na polskim narodzie. Jeńców, bezbronnych ludzi mordowano z zimną krwią, spokojnie, systematycznie. Wystrzałem rewolweru w tył głowy. Zwalono ich we wspólne mogiły - zawodowych oficerów, inżynierów, lekarzy". Równie plugawe artykuły publikował propagandysta i wydawca w PRL Jerzy Borejsza, brat otoczonego ponurą legendą okrutnika Józefa Różańskiego - enkawudzisty i dyrektora Departamentu Śledczego MBP.
W 1946 r. ZSRS starał się bez powodzenia włączyć do aktu oskarżenia niemieckich zbrodniarzy wojennych w Norymberdze zarzut zbrodni na polskich jeńcach wojennych w Katyniu we wrześniu 1941 roku. W końcowym dokumencie kwestię tę pominięto, ponieważ ustalono, że wskazana przez prokuratora sowieckiego jednostka, sztab 537. batalionu budowlanego pod dowództwem płk. Ahrensa, stacjonowała wprawdzie w koszarach kilka kilometrów od grobów katyńskich, ale dopiero od grudnia 1941 roku. Pułkownik Ahrens zeznawał w Norymberdze jako świadek.

Zwycięstwo prowokacji
Dezinformacja okazała się nadzwyczaj skuteczna. Dowodem niech będzie fakt, że polski premier na uchodźstwie Stanisław Mikołajczyk pisał w cyklu artykułów publikowanych w USA o "mordzie dokonanym przez NKWD w 1941 r.", pogubiwszy się w sowieckich kłamstwach.
Warta przypomnienia jest osławiona już dziś sprawa Chatynia, wsi pod Mińskiem, gdzie w 1943 r. batalion Schutzpolizei, złożony z żołnierzy sowieckich, którzy wzięci do niewoli przeszli na służbę do Niemców, spalił żywcem około 150 Białorusinów. W 1969 r. władze komunistyczne urządziły tam na 32 hektarach ogromny cmentarz "ofiar Chatynia". Fonetyczne podobieństwo - słowo "Chatyń", pisane na Zachodzie "Khatyń", łatwo pomylić z Katyniem - wprowadziło takie zamieszanie, że w 1974 r. prezydent Nixon złożył tam kwiaty, przekonany, że jest w lesie katyńskim.
A w 2011 r., dwadzieścia lat po przyznaniu się ZSRS do wymordowania polskich jeńców, Kreml otworzył kolejny rozdział dziejów wielkiego kłamstwa, usuwając ze smoleńskiego lotniska tablicę ze słowami o "ludobójstwie w lesie katyńskim".
Trudno oprzeć się skojarzeniom między działaniami ZSRS w 1943 i 1944 r. a sposobem traktowania przez Rosjan tragedii smoleńskiej.
W Katyniu NKWD użyło podrobionych dowodów - w Smoleńsku spadkobiercy NKWD niszczyli celowo wrak samolotu, żeby nie został żaden ślad przeczący ich wersji wydarzeń.
Stalin ogłosił Niemców winnymi mordu na Polakach, zanim jakakolwiek komisja podjęła prace - Rosjanie wiedzieli już kilkadziesiąt minut po rozpadnięciu się Tu-154M, że winni byli piloci, a polskie media mainstreamowe powtarzały to za nimi.
Wyniki ogłoszone przez komisję Burdenki oparte były wyłącznie na fałszerstwie - tak samo było z raportem Anodiny, o czym świadczą wnioski niezależnych ekspertów opublikowane niedawno przez Antoniego Macierewicza.
I jeszcze jedna analogia: kiedy w Smoleńsku zginęła cała czołówka dowódcza państwa natowskiego, politycy zachodni, dysponujący dostępem do najtajniejszych danych, m.in. satelitarnych, uznali moskiewskie zmyślenia o złamanej brzozie za prawdziwe. A w 1944 r. przełknęli gładko bolszewickie kłamstwa, choć Rząd RP na Uchodźstwie dowodził im, że oficerowie sojuszniczej wówczas armii zginęli od sowieckich strzałów w tył głowy.

Wysokościomierz rozbraja raport -Marcin Austyn

Komisja ministra Jerzego Millera będzie gęsto się tłumaczyć z wykreowanego w swoim raporcie obrazu katastrofy i ostatniej, decydującej fazy lotu. Dlaczego? Nowe stenogramy nie odnotowują głosu gen. Andrzeja Błasika w kokpicie odczytującego nastawy z wysokościomierza barometrycznego. Poprawnie posługuje się nimi drugi pilot ppłk Robert Grzywna.
Nowe ustalenia Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie dotyczące słów, jakie padały w kabinie pilotów tuż przed katastrofą, rodzą poważne pytania m.in. o słuszność krytyki poziomu wyszkolenia załogi. Bo jeśli nie przypisano żadnych słów gen. Andrzejowi Błasikowi, to między bajki można włożyć przyjętą przez Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego tezę, jakoby załoga nieprawidłowo korzystała z wysokościomierzy. Ustalenia krakowskich ekspertów wywracają raport Millera do góry nogami. Jeśli bowiem wysokości z właściwego wysokościomierza nie odczytywał nieobecny w kokpicie lub w milczeniu obserwujący działania załogi gen. Błasik, to musiał to czynić jeden z członków załogi. I był nim drugi pilot. W tej sytuacji założenie, że członkowie załogi, mając słuchawki na uszach, nie słyszeli tych komend i nie wiedzieli, na jakiej wysokości się znajdują, jest nie do obrony. Drugi pilot nie był biernym uczestnikiem lotu, ale wspomagał mjr. Arkadiusza Protasiuka i aktywnie z nim współpracował. Zatem kolejny zarzut Komisji o braku wyszkolenia w zakresie współpracy załogi chwieje się w posadach.
- Nie tylko eksperci z MAK, ale i komisja Millera nie wszystko rozszyfrowała. I teraz okazuje się, że ich ustalenia mają się nijak do rzeczywistości, jednak słowa krzywdzące naszych pilotów już padły - ocenia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" doświadczony pilot lotnictwa transportowego w służbie czynnej. W jego opinii, nowe ustalenia krakowskich ekspertów jednoznacznie wskazują na współpracę załogi i korzystanie z właściwych urządzeń. - Znając tych ludzi, znając Arka, nie mogłem zrozumieć, że on miałby nie potrafić "ustawić" sobie załogi. Ten człowiek, wykonujący loty na różne lotniska na świecie, nie mógł tak pokpić sprawy. To się zwyczajnie "nie kleiło". Całego lotu taką maszyną nie może wykonywać jedna osoba. Tego się nie da zrobić. Załoga musiała współpracować. Panują trudne warunki atmosferyczne, a drugi pilot leci jako balast? To niemożliwe i nowe stenogramy pokazują, że on współpracował z dowódcą - dodaje nasz rozmówca. Przez całe lata współpraca załogi nie była określona w dokumentach tak jak obecnie, ale nie oznaczało to, że tej współpracy nie było. - Jeżeli były jakieś ćwiczenia, przygotowania, loty metodyczne, specjalne, to szło się do samolotu i wszyscy członkowie załogi "na sucho" wykonywali swoje czynności. Tyle że nie nazywało się to "CRM". Tu próbowano nam wmówić, że lotnicy byli słabi. A to nieprawda, bo w trakcie swojej służby wykonywali takie zadania, których cywile latający obecnie z VIP-ami nigdy by się nie podjęli - dodaje pilot. Rzetelne zbadanie wszystkich dowodów może jeszcze diametralnie zmienić obraz katastrofy Tu-154M. - Obie komisje popełniły ten sam błąd i bazowały na niepełnych dowodach. Trzeba było najpierw dokonać wszystkich analiz w sposób rzetelny, a dopiero potem wysnuwać jakieś wnioski, ale nie oskarżać, bo nie do tego powołane były te komisje - ocenia żołnierz.
Niestety, badanie MAK zostało przeprowadzone tak, by nie skrzywdzić strony rosyjskiej, i stało się to kosztem polskich pilotów.
Opinię tę potwierdza inny nasz rozmówca, były pilot 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. - Byłem zaskoczony, kiedy w kolejnych raportach na temat katastrofy stwierdzano, że załoga dopuściła się tak dużej liczby błędów. Koledzy lecący Tu-154M byli tak samo szkoleni jak ja. I wierzę, że zrobili wszystko, by nie dopuścić do katastrofy. Te zarzuty, także o braku współpracy w załodze, były dla mnie niedorzeczne. I widać, że przeczucie mnie nie myliło. Ciekaw jestem, co jeszcze wyjdzie w czasie dalszych badań - zaznacza pilot. Jak dodaje, przykre było to, że od czasu katastrofy zarówno załoga, jak i cały specpułk były celem bezpodstawnych oskarżeń. - Rzucono nas na pożarcie. Nikt za nami się nie wstawił. A nawet przyzwalano na tego rodzaju działanie. Różne służby mają swoich przedstawicieli, one w trudnych chwilach służą wsparciem. A jeśli chodzi o żołnierzy, to jeśli nie uczyni tego dowódca, to nikt tego nie zrobi - dodaje. Jak przyznaje nasz rozmówca, wielokrotnie latał z gen. Andrzejem Błasikiem na pokładzie i nigdy nie zdarzyło się, by podważył decyzję dowódcy załogi. Tymczasem kolejne raporty opierały się na tezie, że załoga była niezgrana, źle wyszkolona, a generał wywierał presję. - Z doświadczenia wiem, że gen. Błasik przyjmował wszystkie sugestie, jakie się mu przekazywało. Był dowódcą Sił Powietrznych, ale pamiętam takie sytuacje, kiedy dowódca załogi mówił "nie" i zadanie wykonywano tak, jak zadecydował właśnie on. Nie sądzę też, by jego obecność w kokpicie, dziś wątpliwa, miała wpływ na jakość wykonania zadania - podkreśla pilot.

Komisja się myliła
Przypomnijmy. Z analizy rejestratora głosowego dokonanej przez komisję Millera wynikało, że "obecny w kabinie załogi w trakcie podejścia końcowego Dowódca Sił Powietrznych trzykrotnie przekazał swoje obserwacje odnoszące się do wskazań wysokościomierza barometrycznego ustawionego na wartość QFE 745 mmHg". Wysnuto wniosek, że tylko on obserwował właściwy przyrząd, a nawigator błędnie posługiwał się wysokościomierzem radiowym. Komisja uznała, że załoga nie orientowała się, na jakiej wysokości faktycznie się znajduje, a nieużycie odczytu ze wskaźnika barometrycznego podczas wykonywania podejścia nieprecyzyjnego przyczyniło się do katastrofy. Według "ustaleń" komisji, gen. Błasik miał odzywać się w trzech ważnych momentach: "dwieście pięćdziesiąt metrów" na wysokości 227 m nad poziomem lotniska i wysokości 269 m RW. Wtedy nawigator miał odczytać "dwieście pięćdziesiąt" przy wskazaniach RW 259 m i wysokości 220 m nad poziomem lotniska. Kolejny raz dowódca Sił Powietrznych miał powiedzieć "sto metrów" na wysokości 98 m nad poziomem lotniska i wysokości 113 m wg RW. Nawigator miał odczytać "sto" przy wskazaniach RW 103 m i wysokości 90 m nad poziomem lotniska. Ostatnia komenda gen. Błasika miała brzmieć "nic nie widać" na wysokości 63 m nad poziomem lotniska i na wysokości 109 m wg RW. Chwilę po tym nawigator po raz kolejny powiedział "sto" na wysokości 100 m wg RW i 49 m nad poziomem lotniska. Komisja stwierdziła, że dowódca Sił Powietrznych nie ingerował bezpośrednio w proces podejmowania decyzji przez dowódcę statku powietrznego.

  

Czas na rzetelne badania

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, mającym doświadczenie w badaniu przyczyn katastrof lotniczych, rozmawia Marcin Austyn

Analiza rejestratorów głosu z kokpitu Tu-154M wykonana przez krakowskich ekspertów może rzucić nowe światło na wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku?
- Z pewnością. Osobiście przywiązywałem dużą wagę do tych wyników, bo w dotąd sporządzonych zapisach pojawiło się sporo niejasności. Choć znamy tę analizę z tzw. przecieków, to już widzimy, że należało poczekać z końcowymi wnioskami na temat katastrofy na rzetelne badania, a nie ferować wyroki bez dowodów w ręku. Potwierdza się to, o czym od dawna mówiłem, że Rosjanie nie mają żadnych dowodów na to, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie. Wprawdzie płk Edmund Klich sugeruje, że ktoś z załogi odezwał się "panie generale", ale to jeszcze nie znaczy, że ten był w kabinie, a ponadto na pokładzie było więcej generałów. W mojej ocenie, wszystkie dowody na obecność gen. Błasika w kokpicie wskazywane przez Rosjan nie mają poparcia w dokumentacji.

Punktem wyjścia był fakt, że ciało generała znaleziono w sektorze, w którym odnaleziono nawigatora.
- Tyle, że gen. Błasik nie był przypięty pasami, a przy takiej katastrofie na pokładzie mogło wiele się wydarzyć. Jest tu zasadnicze pytanie - czy ktoś widział zdjęcie potwierdzające miejsce znalezienia ciała gen. Błasika? Obawiam się, że w polskim raporcie przyjęto to, co ustalił rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK).

Były już oskarżenia o alkohol we krwi gen. Błasika, teraz wątpliwa jest jego obecność w kokpicie. Co jeszcze może się okazać nieprawdą?
- Zdaje się, że można by podważać wszystkie ustalenia MAK, bo Rosjanie tak naprawdę nie pokazali żadnych dowodów na przyjęte tezy.

Co zmieniają ustalenia ekspertów?
- Na pewno rodziny bezpodstawnie oczernianych ofiar katastrofy mają pełne prawo do wystąpienia z żądaniem naprawienia szkód, jakie im wyrządzili ci, którzy nie dysponując żadnymi materiałami dowodowymi, przesądzali o pewnych delikatnych sprawach, jak np. o naciskach na załogę. Niestety, media nie są tu bez winy. Kto wie, może i prokuratura powinna "z urzędu" wyjaśnić, co kierowało niektórymi komentatorami czy ekspertami, że wypowiadali się w taki, a nie inny sposób.

Okazuje się, że drugi pilot odczytywał wskazania właściwego wysokościomierza. To poważny wyłom w teorii i MAK, i komisji Jerzego Millera.
- Zawsze daleki byłem od twierdzenia, że załoga nie wiedziała, co robi. W mojej ocenie, takie założenia bazowały na domysłach. Pamiętajmy, że tuż po katastrofie na miejsce zdarzenia Edmund Klich przyjeżdżał z tezą, że czynnikiem wpływającym na katastrofę było złe szkolenie lotnicze. Ten temat był jego tzw. konikiem. A ta teza znajdowała potwierdzenie w jego wcześniejszych publikacjach. Dla mnie jest oczywiste, że załoga musiała współpracować, ale nie zostało to ujęte w stosownych dokumentach i stąd brał się cały zarzut. Teraz należałoby dokładnie wyjaśnić, skąd wyniknęły problemy załogi. Skoro kolejne fakty wychodzą na jaw, zaprzeczają ferowanym dotychczas wyrokom, to trzeba wrócić do wyjaśnienia okoliczności dotąd pomijanych w rozważaniach komisji badających katastrofę. To m.in. wątek udziału w katastrofie osób trzecich.

Należy powrócić do badań katastrofy?
- Poniekąd już to uczyniono, bo wojskowa prokuratura powołała swój zespół biegłych, który prowadzi całe badanie od początku. Oczywiście, jeżeli Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów zauważy taką potrzebę, to ma możliwość powrotu do badań. Jeśli chcemy wyjaśnić wszystkie okoliczności tej katastrofy, to należałoby poważnie się zastanowić nad takim rozwiązaniem. Pytanie tylko, czy ktoś tak naprawdę chce to uczynić? Bo dlaczego np. nikt nie chce się podjąć wykonania obliczeń weryfikujących teorię amerykańskich naukowców pracujących dla zespołu kierowanego przez posła Antoniego Macierewicza? Dlaczego nie wykonano obliczeń symulujących ostatnie minuty lotu? Dlaczego z posiadanych danych nie wyliczono kursu samolotu i jednoznacznie nie wyjaśniono, z czego wynikały odchylenia od ścieżki? Dlaczego samolot był tak kierowany? Może urządzenia nie działały poprawnie? A jeśli tak, to z jakiego powodu? To wszystko można zweryfikować. Przecież mamy bliźniaczy egzemplarz samolotu i zapisy czarnych skrzynek. Nie ma zatem żadnych przeszkód, aby spojrzeć na tę katastrofę także od strony naukowej. Gdyby tylko była chęć wyjaśnienia sprawy, to na tego rodzaju badania powinny znaleźć się fundusze, czy to na poziomie resortu obrony, czy rządu. Powiem więcej, gdyby niezbędne dane zostały udostępnione opinii publicznej, to znalazłoby się szerokie grono osób, które rzetelnie wykonałyby te obliczenia społecznie.

Dziękuję za rozmowę.

Klich gubi się w kłamstwach

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik

Wyniki nowej ekspertyzy głosowej z kokpitu Tu-154M 101 przeprowadzonej przez naukowców z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. dr. Jana Sehna świadczą o ordynarnych mistyfikacjach w raportach MAK i komisji Jerzego Millera. Wszystko wskazuje na to, że załoga prawidłowo odczytywała dane z wysokościomierza i przestrzegała procedur.
- Nawet pani nie wie, jak bardzo mnie to cieszy, że wreszcie oficjalnie zaprzeczono dotychczasowym kłamstwom. Mnie jako ojcu serce krwawiło przy tego rodzaju kłamstwach wysuwanych pod adresem Arkadiusza i pozostałych członków załogi. Jestem bowiem pewien, że osoba, która z taką sumiennością i starannością podchodziła do wszystkich powierzonych jej zadań i która tak dużą wagę przywiązywała do ciągłego doskonalenia jak mój Syn, nie mogła popełnić podobnych błędów, jakie były mu zarzucane. Moje przekonanie umacniali koledzy i przełożeni Syna oraz drugiego pilota Roberta Grzywny, którzy za każdym razem podkreślali, że załoga tragicznego lotu do Smoleńska to byli świetni fachowcy w swojej dziedzinie. Obaj sumiennie podchodzili do nauki. A latanie to była nie tyle ich praca, ile największa pasja i miłość, której oddawali się całym sercem. W trakcie naszej pierwszej rozmowy pokazywałem pani dyplomy i zdjęcia Arkadiusza z wielu dodatkowych kursów doszkalających, które wykraczały daleko poza standardy służby w 36. SPLT, a które robił wyłącznie z własnej inicjatywy. Jak mówił, chciał być w tym najlepszy. To chyba najlepiej świadczy o tym, że o braku wyszkolenia w ich przypadku nie może być mowy. Wielu z kolegów pilotów i przełożonych Arkadiusza podkreślało to także w rozmowie z "Naszym Dziennikiem", zaprzeczając jednocześnie również innym wysuwanym przez MAK oszczerstwom, jakoby załoga nie była ze sobą zżyta i nie miała wcześniej okazji zgrać się ze sobą w pracy. Wszyscy przyznawali, że Arkadiusz i Robert świetnie się ze sobą dogadywali, że byli zgrani i dobrze czuli się w swoim towarzystwie. Nie mogło więc być mowy o braku współdziałania pomiędzy nimi. Dlatego też na początku było dla mnie niepojęte, jak MAK mógł wysnuć podobne bzdury. Później jednak zrozumiałem, że taka manipulacja miała na celu wytworzenie całej otoczki wokół kłamstwa o winie pilotów, dzięki któremu starano się zatuszować rzeczywiste przyczyny katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku. Dziś wreszcie krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych na podstawie szczegółowo przeprowadzonych analiz potwierdza, że załoga prawidłowo odczytywała dane z wysokościomierza oraz że przestrzegała wszystkich procedur. Mam nadzieję, że dzięki dalszej pracy ekspertów uda się niedługo wyjaśnić przyczyny katastrofy i tym samym zmyć tę straszną plamę na polskim honorze.

Pada lansowana niemal od pierwszych chwil po katastrofie teza naciskowa z gen. Andrzejem Błasikiem w roli głównej. To zaskoczenie dla Pana?
- Przyznam szczerze, że na początku dałem się zwieść manipulacjom i kłamstwom serwowanym nam przez Rosjan, polski rząd i niektóre media, jakoby dowódca Sił Powietrznych przebywał w kokpicie. Od samego jednak początku podkreślałem, że jego obecność nie mogła mieć negatywnego wpływu na pracę załogi, czyli jak wspomniane powyżej źródła wmawiały - popełnienie przez nich podstawowych błędów na skutek presji. Obawiam się jednak, że te powtarzane przez kilkanaście miesięcy kłamstwa zdążyły się już mocno wryć w świadomość obywateli i teraz trudno będzie to wszystko wymazać. Zwłaszcza że było ich tak wiele.

Co do samej presji, to też było na jej temat kilka teorii. MAK w swoim raporcie mówił o bezpośredniej presji psychicznej na załogę, raport Millera zaś o pośredniej. Trudno teraz będzie bronić tych filarów obu raportów.
- Otóż to. Teraz okazuje się, że gen. Błasik nie tylko że nie wywierał na załogę presji, ale mogło go w ogóle nie być w kokpicie w kluczowej fazie lotu. I że jest to w ogóle bez związku z katastrofą. W związku z powyższym, jak zauważyła pani na początku, wyniki pracy krakowskich ekspertów ostatecznie dowodzą, że zarówno MAK, jak i komisja pana ministra Jerzego Millera dopuściły się wielu przekłamań i fałszerstw, o czym niezależni eksperci i komentatorzy, m.in. na łamach "Naszego Dziennika", mówili od wielu miesięcy.

Wygląda na to, że śledztwo powinno ruszyć od początku. Należałoby zweryfikować raport komisji Jerzego Millera?
- Absolutnie się z tym zgadzam. Już pierwsze z całej tej lawiny kłamstw, które, na szczęście, wyszły na jaw, powinno przekreślić dotychczasowe prace w tej kwestii. Osoby, które dopuściły się manipulacji, świadczenia nieprawdy i ukrywania prawdziwych informacji, powinny zostać postawione w stan oskarżenia, a na ich miejsce powinni zostać wybrani nowi, niezależni eksperci, którzy na nowo zajmą się śledztwem. W przypadku, gdy wychodzi na jaw, iż nie tylko strona rosyjska dopuszcza się zakłamywania faktów, ale na szkodę państwa polskiego działają także niektórzy oficerowie i politycy, śledztwo powinna przejąć międzynarodowa, niezależna komisja. Zwłaszcza że Polska buduje nie tylko struktury NATO i Unii Europejskiej, ale jest też sojusznikiem Stanów Zjednoczonych.

Mówiąc o oficerach działających na szkodę naszego kraju, ma Pan na myśli kogoś konkretnego?
- Pani redaktor, chyba wszyscy, którzy choć trochę śledzą tę sprawę, wiedzą, o kim mowa. Między innymi mam na myśli płk. Edmunda Klicha, który niezależnie od tego, jakie fakty wychodzą na jaw, kurczowo trzyma się swoich absurdalnych teorii. Wszystko wskazuje na to, że podawane przez niego "fakty" są wyłącznie wymysłem jego chorej wyobraźni. Uważam, że pan Klich jest ostatnią osobą, która ma dziś moralne prawo do zabierania głosu na forum publicznym. Właściwym miejscem jego wypowiedzi powinien być prokuratorski pokój przesłuchań. Sądzę, że Klich boi się dowodów, z którymi niechybnie będzie musiał się konfrontować, i to wkrótce.

To właśnie szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych jako pierwszy poinformował o obecności gen. Błasika w kokpicie i jego domniemanych naciskach na załogę, twierdząc, że osobiście słyszał na nagraniach głos dowódcy Sił Powietrznych.
- Rzeczywiście powiedział tak podczas telewizyjnego wystąpienia, umożliwiając tym samym MAK-owi dalsze kłamstwa w tej materii. Teraz jednak, jak czytam, gdy kłamstwa te wyszły na jaw dzięki naukowcom z krakowskiego instytutu, pan Klich wszystkiemu zaprzecza, twierdząc, że nie słyszał osobiście, tylko dostał taką informację od innego eksperta z komisji Millera. To się w głowie nie mieści! Ten pan gubi się już w swoich kłamstwach. I nie rozumiem, jak to możliwe w cywilizowanym, demokratycznym kraju, by za te wszystkie kłamstwa, które konsekwentnie przecież prowadziły śledztwo smoleńskie na złe tory, do tej pory nie poniósł żadnych konsekwencji! Między innymi przez niego kilkunastomiesięczne śledztwo trzeba teraz przekreślić, wyrzucić do śmietnika i przeprowadzić na nowo. Tylko teraz nie możemy pozwolić na to, by sytuacja się powtórzyła. Musimy kategorycznie zażądać od Rosjan wydania nam oryginałów czarnych skrzynek, wraku samolotu i pozostałych dowodów i bazować na nich, a nie na kopiach i rosyjskich ustaleniach. I co najważniejsze, nowe śledztwo prowadzić przy współpracy z ekspertami międzynarodowymi, którzy mają większe doświadczenie w tego typu sprawach i dysponują lepszym sprzętem. Teraz bowiem, gdy minęło już tak dużo czasu od katastrofy i wiele dowodów uległo zniszczeniu, śledztwo wymaga zastosowania znacznie bardziej precyzyjnego sprzętu i metod, którym dysponują chociażby Amerykanie.

Poza zarzutami o wywieranie nacisków był też cały łańcuch innych mistyfikacji: alkohol we krwi gen. Błasika czy kłótnia między nim a Pana synem jeszcze przed startem z Okęcia.
- Te kłamstwa były tak szyte, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Czyli z jednej strony zrzucenie na gen. Błasika odpowiedzialności za start samolotu w momencie złego przygotowania całej delegacji, a z drugiej - wykreowanie rzekomych błędów załogi, popełnionych pod wpływem "presji" ze strony zwierzchnika. Wszystkie te bzdury i podsycany przez media szum wokół nich przez całe miesiące świetnie maskowały prawdziwe przyczyny katastrofy i chroniły przed odpowiedzialnością osoby, które rzeczywiście ponoszą winę za tę koszmarną organizację lotu na uroczystości 70. rocznicy mordu katyńskiego najważniejszych osób w państwie. Doprowadziło to nie tylko do wściekłej nagonki na rodziny ofiar tych zaniedbań, ale także do zniesławienia polskiego munduru.

Słyszał Pan, jak wyniki pracy krakowskich ekspertów skomentował rzecznik rządu Paweł Graś?
- Jeszcze nie.

To Panu powiem. Stwierdził, że "nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był gen. Błasik, czy nie", gdyż i tak "ofiarom katastrofy nie przywróci to życia".
- Życia nie przywróci, ale ich zszargany honor - tak! Podobne wypowiedzi są dla mnie niepojęte. Sprowadzają się do tego, że przyzwala się rzucać kalumnie na osoby nieżyjące - i to bez jakichkolwiek dowodów, jedynie w oparciu o propagandę szeptaną - by zrzucić na nie winę, skoro i tak już same bronić się nie mogą. Wszelkie zaś próby ich oczyszczenia z niesłusznych zarzutów są wściekle atakowane. I to się dzieje w demokratycznym państwie?

Dziękuję za rozmowę.

Wolta akredytowanego -Anna Ambroziak

Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów nie wyklucza powołania specjalnej komisji, która przeanalizuje sporządzoną na zlecenie prokuratury wojskowej ekspertyzę fonoskopijną rekordera głosowego z rządowego tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem
- Komisja Badania Wypadków Lotniczych od wielu lat zajmuje się wypadkami w lotnictwie państwowym, tak w Siłach Zbrojnych, jak i w lotnictwie służb porządku lotniczego. Jeżeli będą takie przesłanki, że komisja ma powstać, żeby badać nowe fakty, to prawdopodobnie może tak się stać - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" płk Mirosław Grochowski, szef Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Jeśli będą przesłanki ku temu, by powołać nową komisję, to prawdopodobnie tak się stanie - dodaje, zaznaczając, że musi się osobiście zapoznać z nowymi odczytami z rejestratora głosowego tupolewa, a przesłanki musiałyby być na tyle ważne, że zmieniałyby dotychczasowy obraz katastrofy.
Możliwość taką daje znowelizowana we wrześniu 2010 r. ustawa Prawo lotnicze. Umożliwia ona wznowienie badań przez nowo powołaną komisję. Komisja Jerzego Millera, która badała okoliczności tragedii smoleńskiej, zakończyła swoją działalność publikacją raportu. Wypadkami w lotnictwie lotnictwa państwowego zajmuje się Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. - Zgodnie z prawem lotniczym może utworzyć stałą komisję w tym inspektoracie, która będzie badała wypadki lotnicze lotnictwa państwowego. Takie możliwości występują pod warunkiem, że nowe fakty, które wypływają przy każdym rodzaju badania, są na tyle istotne, że mogą w sposób bardzo konkretny zmienić przyczynę i okoliczności wypadku - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr inż. Maciej Lasek, wiceszef podkomisji lotniczej komisji Millera.

Kto po Millerze
Skład komisji nie musi być tożsamy ze składem komisji Millera. Szef Inspektoratu przedstawia propozycję składu komisji ministrowi obrony narodowej, który zatwierdza go w porozumieniu z ministrem ds. wewnętrznych.
W kabinie pilotów nie zidentyfikowano głosu gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP - wynika to z analizy jednej z czarnych skrzynek rządowego Tu-154. Podczas lądowania w Smoleńsku gen. Błasik nie wypowiedział dotąd przypisywanych mu słów. W rzeczywistości ma je wypowiadać drugi pilot ppłk Robert Grzywna. Naczelna Prokuratura Wojskowa sprawy nie komentuje. Zapowiada jedynie, że ma dużo do przekazania na konferencji prasowej, jaka ma się odbyć w najbliższy poniedziałek. Czy stenogramy zostaną ujawnione, jeszcze nie wiadomo.
Analizę nagrań z Cockpit Voice Recorder (CVR) przeprowadzili eksperci z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. dr. J. Sehna. Badając kopię, naukowcy zidentyfikowali głosy dziewięciu osób, przyporządkowując je do trzech grup. "Nasz Dziennik" ustalił, że z "wysokim prawdopodobieństwem" głosy przypisano członkom załogi Tu-154, "najwyższym prawdopodobieństwem" - załodze Jak-40. Uznano też, że "prawdopodobnie" jeden z głosów należy do dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany oraz stewardesy Barbary Maciejczyk. Jednocześnie ustalono, że nie ma podstaw, by przeprowadzać dalsze analizy identyfikacji nagrań. Stwierdzono też, że analizę stanu emocjonalnego załogi przeprowadzi zakład psychologii sądowej krakowskiego instytutu.

Klich: Tak powiedzieli Rosjanie
Fragmenty rozmowy załogi Tu-154M rok temu ujawniała na konferencji prasowej w Moskwie gen. Tatiana Anodina, przedstawiając opinii publicznej raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. - Obecność w kabinie dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany i dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika oraz przewidywana negatywna reakcja prezydenta Lecha Kaczyńskiego stanowiła presję na załogę Tu-154M, by lądować w Smoleńsku. We krwi dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika stwierdzono obecność alkoholu - mówiła wówczas szefowa MAK. Jednak już wcześniej, bo w maju 2010 r., o obecności gen. Błasika w kabinie pilotów Tu-154M mówił płk Edmund Klich, szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, polski akredytowany przy MAK, który uzasadniał to w ten sposób, że gen. Błasik, wchodząc do kabiny pilotów, "chciał zorientować się w sytuacji". Informacje te podchwyciły od razu "Gazeta Wyborcza" i TVN, propagując tezę o naciskach na załogę, jakie miał wywierać dowódca Sił Powietrznych. Odnosząc się do nowych ustaleń IES, Klich stwierdził, że "porządkują one pewne sprawy, ale jej istoty nie zmieniają". - Nikt chyba nie podważa tego, że pan gen. Błasik był w kokpicie do końca - obstaje przy swoim Klich. - Nie zmienia to zasadniczej sprawy, że przekroczyli [piloci - red.] wysokość decyzji i zniżyli się na wysokość niedopuszczalną - ocenił. Jego zdaniem, nie ma konieczności wznawiania badań przez komisję. - Te informacje niewiele zmieniają, jeśli chodzi o ustalenie okoliczności zdarzenia. To że ktoś nie wypowiada jakichś słów, to nie znaczy, że jest to precyzyjniejsze - brnie dalej.
Wiarygodność słów Klicha jest tu jednak mocna wątpliwa. Tuż po godzinie 13.00 w TVN24 były akredytowany przy MAK podkreślał, że na nagraniach, których wcześniej słuchał, są słowa dowódcy Arkadiusza Protasiuka, który zwraca się do kogoś: "panie generale". - Do kogo innego by te słowa wypowiadał - mówi Klich, stwierdzając, że jest przekonany, iż padły one pod adresem gen. Błasika. Dwie i pół godziny później w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dopytywany o to, w którym momencie miały paść te słowa, polski akredytowany niespodziewanie zaczął się wycofywać ze swojej tezy. - Musiałem coś źle skojarzyć. Przepraszam. Dawno [nagrań - red.] nie studiowałem, więc być może to pomyliłem z tym słowami na wieży, którymi Krasnokutski się zwraca. Nie mogłem tego sprawdzić, jestem poza Warszawą, nie mam tego w komputerze - tłumaczył się.

Kulisz: Latkowski bredzi
Tezy MAK o naciskach szybko zagnieździły się w polskiej opinii publicznej. Podjęli je Jan Osiecki, Tomasz Białoszewski i Robert Latkowski. W książce "Ostatni lot" oszkalowali gen. Błasika, przedstawiając go jako despotę wywierającego naciski na załogę. "Spółka autorska" powołała się na jeden z lotów treningowych na Jaku-40, podczas którego Błasik, który leciał jako drugi pilot, miał wywierać presję, by wylądować w skrajnie trudnych warunkach, poniżej minimów meteo na lotnisku w Krzesinach. Jak mówi jednak kpt. Piotr Kulisz, który był wtedy pierwszym pilotem, to wierutne kłamstwo. - Pan generał był człowiekiem bardzo wyważonym i wyrozumiałym. Nie wywierał żadnych nacisków. Zła pogoda nas zaskoczyła. Chmura śniegu dopadła nas wtedy już podczas przyziemienia. Pan generał przyjął moją argumentację, że nie możemy wracać w tych warunkach do Warszawy - relacjonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" pilot.
Nowa ekspertyza nagrań z CVR zaprzecza jakiejkolwiek tezie naciskowej. - Stawia ona kropkę nad i. Nie było żadnych nacisków na załogę - mówi Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Taka była też konkluzja raportu komisji Millera. - Z nagrań nie wynika, żeby pan gen. Błasik czy pan prezydent Kaczyński wywierali nacisk na załogę, każąc jej lądować. Ani rosyjski odczyt, ani polski nie wskazują na bezpośredni nacisk gen. Błasika i prezydenta Kaczyńskiego - mówił po publikacji raportu szef MSWiA i przewodniczący KBWLLP Jerzy Miller. Raport potwierdza jednak obecność gen. Błasika w kokpicie w ostatniej fazie lotu. Miał on przywitać się z załogą i dwa razy odczytać wysokość lotu wysokościomierza barometrycznego. Ponadto gen. Błasik miał stwierdzić, gdy samolot znajdował się na wysokości 65 metrów, że nic nie widać. - To są jedyne zarejestrowane słowa gen. Błasika w kabinie pilotów. W kokpicie nie powinno być nikogo, poza załogą, przy zniżaniu się samolotu do lądowania - oceniał wówczas Miller. Czy ekspertyzę należy traktować jako alternatywę wobec opinii centralnego biura kryminalistycznego KGP sporządzonej dla komisji Millera? Zdaniem prawników, prokuratura powinna ocenić wiarygodność obu materiałów, którymi dysponuje - w aktach śledztwa jest i raport Millera, i ekspertyza instytutu krakowskiego. Jednak waga tego ostatniego jest zupełnie inna - ekspertyza IES została przeprowadzona na zlecenie prokuratury. - Jedyną opinią procesową jest opinia wydana przez Instytut Sehna. Nie oznacza to, że raport Millera nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla śledztwa. Kiedy wpływa opinia procesowa, organ, czyli prokuratura, powinna ocenić pod kątem jej pełności, jasności i sprzeczności z dokumentem który powstał z komisji - mówi mec. Rafał Rogalski. W celu zbadania, skąd wzięły się różnice między oba dokumentami, prokuratura może wezwać tych biegłych albo z krakowskiego instytutu, albo innych. Mogą oni wydać opinię uzupełniającą.

Sikorski do pióra
- Drugą sprawą jest ocena tych rozbieżności z punktu widzenia karnego. Niedopełnienie obowiązków przez polskich urzędników, którzy uczestniczyli w odsłuchaniu nagrań w Moskwie, doprowadziło do sytuacji, że powstały te duże różnice. Gdyby okazało się, że analizy były przeprowadzone metodami nierzetelnymi, można byłoby mówić już o odpowiedzialności karnej tych osób - mówi Bartosz Kownacki, pełnomocnik procesowy wdowy po dowódcy Sił Powietrznych Ewy Błasik. Zdaniem prawników, powinien nastąpić zwrot w prowadzonym przez prokuraturę śledztwie i stać się poważnym dowodem podważającym raporty MAK oraz ten przygotowany przez byłego szefa MSWiA Jerzego Millera. - Zwrot w śledztwie powinien być, bo te informacje pokazują, co są warte dokumenty przygotowane przez MAK i tzw. komisję Millera, na jakim poziomie abstrakcji tą sprawą się zajmowano. Był pijany generał, były naciski, a teraz tego nie ma. Te raporty: MAK i komisji polskiej, do niczego się teraz nie nadają, ale niestety ich główne tezy poszły w świat - mówią. Nadal jesteśmy odcięci od dowodów rzeczowych, takich jak wrak i oryginały czarnych skrzynek. Tu minister Sikorski powinien co drugi dzień wysyłać listy do Moskwy w tej sprawie. Jak widać, nie wywiązuje się ze swojego zadania - komentują prawnicy. - Okoliczności tej tragedii powinna badać też komisja międzynarodowa, złożona z niezależnych ekspertów, powinna też zostać powołana komisja śledcza. Obawiam się jednak, że przy tej koalicji sejmowej do tego nie dojdzie, a nawet jeśli, to posiedzenia tejże komisji będą farsą - oceniają. Na liście osób, których powinna była przesłuchać komisja śledcza, powinny na pewno znaleźć się osoby, które miały zidentyfikować głos generała Błasika w Moskwie. Ważne byłoby ustalenie, w jaki sposób gromadzono materiał dowodowy, jaka była rola polskich biegłych. - Rosjanie oparli się na fałszywych ekspertyzach sądowo-medycznych, na protokołach miejsca zdarzenia, których do dziś nie mamy. To trzeba wyjaśnić - mówi Kownacki.
Prawnik nie ukrywa, że jest zniesmaczony dziennikarskim przeciekiem informacji dotyczących obecności generała w kokpicie Tu-154. Jego zdaniem, Ewa Błasik miała prawo jako pierwsza dowiedzieć się, co ustalili biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych imienia Jana Sehna w Krakowie. Czy rodzina generała Błasika złoży pozwy w sprawie szkalowania jego dobrego imienia? - Jeżeli ekspertyza wykluczy obecność generała Błasiaka, to określone konsekwencje zawodowe, a być może także karne powinien ponieść pan Edmund Klich - dodaje mecenas.

 

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka