Codziennie trzeba zrobić krok
Z prof. Ewą Thompson, specjalistką w zakresie literatury porównawczej i slawistyki z Rice University w Houston (USA), publicystką i redaktorem kwartalnika "Sarmatian Review", rozmawia Agnieszka Żurek
Cyfryzacja ręcznie sterowana -Elżbieta Kruk poseł na Sejm RP
Solidarni z Węgrami-Maciej Walaszczyk
Zdegradować Jaruzelskiego
MAK blokuje
Ta opinia powinna rozpętać burzę
Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem Ewy Błasik, wdowy po śp. gen. Andrzeju Błasiku, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął na Siewiernym, rozmawia Anna Ambroziak
Codziennie trzeba zrobić krok
Z prof. Ewą Thompson, specjalistką w zakresie literatury porównawczej i slawistyki z Rice University w Houston (USA), publicystką i redaktorem kwartalnika "Sarmatian Review", rozmawia Agnieszka Żurek
Ostatnie dni w polskich mediach zostały zdominowane przez domysły na temat postrzelenia się pułkownika Przybyła oraz walki pomiędzy prokuraturą wojskową a cywilną. W tle mamy tu oczywiście sprawę śledztwa smoleńskiego i odsunięcie od niego prokuratora cywilnego Marka Pasionka. Pretekstem było jego spotkanie z funkcjonariuszami służb amerykańskich.
- Jeżeli jest prawdą, że prokuratorowi Pasionkowi zostały postawione zarzuty zdrady tajemnicy państwowej bądź udzielania jakichś informacji amerykańskiemu wywiadowi, wydaje mi się to dziwne z kilku powodów. Po pierwsze, amerykański wywiad przez pośrednictwo kilku związanych z nim wywiadów świetnie orientuje się w sprawach niegermańskiej i nierosyjskiej Europy Środkowo-Wschodniej. Po drugie, w Polsce w tej chwili nie ma czego szpiegować. Polska jest obecnie bardzo słabym krajem i wywiad amerykański nie interesuje się nią. To jest zresztą wielkie nieszczęście. Obama zupełnie odwrócił się od tej części Europy i stara się prowadzić interesy z krajami Dalekiego Wschodu i z Rosją. Zarzuty postawione prokuratorowi Pasionkowi byłyby zatem absurdalne - zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę polskie uwarunkowania historyczne. Polska przez wiele lat była narażona nie tylko na szpiegostwo, lecz także na agresję, ale raczej ze strony Rosji, a nie Stanów Zjednoczonych.
Rząd Donalda Tuska deklaruje pełne zaufanie do prokuratorów rosyjskich w sprawie prowadzenia śledztwa smoleńskiego.
- Wydaje mi się, że sprawa Smoleńska to olbrzymi wrzód. Na początku wydawał się on rządowi względnie niewielką sprawą. Zamieciono ją pod dywan, a następnie dywan zdeptano. Ta sprawa jednak nie umarła. Wrzód rośnie i wydaje się, że zaczyna być groźbą dla niektórych przynajmniej osób sprawujących obecnie władzę. Sądzę, że na różne nerwowe posunięcia ekipy rządzącej należy patrzeć przez ten właśnie pryzmat. Te działania wynikają z obaw, żeby ktoś tego wrzodu przypadkiem nie rozciął i żeby nic się z niego nie wylało.
Mamy do czynienia z próbami przerzucania się odpowiedzialnością za sposób prowadzenia śledztwa smoleńskiego?
- To działo się od samego początku. Jak podkreślają opozycyjne media, zarówno Rosjanie, jak i przedstawiciele polskiego rządu już kilka minut po katastrofie "wiedzieli", co było jej przyczyną, i kolportowali tezę o winie polskich pilotów. Nie została ona poparta żadnymi dowodami. Jest to jednak tylko część tego wrzodu. On jest dużo głębszy. Można snuć przypuszczenia, jakie były przyczyny takiego zachowania przedstawicieli polskiego rządu po katastrofie smoleńskiej. Mogło się zdarzyć tak, iż delikatnie im zasugerowano, że jeśli nie zachowają milczenia w sprawie śledztwa rosyjskiego, może spotkać ich coś podobnego do tego, co spotkało Litwinienkę czy Politkowską. Z drugiej strony przedstawiciele rządu mogli też być kuszeni "marchewką" w postaci obietnic pomocy w otrzymaniu jakiejś prestiżowej posady na arenie międzynarodowej. Podkreślam, że są to jedynie przypuszczenia. Zachowanie członków rządu mogło wynikać także ze zwykłego tchórzostwa bądź nieudolności. Obecna ekipa rządząca nie ma wielkiego doświadczenia politycznego, wystarczy prześledzić ich życiorysy, żeby się o tym przekonać. Możliwe zatem, że to, co stało się w Smoleńsku, tak ich oszołomiło, iż poszli "na sznurku" rządu rosyjskiego. Rosjanie są wytrawnymi dyplomatami i łatwo im było wykorzystać słabość polskiego rządu. Wrzód śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej wydaje się jednak nabrzmiewać. Daleko jeszcze do rozwiązania tej sprawy.
Czego polscy politycy mogliby uczyć się od amerykańskich?
- Koncentrowania się na tym, co ważne, i niepozwalania na wpychanie siebie w ślepą uliczkę. Jeżeli weźmiemy przykład dowolnego polityka amerykańskiego i prześledzimy, ile o nim powiedziano nieprawdy i ile wylano na niego pomyj, miałby on oczywiście powód do oburzenia. Oburzenie jednak niczego nie zmienia. Amerykańscy politycy nie tracą na to czasu, są zawsze uśmiechnięci. I prą naprzód. Robią swoje. W polityce ważne jest także umiejętne podzielenie się obowiązkami. W partii powinny istnieć różne grupy. Nie wszyscy politycy danej partii muszą rozmawiać z mediami, ale powinna istnieć grupa, która tych mediów szuka. Potrzeba także dużej odporności. Polityka jest bardzo trudnym polem aktywności i trzeba być osobą świętą, żeby się w tym nie pogubić i żeby nie odchodzić z polityki, zostawiając za sobą ofiary i mając na sumieniu przewinienia wobec własnego narodu.
Premierowi Tuskowi hasło "liczy się tu i teraz" przysporzyło więcej zwolenników niż przeciwników. Tymczasem powinno go raczej zdyskredytować jako polityka. Czy tolerowanie kompletnej nieodpowiedzialności rządzących świadczy o infantylizacji naszego społeczeństwa?
- W pewnym sensie tak. Politycy szukają sloganów, które pozwolą im utrzymać się przy władzy. Dostosowują się w swoich publicznych wypowiedziach do tego, czego dane społeczeństwo oczekuje. W Polsce widać to może bardziej jaskrawo niż w innych krajach - z kilku względów. Przede wszystkim społeczeństwo jest tak niesłychanie zmęczone i tak biedne, że może to "grillowanie", o którym tyle się mówi, jest czymś nieuniknionym. Innym zagadnieniem jest fakt, że nie znamy statystyk i nie wiemy, jaki procent ludności w czasach polskich powstań popierał je. Nie wiem, czy nie jest przypadkiem tak, że we wszystkich społeczeństwach większość ludzi woli się zająć "grillowaniem". Trzeba sobie jednak odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób do tych ludzi dotrzeć. Nie da się tego zrobić poprzez mówienie o tym, że coś jest sprawiedliwe, a coś innego nie.
Dla części osób wstrząsem była katastrofa smoleńska. Zryw narodowy, jaki po niej nastąpił, został jednak natychmiast stłumiony poprzez całkowite odwrócenie systemu wartości. Narzucono nam standardy nagradzania za kłamstwo i za brak odpowiedzialności, a karania za dobro, za poszukiwanie prawdy i za zachowywanie pamięci.
- Selekcja negatywna to zjawisko, które miało miejsce pod panowaniem sowieckim, w PRL. To, co dzieje się teraz, stanowi do pewnego stopnia kontynuację tego procesu. Nie można jednak zakładać, że jeśli wytłumaczymy to ludziom, wtedy stwierdzą oni: "Ach, Palikot łamie tabu cywilizacyjne, więc należy się od niego odwrócić". To było możliwe w wieku XIX, teraz niestety nie jest. Palikot znalazł sposób na dotarcie do niższych warstw ludzkich instynktów i na nich gra. Łączy się to z ogromną nienawiścią do katolicyzmu, która wciąż jest aktywną siłą działającą w świecie. Są w Polsce i na świecie siły, które chciałyby przerobić Polaków na bezwolną masę, zrobić z nich barbarzyńców. Począwszy od Urbana, a kończąc na Palikocie - ich cel jest ten sam: schamienie i ześwinienie polskiego społeczeństwa.
Czyli znowu bolszewia.
- Bolszewia była antychrześcijańska, a właściwie antykatolicka. Była wulgarna, ale niespecjalnie starała się zwulgaryzować innych. To, z czym mamy do czynienia dzisiaj, to jeszcze inna siła, której chodzi o to, żeby z Polaków zrobić naród chamów. Wiele razy się z tym spotkałam, istnieją ludzie, którym niszczenie innych po prostu sprawia przyjemność.
Członkowie rządu uważają swoje działania za "nowoczesne" i budujące silną pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Jak ich działania po katastrofie smoleńskiej zostały odebrane w Stanach Zjednoczonych?
- Zdecydowana większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie jest zainteresowana tym, co dzieje się w niegermańskiej Europie. Ta jednak część społeczeństwa, która zajmuje się zawodowo tymi zagadnieniami, przekazała władzom amerykańskim informacje o polityce rządu Donalda Tuska. Ocena takich działań, jak brak dymisji ministrów po katastrofie smoleńskiej, a wręcz nagradzanie czy awansowanie niektórych urzędników państwowych odpowiedzialnych za poważne zaniedbania odnośnie do zapewnienia bezpieczeństwa prezydentowi RP i lecącej z nim delegacji, jest jednoznacznie negatywna. W wyniku takich działań prestiż Polski na arenie międzynarodowej poważnie się obniżył. Polska nie jest teraz brana pod uwagę w polityce międzynarodowej. Nie w wyniku samej katastrofy, ale tego, co stało się potem - takich działań jak na przykład brak natychmiastowej dymisji ministra obrony narodowej.
Ludzie, którym na Polsce zależy, są teraz bardzo przybici.
- W Stanach Zjednoczonych zamiast lamentować - a tego widzę dużo w polskiej prasie opozycyjnej - ludzie od razu zabierają się do pracy z myślą o przyszłych wyborach. Codziennie trzeba zrobić coś, żeby pozyskać chociaż jednego wyborcę.
Ten podział na "narzekających", okopanych w swoich twierdzach i czekających na to, aż władza sama się zmieni, i na popierających ślepo każde działanie władzy, jest efektem tego, że Polska jest krajem postkomunistycznym, czyli postkolonialnym? Węgry też są przecież krajem postkomunistycznym, a jednak wydają się iść obecnie zupełnie inną drogą niż Polska. Z czego to wynika?
- Z kilku przyczyn. Po pierwsze - Polska wciąż jest krajem katolickim. Jak już mówiłam, na świecie istnieją bardzo zdecydowane siły, które za wszelką cenę chciałyby zniszczyć katolicyzm. W pewnej mierze są one wycelowane w Polskę. Druga przyczyna to rzeczywiście postkolonializm, który widzimy zarówno w pasywności mas, jak i w gotowości do podążania rządzących za obcym "panem". Trzecim wreszcie powodem takiego stanu rzeczy jest degeneracja tego, co kiedyś nazywało się sarmatyzmem. Sarmatyzm oznaczał przekonanie o tym, że człowiek powinien być wolny. Powinien szanować wolność innych, ale samemu także nie dać się zjeść w kaszy. Łączyło się to również z gotowością do obrony wolności, niezależności i spokoju. Wojowniczość została jednak w Polakach stłumiona. Nie widać w Polsce obecnie zdolności do postawienia się władzy. Przyczyną jest tutaj niesamowite wykrwawienie Narodu nie tylko w czasie wojny, ale i w czasie powojennym. Na Węgrzech nie istniał natomiast ideał życia sielskiego, był to zawsze naród wojowniczy. Ten gen wojowniczości pozostał u Węgrów do tej pory.
W jaki sposób obudzić go ponownie w Polakach?
- Trzeba przełamać bierność, organizując spotkania, wykłady, rozmawiając z ludźmi. Przed ostatnimi wyborami w Polsce pojawiały się głosy, że działacze Prawa i Sprawiedliwości niedostatecznie docierali do ludzi. Czasem trzeba to robić na własną rękę. Na portalach społecznościowych widać wyraźnie, jak bardzo ludzie lubią narzekać. A tymczasem mogliby tę energię spożytkować inaczej. Można ich zapytać: ilu wyborców uzyskałeś? Trzeba myśleć o strategii wyborczej, mimo że wybory są jeszcze bardzo daleko. Słyszałam, że partia Palikota już ruszyła do małych miasteczek.
Dziękuję za rozmowę.
Cyfryzacja ręcznie sterowana
Elżbieta Kruk poseł na Sejm RP
Rynek mediów elektronicznych przeżywa dziś rewolucyjną zmianę przejścia z systemu nadawania analogowego na cyfrowy. Cyfryzacja telewizji naziemnej - w ramach szerszego procesu konwersji cyfrowej - jest procesem nieuchronnym. Musi się dokonać dlatego, że w 2015 roku, zgodnie z prawem międzynarodowym, przestanie obowiązywać ochrona analogu.
Współczesne przemiany środków masowego przekazu głęboko rozumiał Ojciec Święty Jan Paweł II, który widząc ich wagę, mówił: "Chodzi tu o rewolucję, która nie tylko niesie ze sobą zmianę systemów i technik przekazu, ale ogarnia cały świat kulturalny, społeczny i duchowy osoby ludzkiej".
Pamiętajmy, że poza nadawaniem naziemnym istnieją inne drogi rozpowszechniania sygnału telewizyjnego, w szczególności satelitarna i w sieciach kablowych. W tym zakresie przechodzenie z nadawania w sposób analogowy na cyfrowy wziął na siebie rynek komercyjny.
Cyfryzacja telewizji naziemnej jest natomiast obowiązkiem państwa, wykorzystuje się tu bowiem częstotliwości radiowe, które są dobrem naturalnym każdego kraju. Ich efektywne wykorzystanie dla dobra społecznego to rola państwa.
Zabrakło debaty
Cyfryzacja może służyć państwu jako doskonałe narzędzie do rzeczywistego wyrównywania szans poprzez eliminację tzw. wykluczenia cyfrowego. Oferta naziemnej telewizji cyfrowej skierowana będzie bowiem także do tych, którzy nie mają dziś dostępu do satelity, kablówki czy internetu.
Państwo jest zobowiązane do stworzenia odpowiednich regulacji dla podmiotów, które chciałyby rozpocząć działalność na szerzej otwartym rynku, oraz by w wyniku tego procesu nikt z obywateli naszego kraju nie został wykluczony z możliwości odbioru telewizji.
Podstawową kwestią w cyfryzacji powinny być korzyści dla przeciętnego mieszkańca Polski, w tym zapewnienie jak największej liczbie odbiorców jak najlepszej oferty programów i usług w nieodpłatnym dostępie i najwyższej jakości.
W strategicznym interesie państwa jest, by wolność słowa, prawa obywateli do informacji oraz interes publiczny w radiofonii i telewizji nie zostały w żadnym stopniu naruszone. Tylko jawny i przejrzysty proces cyfryzacji telewizji naziemnej może być przeprowadzony sprawnie i z sukcesem.
Jego cele, priorytety i zasady winny być wypracowane w otwartej debacie publicznej. Tymczasem wygląda na to, że rządzący zapomnieli o powyżej wspomnianych zobowiązaniach, a zależy im tylko na tym, aby sprawie tej towarzyszyło jak najmniej rozgłosu.
Rząd nie wypracował całościowej koncepcji cyfryzacji. W rezultacie nie znamy ostatecznych zamierzeń państwa. Mamy zaś wiele pytań. Jak się wyraża interes publiczny w cyfryzacji i jakie są jej priorytety? Jakie przyjęto kryteria konkursów na koncesje i rezerwacje częstotliwości? Gdzie jest możliwość kontroli społecznej nad tym procesem? Co z pomocą publiczną? Czy widzowie zdążą się przygotować do nowego standardu, skoro dziś nie ma dostatecznej informacji, a aby odebrać sygnał cyfrowy, wystarczy co prawda zwykła antena, ale już odbiornik musi być dostosowany.
Tylko dla swoich
Co wiemy? Ustawa "cyfryzacyjna" reguluje tylko okres przejściowy procesu, tj. do wyłączenia emisji analogowej, który wskazuje na dzień 31 lipca 2013 roku. Do przekazu bezpłatnej cyfrowej transmisji telewizyjnej uruchamia się 3 multipleksy (format MPEG-4 w standardzie DVB-T), na każdym z nich mieści się do 8 ogólnopolskich programów. Miejsce na multipleksach otrzymali wszyscy obecni nadawcy naziemni (TVP1, TVP2, TVP Info, Polsat, TVN, Puls, TV4), ale w wymiarze podwójnym. Dodatkowo Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji postanowiła przyznać 4 koncesje na rozpowszechnianie programów na multipleksie nowym nadawcom. I ten właśnie proces koncesyjny wzbudził ostatnio tak wielkie kontrowersje.
Krajowa Rada rozdysponowała bowiem kanały telewizyjne bez jasnych kryteriów, wzbudzając uzasadnione podejrzenie uznaniowości.
W wyniku tego postępowania koncesje otrzymały dwie spółki produkujące programy, a nie będące nadawcami: spółki ATM (powiązana kapitałowo z Polsatem) i STAVKA (25 proc. jej udziałów niedługo po decyzji Krajowej Rady wykupiła TVN) oraz Kino Polska Nostalgia - kanał filmowy, i ESKA TV - kanał muzyczny. Kolejne kontrowersje wzbudził fakt rezygnacji Kino Polska z koncesji i przyznanie tego kanału bez konkursu Polo TV nadającej muzykę disco polo.
W rezultacie uprawnienie do nadawania naziemnego dostały dwie spółki producenckie nieposiadające żadnego doświadczenia na rynku telewizyjnym i dodatkowo kapitałowo powiązane z obecnymi nadawcami. Przypomnieć należy, że producentem programów był sam przewodniczący KRRiT Jan Dworak, który własną spółkę producencką sprzedał ATM, której teraz udzielił koncesji. Dwóch kolejnych zwycięzców to telewizje muzyczne należące do holdingu ZPR Zbigniewa Bębenka, jednego z największych graczy na rynku hazardowym, właściciela m.in. "Super Expressu" oraz sieci Radia ESKA, która wchłonęła wiele radiostacji lokalnych, Radio WAWA oraz VOX.
Jawna dyskryminacja
Nie otrzymała natomiast koncesji Fundacja Lux Veritatis nadająca Telewizję Trwam realizującą w swym programie ważną misję publiczną. Tym samym zabrakło w bezpłatnie dostępnym pakiecie naziemnym propozycji programowej dla milionów katolickich widzów, dla których promowane przez tę telewizję wartości chrześcijańskie i narodowe stanowią fundament naszej wspólnoty.
Takie pozamerytoryczne, a wynikające z politycznych bądź innych ukrytych przesłanek decyzje nie zapewniają uczciwego dostępu do rynku i zagrażają pluralizmowi w mediach. Wbrew zapowiedziom KRRiT nie zapewniają też odbiorcom różnorodnej oferty programowej tak, by każdy znalazł dla siebie propozycję.
Skandaliczny jest fakt, że konstytucyjny organ, jakim jest Krajowa Rada, jawnie lekceważy prawo. Otóż Fundacja Lux Veritatis w związku z decyzją KRRiT złożyła w wymaganym terminie 23 sierpnia 2011 roku wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, który do dziś nie został rozpatrzony. Zgodnie z kodeksem postępowania administracyjnego wniosek ten wstrzymuje wykonanie decyzji. Choć decyzja nie jest ostateczna, organy państwa ją realizują.
Fundamentalnym wymogiem demokracji jest zagwarantowanie, by prace nad cyfryzacją rynku mediów były jawne, przejrzyste i - co najważniejsze - nie budziły wątpliwości prawnych.
Dlatego Klub Parlamentarny Prawo i Sprawiedliwość złożył wniosek o zwołanie posiedzenia Komisji Kultury i Środków Przekazu, aby umożliwić zainteresowanym stronom oraz opinii publicznej poznanie powodów takiego rozstrzygnięcia sprawy przez KRRiT. Posiedzenie zostało zapowiedziane na 19 stycznia 2012 roku.
Złożyliśmy również projekt uchwały Sejmu RP w sprawie zlecenia Najwyższej Izbie Kontroli przeprowadzenia kontroli w KRRiT w przedmiocie prawidłowości udzielenia koncesji na nadawanie naziemne. Marszałek Sejmu RP skierowała projekt do Komisji Kontroli Państwowej.
Warto przypomnieć na koniec, że w 2000 r. NIK na zlecenie Sejmu przeprowadziła kontrolę procesu koncesyjnego KRRiT w zakresie realizacji koncesji dla Radia Maryja. NIK stwierdziła wówczas, że Radio Maryja było przez wiele lat dyskryminowane w przydziale częstotliwości radiowych i traktowane w nierówny sposób w porównaniu z innymi ogólnopolskimi, komercyjnymi rozgłośniami radiowymi.
Doświadczenie pokazuje, z jak poważną sprawą możemy mieć do czynienia, a marszałek Sejmu RP ją lekceważy i nie poddaje jej pod plenarne obrady Sejmu RP.
Autorka była prezesem KRRiT w latach 2006--2007 desygnowanym przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Solidarni z Węgrami -Maciej Walaszczyk
Pikietę organizują posłowie: Arkadiusz Czartoryski oraz Stanisław Pięta. Konieczność jej zwołania i przekazania pracownikom przedstawicielstwa unijnego w Polsce apelu tłumaczą presją, jaką na Węgry próbuje wywrzeć Komisja Europejska.
- Będzie to apel o bardziej sprawiedliwe i rzetelne traktowanie Węgier przez Unię Europejską. Węgrzy mają prawo samodzielnie kształtować swoją przyszłość i za nią odpowiadają - wyjaśnia Stanisław Pięta, który przypomina, że w kwietniu 2010 r. Węgrzy dokonali jasnego, jednoznacznego i demokratycznego wyboru, przy poszanowaniu wszystkich zasad obowiązujących w UE, decydując się naprawić katastrofalne w skutkach rządy socjalistów. W środę Bruksela zapowiedziała otwarcie trzech procedur karnych w celu wymuszenia zmiany budzących kontrowersje nowych przepisów. Decyzje mają zapaść do jutra. Komisja Europejska skrytykowała Węgry za to, że nie realizują przyjętego planu trwałego ograniczania deficytu finansów publicznych, i zaleciła otwarcie nowego etapu procedury dyscyplinującej wobec tego kraju, co może prowadzić do sankcji w postaci odebrania przysługujących funduszy spójności.
Jak tłumaczy poseł Czartoryski, chodzi przede wszystkim o węgierski bank centralny, reformę sądownictwa, zmiany w konstytucji, w której Węgrzy zapisali m.in., że chronią małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety. "Dyktat MFW i KE jest skandalem na niespotykaną skalę. Inne państwa europejskie wielokrotnie przekraczały dopuszczalny deficyt finansów, np. Francja, Grecja, Włochy, Hiszpania, i włos nikomu nie spadł z głowy" - napisał w specjalnym oświadczeniu poseł Czartoryski.
- Tym bardziej UE nie ma prawa stosować wobec rządu w Budapeszcie tak ohydnego szantażu. Taka podwójna moralność urzędników UE podważa zaufanie społeczeństw do instytucji, jaką jest Komisja Europejska. Taka nagonka nie powinna mieć miejsca - tłumaczy Pięta.
W piątek podczas ostatniego posiedzenia Sejmu, tuż przed głosowaniami, poseł złożył wniosek formalny o przerwę i zwołanie Konwentu Seniorów w tej sprawie. Wezwał Sejm do zwrócenia, w imieniu Polski, uwagi na sytuację, w jakiej znalazł się rząd Viktora Orbána oraz państwo węgierskie. Akcję lewicowej międzynarodówki, która ujawniła się nie tylko w groźbach Komisji Europejskiej, ale również w wypowiedziach polityków i dziennikarzy, poseł PiS określił mianem "bezprecedensowego spektaklu gróźb, połajanek i nacisków stosowanych przez urzędników UE". Podkreślał, że z jednej strony słyszymy zapewnienia UE o solidarności i wielomilionowej pomocy dla Włoch, Grecji, Portugalii, z drugiej zaś widzimy brutalny szantaż i ingerencję w sprawy wewnętrzne Węgier. Za wnioskiem Pięty głosowało tylko 150 posłów. Przeciw było 287, a jeden wstrzymał się od głosu. Zdaniem Pięty, obojętność polskiego Sejmu jest zdumiewająca.
- Strach i uległość wobec UE okazały się większe niż tradycyjne związki Polski i Węgier. W chwilach tak trudnych powinniśmy się z nimi jednoznacznie solidaryzować. Dzisiaj upokarzani są Węgrzy, a potem przyjdzie czas na upokarzanie innych narodów - podkreśla parlamentarzysta.
Zdegradować Jaruzelskiego
Zdegradowania generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka jako autorów stanu wojennego domaga się Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. POKiN odwołuje się do nieprawomocnego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, który 12 stycznia orzekł, że "stan wojenny w Polsce nielegalnie wprowadziła grupa przestępcza pod kierunkiem Wojciecha Jaruzelskiego", i skazał za udział w tej grupie Czesława Kiszczaka. W przekonaniu sygnatariuszy apelu, degradacja stanowiłaby "symboliczne rozliczenie epoki PRL poprzez nazwanie po imieniu zdrady i bohaterstwa".
MAK blokuje
Przed zaplanowaną na dziś konferencją polskich prokuratorów wojskowych Międzypaństwowy Komitet Lotniczy zablokował na swoich stronach internetowych dostęp do dokumentów w sprawie katastrofy Tu-154M. Wśród nich są materiały prezentowane jako "ekspertyza" zwłok gen. Andrzeja Błasika - imputująca, że charakter obrażeń jego ciała miałby świadczyć o obecności w kabinie pilotów w ostatniej fazie lotu. Te ustalenia rosyjskich ekspertów były dołączone w charakterze formalnego załącznika do raportu firmowanego nazwiskiem gen. Tatiany Anodiny. "Nie znaleziono obiektu" - taki komunikat wyświetlał się wczoraj na ekranie, gdy chcieliśmy dotrzeć do danego dokumentu czy zdjęcia. W serwisie dostępne są tylko lakoniczne komunikaty MAK związane z 10 kwietnia 2010 roku. Załączniki dotyczące innych zdarzeń lotniczych, w tym katastrof, otwierają się bez problemu.
Ta opinia powinna rozpętać burzę
Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem Ewy Błasik, wdowy po śp. gen. Andrzeju Błasiku, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął na Siewiernym, rozmawia Anna Ambroziak
Czego spodziewa się Pan po zapowiedzianej na dziś konferencji prasowej prokuratury wojskowej?
- Jeśli potwierdzą się doniesienia wskazujące na fakt, że w stenogramie z rozmów w kokpicie samolotu Tu-154M nie ma głosu śp. gen. Andrzeja Błasika, to faktycznie okoliczność ta całkowicie zmieni oceny co do przebiegu katastrofy 10 kwietnia 2010 r., a także w sposób ostateczny podważy wiarygodność Rosjan. Okazałoby się bowiem, że ostatni z koronnych dowodów wskazujących na obecność gen. Błasika w kokpicie jest nieprawdziwy. Przypomnijmy tylko, że strona rosyjska oparła swoje twierdzenia w tym zakresie na własnej opinii fonoskopijnej - dziś podważanej, opinii z sekcji zwłok, której wartość już wcześniej była podawana w wątpliwość, jak również oględzin miejsca zdarzenia, które przecież nie mogą być wystarczającym dowodem do stawiania tak daleko idących tez.
Komisja Jerzego Millera oparła się jednak na mistyfikacjach raportu MAK. Przepisy pozwalają na powołanie nowego zespołu. Widzi Pan taką potrzebę?
- Moim zdaniem, samo powołanie komisji Millera było pozbawione podstaw prawnych, tym samym wartość jej ustaleń jest co najmniej ograniczona. Był to organ powołany na potrzeby polskiej polityki wewnętrznej. Premier Donald Tusk chciał po prostu zachować twarz po jednoznacznie negatywnym odbiorze raportu MAK przez polską opinię publiczną. Komisja Millera pracowała na kompletnie niewiarygodnym materiale dowodowym, opartym głównie na dokumentach wybiórczo przekazanych przez MAK. Praktycznie nie przeprowadzała własnych badań. Powołanie, czy też reaktywowanie komisji niewiele zmieni. O wiele cenniejsze byłoby powołanie jakiegoś organu międzynarodowego, który rzeczywiście zbadałby przebieg katastrofy. Premier Tusk obiecywał międzynarodowy arbitraż w niniejszej sprawie i mimo upływu wielu miesięcy o jakichkolwiek działaniach w tym zakresie nie słyszeliśmy.
Sądzi Pan, że nowa opinia fonoskopijna "zmobilizuje" premiera?
- W mojej ocenie, jest to wątpliwe, bo działania rządu w tym zakresie od samego początku były jedynie pozorowane.
Spodziewa się Pan teraz jakiegoś zwrotu w śledztwie?
- Zwrot w śledztwie powinien nastąpić już wiele miesięcy temu po wstępnych informacjach z opinii z sekcji zwłok śp. Zbigniewa Wassermanna. To wtedy po raz pierwszy udowodniono, że strona rosyjska fałszuje dokumenty. Opinia fonoskopijna, jeśli doniesienia medialne się potwierdzą, to kolejny dowód na to, że prace Rosjan były nierzetelne. Przyjęli z góry jedną tezę o winie pilotów naciskanych przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i śp. gen. Andrzeja Błasika. Dziś powinniśmy odpowiedzieć sobie na daleko poważniejsze pytanie, dlaczego w ogóle doszło do takiej manipulacji, dlaczego polski rząd dopuścił do sytuacji, w której taki przekaz, oparty na nierzetelnym materiale dowodowym, poszedł w świat? W tym kontekście sam raport komisji Millera ma niewielkie znaczenie. Jest to oczywiście jakiś dowód w sprawie, ale jego wiarygodność jest bardzo ograniczona, i dla śledczych zapewne nie będzie miał większego znaczenia.
Ale jest w aktach sprawy.
- Raport jest w aktach, prokuratura ocenia wiarygodność wszystkich materiałów. Jakie decyzje w tym zakresie podejmie? Nie wiem. Może np. uznać, że ma już własną opinię, tj. sporządzoną na własne zlecenie, i że to wystarcza. A może też doszukiwać się źródła tych rozbieżności i w tym celu zarządzić np. ustną opinię uzupełniającą, która te wątpliwości wyjaśni.
Powinna powołać do zbadania tych konkretnych rozbieżności nowy zespół biegłych?
- To wszystko zależy od tego, z jakiego rodzaju rozbieżnościami mamy do czynienia i czy udało się je wyjaśnić. Nie bez znaczenia jest także fakt, jaką wiarygodność dowodową mają poszczególne opinie. W mojej ocenie, na tym etapie postępowania, kiedy jeszcze oficjalnie nie wiemy, jak brzmi opinia biegłych z Krakowa, trudno na ten temat spekulować. Wydaje mi się, że dziś nie ma konieczności powoływania kolejnych biegłych, ale będzie można dokonać rzetelnej oceny dopiero po konferencji prokuratury i analizie opinii.
Kogo jeszcze powinni przesłuchać śledczy, osoby, które odsłuchiwały nagrania na terenie Rosji?
- Trzeba na nowo odtworzyć całą sytuację, ustalić, w jaki sposób biegli w Rosji dokonywali odczytu czarnych skrzynek, jakie techniki stosowali, jak strona polska nadzorowała tę czynność. Ale ta kwestia powinna zostać zbadana w ramach zupełnie innego postępowania.
Rzecznik rządu Paweł Graś stwierdził, że "nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był gen. Błasik, czy nie", gdyż i tak "ofiarom katastrofy nie przywróci to życia".
- Widać, że rząd całkowicie bagatelizuje sprawę katastrofy. Trudno mówić, aby tym samym działał w polskim interesie, bo całkowitym nieporozumieniem jest twierdzenie, że sprawa katastrofy, jej przebieg, to sprawa wyłącznie rodzin ofiar. 10 kwietnia 2010 r. zginęli najważniejsi przedstawiciele państwa polskiego, za winną katastrofy uznano wyłącznie stronę polską. To niedopuszczalne i taki przekaz poszedł na cały świat. Moim zdaniem, rzecznik rządu powinien zastanowić się nad tym, jak w świetle kolejnych fałszywych dokumentów przekazywanych przez Rosjan cierpi powaga Polski. Jest niedopuszczalne, aby w tak ważnej sprawie pozwalać sobie na notoryczne kłamstwa i obstrukcję drugiej strony. To pokazuje ogromną słabość państwa. Dziś powinniśmy zastanowić się, jak tę powagę i dobre imię przywrócić.
Nie obawia się Pan, że zmiana narracji w tej sprawie będzie bardzo trudna? Większość dziennikarzy musiałaby teraz publicznie odwoływać swoje tezy, przepraszać za kłamstwa i manipulacje. Łatwiej będzie dalej brnąć w mistyfikacje.
- Rzeczywiście takie obawy są. Odnoszę wrażenie, że niektóre media taką tezę przeforsują, aby bronić się przed zarzutami, iż wcześniej podawały nieprawdę. Zwłaszcza te, które z góry są nastawione negatywnie wobec osoby pana gen. Błasika. Media nie mogą się jednak opierać na szczątkach układanki, skoro jej poszczególne elementy runęły. Ten ciąg argumentów został jednoznacznie obalony i formułowanie dziś tezy o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie jest nadużyciem. Czasem mam też wrażenie, że niektóre z wypowiadających się osób bardziej kierują się swoimi sympatiami politycznymi niż faktami.
Polski akredytowany przy MAK Edmund Klich co i rusz zmienia zdanie - raz mówi, że osobiście słyszał na nagraniach głos Arkadiusza Protasiuka, który zwraca się do kogoś "panie generale", potem się z tego wycofuje...
- Od dłuższego czasu nie traktuję poważnie wypowiedzi Edmunda Klicha. Widać, że bardzo często zmienia on swoje zdanie, wycofuje się z wcześniej przyjętych tez. Rozumiem, że dziś broni on tezy o obecności gen. Błasika w kokpicie, bo powinien być pierwszą osobą, która poniesie odpowiedzialność w przypadku, gdy ekspertyza Instytutu Sehna taką obecność wykluczy. Myślę tu zarówno o odpowiedzialności zawodowej, jak i być może karnej w przypadku, gdyby okazało się, że w trakcie swoich prac w Moskwie nie dopełnił obowiązków. Rodzi się pytanie, dlaczego dochodzi do tak dużych rozbieżność w dokumentach polskich i rosyjskich. Warto ustalić, kto ze strony polskiej brał udział w odczytywaniu zapisów czarnej skrzynki samolotu Tu-154M i dlaczego nie protestował, gdy widział, że prace te uchybiają podstawowym standardom.
Dlaczego identyfikacja głosu dotychczas przypisywanego gen. Błasikowi trwała tak długo?
- Krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna to jedna z najlepszych placówek w Europie. Mam do niej zaufanie. To, że biegli pracowali tak długo na materiale dowodowym, świadczy tylko, jak wnikliwie go badali. Nie jest to też nadzwyczajna sytuacja, w procesach sądowych takie analizy często zabierają wiele miesięcy, a tym bardziej w sprawie tak ważnej nie można było pozwolić sobie na błędy. To raczej czymś niestandardowym jest odczytywanie w sposób wiążący zapisów czarnych skrzynek już kilka tygodni po katastrofie. Takie badania zawsze powinny być poparte dużą dozą ostrożności, gdyż później trudno jest naprawić powstałe błędy.
Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz "sprywatyzował" ten problem, mówiąc, że nowe odczyty są wprawdzie przewrotem kopernikańskim, ale tylko dla rodziny gen. Andrzeja Błasika i jego kolegów lotników.
- Niestety, można odnieść takie wrażenie. A przecież jest zupełnie inaczej. Ale sprawa nagrań w kokpicie i wniosków z tego płynących to nie problem jednej rodziny - śp. gen. Andrzeja Błasika, ale nas wszystkich, Polaków. To głównie na tej podstawie budowano tezę o błędach polskich pilotów, ich brawurze i rzekomych naciskach. Dziś należałoby się zastanowić, jak te informacje przekazać międzynarodowej opinii, by odzyskać dobre imię Polski. Niestety do takiej sytuacji, w której kierowano pod naszym adresem nieprawdziwe zarzuty, doprowadziły błędy obecnej ekipy rządzącej, dlatego stara się bagatelizować tę sprawę i umniejszać rolę nagrań z kokpitu. Wszystkie okoliczności, które w ostatnich miesiącach wyszły na jaw, są dla tej ekipy po prostu niewygodne.
Stefan Niesiołowski (PO), szef sejmowej komisji obrony, zapowiedział już, że dziś PiS "rozpęta na nowo piekło smoleńskie".
- Taką burzę trzeba rozpętać. I niektórzy powinni się jej bać. Wszyscy, którzy są winni tej sytuacji, powinni ponieść odpowiedzialność. Nie można w żaden sposób, używając takich pseudoargumentów, jak robi to pan Niesiołowski, kneblować ust w tej sprawie.
Generał Błasik był regularnie znieważany i lżony. Przez niemal dwa lata do opinii publicznej sączyły się obraźliwe oskarżenia o pijaństwo, nieprzestrzeganie przepisów, nadużywanie pozycji służbowej. Czy rozważa Pan jako pełnomocnik Pani Ewy Błasik wystąpienie na drogę prawną wobec tych, którzy obrażali jej męża?
- Jest pytanie, jak ocenić zaangażowanie niektórych osób i mediów, które z uporem godnym lepszej sprawy starają się nadal, wbrew oczywistym faktom, przekonywać o obecności generała w kokpicie. Moim zdaniem, z każdym dniem tracą na swojej wiarygodności. Poczekajmy do ostatecznych ustaleń prokuratury, ale jeśli pomimo rozstrzygnięcia tego organu będzie dochodziło do tego rodzaju insynuacji, to na pewno rodzina śp. gen. Błasika rozważy podjęcie kroków prawnych.
Kto powinien bić się teraz w piersi? Żaden z oficjalnych czynników państwowych nie protestował publicznie w obronie dobrego imienia gen. Błasika. Pamiętam, jak dziennikarzom "Naszego Dziennika" obrywało się, kiedy pisaliśmy o braku wiarygodnych dowodów potwierdzających tezę naciskową czy samą obecność generała w kokpicie.
- W mojej ocenie, "Naszemu Dziennikowi" należą się słowa uznania, bo jako jedno z nielicznych mediów czyniło zadość rzetelności dziennikarskiej. Większość innych redakcji, opierając się na niesprawdzonych poszlakach, starała się budować wersję o rzekomych naciskach i obecności generała w kokpicie. "Nasz Dziennik" zachował się tak, jak należy, podszedł powściągliwie do tego rodzaju rewelacji. Należy pamiętać, że rzucając podobne oskarżenia, trzeba mieć nie sto, a dwieście procent pewności co do faktów. Dotykają one bowiem w sposób bardzo bolesny konkretne osoby, rodziny, a także całe państwo polskie i nigdy tego rodzaju informacje nie powinny być oparte na domysłach. Dziennikarze "Naszego Dziennika" od samego początku starali się opierać swoje materiały właśnie na faktach, które nie pozwalały na formułowanie tego rodzaju insynuacji. Dziś okazuje się, że właśnie ten rzetelny warsztat wziął górę nad poszukiwaczami taniej sensacji. To dziennikarze "Naszego Dziennika" mieli rację, a przy tym zachowali się godnie, nie krzywdząc ani rodziny śp. gen. Andrzeja Błasika, ani nie szkalując dobrego imienia Polski.
Dziękuję za rozmowę.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka