W stronę Berlina? -Jan Maria Jackowski
Nie przestaniemy pytać -Zuzanna Kurtyka
Radykalny - znaczy zakorzeniony
Z Pawłem Zyzakiem, autorem książki "Gorszy niż faszysta", rozmawia Agnieszka Żurek
Lewicowi mentorzy Baracka Obamy-Paul Kengor politolog, Grove City College, Pensylwania
Brzęczące okowy niewoli
Dr Jarosław Szarek Instytut Pamięci Narodowej, Oddział w Krakowie
Węgrzy czekają na konkrety
Z Gergelym Pröhle, wiceministrem spraw zagranicznych Węgier, rozmawia Piotr Falkowski
Kosztowna samowolka Dworaka -Małgorzata Goss
Bez dokumentów, bez dowodów -Anna Ambroziak
W stronę Berlina? -Jan Maria Jackowski
W najbliższym czasie będą się rozstrzygały dalsze losy Polski i Europy. Pod koniec stycznia ma się odbyć szczyt Unii Europejskiej, na którym zapadną "kolejne ważne decyzje". Tymczasem w zaciszu gabinetów trwają negocjacje i poważni gracze europejskiej sceny twardo się targują w obronie swoich narodowych interesów. Co potrafi ekipa Donalda Tuska, już mogliśmy się przekonać po berlińskim wasalnym hołdzie Radosława Sikorskiego i całkowicie uległemu Niemcom stanowisku polskiego rządu na szczycie ostatniej szansy 8 i 9 grudnia 2011 roku. Teraz się okazało, że rzekomy sukces polegający na zapobieżeniu podziału UE na dwie prędkości okazał się katastrofą, bo kraje spoza strefy euro nie będą zapraszane na szczyty euro, mimo iż za "ratowanie" wspólnej waluty mamy zapłacić 6 miliardów euro.
Kto nie szanuje sam siebie - ten nie jest szanowany przez innych. Berlin traktuje ekipę Tuska jak chłopców na posyłki. Gołym okiem widać, że Niemcy 67 lat po przegraniu II wojny światowej znowu idą na całość i bardzo konsekwentnie prowadzą działania mające na celu zdominowanie Europy kontynentalnej. Wykorzystują do tego Unię Europejską, która pierwotnie była pomyślana jako pomysł na europeizację Niemiec, a dziś służy Berlinowi jako znakomity instrument do germanizacji Europy.
Niemcy na Wschodzie grają z Rosją. Mają kilkuwiekowe tradycje tej obopólnie korzystnej współpracy, odbywającej się w znacznej mierze kosztem Polski. Wspólnie wybudowali Gazociąg Północny będący symbolem dobrych relacji na osi Berlin - Moskwa, który słusznie kilka lat temu został przyrównany do paktu Ribbentrop-Mołotow. Współdziałaniu w newralgicznym obszarze energetycznym czy na rynku kolejowym towarzyszy zacieśniająca się współpraca wojskowa. Na Zachodzie Niemcy posługują się Francją, która jest już za słaba, by odgrywać samodzielniejszą rolę. Włochy i Hiszpania coraz bardziej pogrążają się kryzysie. W ten sposób Niemcy dysponujące największym potencjałem demograficznym i gospodarczym wysuwają się na pozycję lidera.
Obecni kierownicy naszej nawy państwowej dali się sprowadzić do roli usługujących kanclerz Merkel. Zamiast zostać liderem regionu i zacieśniać współpracę z Pragą i Budapesztem, by wzmocnić pozycję Polski, rząd daje się prowadzić na niemieckiej smyczy. W ten sposób Berlin ma ułatwioną sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej, bo Czesi i Węgrzy są zbyt słabi, by prowadzić jeszcze bardziej niezależną politykę.
Bardzo wyraźne weto wobec niemieckich porządków w Unii Europejskiej zgłasza Londyn. Brytyjska polityka jest konsekwentna i od wieków niezmienna. Jej istota polega na zwalczaniu najsilniejszego państwa na kontynencie i obsadzeniu się w roli rozgrywającego, który decyduje, kto jest zwycięzcą. A ponieważ od zjednoczenia Niemiec w 1871 roku Berlin dąży do podboju Europy, więc wyspiarze są naturalnym przeciwnikiem imperialnych teutońskich zapędów. W realizacji swojej polityki mają wiele atutów, między innymi wpływy w byłych koloniach, potężne finansowe londyńskie City, a także atut militarny, bo od 67 lat brytyjskie wojska okupacyjne stacjonują w Niemczech i są utrzymywane przez niemieckiego podatnika. Londyn ściśle współpracuje z krajami skandynawskimi, zacieśnia dobre relacje z Rzymem.
Polska polityka zagraniczna wymaga realizmu i reorientacji polegającej na wykorzystaniu obecnej aktywności na scenie europejskiej naszych naturalnych sojuszników.
Nie przestaniemy pytać -Zuzanna Kurtyka
Po raz kolejny czytam stenogram zapisu czarnych skrzynek. Po raz kolejny zastanawiam się, dlaczego, za co muszę jeszcze raz przeżywać te chwile? Wyobrażać sobie, co czuł, co myślał Janusz. Czy się bał? Tak, pewnie się bał. Każdy się wtedy boi. Czytam w zapisie: krzyki. Wiem, że on nie krzyczał. Na pewno nie. Ale muszę przejść przez to jeszcze raz, bo wczoraj dziennikarka Polsat News powiedziała mi, że winni i tak byli piloci, bo odchodzili na autopilocie, a ja nie potrafiłam jej powiedzieć, że znowu kłamie, bo nie zdążyłam przeczytać stenogramów, nie zdążyłam porozmawiać z kimś kompetentnym. Wychodziłam o godz. 19.00 z pracy. Dziś stenogram znalazłam w internecie. 8.40.53.1 - drugi pilot mówi: odchodzimy. Tylko tyle i aż tyle. 2 sekundy wcześniej padła taka komenda kapitana. A potem już tylko nawigator podaje coraz mniejszą wysokość: 8.40.53.7 - 70; 8.40.54.6 - 60; 8.40.55.2 - 50; i dalej 40, 30, aż w końcu 8.40.58 - 20 i... koniec, albo początek końca. Nikogo w kabinie nic nie niepokoi, nikt nic nie robi. Wszystko jest OK. Czy piloci zasnęli?
W stenogramie o godz. 8.20.29.4 pojawia się pierwsza informacja o zniekształceniach na taśmie (karbowanie taśmy). Do tego momentu wszystko wydaje się logicznie spójne. Potem już nic.
Życie legło w gruzach
Dzień po odczytaniu przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych zapisu czarnych skrzynek rządowego tupolewa 101 na jednym z portali pojawia się wpis: "Nikt o zdrowym rozsądku nie zajmuje się już tym wypadkiem. Normalny wypadek komunikacyjny będący skutkiem błędu - stało się. Każdy normalny człowiek zajmuje się codziennym życiem w realiach tego kraju, a nie wciąż wypadkiem samolotu. Nie zmienia to faktu, że rodziny smoleńskie nie dość, że się obłowiły, zgarniając kupę nienależnej forsy, to jeszcze szukają, jakby coś skubnąć z Polaków...".
Ile podłości może zmieścić się w jednym człowieku? Po raz kolejny jest mi wstyd, że też jestem człowiekiem. Pamiętam, jak bardzo chciałam, żeby ten samolot, którym leciałam wraz z dziećmi do Moskwy 11 kwietnia 2010 r., też się rozbił. Patrzę, jak dzieci tych ludzi bezgłośnie, do dziś, łykają łzy. Kobiety, które nie rozumieją, co się do nich mówi, ale starają się być dzielne i nie trząść się tak mocno. Zagubionym, pustym wzrokiem jeden z mężczyzn ciągle patrzy w dal. Obłowiliśmy się... Rodziny zostały zniszczone, zostały zniszczone dzieci, nasze życie nigdy już nie będzie normalne. Obłowiliśmy się w nieszczęście. Pozostaje tylko życzyć temu komuś, by sam się tak obłowił.
Strach przed prawdą
Łapię się na tym, że sama dopiero co użyłam słowa "normalny", tak często używanego przez tego człowieka z Onetu. Sam siebie nazywa normalnym człowiekiem. Kryterium normalności?
Wydaje się truizmem twierdzenie, że człowiek ma ciało i duszę, a tu proszę, okazuje się, że nie dla wszystkich. Jak wynika z cytowanego wpisu, do bycia normalnym potrzeba tylko ciała. A życie sprowadza się do zaspokojenia jego potrzeb fizjologicznych w "realiach tego kraju". Z wpisu wynika również, że "normalnego" człowieka można nauczyć czytać i pisać. Nie można natomiast nauczyć myśleć, nie można nauczyć uczuć i wartości wyższych niż podstawowy pęd do zachowania siebie i gatunku. Nic więc dziwnego, że komuś takiemu normalna się wydaje Tragedia 10 Kwietnia. Dostojewski pisał, że człowiek potyka się o kretowiska. Na pewno nie myślał o "normalnym" człowieku, bo jak widać, ten potyka się o wszystko. O rzeczy małe i wielkie. Wszystko go przerasta.
Zastanawiam się, kto pozbawił tak dużą grupę Polaków cech człowieczeństwa uznawanych dotąd za podstawowe dla naszej kultury? Tych wartości wyższych, dzięki którym zapisaliśmy się na kartach historii cywilizacji w sposób wyjątkowo piękny i szlachetny. Czy wystarczyło 50 lat komunizmu i 20 lat popłuczyn po nim, by zmienić mentalność Narodu? Zdeprawować nas, Polaków?
Dziś, mogę odpowiedzieć sobie, że tak.
I właśnie to obnażyła i obnaża na co dzień Tragedia Smoleńska. Ten fakt odbija się w niej jak w lustrze i dlatego tak bardzo usiłuje się ją zepchnąć w niebyt. Trudno jest pogodzić się z bolesną i złą prawdą o sobie. Lepiej stłuc lustro, niż oglądać w nim codziennie odrażające widmo. Niestety, okazuje się, że nie da się wytłuc wszystkich luster na świecie, tak jak nie da się zdeprawować, kupić, oszukać wszystkich ludzi.
Po ogłoszeniu zapisu stenogramów przez Instytutu Ekspertyz Sądowych po raz kolejny pojawia się pytanie: w jakim celu tyle ludzi tak kłamie? Czy dlatego, że był to "normalny wypadek"?
Po raz kolejny zadziwia sposób traktowania nas, czyli ofiar "normalnego wypadku": prokuratorzy nie chcą się z nami spotykać. Dane o nowych wątkach śledztwa przekazywane są nie pokrzywdzonym, a... dziennikarzom. Odbywa się konferencja prasowa, na którą nie zostają wpuszczeni pokrzywdzeni i ich prawni przedstawiciele. "Normalność". Prawdopodobnie jasna dla wszystkich "o zdrowym rozsądku". Dla mnie to zwykły strach. Strach przed prostymi pytaniami, strach przed koniecznością kłamania prosto w oczy, bo najczęściej kłamie się ze strachu. I brak poszanowania prawa. Bezprawie.
Gdzie są dowody
Myślę, że wiem, na czym teraz opierać się będzie polityka medialna robienia ludziom wody z mózgu. PR-owcy już na to wpadli i teraz pociągną dalej: mamy myśleć, my, "normalni" ludzie: to, że nie zidentyfikowano głosu gen. Andrzeja Błasika w kabinie, nie oznacza, że go tam nie było. A najważniejsze: przyczyna "normalnego wypadku" jest znana, została ustalona, zarówno przez komisję ekspertów ministra Millera, jak i zwykłego internautę: "normalny wypadek komunikacyjny" będący "skutkiem błędu", oczywiście kierowcy.
Tę tezę trzeba za wszelką cenę wdrukować w głowy Polaków. Powtarzać i powtarzać, aż przez sam zabieg powtarzania stanie się prawdziwa. A dowody? Dowody na błąd pilotów? Dowody są nieważne. I niepotrzebne. Normalnemu człowiekowi.
Ja jednak nie dorosłam do takich kryteriów normalności i dlatego pytam po raz kolejny: jeżeli drugi pilot poprawnie odczytywał wysokość, jeżeli w procedurze schodzenia i odchodzenia nie ma błędu, to na czym właściwe ma polegać ten BŁĄD PILOTÓW?
Może na tym, że uwierzyli komunikatom wieży w Smoleńsku, że są "na kursie i na ścieżce"? Może intuicyjnie, tak jak to robi Anodina, wyczuwając ich intencje, powinni wyczuć intencje kontrolerów wieży? Nie przyszło im do głowy, że mogą być źle naprowadzani? Tak, to jest ich błąd!
Właśnie dowiedziałam się, że w Moskwie znalazły się taśmy z nagraniami z wieży w Smoleńsku. Intuicyjnie wyczuwam, że podrzucił je tam po prawie dwóch latach przetrzymywania Jarosław Kaczyński. A ukradł je Rosjanom, gdy 10 kwietnia identyfikował w Smoleńsku brata. Czy taka wersja odpowiada "normalnym Polakom"? Mam nadzieję, że tak.
Niestety, mam więcej pytań. Na przykład, dlaczego komisja Millera nie posiadała protokołu oględzin miejsca wypadku?
Jakie były wymiary miejsca określanego jako strefa 1. i ile ciał znaleziono w tej strefie?
Dlaczego to, że ciało gen. Błasika znaleziono właśnie w strefie 1., ma być jednoznaczne z faktem, że znajdował się w kabinie pilotów?
Dlaczego nadal były minister Jerzy Miller i Edmund Klich twierdzą, że gen. Błasik był w kabinie, chociaż nie dysponują na to żadnym dowodem?
Z przyjętego załącznika 13 (tak, to ten słynny już załącznik, według którego toczy się "śledztwo") czarne skrzynki powinny znajdować się w Polsce od czasu, gdy MAK zakończył swoje postępowanie. Kto wydał zgodę na to, żeby znajdowały się w Moskwie? Czy w tym kraju obowiązują jakieś normy prawne?
Kiedy czytam procedury obowiązujące w świecie dotyczące postępowania w przypadkach katastrof lotniczych, to mam wrażenie kompletniej nierzeczywistości. Wszystkie one zostały w przypadku Tragedii 10 Kwietnia złamane. I to nie tylko przez Rosjan, bo to mnie akurat nie dziwi, ale przez nasz rząd i instytucje, które do tego zostały powołane.
Bardzo bym chciała, żeby odpowiedzieli mi "normalni Polacy", dlaczego akurat ludzie, którzy wtedy zginęli, i my, ich rodziny, nie mamy prawa do normalnego, tzn. zgodnego z prawem śledztwa?
Dlaczego inni, mniej "normalni Polacy", nie mają prawa protestować przeciwko łamaniu procedur zarówno przez nasz rząd, jak i przez Rosjan? Dlaczego mamy biernie godzić się na poniżanie naszego prezydenta, naszych generałów, naszych pilotów w oczach całego świata tylko i wyłącznie na podstawie intuicyjnych hipotez pani Anodiny?
Dlaczego nie mamy prawa żądać, by eksperci odpowiedzialni za to śledztwo byli niezależni? By nie było w ich przypadku podejrzenia konfliktu interesów i aby śledczy nie byli poddawani naciskom politycznym? Dlaczego mamy się godzić, by na oczach całego świata traktowano nas jak ludzi ze statusem niewolników, a nasz kraj jak półkolonię? Jeśli po to, by zasłużyć sobie na miano "normalnego człowieka", to ja głośno mówię: nie, dziękuję. Na szczęście takich jak ja jest więcej.
Autorka jest lekarzem, wdową po prezesie Instytutu Pamięci Narodowej prof. Januszu Kurtyce, który zginął w katastrofie Tu-154M pod Smoleńskiem.
Radykalny - znaczy zakorzeniony
Z Pawłem Zyzakiem, autorem książki "Gorszy niż faszysta", rozmawia Agnieszka Żurek
W swojej książce "Gorszy niż faszysta" cytuje Pan wypowiedź Bronisława Komorowskiego - skądinąd historyka - na temat napisanej przez Pana biografii Lecha Wałęsy. Ówczesny marszałek Sejmu zarzucał Panu "przechył w stronę radykalizmu nie tylko politycznego, ale i historycznego".
- Najpewniej jest jeszcze jednym spontanicznym hasłem Bronisława Komorowskiego, stygmatem w rodzaju "kontrowersyjnego historyka", "pistoryka". Moim zdaniem, Komorowski jest "radykalnym prezydentem" i założę się, że ma rogi i ogon, a w nocy pije krew lamy. Dlaczego lamy? Nie wiem, wymyśliłem ją spontanicznie. Niech udowodni, że nie zbliżał się ostatnio do zoo. Przejaskrawiam, ale chyba tylko żartem można obecnie powstrzymywać ludzi władzy od praktyk wzmacniania podziałów w społeczeństwie. ç propos, słowo "radykalny" pochodzi od łacińskiego słowa "radix" - korzenie lub zakorzenić się. Człowiek kultury klasycznej będzie dumny, mówiąc o sobie, że jest w czymś zakorzeniony. Dla człowieka kultury postklasycznej słowa mają znaczenie intuicyjne. Po prostu padają. Osobiście staram się ważyć słowa i nie używać określeń, których nie jestem w stanie wystarczająco uzasadnić. Historyk może być rzetelny albo nie, płodny lub nie, dociekliwy lub nie. Swoboda w przenoszeniu terminów ze świata polityki do świata nauki - nawet tak pustych, jak "radykalny" - nie świadczy dobrze o jej kondycji.
Nie ma Pan wrażenia, że część środowisk patriotycznych dała się zaszantażować? Niektórzy politycy "prawicy" robią wszystko, żeby uniknąć nazwania ich "radykałami".
- Patriota wkracza do życia publicznego z ambicją, energią, wolą zmian i misją, pełen optymizmu, wiary we własne możliwości oraz przekonany o jak najlepszych intencjach pozostałych członków środowiska. Zdarzają się przypadki, że kiedy patriota osiągnie pewien pułap popularności, zaczyna łapczywie spoglądać na przedstawicieli politycznego mainstreamu. Po stronie "patriotycznej" unosi się smog defetyzmu, po tamtej - ostentacyjny optymizm. Panuje tu materialna i zawodowa stabilizacja, możliwość awansu, gwarantowane bezpieczeństwo najbliższych, możliwość dotarcia do szerszej publiczności, a nawet międzynarodowe uznanie. I bywa, że z tego wszystkiego, z czym patriota wspinał się po szczeblach kariery w swym środowisku, na szczycie pozostaje już tylko z ambicją. Powodów ewolucji patrioty może być wiele. Zawsze jednak to patriota będzie odpowiedzialny za swoją drogę, choć środowisko bardzo często zrobi wszystko, aby mu ją ubić. Niektórzy patrioci z premedytacją przekraczają granicę, którą nazywamy lojalnością, inni pod wpływem zmian w życiu osobistym, jeszcze inni zawierając nieskończoną ilość kompromisów do momentu, gdy okazuje się, że są od nich uzależnieni. Obserwując poczynania wielu patriotów, dostrzegam też frustrację poczuciem egzystencji na outsidzie życia publicznego. "20 lat minęło, Heniek i Rysiek poszli w ministry, dacze pobudowali, dzieci ustawili, a ja g... mam. A przecież mniejsi byli w opozycji niż ja".
Spędził Pan sporo czasu w USA. Czy stosunek amerykańskich historyków do Lecha Wałęsy jest rzeczywiście tak entuzjastyczny, jak chciałyby tego niektóre polskie środowiska budujące legendę byłego przywódcy "Solidarności"?
- Znam niewielki skrawek tego środowiska, muszę zatem podeprzeć się znajomością literatury historycznej na temat polskich dziejów. Respekt do nazwiska Wałęsa jest autentyczny, ale ogranicza się do symbolu. Niewielu historyków zna arkana kariery tego człowieka lub nawet interesuje się nimi. Jeśli zapyta pani najmądrzejszego Amerykanina, czy Wałęsa jest według niego z prawicy czy z lewicy, dowie się pani dwóch rzeczy. Po pierwsze, że Amerykanie prawie nic nie wiedzą o Wałęsie. Po drugie, że zupełnie nic nie wiedzą o współczesnej Polsce. Pozytywną rolę Wałęsy w latach 80. przedstawia się, budując luźny zbiór działań doraźnych. Wziął udział, zaapelował, skrytykował. Zawsze zbiór, nigdy sumę, nigdy syntezę. Polegając na takiej metodyce, zgłębiając zagadnienie, czy w perspektywie 10 lat, między 1980 a 1990 rokiem Wałęsa osiągnął swój cel i zrealizował program, staniemy przed ścianą. A przecież mówimy ponoć o Piłsudskim bis, "strategu". Skąd najmądrzejsi nawet Amerykanie mają znać Wałęsę, skoro najwybitniejsi historycy w Polsce nie powiedzieli dotąd, jak miała wyglądać Polska Wałęsy i czy się udała!
Publikacja Pańskiej książki o Lechu Wałęsie postawiła w stan gotowości polityków, instytucje publiczne, uczelnie i media. Taka sytuacja byłaby możliwa w Stanach Zjednoczonych?
- Niezależnie od położenia na globie - myślę o państwach wewnętrznie i zewnętrznie suwerennych - jeżeli bohater biografii jest czynnym politykiem, ma prawo się wypowiedzieć. Będzie jednakże wstrzemięźliwy i taktowny. Uczyni wszystko, aby nie dać po sobie poznać, że przesadnie przejmuje się sytuacją i domaga się odwetu. Lech Wałęsa publicznie obwieścił takie żądania, poinstruował władze, gdzie powinny interweniować ("jak mogli go zatrudnić", "kto mu dał magistra"), i doczekał się reakcji na swój apel. Zasadnicza część polskiego dziennikarstwa odegrała rolę pośrednika, wymuszając wręcz na politykach obozu rządzącego legislacyjne konkrety, rzecz jasna zadowalające Wałęsę. Najbardziej szokująca w obu sprawach książek o Wałęsie była rola świata mediów. Gdyby największe ośrodki medialne przynajmniej pozorowały swoją misję, politycy nie odważyliby się pacyfikować świata nauki i piętnować pojedynczych śmiertelników.
Jak ocenia Pan stopień rozpowszechnienia tezy o rzekomym "polskim antysemityzmie" w środowisku amerykańskich historyków i studentów historii?
- Problem jest jak najbardziej realny. Kolejne fazy krystalizowania się tego image´u przypadają na czasy powojennych pogromów inspirowanych przez Sowietów, dalej na rok 1956 i ofensywę propagandową "puławian" oraz na rok 1968 roku, czyli czystkę antysemicką wewnątrz reżimu komunistycznego, przelaną później na polski stereotyp. Wyobrażeniem o "polskim antysemityzmie" żywi się część amerykańskiej lewicy, do której należy pan Gross. Są to zarówno Żydzi, jak i nie-Żydzi. Paradoks polega na tym, że większość Żydów w Stanach Zjednoczonych głosuje na Partię Demokratyczną, a nie na Republikanów, którzy są zwolennikami braterskiego sojuszu z Izraelem. Joe, mój kolega z Waszyngtonu, amerykański konserwatywny Żyd - dodam, że niezwykle oczytany i inteligentny, zresztą wysoki urzędnik Banku Światowego - oprowadzał mnie w zeszłym roku po Santa Monica. Poznał mnie ze swoim znajomym z dzieciństwa, Erykiem, produktem kalifornijskich uniwersytetów. Facet już w trakcie drugiej naszej dysputy zapytał mnie o współudział Polaków w holokauście. Było w tym coś ofensywnego, więc poirytowany powiedziałem mu, że jest źle poinformowany, a ja nie mam czasu, żeby wyprowadzać go z błędu. Powiedziałem o tym Joe. Odparł: "Przecież w obozach koncentracyjnych ginęli też Polacy!". Książki pana Grossa są jak woda na młyn dla wszelkiej maści pseudointelektualistów, zarówno studentów, jak i ich wychowawców. Zobaczy je pani w Ameryce w niemal każdym wielkomiejskim Muzeum Holokaustu, na półce obok książek o Endlösung. Inną sprawą są jego motywy. A te stanowią element tożsamości jednej z grup "komandosów", do której akurat Gross w latach 60. należał, a która podsycała wśród swoich członków kompleks antypolski, aby przykryć inny, kompleks dzieci wywodzących się z grupy utrwalaczy reżimu stalinowskiego.
Gościem pierwszego wieczoru promocyjnego książki o Lechu Wałęsie była śp. Anna Walentynowicz. Jak zapamiętał Pan spotkanie z "Anną Solidarność"?
- Ludzie pokroju Anny Walentynowicz tworzą własny mikroświat, w którym wszystko jest słusznie proste. Nie trzeba zastanawiać się, kto jest kim lub z kim, jakie ma zamiary, jaki interes i czym cię zaraz zaskoczy albo jaki szykuje na ciebie bat. Człowiek czuje się odprężony i natchniony do rozmowy, bo może liczyć na szczerą wymianę zdań. Bynajmniej nie przekonuję pani, że Anna Walentynowicz była świętą albo błogosławioną, ale że była człowiekiem dobrym, bardzo dobrym. Każdy z nas potrzebuje w swym otoczeniu kogoś takiego. Kiedy na spotkaniu autorskim w Gdyni w marcu 2009 r. Anna Walentynowicz dziękowała mi za pracę włożoną w książkę, czułem skrępowanie, którego nie odczuwam nawet w sytuacjach problemowych.
O kim zamierza Pan opowiedzieć w swoich następnych książkach?
- W kolejnych moich pracach pojawią się i mniej, i bardziej zapomniani bohaterowie walki o niepodległość. Zamierzam spojrzeć na naszą historię najnowszą z dystansu. Pojąć rzeczy, których nie zrozumiem, jeśli ograniczę się do polskich archiwów. Jeżeli na przykład pan Gross maksymalnie zawęża perspektywę poznawczą, ograniczając ją tylko do "sikania" czy "urologii", czyli wypierając ją z kontekstu, ja chcę ją maksymalnie rozciągnąć i urozmaicić. Chcę zbadać na przykład znaczenie zagranicznych ośrodków wpływu, w kontekście sytuacji społeczno-politycznej w PRL.
"Gorszego niż faszysta" dedykuje Pan synowi Filipowi, pierwszym recenzentem była Pana żona. Czy bodźcem do działania jest dla Pana właśnie chęć zmiany polskiej rzeczywistości z myślą o świecie, w jakim będzie żyć Pana rodzina?
- O, naturalnie. Na pewno jednym z ważniejszych. Chyba każdy rodzic pragnie, ale niekoniecznie czyni wszystko, aby jego dzieci żyły w lepszym świecie. Pragnie, żeby były mądre, zdolne i zdobywały wykształcenie mniejszym nakładem sił aniżeli on sam, a zaoszczędzoną energię przelały na dodatkowe kwalifikacje.
Ostatnie pytanie nieco w oderwaniu od głównego tematu rozmowy, niemniej jednak ważne. Jakie są Pana pasje pozahistoryczne?
- Lubię literaturę XIX-wieczną, nadrabiam polską, ale w ostatnich latach udało mi się przeczytać najważniejsze dzieła klasyków francuskich: Prousta, Zoli, Balzaca i Hugo, oraz rosyjskich: Tołstoja i Dostojewskiego. Próbowałem przekonać się do Hemingwaya - "Komu bije dzwon" i "Wyspy na Golfsztromie", ale zupełnie nie przypadł mi do gustu. Wspaniały jest Mann i jego "Buddenbrookowie", nie mówiąc o genialnej "Czarodziejskiej górze". Lubię powieści psychologizujące, ale nie takie, które nadają bohaterom rysy nazbyt karykaturalne, jak to jest u Dostojewskiego. Z fascynacji ludzką psychologią bierze się moja słabość do biografii i literatury pamiętnikarskiej. Lubię podróże, ale nie samotne. Podczas ostatniego pobytu za oceanem przejechaliśmy z rodziną samochodem spory kawałek Ameryki. W przerwie między pracą w archiwach był czas, żeby zabłądzić na pustyni Mohave oraz przejechać wybrzeżem Pacyfiku trasę z Los Angeles do San Francisco - niezapomniana przygoda. Przy sprzyjającej pogodzie wybieram się w góry postrzelać. Nawyk z czasów Związku Strzeleckiego. Do pracy nastraja mnie muzyka spokojna, ale nie klasyczna. Odpowiada mi jazz i blues, na przykład Norah Jones z pogranicza jednego i drugiego, ale przede wszystkim muzyka filmowa. Moi ulubieni kompozytorzy to Cliff Martinez i Hans Zimmer. W trakcie jazdy samochodem zdecydowanie coś żwawszego.
Dziękuję za rozmowę.
Lewicowi mentorzy Baracka Obamy
Paul Kengor politolog, Grove City College, Pensylwania
W listopadzie 2008 r. w Stanach Zjednoczonych miało miejsce szokujące wydarzenie: Amerykanie wybrali prezydenta w ekstremalnym stopniu związanego z komunistami i radykałami. Mówią o tym rozmaite źródła - od Franka Marshalla Davisa, mentora Baracka Obamy z okresu jego dzieciństwa, po jego pastora z Chicago Jeremiasza Wrighta. Wskazują one na niepokojącą liczbę radykałów i agitatorów z okresu rewolucji lat 60. Niemożliwe jest wymienienie tutaj ich wszystkich, podam jednak w tym tekście kilka przykładów.
Studenci na Rzecz Demokratycznego Społeczeństwa
W 2008 r. grupa byłych radykałów z lat 60. założyła organizację nazwaną "Postępowcy dla Obamy". Jej członkowie i osoby ją wspierające byli także liderami stworzonej w latach 60. organizacji Studenci na Rzecz Demokratycznego Społeczeństwa (Students for a Democratic Society - SDS). Grupa ta, mimo że została stworzona w latach 60., ma swoje korzenie w socjalistycznej Lidze na Rzecz Demokracji Przemysłowej (League for Industrial Democracy), która z kolei wywodzi się z powołanej do życia w latach 30. Studenckiej Ligi na Rzecz Demokracji Przemysłowej (Student League for Industrial Democracy). SDS przyciągała rozmaite grupy komunistyczne, takie jak Postępowa Partia Pracy Maoistów (Maoist Progressive Labor Party).
SDS przyjmowała maoistów na salonach dokładnie w tym samym czasie, kiedy przewodniczący Mao był osobiście zaangażowany w dokonywanie czystek i głodzenie na śmierć. Zginęło wtedy około 60-70 milionów ludzi - początkowo w wyniku jego katastrofalnej polityki kolektywizacji nazywanej Wielkim Skokiem Naprzód (lata 1957-1960), a następnie podczas szaleństwa znanego pod nazwą Kulturalnej Rewolucji (lata 1966-1969).
Najważniejszym graczem w okresie tworzenia się SDS był Tom Hayden, urodzony w grudniu 1939 r. w Detroit, w stanie Michigan. Hayden rozpoczął swoją działalność jako student Uniwersytetu w Michigan, który z czasem stał się "gniazdem" SDS. Hayden pełnił funkcję przewodniczącego SDS w 1962 i 1963 roku. Stworzył także manifest ideologiczny tej partii - Port Huron Statement. Był to akt założycielski SDS.
Sława i wpływy Haydena wzrosły w 1968 roku. Został on aresztowany na konwencji Demokratów, kiedy to radykałowie, hippisi, komuniści oraz protestujący przeciwko wojnie zaburzyli obrady Narodowego Konwentu Demokratów. Było to wydarzenie niemające precedensu w amerykańskiej historii.
Hayden był jednym z tzw. Siódemki z Chicago, razem z Jerrym Rubinem i Abbie Hoffman, który skończył, odgrażając się, że wrzuci LSD do miejskiego ujęcia wody. W tym samym roku Hayden wraz z delegacją SDS udał się w podróż po krajach bloku komunistycznego, gdzie - według obserwatora Sola Sterna, który przebywał tam jako uprzywilejowany korespondent radykalnego magazynu "Ramparts" [Wały Obronne - przyp. tłum.] - "członkowie SDS prowadzili wraz z komunistami seminarium poświęcone sposobom prowadzenia walki psychologicznej w kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym".
Akcje Haydena wzrosły, kiedy zabrał on jeden ze swoich kontrowersyjnych "oddziałów" do Kambodży i Wietnamu razem z młodą aktorką Jane Fondą.
Jane to osobna historia. Młoda, bogata aktorka była tancerką go-go dla komunizmu. Regularnie opowiadała studentom: "Gdybyście zrozumieli, czym jest komunizm, modlilibyście się na kolanach o to, żeby pewnego dnia zostać komunistami". Po swoim przyjeździe do Hanoi Jane została cheerleaderką i luksusową panienką Vietcongu. Jej podróż została w części zorganizowana przez Wilfreda Burchetta (zdemaskowanego później jako sowiecki agent), który podobno także pomagał Fondzie pisać jej przemowy. Cały komunistyczny świat sławił "heroizm" Jane, jaki manifestowała swoją "antyimperialistyczną" i antyamerykańską postawą. Jej twarz pokazywały wszystkie media, w sposób szczególny zachwycała się nią komunistyczna prasa. Śliczna Jane flirtowała i bawiła się z komunistycznym wrogiem, szczerząc zęby w uśmiechu na tle broni Vietcongu, toteż Sowieci i północny Wietnam byli nią urzeczeni. Urzeczony był także Tom Hayden. Krótko po teatrzyku, jaki odegrała Jane, jego małżeństwo się zakończyło. Jane została jego drugą żoną.
W tym czasie nastąpił także koniec SDS. Rozpadła się ona na rywalizujące ze sobą frakcje, z których najbardziej niesławną stała się działająca w Stanach Zjednoczonych komunistyczna grupa terrorystów o nazwie Weathermen.
Od SDS do grupy Weathermen
Kluczowi przywódcy, którzy przeszli z SDS do grupy Weathermen, to: Bernardine Dohrn, Bill Ayers, Jeff Jones, Michael Klonsky, Carl Davidson, John Jacobs, Kathy Boudin i Mark Rudd.
Wśród prowodyrów w procesie przemiany z SDS w grupę Weathermen była Bernardine Dohrn, urodzona jako Bernardine Ohrnstein w Milwaukee w stanie Wisconsin w styczniu 1942 roku. Młoda panna Dohrn wychowała się na przedmieściach, w środowisku klasy średniej. Prowadziła normalne życie nastolatki, uczęszczała do liceum, była cheerleaderką, należała do klubu tanecznego, działała w organizacjach społecznych, wydawała szkolną gazetkę. Wyjechała z Milwaukee, aby podjąć naukę na uczelni. Studiowała prawo na Uniwersytecie w Chicago, otrzymując dyplom licencjata i magistra prawa, odpowiednio w 1963 i 1967 roku.
Kiedy zaczęła pracować w swoim zawodzie, zetknęła się z radykałami komunistycznymi. Pracowała bowiem w Narodowej Gildii Prawników (National Lawyers Guild), prawnym zapleczu Komunistycznej Partii USA (CPUSA). W 1967 r. przyjechała do Nowego Jorku, aby podjąć pracę w Gildii. Dzięki temu stowarzyszeniu wkroczyła na scenę krajowej polityki. Wkrótce okaże się, że będzie ona jednym z głównych obecnych na tej scenie radykałów.
Dziewczyna ze środkowego wschodu była zakorzeniona w ruchu radykałów poprzez kilka powiązań, które kierowały każdym jej ruchem od A do Z. Pierwszym z nich był Jeff Jones, z którym chodziła na randki, zanim poderwał ją Bill Ayers.
Jones był nowojorskim "działaczem terenowym" SDS, głównym hersztem radykalnych oddziałów w Columbii i Cornell, godnych spadkobierców radykalnych profesorów z New York City i Itaki. Był on jednym z trzech działaczy SDS zaproszonych do Hanoi w grudniu 1967 r. przez Wietnamską Unię Studentów. Od Dohrn był młodszy o pięć lat. W 1969 r. wspólnie z Bernardine brał udział w przynajmniej jednym incydencie, jaki amerykański Kongres określił mianem "sprowokowanego przez SDS aktu przemocy bądź zachęcania do przemocy".
Innym młodym człowiekiem, który przypadł do gustu pannie Dohrn, był Bill Ayers, który odbił Bernardine Jeffowi Jonesowi. W 1968 r. Ayers był jeszcze płotką, ale uczył się szybko.
Ayers pochodził z Chicago. Czempion proletariatu wiedział, gdzie znaleźć pieniądze. Jego ojciec Thomas Ayers był grubą rybą w świecie korporacyjnym, miał udziały w rozmaitych kompaniach, fundacjach i na uniwersytetach. Stał na czele Zarządu Commonwealth Edison w Chicago.
W czasie rewolucji 1968 r. młody Ayers był członkiem oddziału SDS w Ohio i Michigan. Podobnie jak Hayden, był on studentem Uniwersytetu w Michigan przygotowującym się do życia ideałami rewolucji.
Inni towarzysze byli zajęci agitowaniem na Uniwersytecie Columbia, prawdopodobnie najgorszym amerykańskim uniwersytecie, jeśli chodzi o wpływy komunistów i radykałów. Wśród nich najbardziej wpływowym człowiekiem był Mark Rudd. Urodził się on jako Mark William Rudnitsky w Irvington w New Jersey w czerwcu 1947 roku. Jego rodzice byli żydowskimi imigrantami z Polski i Litwy.
Rudd odnalazł swoje powołanie na Uniwersytecie Columbia, gdzie został szefem uniwersyteckiego koła SDS. Udało mu się praktycznie zapalić tę uczelnię ogniem rewolucji w czasie szokującej rewolty studenckiej w 1968 roku.
Tym młodym ludziom nie podobali się ani Demokraci, ani Republikanie. W tym czasie amerykańskim prezydentem był Lyndon B. Johnson, stanowczo potępiany przez nich z powodu wojny w Wietnamie. "Hey, hey, LBJ, how many kids did you kill today?" ("Hej, hej, LBJ, ile dzieci dzisiaj zabiłeś?") - śpiewali towarzysze z Uniwersytetu Columbia, kiedy szedł on Piątą Aleją z 91 na 72 Ulicę.
To było to, przeciwko czemu walczyli młodzi aparatczycy. Co było natomiast tym, o co walczyli? Sporo z nich - a dokładnie: wielu liderów - wspierało wrogów, popierali oni północny Wietnam i komunizm. Popierali Mao, Castro, Che, Lenina, a niektórzy nawet Stalina. Bardzo niewielu z nich wywodziło się z klasy pracującej. Większość z nich były to rozpieszczone, bogate dzieci, tzw. czerwone pieluszki, dzieci żyjących na wysokim poziomie materialnym, gruntownie wykształconych rodzin z Nowego Jorku i północnego wschodu.
Na Uniwerytecie Columbia, jak powie Rudd, uczęszczał on z wielką pasją na spotkania SDS, urzeczony "pasjonującymi debatami prowadzonymi przez studentów wyższych lat i absolwentów, którzy opowiadali o chińskiej rewolucji kulturalnej, rewolucji kubańskiej, o naturze amerykańskiego społeczeństwa klasowego... Wszyscy oni zgadzali się co do jednego rozwiązania: rewolucji marksistowskiej".
Inspirację znaleźli w liście Che Guevary, jaki tuż przed śmiercią w Boliwii napisał na temat "niegasnącego boju". Che powiedział w nim: "Każda z naszych akcji jest okrzykiem bojowym przeciw imperializmowi i hymnem na cześć ludzkości zjednoczonej przeciwko największemu wrogowi rodzaju ludzkiego: Stanom Zjednoczonym. Gdziekolwiek zaskoczy nas śmierć, powitajmy ją".
Mark Rudd i jego komunistyczni przyjaciele opłakiwali śmierć swojego ukochanego Che. Od tej pory czcili go jako swojego "męczennika rewolucji i świętego" (słowa Rudda), ogłaszając pogrzeb Stanów Zjednoczonych - "największego wroga rodzaju ludzkiego".
To była ich religia, ich wiara. Che traktowali jak Jezusa Chrystusa: "Podobnie jak chrześcijanin pragnie naśladować Chrystusa - napisze Rudd - gorąco pragnąłem być rewolucjonistą takim jak Che, niezależnie od tego, jaką cenę miałbym za to zapłacić".
Grupa Weathermen
Weathermen byli grupą jeszcze bardziej radykalną niż SDS. Rudd treściwie podsumował cele powstania tej grupy: "Moi przyjaciele i ja stworzyliśmy podziemną, rewolucyjną grupę partyzantów zwaną Weathermen, mającą za cel obalenie przemocą rządu Stanów Zjednoczonych".
Może wydawać się niewiarygodne, że między tymi amerykańskimi studentami znajdowali się staliniści, ale tak właśnie było. Według Rudda, do stalinistów należał Mike Klonsky. Był on krajowym sekretarzem SDS. Siedzibą sekretariatu było Chicago. Klonsky poglądy miał jeszcze bardziej lewackie niż Mark Rudd. Rudd przywołuje spotkanie z 1969 r., kiedy Klonsky "kilka razy" powiedział mu, że "Stalin jest nowatorski".
Członkowie grupy Weathermen promowali przemoc i szybko zeszli do podziemia, tworząc grupę Weather Underground. W 1974 r. członkowie grupy opublikowali swój manifest: "Pożar buszu: Polityka rewolucyjnego antyimperializmu". Stanowił on "polityczne stanowisko grupy Weather Underground" i został podpisany przez czterech członków Weather Underground: Billa Ayersa, Bernardine Dohrn, Jeffa Jonesa i Celię Sojourn. Dedykowali oni swój manifest między innymi Sirhan Sirhanowi, zabójcy Roberta F. Kennedy´ego.
"Jesteśmy organizacją partyzancką", wyjaśniali autorzy. "Jesteśmy kobietami i mężczyznami komunizmu działającymi w podziemiu w Stanach Zjednoczonych od ponad czterech lat". Dążenia młodych komunistów zawarte w manifeście brzmiały: "Potrzebujemy rewolucyjnej partii komunistycznej po to, aby prowadzić walkę, integrować działania i nadawać walce kierunek, zwiększać naszą siłę i budować nowe społeczeństwo".
"Dopiero zaczęliśmy", kontynuowała czwórka fanatyków. Ślubowali oni: "Jedyne możliwości to zwycięstwo albo śmierć". Ten "program rewolucyjny" był jedną z "pilnych i palących potrzeb strategicznych". "Naszym celem - pisali - jest obalenie władzy amerykańskiego imperializmu i unieszkodliwienie go".
Jeśli coś dotychczas nie byłoby jasne, jeżeli chodzi o nawoływanie do przemocy, Weather Underground mówili jeszcze mocniej. Cytując "przesłanie Che", w manifeście ślubowali: "Jedyną drogą do ostatecznego pokonania imperializmu i zbudowania socjalizmu jest rewolucyjna wojna". Owa "wojna", jak zapowiadali autorzy manifestu, "będzie długa i skomplikowana. Będzie wymagała prowadzenia bitew masowych i bitew ukrytych, pokojowych i z użyciem siły. Bez walki zbrojnej zwycięstwo nie jest możliwe".
Che Guevara stał się "chłopakiem z plakatu". Książka "Pożar buszu" zawierała piękne ilustracje komunistycznego rewolucjonisty nadające mu boski rys. "Na naszej półkuli", pisało czterech autorów, "Che Guevara zobowiązuje nas do tego, abyśmy stworzyli dwa, trzy, wiele Wietnamów, do tego, żebyśmy obalili amerykański imperializm... i otworzyli nowy front walki w obrębie samych Stanów Zjednoczonych". Ten front został otwarty.
Ayers, Dohrn i Barack Obama
Weathermen byli gotowi stosować każdy rodzaj przemocy. W radykalizmie przodowali zwłaszcza Bill Ayers i Bernardine Dohrn, dwoje najbardziej hardkorowych członków Weather Underground. Ta dwójka przemierzała Amerykę jako uciekinierzy poszukiwani i ścigani przez FBI.
Mimo to, co zaskakujące, żadne z nich nie spędziło ani jednego dnia w więzieniu. Ich prawnicy ochraniali ich, co skłoniło Ayersa do wyznania później: "Piekielnie winny i wolny jak ptak! Ameryka to wspaniały kraj!".
Do lat 80. zarówno Ayers, jak i Dohrn zamienili swoje życie uciekinierów na pracę w salach wykładowych. Zostali profesorami i wzięli ślub.
Po uzyskaniu doktoratu w Kolegium Nauczycielskim Columbia Ayers zaangażował się w Chicago w działalność polityczną i edukacyjną. I to właśnie tutaj miała miejsce wymowna scena szczególnej polityki historycznej, kiedy to Ayers i jego przyszła żona Dohrn otrzymali "polityczne namaszczenie" od radykalnej senator stanu Illinois Alice Palmer.
Palmer reprezentowała w senacie stanu Illinois 13. dzielnicę Chicago. W 1995 r. jej celem stał się amerykański Kongres. W roli swojego następcy najchętniej widziała młodego polityka ze stanu Illinois. Nazywał się Barack Obama.
Latem 1995 r. Palmer przyprowadziła Obamę do domu Billa Ayersa i Bernardine Dohrn, gdzie dwoje byłych poszukiwanych dało mu swoje polityczne błogosławieństwo.
To nie było ich jedyne spotkanie. Ayers i Obama pracowali razem na różnych polach. Obaj byli członkami rady Fundacji Woodsa w Chicago, pracowali nad "reformą szkolnictwa" poprzez Chicago Annenberg Challenge, pracowali przy panelu dla młodych prawników organizowanym przez Michelle Obamę, występowali razem jako mówcy podczas dyskusji panelowych odbywających się w Chicago, mieli wiele obszarów wspólnych, wliczając w to związki z budzącymi niepokój postaciami, takimi jak Rashid Khalidi, promowali się wzajemnie w książkach i artykułach, a nawet na winietach książek, utrzymywali stosunki sąsiedzkie (dzieliły ich trzy domy) i inne związki. Ich relacje miały charakter zarówno zawodowy, jak i prywatny i były bardzo zróżnicowane.
11 września 2001
Oczy publiczności nie były szczególnie nakierowane na Ayersa aż do poranka 11 września 2001 r. - o ironio, strasznego dnia w historii Ameryki.
Tego właśnie poranka "New York Times" opublikował artykuł zatytułowany: "Nie żałuję miłości do materiałów wybuchowych - protestujący przeciwko wojnie opowiada o życiu z grupą Weathermen". Artykuł był poświęcony Billemu Ayersowi. Otwierały go mrożące krew w żyłach słowa, tak bardzo złowieszcze w świetle tego, co stało się tego ranka w Nowym Jorku. "Nie żałuję podkładania bomb" - mówił nieprzejawiający skruchy Bill Ayers. "Czuję, że nie zrobiliśmy wszystkiego, co można było zrobić".
Były członek SDS i uciekinier, członek Weather Underground rozmawiał z reporterką "Timesa" Dinitią Smith w swoim dziewiętnastowiecznym domu w dzielnicy Hyde Park w Chicago. Rozmawiała ona z Ayersem o jego najnowszej książce, wspomnieniach, trafnie zatytułowanych "Dni ucieczki", która, o ironio, została wydana we wrześniu 2001 roku.
W numerze "New York Timesa" z 11 września 2001 r., kiedy Nowy Jork i Waszyngton skąpane były w dymie i krwi w wyniku zamachu, którego dokonali zagraniczni terroryści, Ayers chwalił się swoim udziałem w podkładaniu bomb - właśnie w Nowym Jorku i Waszyngtonie.
Poprzez stworzoną przez siebie sieć terroryzmu wewnątrzkrajowego Ayers wraz z towarzyszami w 1970 r. podłożyli bomby pod kwaterę główną nowojorskiej policji - atakując tych samych ludzi, którzy w chwili, kiedy ukazał się ten artykuł, umierali, ponieważ poświęcili swoje życie, ratując niewinnych ludzi w budynkach World Trade Center. Ayers i jego przyjaciele podłożyli bomby także w budynkach Kapitolu w 1971 r., kiedy to Bernardine Dohrn przy współudziale jeszcze jednej osoby podłożyła bombę w damskiej toalecie. W 1972 r. zaatakowali oni także Pentagon.
Tak, Pentagon ucierpiał od bomb dwukrotnie: w 1972 r. za sprawą Billa Ayersa, Bernardine Dohrn i ich sieci komunistycznych terrorystów-szaleńców oraz w dniu ukazania się artykułu w 2001 r. przez Osamę bin Ladena i jego islamistycznych terrorystów-szaleńców.
Dzień ataku na Pentagon w 1972 r. wywołuje u Ayersa idylliczne wspomnienia: "Wszystko było absolutnie doskonałe tego dnia, kiedy zbombardowałem Pentagon", powiedział Ayers na łamach "New York Timesa" 11 września 2001 roku. To był piękny dzień - zupełnie jak poranek 11 września 2001 roku. To był doskonały dzień na zbombardowanie Pentagonu.
Czy Bill Ayers zrobiłby to jeszcze raz?
"Nie mogę wykluczyć takiej możliwości" - powiedział Ayers reporterowi "Timesa". Wyznał on, że wciąż żywi pewien sentyment do bomb, do ich "poezji i formy". Ayers, pisał "Times", wciąż widzi poezję w "dzikiej eksplozji hałasu i koloru, błysku, w świecach dymnych", a szczególnie w potężnych, głośnych wybuchach.
Na amerykańskiej ziemi nigdy nie było potężniejszego i głośniejszego wybuchu niż ten z 11 września 2001 roku.
Postępowcy na Rzecz Obamy
Rola Billa Ayersa w otoczeniu Baracka Obamy wyszła na jaw w Stanach Zjednoczonych w czasie kampanii prezydenckiej z 2008 r., kiedy to konserwatyści usiłowali pokazać te związki, a liberałowie ze złością zamykali na nie oczy i uszy.
Mniej zauważone było pojawienie się w 2008 r. grupy nazywanej Postępowcami na Rzecz Obamy, która to grupa przypominała zebranie SDS z lat 60. Podczas gdy postać Billa Ayersa została przypomniana opinii publicznej przez konserwatywnych komentatorów, Postępowcy na Rzecz Obamy przeszli niezauważeni nawet przez prawicę i zostali taktycznie zignorowani przez media głównego nurtu, które służyły w przeważającej mierze jako nieoficjalne przedłużenie kampanii prezydenckiej Obamy.
Na czele Postępowców na Rzecz Obamy stanął człowiek, który kiedyś przewodził SDS: Tom Hayden. Był on jednym z czterech "członków założycieli" Postępowców na Rzecz Obamy. Oprócz "członków założycieli" grupę tę poparło 94 "intelektualistów", takich jak Mark Rudd, Carl Davidson, Jane Fonda, członkowie rodziny Michaela Klonsky´ego i inni. Uniwersytet Columbia oczywiście także był reprezentowany. Jeśli nawet nie przez samego Rudda, który w pewnym momencie przestał utrzymywać z nim związki, to poprzez reprezentantów obecnej kadry, takich jak Todd Gitlin, były lider SDS, który dzisiaj jest profesorem dziennikarstwa, socjologii oraz zasiada w katedrze uniwersyteckiego programu z dziedziny komunikacji.
Nie ma przesady w stwierdzeniu, że lista Postępowców na Rzecz Obamy przypomina listę członków SDS wzywanych w celu złożenia zeznań za prowadzenie działalności wywrotowej w latach 60. i że nazwiska te przewijają się w dokumentach amerykańskiego Kongresu z grudnia 1969 r. poświęconych działalności SDS.
***
Wiele jeszcze można by było powiedzieć o związkach Baracka Obamy z radykałami. Informacje zawarte w tym artykule to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Nie ma na przykład informacji o hawajskim mentorze Obamy Franku Marshallu Davisie, który był pełnoprawnym członkiem Komunistycznej Partii USA (nr legitymacji partyjnej - 47544). Podobnie nie wspomniałem o pastorze Jeremiaszu Wrighcie, heretyku, bluźniercy i głosicielu bredni. Na temat związków Obamy z radykałami można by napisać całą serię książek.
Żaden prezydent nie miał do tej pory podobnych związków z ekstremistami. Nigdy dotąd w amerykańskiej historii obywatele Stanów Zjednoczonych nie wybierali na prezydenta człowieka z równie niepokojącego otoczenia. W wielu wymiarach Obama rzeczywiście przełamał schemat...
tłum. Agnieszka Żurek
Paul Kengor jest autorem książek "Bóg i Ronald Reagan", "Krzyżowiec: Ronald Reagan i upadek komunizmu", które zostały przetłumaczone na język polski. Ostatnio wydał książkę "Dupes: Jak wrogowie Ameryki zmanipulowali zwolenników postępu na przestrzeni stu lat".
Brzęczące okowy niewoli
Dr Jarosław Szarek Instytut Pamięci Narodowej, Oddział w Krakowie
Najbardziej smutnymi narodami są te, którym postawiono za ideał li tylko dążenia i cele materialne. Najbardziej zubożonymi i niewolniczo przytrzymanymi za skrzydła ducha są takie narody, które postawiły sobie zbyt wąski ideał. Jest to przeciwne naturze człowieka, która jest bardzo wszechstronna; jest to przeciwne duchowi człowieka, któremu skrzydła wyrastają..." - mówił Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński w warszawskim kościele Św. Krzyża 27 stycznia 1963 roku z okazji setnej rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego.
W swym obszernym wystąpieniu Prymas oddał hołd powstańcom, wskazał, czym jest Naród, poparł jego dążenia do wolności. "Ale rzecz pewna, że Naród bez tego zrywu okupionego krwią nie ostałby się w Bismarckowskiej polityce Kulturkampfu. Nie oparłby się germanizacji i rusyfikacji. Przed tym etapem, który dla umęczonego Narodu był jedną z najcięższych prób, trzeba było ofiar. Te ofiary padły i wydały owoc, co obudziło sumienie Narodu". Sumienia nie obudziłaby praca organiczna, ci, którzy postawili na życie w spokoju, aby "budować, naprawiać drogi, uprawiać ziemię, rozwijać techniczne urządzenia, poprawiać ekonomiczny byt Narodu - spokojnie, cicho". Kardynał Wyszyński wskazał, iż istnieją narody stawiające sobie za cel ideał pragmatyczny, realny, dotykalny, "pełnej misy chleba". One jednak: "coś przy tym zatracają, na jakimś odcinku ubożeją. Jesteśmy świadkami życia wielu narodów dostatnich, które zagubiają wrażliwość na swoje dzieje ojczyste, na przeżycia narodowe, na poczucie wspólnoty z narodem".
Nawiązał także do przeczytanego przez siebie ostatnio "przedziwnego zdania". Jego autorem był publicysta Stanisław Stomma, poseł, przewodniczący Koła "Znak" w Sejmie PRL, działacz Klubu Inteligencji Katolickiej. W obszernym tekście "Z kurzem krwi bratniej" wydrukowanym w "Tygodniku Powszechnym" Stomma negatywnie ocenił nie tylko moment wybuchu Powstania Styczniowego i tych, którzy podjęli tę decyzję, ale przede wszystkim wskazał jako przyczynę jego wybuchu "kompleks antyrosyjski". Napisał, iż "uparcie antyrosyjski kierunek jest tym dziwniejszy, że właśnie fakty historyczne powinny by skłaniać do traktowania Rosji jako zaborcy najmniej wrogiego".
O prawo do wolności
Właśnie kwestia "kompleksu antyrosyjskiego" skłoniła ks. kard. Wyszyńskiego do zdecydowanej reakcji. Jednocześnie stała się okazją do przedstawienia przez niego stosunku do kwestii niepodległości, wolności oraz dróg do nich prowadzących. Jego słowa, wypowiedziane przed niespełna pół wiekiem, dzisiaj nabierają znów aktualności. Trzeba je przypomnieć, gdy wśród rządzących i funkcjonariuszy głównego medialnego nurtu nie brakuje chętnych do rezygnacji z narodowej suwerenności oraz rozprawienia się z "kompleksem antyrosyjskim".
Tymczasem zwracając się do wiernych w kościele Św. Krzyża, a odnosząc się do artykułu Stommy w "Tygodniku Powszechnym", Prymas Polski mówił: "Ktoś, zastanawiając się, dlaczego Powstanie wybuchło w Królestwie Kongresowym, a nie w Wielkopolsce czy też Małopolsce, odpowiada sobie, że byliśmy podobno owładnięci "kompleksem antyrosyjskim". Z tym wiązało się całe dalsze rozumowanie autora artykułu. Wydaje mi się, że nie ma nic bardziej nieprawdziwego, pomijając już, że historycznie nie jest to prawdą, jakoby Powstanie wybuchło tylko tutaj. Było ono właściwie wszędzie! Było w duszy każdego niemal Polaka żyjącego w granicach trzech kordonów. A wynikało nie z tego czy innego "kompleksu" - bo kompleks jest zawsze czymś chorobliwym - tylko ze zdrowego dążenia do wolności, pogwałconej i odebranej nam. I mniejsza z tym, kto ją nam odbierał i jakim językiem mówił; ważne jest, że gwałcił prawo Narodu do wolności. Nie o "kompleks"" więc szło, nie o schorzenie psychiczne, które jakoby przeszkadzało Narodowi działać i decydować w sposób wolny. Szło o poczucie pogwałconego prawa Narodu do samostanowienia o sobie i decydowania o swej wolności".
Prymas stwierdził, iż człowiek nie może pozostać biernym wobec zniewolenia: "Biada Narodowi, który by opuścił ręce bezwolnie i poddał je w brzęczące okowy kajdanów". Odległy zawsze od szafowania polską krwią mówił, iż "gdy człowiek czy naród czuje się na jakimkolwiek odcinku związany i skrępowany, gdy czuje, że nie ma już wolności opinii i zdania, wolności kultury i pracy, ale wszystko wzięte jest w jakieś łańcuchy i klamry, wszystko skrępowane jak stalowymi gorsetami, wtedy nie potrzeba kompleksów. Wystarczy być tylko przyzwoitym człowiekiem, mieć poczucie honoru i osobistej godności, aby się przeciwko takiej niewoli burzyć, szukając środków i sposobów wydobycia się z niej".
Zdecydowana reakcja ks. kard. Wyszyńskiego nie była jednak odosobniona. O wiele dosadniej uczynił to Janusz Zabłocki, wtedy zastępca redaktora naczelnego "Więzi", wkrótce poseł "Znaku". W swych "Pamiętnikach" napisał: "Chyba Stomma w swojej "neopozytywistycznej" nadgorliwości przesadził. Podzielam powściągliwość i sceptycyzm, z jakimi traktuje Stomma dyspozycje powstańcze tamtego czasu i później, ale sprowadzanie przyczyn powstania do nadmiernie u Polaków wybujałego kompleksu antyrosyjskiego, kompleksu przy tym "w płaszczyźnie logiki historycznej nieuzasadnionego"?... To już gruba przesada, a nawet fałsz. Wymowa tego jest niedobra, bo robi w ustach przewodniczącego koła "Znak" wrażenie serwilizmu i chęci przypodobania się Wielkiemu Mocodawcy polskich komunistów (którzy zresztą, jak się wydaje, zachowują w tych ocenach więcej umiaru)".
Bezideowe bytowanie
Stomma w wydanych w 2007 r. "Trudnych lekcjach historii" - podtrzymując wszystkie zawarte w swym tekście tezy, dystansując się jedynie od sformułowania "kompleks antyrosyjski" ("lepiej byłoby mówić "uraz""), stwierdził, iż "pisząc ten tekst, zdawał sobie sprawę, że Ksiądz Prymas nie będzie zadowolony".
Prymas dał temu wyraz, nie tylko polemizując publicznie - bez wymieniania nazwiska - w kościele Świętego Krzyża, ale także wysyłając w połowie lutego list do Stommy. Poinformował w nim adresata, że nie ma zamiaru go przekonywać, ale oświadcza, iż zamieszczony w "Tygodniku Powszechnym" artykuł jest mu "obcy duchowo i jako Polakowi, i jako Biskupowi katolickiemu. I dlatego myśli tam zawarte wywołały we mnie oburzenie, jako szkodliwe dla duchowości Narodu, który nie chce się stoczyć na poziom bezideowego bytowania". Następnie stwierdził, iż "wnosi zastrzeżenie przeciwko głoszeniu ich na łamach "Tygodnika Powszechnego", który jest uważany za pismo katolickie, a w kołach zagranicznych uchodzi za pismo zbliżone do Prymasa Polski". W takiej sytuacji, gdyby "podobne poglądy miały być nadal głoszone przez "Tygodnik Powszechny", zmuszony będę podać do wiadomości, prasy krajowej i zagranicznej, że z tym pismem nic mnie nie wiąże i że żadnej odpowiedzialności za nie nie biorę".
Dyskusja Prymasa ze Stommą wokół oceny Powstania Styczniowego była jedną z zapowiedzi coraz chłodniejszych stosunków głowy Kościoła w Polsce z grupą "Znaku". Tym bardziej że wkrótce pojawiły się o wiele poważniejsze kwestie zmuszające ks. kard. Wyszyńskiego do traktowania tego środowiska z nieufnością. Historia przyznała jednak rację Prymasowi oraz jego wizji roli Kościoła w zmaganiach z komunistycznym systemem i sowietyzacją. Wizji, której fundamentem była wierność religijnej i narodowej tożsamości oraz tradycji Narodu. W tej tradycji mieściło się również myślenie o Powstaniu Styczniowym nie w kategoriach nieudanego, przedwczesnego zrywu, ale ofiary.
"Powstanie było podobnie przegrane. Było przegrane, jak "przegrany" jest rolnik, który z pustymi miechami wraca do zagrody, gdy wysiał złote ziarno... A jednak wraca spokojnie, bo rozpoczęła się jakaś wielka praca... Na szczęście Bóg z tego "kurzu krwi bratniej" powołał później synów, którzy w powieści, zwłaszcza historycznej, jak Kraszewski czy Sienkiewicz, czerpali natchnienie z "nieudanych" powstań. Przez twórczość budzili w Narodzie ambicje i miłość do tej "nieudanej" podobno Ojczyzny. Budzili szacunek i przygotowywali Naród do zrywu wolności, który przeżyliśmy w latach 1917-1919, po pierwszej wojnie światowej..." - powiedział Prymas Wyszyński.
Węgrzy czekają na konkrety
Z Gergelym Pröhle, wiceministrem spraw zagranicznych Węgier, rozmawia Piotr Falkowski
Jak wygląda stan negocjacji między Węgrami a Unią Europejską i MFW w sprawie pomocy w związku z kryzysem finansowym?
- Jesteśmy w stałym kontakcie z Komisją Europejską i MFW, cały czas trwają rozmowy. Wiemy, jakiego rodzaju zastrzeżenia ma Unia w stosunku do nas. Ale nie docierają na Węgry informacje o konkretnych zarzutach. Węgry swego czasu, w 2004 roku, z własnej woli przystąpiły do Unii Europejskiej. I nie mamy żadnych innych zamiarów poza tym, żeby pozostać we Wspólnocie na zwykłych zasadach. Dlatego odrzucamy wszelką krytykę o charakterze ogólnym. Natomiast jeśli chodzi o szczegółowe zarzuty, to jesteśmy otwarci, aby je przedyskutować. Dotyczy to zarówno Unii Europejskiej, jak i MFW. Czekamy na te konkretne sformułowania.
Ale czy można wciąż mówić o suwerenności członków UE, gdy skoordynowana akcja kilku międzynarodowych instytucji, agencji ratingowych i rynków finansowych może doprowadzić do całkowitej zmiany sytuacji gospodarczej i politycznej, jak to się dzieje teraz na Węgrzech?
- Trzeba tu rozdzielić dwie kwestie. Nie można jednocześnie rozpatrywać kwestii czysto finansowych i związanych z Unią Europejską. Zarówno Węgry, jak i Polska stały się członkami Unii z własnej woli, w wyniku decyzji swoich parlamentów. Nie można powiedzieć, że po drugiej stronie jakiejś umownej linii, na zachodzie, jest Europa zła, natomiast tutaj, w środkowej części, jesteśmy znakomici. Ponieważ staliśmy się częścią pewnego systemu praw i wartości, musimy utrzymywać swoje postępowanie w ich ramach. Natomiast nie możemy zgodzić się na to, żeby powstawała podwójna miara. Nie ma i nie może też być żadnego takiego uprawnienia instytucji unijnych, które pozwalałoby inaczej oceniać i traktować kraje, które przystąpiły później do Unii czy też są mniejsze, niż te, które były już wcześniej i są większe. Jeśli zaś chodzi o agencje ratingowe, to sprawa ma się jeszcze inaczej. Jest nawet taki zamysł w UE, aby utworzyć własną agencję ratingową, która oceniałaby procesy rynkowe, gdyż te, które obecnie mają takie wpływy, są instytucjami prywatnymi z centralami w ogóle poza Unią.
Uważa Pan, że Węgry są traktowane przez instytucje unijne tak samo jak Grecja i Włochy, czy też czujecie się tu dyskryminowani ze względów politycznych?
- Węgry są w zupełnie innej sytuacji niż Grecja i Włochy. Wynika to z tego, że mamy zupełnie inną sytuację polityczną. Tutaj, na Węgrzech, jedna tylko partia, Fidesz, uzyskała ponad dwie trzecie miejsc w parlamencie. Z tego powodu możliwości opozycji są ograniczone. Dlaczego też opozycja szuka wszelkich sposobów, by za granicą znajdować jakieś uznanie i stamtąd pozwalać słyszeć swój głos. W Unii Europejskiej są politycy, którzy chętnie się w ten głos wsłuchują. Dlatego też ocena Węgier powinna dokonywać się na gruncie prawnym, a nie pozostawać wyłącznie jakąś luźną rozmową na tematy polityczne. Ja w ten sposób interpretuję to, co dzieje się na Węgrzech i wokół Węgier. I sam według tego postępuję. W polityce możliwości gry są dużo większe i szersze niż w systemie prawnym. Gdy roztrząsamy zagadnienia na podstawie samego prawa, konieczna jest większa ścisłość.
Często zarzuca się polityce rządu Orbána, że jest niestabilna, nieprzewidywalna. W rzeczy samej jeszcze kilka miesięcy temu Węgry odżegnywały się od finansowej pomocy międzynarodowej. Teraz okazuje się ona konieczna.
- Otoczenie naszych krajów i ich gospodarek w ostatnim czasie uległo silnym zmianom. W związku z tym nie ma żadnego wstydu w tym, że korygujemy wcześniejsze postanowienia. Natomiast w pierwszym rzędzie trzeba zapewnić własnym obywatelom jak najlepsze warunki życia, w tym poprzez kontrolę nad sytuacją gospodarczą.
Węgry wobec obecnych problemów w stosunkach międzynarodowych oczekują, że państwa naszego regionu stworzą coś w rodzaju bloku poparcia dla Węgier? W szczególności czy takie oczekiwania kierowane są do Polski?
- Z zadowoleniem przyjmujemy niedawną wypowiedź polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, że to, co się dzieje teraz na Węgrzech, jest wewnętrzną sprawą Węgier. Ważna jest solidarność krajów środkowej Europy. Analogiczna sytuacja była wtedy, gdy inne kraje środkowej Europy potrzebowały wsparcia z naszej strony. Ze swojej strony chciałbym powiedzieć, że cieszę się z wszelkich sukcesów Polski. Obydwa kraje w bliższej lub dalszej perspektywie mogą tylko zyskać, jeżeli środkowoeuropejska solidarność pozostanie.
A czy przeszkodą nie są tu niezałatwione spory związane z problemami narodowościowymi? Przez nie do bloku państw solidaryzujących się z Węgrami nie należy na pewno Słowacja, a kwestie tego typu występują w stosunkach z wszystkimi sąsiadami Węgier.
- To bardzo ważne, że stosunki węgiersko-słowackie w ostatnim czasie uległy poprawie. Udało się podjąć współpracę na polu infrastruktury i energetyki. Podobnie mają się sprawy z całą Grupą Wyszehradzką na terenie Unii Europejskiej. To są przykłady świadczące o poprawie. Wszystko jednak, co jakoś wiąże się z istnieniem na terenie Republiki Słowackiej mniejszości węgierskiej, jest niezwykle skomplikowane i złożone. Jest pewna strona filozoficzna tego zagadnienia. Węgrzy uznają prawa kolektywne mniejszości. Natomiast Słowacja nie. Słowacja zawsze mówi o pojedynczych ludziach, a nie o terytorium, na którym oni żyją. Węgry jednocześnie uznają obecną sytuację terytorialną i tę integrację, która już zaistniała. Dlatego też uważamy, że nasza polityka narodowościowa odpowiada standardom europejskim. W rezultacie polityka węgierska zmierza według naszego stanowiska do poprawy stosunków międzypaństwowych w zakresie narodowości.
Dla Polski bardzo ważnym elementem solidarności europejskiej są kwestie energetyczne. Jakie jest stanowisko Węgier wobec budowy przez Gazprom Gazociągu Południowego, którego jedna z nitek ma przecinać terytorium Pana ojczyzny?
- Węgry są zainteresowane każdym rozwiązaniem, które powoduje dywersyfikację źródeł energii. Dlatego ważne jest, aby powstawała też sieć północ - południe, która łączyłaby energetycznie Węgry z Polską. Tylko dzięki temu można zapewnić odpowiednią elastyczność w dostarczaniu energii. W zakresie spraw energetycznych łatwiej jest o uzgadnianie interesów, gdy kilka krajów dąży do czegoś razem. Co do konkurencji projektów Gazociągu Południowego i Nabucco, to nie od Węgier zależy, który z nich powstanie wcześniej. Obecnie Nabucco ma mniejsze szanse.
Dziękuję za rozmowę.
- Ja również dziękuję i chciałbym dodać, że Polacy z pewnością potrzebują o wiele więcej bezpośredniej i niezależnej informacji z Węgier. Ja jestem zawsze do dyspozycji.
Gergely Pröhle urodził się w 1965 roku w Budapeszcie. Jest z wykształcenia hungarystą i germanistą. Od 1988 roku pracował jako dziennikarz. W pierwszym rządzie Viktora Orbána został wiceministrem narodowego dziedzictwa kulturalnego, a następnie ambasadorem w Niemczech i Szwajcarii. W resorcie odpowiada za kontakty z państwami europejskimi i międzynarodowe stosunki kulturalne. Pröhle pełni też wysoką funkcję w Kościele luterańskim. Ma czworo dzieci.
Kosztowna samowolka Dworaka -Małgorzata Goss
Spółki, które otrzymały koncesje, w chwili składania wniosku nie posiadały wymaganych środków finansowych. Zdobyły je dopiero po kilkudziesięciu dniach i uzupełniły wniosek po terminie. Czy doszło do naruszenia procedury? - Niewątpliwie szef KRRiT ma obowiązek dbać o to, żeby wnioski koncesyjne poszczególnych podmiotów zawierały dane obowiązujące na dzień złożenia wniosku. Jeżeli były później modyfikowane, to mamy poważny problem - tłumaczy dr Krzysztof Wąsowski. - Jeżeli sam przewodniczący nie będzie chciał wykazać się refleksją prawną na temat tych zarzutów, to w ostateczności powinien to rozstrzygnąć sąd administracyjny. Potwierdzenie zarzutu, że jednej ze stron postępowania - Fundacji Lux Veritatis - nie udostępniono akt, nie pozwolono się wypowiedzieć, będzie tożsame z ewidentnym złamaniem art. 10 par. 1 kpa, czyli zasady czynnego udziału stron w postępowaniu. Jej naruszenie jest błędem o charakterze rażącym. Decyzja podjęta z tego typu błędami powinna być uchylona i wycofana z obrotu prawnego - dodaje.
Zanim właściciel Telewizji Trwam, Fundacja Lux Veritatis uzyskała odpowiedź na odwołanie, Jan Dworak wydał ostateczną decyzję o rozdysponowaniu koncesji. - To rażące naruszenie procedury - twierdzi nasz rozmówca. - Jeżeli szef Rady egzekwował decyzję, która nie była ostateczna, w czasie trwania postępowania odwoławczego, to są to błędy o charakterze fundamentalnym, zdecydowanie rażące - dodaje.
Czy kilkumiesięczny brak odpowiedzi Dworaka na odwołanie jest przekroczeniem terminu? Tak. Kodeks postępowania administracyjnego wyraźnie mówi o terminie miesięcznym dla postępowań drugoinstancyjnych. - Jeżeli taki termin jest przekroczony, to warto poznać tego przyczynę - zaznacza dr Wąsowski. Jego zdaniem, taki obrót sprawy wskazuje na "bezczynność organu administracji". A jeżeli przekroczenie terminu było czymś uzasadnione, to istnieje podejrzenie "przewlekłości postępowania". Skutki bezczynności czy też przewlekłości są w obu przypadkach tożsame. Jest to potraktowane jako rażące naruszenie prawa skutkujące obligacją Skarbu Państwa do wypłaty odszkodowania stronie, która nie otrzymała decyzji w terminie. Takie są konsekwencje ustawy o odpowiedzialności finansowej urzędników państwowych, która weszła w życie w maju 2011 roku. W przypadku stwierdzenia "bezczynności" lub "przewlekłości" strona, którą to dotknęło, może wystąpić do sądu cywilnego z żądaniem odszkodowania za szkody, które poniosła. Przy czym za "szkody" uznaje się nie tylko utracone pieniądze, ale również utracone korzyści.
Jeśli sąd cywilny orzeknie odszkodowanie, sprawę będzie rozpatrywał prokurator, który ustali zakres odpowiedzialności finansowej urzędnika lub organu administracji publicznej. W tym wypadku Jana Dworaka. - Jego sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia - kwituje dr Wąsowski. Jeśli potwierdzą się zarzuty, że koncesję otrzymały podmioty niedające gwarancji finansowej stabilności, to kaliber zarzutów wobec Dworaka się zwiększa. - Wprawdzie decyzje koncesyjne są uznawane przez doktrynę prawa i orzecznictwo za tzw. decyzje uznaniowe, ale chcę podkreślić z całą mocą, że "decyzja uznaniowa" nie oznacza samowoli organu - tłumaczy adwokat. Nie może być tak, że organ administracji, nie zważając na stan faktyczny, zawartość wniosku czy dane, wydaje decyzję o przyznaniu koncesji słabszym podmiotom. Jest to sprzeczne z zasadami samej koncesji. Jeżeli się okaże, że w grę wchodzi przypadek samowolnego wydania decyzji, dyskrecjonalnej władzy, byłaby to sytuacja bardzo poważna. Tego rodzaju błędy o charakterze merytorycznym właściwie powinny dyskwalifikować decyzję koncesyjną.
Bez dokumentów, bez dowodów -Anna Ambroziak
Polscy prokuratorzy nie uczestniczyli w procesowej identyfikacji ciał ofiar katastrofy ani w procesowych oględzinach miejsca zdarzenia w kwietniu 2010 roku. Prokuratura nadal nie dysponuje pełną dokumentacją sądowo-medyczną dotyczącą ciała gen. Andrzeja Błasika. Nie wie nawet, czy uboga dokumentacja sekcyjna dowódcy Sił Powietrznych jest tożsama z tym, czym dysponuje MAK.
Polscy śledczy uczestniczyli w identyfikacji ciał ofiar w następnych dniach w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie i oględzinach przedmiotów znalezionych na miejscu katastrofy. - Nie jestem natomiast w stanie określić, czy jest to ta sama dokumentacja, która została zamieszczona na stronach MAK. Proszę zauważyć, że prokuratura pozyskuje tego typu dokumentację od Komitetu Śledczego FR w wyniku realizacji wniosku o międzynarodową pomoc prawną, a nie od MAK - tłumaczy płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy naczelnego prokuratora wojskowego. Śledczy nie dysponują całością dokumentacji sądowo-medycznej ciał ofiar katastrofy. - Prokuratorzy dokonali w ostatnim czasie gruntownej analizy całości dotychczas zgromadzonej dokumentacji medycznej, zawierającej zarówno dokumentację sądowo-medyczną (tzw. posekcyjną) przesłaną przez stronę rosyjską, jak i dokumentację medyczną uzyskaną w Polsce, która obrazuje stan zdrowia ofiar katastrofy przed 10 kwietnia 2010 r. Analiza ta pozwoliła na sformułowanie szczegółowych wniosków w tym zakresie do strony rosyjskiej, które zostały przesłane, za pośrednictwem Prokuratury Generalnej RP, do Prokuratury Generalnej FR 18 listopada 2011 roku. Szczegółowa odpowiedź na pytanie dotyczące liczby ciał lub fragmentów ciał ofiar katastrofy znalezionych w poszczególnych sektorach możliwa będzie po dokonaniu wglądu do akt śledztwa, w tym akt wydzielonych - mówi płk Rzepa.
Prokuratura: To nie my mówiliśmy o Błasiku
Całe miejsce katastrofy było podzielone na 14 sektorów, które oznaczono numerami od 1 do 14. Wiadomo już, że ciało gen. Andrzeja Błasika odnaleziono w sektorze pierwszym obejmującym szczątki m.in. kokpitu samolotu. W sektorze tym znaleziono też dwanaście innych ciał, w tym m.in. ciało nawigatora kpt. Artura Ziętka. Ciała dowódcy mjr. Arkadiusza Protasiuka, drugiego pilota - ppłk. Roberta Grzywny, oraz mechanika ppor. Andrzeja Michalaka znaleziono w sektorze nr 2 i 3.
Dlaczego posiadając informacje skutecznie podważające domniemania o obecności dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie, prokuratura nie reagowała na szkalujące go publikacje dziennikarskie? - Czekaliśmy na wyniki ekspertyzy Instytutu Ekspertyz Sądowych. Dlatego prosiliśmy o cierpliwość, jak naciskaliście na nas, dlaczego nie przekazujemy wam informacji - próbuje się tłumaczyć prokurator Mateusz Martyniuk, rzecznik prokuratora generalnego. - To nie Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie podała do publicznej wiadomości informację o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie samolotu Tu-154M nr 101. Zrobili to, w wyniku swoich ustaleń, przedstawiciele MAK oraz polskiej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego - tłumaczy płk Zbigniew Rzepa. Nie przekonuje to pełnomocników rodzin. - Jestem zdumiony, że przez tyle czasu nikt się nigdy nie pokusił o to, by zająć się sprawą obrony honoru pana generała Błasika. To jest kamyk do ogródka prokuratury wojskowej, która teraz próbuje uzasadniać swoje istnienie właśnie tym, że broni honoru polskich oficerów - ocenia mec. Piotr Pszczółkowski, odnosząc się tym samym do oświadczeń gen. Krzysztofa Parulskiego po postarzale prokuratora Mikołaja Przybyła.
"Wyborcza" manipuluje
Ale pożegnanie z tezą naciskową i obecnością gen. Andrzeja Błasika w kabinie przychodzi z trudem. "Gazeta Wyborcza" wspierana "przeczuciami" Jerzego Millera zasugerowała, że w kokpicie obecny był nie tylko gen. Błasik, ale też dowódca Wojsk Lądowych gen. Tadeusz Buk. Zdaniem gen. Romana Polki, to szyta grubymi nićmi manipulacja faktami. - Skoro ciał było 13, to znaczy, że sektor pierwszy nie opisuje kabiny pilotów, ale znacznie większy kawałek samolotu. Wszelka nadinterpretacja stenogramów jest bardzo szkodliwa - mówi gen. Polko. - Rozumiem, że stronie rosyjskiej zależało na tym, by budować teorię, jak to pijany polski generał naciskał na załogę, po to, by odwrócić uwagę od zaniedbań własnej strony. Najbardziej jednak jestem zbulwersowany tym, że to Polacy pozwalają na szarganie dobrego imienia naszych generałów. Tylko dlatego, że w stenogramie padło słowo "tadek". Jestem też zbulwersowany tym, że kiedy te oskarżenia padały jak razy pod adresem gen. Błasika, wiedząc, że nie ma na to żadnych dowodów, nikt, nawet prokuratura wojskowa, nie zgłaszał żadnych dementi. Takie zaniechanie ze strony śledczych jest w tym przypadku karygodne - komentuje były dowódca jednostki specjalnej GROM. Tego samego zdania są inni wojskowi, z którymi wczoraj rozmawiał "Nasz Dziennik". - Minister Miller przez cały czas manipulował. Jeszcze niedawno mówił "GW", że są inne dowody świadczące o tym, że gen. Błasik był w kokpicie. Teraz prokuratura mówi, że kokpitu właściwie nie było. I że podzielono wrak na sektory. Pierwszy sektor miał kilkanaście ciał, w tym jednego z członków załogi, inni członkowie załogi byli w innych sektorach. Jak na podstawie takiego oglądu sytuacji można dowodzić, że gen. Błasik był w kokpicie samolotu? Jeszcze bardziej głupia, ordynarna i śmieszna jest informacja, że był tam śp. gen. Buk. Czy pani wierzy w to, że przez salon prezydenta odbywał się spacer generałów? - pytają nasi rozmówcy. - Zanim jest mowa o jakichkolwiek generałach, ktoś w kabinie gwiżdże. Wyobraża sobie pani, by ktokolwiek z załogi pogwizdywał w obecności generała? - ironizuje mec. Pszczółkowski.
MAK: Protasiuk był przypięty pasami
O zniszczeniu kokpitu pisali autorzy raportu MAK. Według Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, przednia część kadłuba, z kabiną załogi, została zniszczona. "Fragment nosowej części kadłuba z przednią golenią podwozia znajduje się w odległości 397 m od progu pasa startowego" (s. 90 raportu). W raporcie podano, że zderzenie samolotu z ziemią nastąpiło przy kącie przechylenia 200-201 stopni. Według polskich ekspertów z komisji badającej okoliczności katastrofy, kąt był mniejszy i wynosił 160 stopni. Stwierdzili oni też, że pierwszym elementem konstrukcji samolotu, który zderzył się z ziemią, była m.in. właśnie kabina załogi. Ale to nie jedyna sprzeczność między rosyjskim materiałem a stanem faktycznym. Według MAK, załoga była w kokpicie. W dodatku MAK uznał, że dowódca statku powietrznego w chwili zderzenia samolotu z powierzchnią ziemi znajdował się w lewym fotelu pilota "w odwróconym (głową w dół) położeniu, przypięty pasami, utrzymując aktywną pozycję roboczą. W lewej ręce trzymał "róg" wolanta, prawa pozostawała swobodną i najprawdopodobniej znajdowała się na dźwigniach sterowania silnikami. Zwraca uwagę całkowicie wyciągnięta w przód prawa dolna kończyna (ze stopą włącznie) próbująca nacisnąć na prawy pedał, prawdopodobnie w celu skontrowania szybko narastającego przechylenia samolotu w lewo" - czytamy na s. 100 raportu MAK. Z relacji świadków, którzy byli w dniu katastrofy w Smoleńsku (płk Antoni Milkiewicz, szef zespołu biegłych powołanych przez prokuraturę), wynika coś zupełnie innego: kokpit tupolewa był wprawdzie zmiażdżony, ale nie odwrócony. Rosjanie opisali jednak odwróconą pozycję ciał pilotów.
Komisja nie wznowi prac
Wczoraj premier Donald Tusk spotkał się w z niektórymi członkami komisji Jerzego Millera. Czy wobec nowych ustaleń prokuratury komisja powinna wznowić prace? - Na tym etapie członkowie komisji nie widzą podstaw do wznowienia jej prac - poinformował rzecznik rządu Paweł Graś, dodając, że żadna z konkluzji komisji nie została podważona. Zastrzegł, że jeśli w toku działalności prokuratury, która - jak podkreślił - ma trochę więcej czasu i działa pod mniejszą presją, pojawią się jakieś dodatkowe dowody czy okoliczności uzasadniające zmiany bądź korekty raportu komisji, wtedy eksperci gotowi są do współpracy. Potrzeby wznowienia prac komisji nie widzi też jej szef Jerzy Miller. Tego samego zdania są również dr Maciej Lasek i prof. Marek Żylicz. Ich zdaniem, nowe odczyty nie podważają tez raportu. Powołania nowej komisji rządowej, która zbada okoliczności katastrofy smoleńskiej, domaga się natomiast prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem, po publikacji opinii biegłych z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, badanie katastrofy smoleńskiej "trzeba rozpocząć jeszcze raz". - Całe śledztwo i towarzysząca mu kampania prasowa - to wszystko było czymś w najwyższym stopniu niemożliwym do przyjęcia, a w wielu momentach obrzydliwym - podkreślił niedawno Kaczyński. - Atak na gen. Błasika, atak na mojego śp. brata, wszystkie insynuacje - to wszystko było przeraźliwie skandaliczne, obrzydliwe, odwołujące się do kultury lumpenproletariackiej. Ludzie, którzy to robili, są w istocie na poziomie lumpenproletariatu - mówił prezes PiS. -Wszystkie dowody, na których komisja Millera oparła część faktów, okazały się nierzetelne. To wymaga sprostowania. Raport tej komisji okazał się dokumentem zupełnie niewiarygodnym. Rozumiem, że premierowi nie przeszkadza to, jaki wizerunek naszego generała poszedł w świat - ocenia Bartosz Kownacki, pełnomocnik Ewy Błasik. Zdaniem mec. Piotra Pszczółkowskiego, pełnomocnika Jarosława Kaczyńskiego, gdyby taka komisja powstała, to byłaby jednak obawa, że znów działałaby pod auspicjami rządu, poza tym nadal byłaby pozbawiona kluczowych dowodów w sprawie.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka