Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
376
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 2

Powiew z Węgier -Józef Szaniawski

 

Ukryte dno ACTA -Piotr Piętak

 

Stan przygnębionego kapitulanctwa

Z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem, historykiem z Institute of World Politics w Waszyngtonie, rozmawia Piotr Falkowski


Wszystkie błędy Millera -Piotr Czartoryski-Sziler

 

Trzeba umieć powiedzieć NIE

Z Krzysztofem Szczerskim, politologiem, specjalistą ds. polityki europejskiej i posłem PiS, rozmawia Maciej Walaszczyk

Powiew z Węgier -Józef Szaniawski

Polak, Węgier - dwa bratanki. Geneza, korzenie tego powiedzenia sięgają epoki Kazimierza Wielkiego, Ludwika Węgierskiego i Świętej Królowej Jadwigi. To było ponad 600 lat temu i tyle właśnie ma tradycyjna przyjaźń Węgrów i Polaków. Minęło tyle stuleci, żyjemy w zupełnie innej epoce, jest wiek XXI. Słowa "Boże, błogosław Węgrów", od których zaczyna się preambuła nowej konstytucji Węgier, są zarazem pierwszym wersem hymnu narodowego naszych bratanków. I oto Komisja Europejska nie tylko dokonuje otwartej interwencji w politykę wewnętrzną suwerennego, demokratycznego państwa, ale także rozpoczyna prawny spór oraz formalne postępowanie karne o reformy ustrojowe jednego z krajów członkowskich UE. - Mieliśmy nadzieję, że węgierskie władze wprowadzą konieczne zmiany, by zagwarantować poszanowanie unijnego prawa. Tak się dotychczas nie stało, więc postanowiliśmy wszcząć postępowanie w sprawie naruszenia unijnych przepisów - oznajmił osobiście sam szef KE José Manuel Barroso.
Węgrzy zostali niezwykle brutalnie zaatakowani nie tylko przez biurokratów UE, ale również przez czołowych polityków takich krajów jak Francja, Belgia, Holandia. Jednym z fundamentalnych zarzutów naruszenia standardów UE, a nawet złamania "unijnego prawa" jest nowa konstytucja Węgier, która odwołuje się do Boga oraz tysiącletnich tradycji chrześcijańskich na Węgrzech. Nową węgierską ustawę zasadniczą uchwalił ogromną większością głosów parlament w Budapeszcie, podobnie jak wiele innych ustaw reformujących i wzmacniających państwo, do czego dąży konsekwentnie premier Viktor Orbán i jego rząd. Właśnie to spowodowało, że Bruksela postawiła Węgrom ultimatum i dała zaledwie miesiąc na poprawienie ustaw. Potem UE może ponownie zażądać zmian w kwestionowanych przepisach, a jeśli Budapeszt zlekceważyłby także to drugie ostrzeżenie - skieruje sprawę do unijnego trybunału w Luksemburgu. Ultimatum UE okazało się skuteczne, ponieważ niemal natychmiast rząd węgierski ogłosił: "Naszym celem jest jak najszybsze rozwiązanie problematycznych spraw, najlepiej bez przechodzenia przez całą procedurę karną". Wbrew temu, co głoszą lewicowe media polityczne w Brukseli, Paryżu, Berlinie, a także w Moskwie, na Węgrzech nie powstał żaden faszystowski reżim. To zwyczajny element wewnętrznej wojny, która nad Balatonem trwa od dawna. Zimnej wojny domowej, która weszła w nową fazę. Wojny, którą dotąd UE w ogóle się nie interesowała. Gdy rządzili postkomuniści, Unia dyplomatycznie milczała. Dopiero gdy zwycięstwo odnieśli konserwatyści, liberalna Unia wpadła w popłoch i zaczęła bić na alarm. Premier Viktor Orbán naprawdę może być dumny z tego, że jest atakowany, fałszywie pomawiany i poniżany tak jak niegdyś prezydent Ronald Reagan i premier Margaret Thatcher, a później George W. Bush, prezydent Vaclav Klaus oraz prezydent Lech Kaczyński. Agresja przeciwko węgierskiemu premierowi skierowana jest dokładnie z tych samych wpływowych lewackich kół politycznych tzw. starej Europy oraz Rosji, które od kilkudziesięciu lat starają się zniszczyć tradycyjne wartości cywilizacji europejskiej. Do tych właśnie wartości w swej polityce od ponad roku odwołuje się rząd węgierski premiera Orbána, który zdobył sympatię większości Węgrów, wyciągnął ich z głębokiej frustracji, przywrócił im poczucie narodowej dumy oraz dał szansę na rozwój i lepsze życie. Viktor Orbán chce udowodnić, że małe, zakompleksione dotąd państwo może być suwerenne i prowadzić własną politykę, że nie musi polegać na opiniach większych państw.
Polacy i Węgrzy wspierali się w najbardziej dramatycznych momentach swojej historii, zwłaszcza wtedy, kiedy walczyli o wolność z zaborcami i okupantami. Dlatego nie ma wątpliwości, że także teraz Polacy staną po stronie swoich bratanków, a nie komisarzy brukselskich, którzy chcą zrobić z Węgier chłopca do bicia UE. Chodzi nie tylko o tradycje historycznej przyjaźni polsko-węgierskiej. Chodzi o polityczny precedens. Bowiem po ukaraniu Budapesztu może przyjść kolej na kogoś następnego, np. na Warszawę.

 

 

Ukryte dno ACTA -Piotr Piętak

ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement, ma dwa oblicza. Po pierwsze, ten akt prawny jest skierowany przeciwko pirackiej ekonomii Chin, która powoli podbija świat; po drugie - to próba ograniczenia piractwa internetowego, które polega głównie na upowszechnianiu dopiero co wprowadzonych na rynek filmów. Jednak zapisy prawne, które zawarte są w ACTA, mogą ograniczyć wymianę myśli i idei, co w konsekwencji może doprowadzić do prawdziwej katastrofy ekonomicznej.
Pomysł międzynarodowego porozumienia w sprawie ochrony własności intelektualnej rozwijany był od 2006 r. głównie przez - jest to fakt niezwykle istotny - Japonię i USA. Poza stronami rządowymi do konsultacji dopuszczone były tylko komitety doradcze złożone z przedstawicieli dużych korporacji amerykańskich, co od początku wzbudziło podejrzenia internautów, że ACTA ma w założeniu ograniczyć wolność wymiany myśli i idei w internecie. Tajny tryb uchwalania prawa oraz sama treść ACTA, która jednak przeciekła do opinii publicznej, doprowadziły do gwałtownego protestu prawników amerykańskich zajmujących się funkcjonowaniem internetu, którzy wystosowali list do prezydenta Baracka Obamy z apelem o wstrzymanie prac nad ACTA. Należy zwrócić uwagę, że wśród sygnatariuszy listu znaleźli się zwolennicy Demokratów i aktualnego prezydenta USA, m.in. prof. Lawrence Lessig, autor "Wolnej kultury", wydanej w Polsce w 2005 r., czy Yochai Benkler, lewicowy propagator wolnej ekonomii, autor "Bogactwa sieci - jak produkcja społeczna zmienia rynki i wolność", wydanej w Polsce w 2008 roku. Podkreślali oni fakt, że internet jest dobrem publicznym, w którym prawo własności intelektualnej musi funkcjonować inaczej niż w czasach, kiedy "światowa pajęczyna" jeszcze nie istniała, oraz sprzeciwiali się tajnemu uchwalaniu ACTA.
1 października 2011 r. w Tokio umowę ACTA podpisały: Kanada, Stany Zjednoczone, Australia, Japonia, Maroko, Nowa Zelandia, Singapur i Korea Południowa. Meksyk, Szwajcaria oraz Unia Europejska wstrzymały się ze złożeniem podpisu, ale wzięły udział w ceremonii oraz potwierdziły swoje poparcie dla inicjatywy. Jednak zarówno UE, jak i polski rząd popełniły rażące błędy w podpisywaniu ACTA. Po pierwsze, Rada UEpodjęła decyzję o podpisaniu układu w czasie polskiej prezydencji, pod przewodnictwem polskiego ministra Marka Sawickiego. Decyzja ta zapadła ponad miesiąc temu. Nie odbyła się żadna dyskusja, konsultacja społeczna czy nawet publiczna dyskusja ekspertów. Po drugie, decyzja o układzie została ogłoszona na 40 stronie komunikatu prasowego, czyli w internetowym podziemiu, co było kpiną ze społeczności internautów, którzy w odpowiedzi na ten antydemokratyczny tryb wprowadzania prawa unieruchomili w Polsce wiele stronic rządowych - co nie jest wcale trudne - a w poniedziałek rano włamali się na portal premiera RP. Okazało się to bardzo proste, ponieważ panel administracyjny witryny www.premier.gov.pl chroniły tak oczywiste login i hasło, jak admin/admin1, co każde 10-letnie dziecko zgaduje w kilka sekund.

ACTA kontra Chiny
Każdy klient bazarów w Nowym Jorku, Warszawie czy Paryżu, słysząc słowa: "porozumienie przeciw obrotowi podróbkami", skojarzy je natychmiast z Chinami, w których masowo produkuje się podróbki różnych towarów. Po lekturze całego dokumentu ACTA (28 stron maszynopisu) można dojść do wniosku, że umowa ma być bronią w walce z dominacją ekonomiczną Chin budowaną na podróbkach i piratowaniu wszystkiego. Wszyscy internauci skupili się naniedookreśloności przepisów chroniących prawo własności intelektualnej, pod które przy odrobinie złej woli administracji można podciągnąć wszystko, zapominając, że w Chinach od lat kwitnie piractwo informatyczne na niespotykaną gdzie indziej skalę, produkuje się tam towary z cenionym logo, np. koszulki Lacoste´a, i sprzedaje je się jako oryginał za 1/50 ceny itd. Ale to nie wszystko, ponieważ Chiny umieją w perfekcyjny sposób zastosować w swojej ekonomii zasady organizacji gospodarczej propagowanej właśnie przez zwolenników praktycznego zniesienia własności intelektualnej; ta nowa organizacja ekonomii nazywana jest wikinomią albo produkcją partnerską.


Przewrót w ekonomii
ACTA chce rozszerzyć i restrykcyjnie stosować prawo własności intelektualnej. Produkcja partnerska natomiast chce poważnie ograniczyć, a nawet znieść prawo własności intelektualnej. Produkcja partnerska oparta jest na czterech filarach: otwartość, partnerstwo, wspólnota zasobów, działanie na skalę globalną. Trzy pierwsze zasady są sprzeczne z funkcjonowaniem firmy w klasycznym, XX-wiecznym otoczeniu gospodarczym. Jednak upowszechnienie internetu i zdumiewający przyrost mocy obliczeniowej domowych komputerów dokonał prawdziwej rewolucji "uczestnictwa", ponad 1,5 miliarda internautów stało się z dnia na dzień potencjalnymi producentami. Ekonomia konsumeryzmu zmieniła się w ekonomię produceryzmu partycypującego, ponieważ internauci dysponują narzędziami - dostarczanymi im darmowo przez firmy, np. Apple - zmieniającymi ich w wytwórców. Tempo zmian i ciągle ewoluujące oraz coraz bardziej wyrafinowane wymagania klientów są tak znaczne, że firmy chcące zaspokoić zewnętrzne potrzeby nie mogą już polegać wyłącznie na własnych zasobach i relacjach z wypróbowanymi partnerami biznesowymi. Firmy muszą umieć nawiązywać kontakty z internautami i nauczyć się współpracować z konkurentami, partnerami i klientami. Klienci pragną przede wszystkim coraz szybszego wprowadzania innowacji i chcą uczestniczyć w kontroli jej upowszechnienia. Nie zgadzają się na narzucanie przez firmy standardów, które mogą być niezgodne ze standardami domowych komputerów. Tę nową formę organizacji nazwano partnerstwem.
Zasada partnerstwa jest stosowana na masową skalę w mediach, rozrywce i kulturze oraz na rynku oprogramowania, jednak w ostatnich latach coraz częściej stosują ją firmy produkujące dobra materialne, takie jak samochody, rowery, samoloty czy motocykle. Produkcja partnerska sprawdza się przede wszystkim w dziedzinie dóbr informacyjnych, ponieważ dobra te łatwo podzielić na szereg podzespołów (programów), zwanych modułami, które następnie można złożyć w finalny produkt. Jeżeli dobra materialne będzie się projektować tak, by składały się z wielu wymiennych części, które z łatwością można zamienić bez szkody dla funkcjonowania całego produktu, to wtedy luźno powiązani ze sobą dostawcy mogą zająć się projektowaniem i produkcją komponentów, z których złożony jest produkt finalny. "Tak naprawdę Boeing 757 to pewna liczba podzespołów latających razem w zwartym szyku", stwierdził Phil Condit, były dyrektor fabryki Boeinga. W odniesieniu do następnej generacji samolotów brzmi to jeszcze prawdziwiej, są one bowiem budowane na zasadach przypominających środowisko programistów Linuxa. W przeszłości partnerzy i dostawcy dopiero w końcowej fazie projektowania włączali się w prace zespołu Boeinga opracowującego specyfikacje techniczne poszczególnych komponentów. Dzisiaj projektowanie komponentów polega na przekazaniu tego zadania właśnie dostawcom, którzy wykonują tę pracę znacznie efektywniej, gdyż od początku są wciągani w tworzenie zespołu opracowującego nowy model boeinga, a ponadto o wiele lepiej znają funkcjonowanie swoich fabryk, ich zalety i mankamenty. Ten sposób konstruowania samolotu przypomina składanie zabawki z klocków lego. Nowy sposób produkcji zakłada, że firma Boeing przekazuje dostawcom swoją wiedzę, a nawet tajemnice handlowe i niektóre patenty.
W takiej sytuacji powstaje zasadnicze pytanie: jak określić formalne granice firmy? Jak sprecyzować, co powinno się znajdować w wewnętrznych strukturach firmy, a co - poza nimi? Co tak naprawdę jest jej najwartościowszym aktywem? Z jednej strony nie ulega wątpliwości, że firmy muszą strzec swojej intelektualnej własności o zasadniczym znaczeniu, np. dla firmy Boeing jest nią wiedza na temat budowy skrzydeł samolotu. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że firmy nie mogą dzisiaj efektywnie współpracować, jeśli wszystko skrywają przed światem. Japońska firma Mitsubishi współpracuje ze swoim konkurentem - firmą Boeing, przy budowie samolotów z tzw. materiałów kompozytowych, które są lżejsze od aluminium, mając nadzieję, że dzięki temu zdobędzie potrzebną wiedzę do samodzielnego konstruowania skrzydeł. Okazuje się, że największymi przeszkodami na drodze do efektywnej współpracy nie są problemy technologiczne, ale zagadnienia związane z ochroną własności intelektualnej. Dlatego ACTA ma tak ogromne negatywne znaczenie dla współczesnej ekonomii, ponieważ w założeniu uniemożliwia rozwój produkcji partnerskiej opartej na ograniczeniu prawa własności intelektualnej. ACTA to prawdziwa ekonomiczna kontrrewolucja przeprowadzona w imieniu interesów korporacji medialnych (głównie amerykańskich).

Made in China
Produkcja partnerska to umiejętność współpracy. Ta cecha jest paradygmatem kultury chińskiej i właśnie tam, po złagodzeniu przepisów pod koniec XX wieku, prywatne firmy w krótkim czasie przejęły państwowe zakłady produkujące motocykle i w ciągu kilku lat, stosując metody produkcji partnerskiej, osiągnęły spektakularne sukcesy. W 1997 r. producenci z Chin sprzedali 10 mln motocykli, w 2001 r. - 11,5 mln, a w 2004 r. - 15 mln maszyn. W 2005 r. eksport motocykli wyniósł 7 mln sztuk (w porównaniu z mniej niż 500 tys. w 2000 r.). Chińskie fabryki produkują motocykle na rynki Indii, Pakistanu, Wietnamu i powoli wypierają z rynku azjatyckiego swych japońskich mistrzów, Hondę. Prawdą jest bowiem, że chiński sukces związany jest z imitacją i podrabianiem wzorców japońskich z jednoczesnym wprowadzeniem do produkcji motocykli oryginalnych zasad produkcji partnerskiej. W przeciwieństwie bowiem do Japończyków Chińczycy podkreślają modułową architekturę motocykli, która pozwala licznym dostawcom na dołączanie składowych podsystemu (np. systemu hamowania) do standardowych interfejsów. W ten sposób zaawansowane projekty przedstawiane są w postaci ogólnych założeń, które umożliwiają dostawcom wprowadzanie zmian w komponentach, bez równoczesnego modyfikowania całej architektury. Specjaliści nazwali ten samoorganizujący się system projektowania i produkcji "zdecentralizowaną modularyzacją". Jest rzeczą zdumiewającą, że wbrew przewidywaniom, iż taki zdecentralizowany system produkcji może prowadzić do chaosu, skutkuje on coraz wyższym stopniem specjalizacji i wydajności, co umożliwiło - w ciągu 5 lat - obniżenie ceny motocykla z 700 do 200 dolarów.

Autor jest z zawodu informatykiem, w latach 2005-2007 pełnił funkcję wiceministra spraw wewnętrznych i administracji w rządzie PiS.

Stan przygnębionego kapitulanctwa

Z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem, historykiem z Institute of World Politics w Waszyngtonie, rozmawia Piotr Falkowski

Wielu komentatorów ocenia, że rok 2011 był zerwaniem z "resetem" stosunków amerykańsko-rosyjskich. Poszło o tarczę antyrakietową. Czy to dowód niestabilności amerykańskiej polityki, czy też zaszła jakościowa zmiana sytuacji?
- Tarcza to symboliczna drobnostka, taka mała rozgrywka o pryncypia. Ważna dla Polaków i reszty narodów strefy postsowieckiej, bo pokazuje, że Moskwa niczego nie odpuszcza i nadal traktuje byłe zachodnie republiki oraz byłe państwa bloku jako "bliską zagranicę". Natomiast rok 2011 pokazał rzeczywiście, że "reset" nie działa. Po prostu administracja Baracka Obamy dała Rosji wszystko, co mogła, a głównie traktat START, co było rozbrojeniem USA, a w zamian Moskwa Waszyngtonowi nie dała nic. Nie było właściwie żadnych ustępstw. Co więcej, Kreml nadal prowadzi taką politykę antyamerykańską, jaką prowadził przedtem. Naturalnie Putin i Medwiediew twierdzą, że to jest po prostu polityka zgodna z interesem Rosji. I w dużym stopniu tak jest. Ale pamiętajmy, że Rosja określa się jako anty-Ameryka i jej polityka prowadzona jest w taki sposób, aby się samemu dowartościować: skakaliśmy do gardła Ameryce, jak byliśmy Sowietami, i proszę - robimy to nadal jako post-Sowieci. Jesteśmy wciąż ważnym imperium! Rzeczywiście Rosja jest jedynym państwem na świecie, które może zniszczyć Amerykę, bo odziedziczyła sowiecki arsenał, ale to automatyczne kopanie Waszyngtonu, to jest taka psychologiczna podpórka dla Moskwy. Tym sposobem post-Sowieci mają lepsze samopoczucie. Biały Dom tego nie chce dostrzec.

Stany Zjednoczone same pogrążone są w kryzysie wartości i tożsamości. Mówił Pan o tym niedawno w Warszawie. Czy Ameryka może jeszcze pełnić funkcję przywódczą w świecie?
- Naturalnie, że USA mogą nadal pełnić funkcję przywódczą w świecie. Tylko nie chcą, bo są teraz w dołku psychologicznym, co przeszkadza im wygrzebać się z dołka gospodarczego. Tak jak innym w strefie cywilizacji zachodniej i postzachodniej, które się na siebie nakładają i wzajemnie zmagają, wielu Amerykanom wydaje się, że nadszedł koniec ich czasu. Ale to nie jest prawda. Wciąż istnieją zasoby potęgi w USA. Ze wszystkich krajów świata USA są najbardziej podobne do Polski, jeśli chodzi o wiarę i patriotyzm. I odwrotnie niż Polska, USA wciąż mają tradycjonalistyczne elity. Ich zwycięstwo może być pozytywnym przykładem dla Polski. I tym sposobem na arenę międzynarodową powróciłaby inna Ameryka: nie poprawna politycznie. Poza tym, jak nie Amerykanie, to kto? Chińczycy? Alternatywą dla Pax Americana [pokój amerykański] nie jest Pax Sinica [pokój chiński], tylko chaos. A może dopiero potem Pax Sinica, chociaż nie wierzę, że Chiny byłyby gotowe na globalne przywództwo, regionalną hegemonię - na pewno tak.

Może czasy państw narodowych w ogóle mijają na rzecz imperiów? Jak mniejsze kraje powinny się zachowywać w takiej sytuacji?
- Państwa narodowe są dość rzadkim zjawiskiem w historii. Główny typ państwa na przestrzeni tysiącleci to właśnie imperium. Co mogą zrobić kraje małe? Jest kilka sposobów. Po pierwsze, można poddać się (albo z walką, albo bez walki) i dać się wchłonąć albo na zasadzie autonomicznej, albo na zasadzie całkowitego rozmycia się (tak jak na przykład Grecy i Rzym albo szczepy tubylcze wyplenione przez lud Han na terenie dzisiejszych Chin). Po drugie, można zbuntować się i podbić potężnych sąsiadów (np. Mongołowie przeciw Chinom). Po trzecie, opracować system równowagi siły (ang. balance of power), jaki powstał w Europie Zachodniej po pokoju westfalskim w 1648 roku. Anglicy uznali, że w ich interesie jest nie dopuścić, aby jakiekolwiek państwo zdominowało kontynent, bo doprowadzi to do powstania imperium, które zagrozi Anglii. W związku z tym stawiali opór najpierw Paryżowi, potem Wiedniowi, a wreszcie Berlinowi - w różnej kombinacji sojuszniczej. Tym sposobem sojusz słabszych państw zbijał najsilniejszego.

Rok temu rozmawialiśmy w Waszyngtonie o pozycji Polski. Mówił Pan o konieczności koordynacji polityki zagranicznej pomiędzy rządem i opozycją. Czy Radosław Sikorski i Platforma Obywatelska są w stanie prowadzić przemyślaną, długofalową politykę na rzecz polskich interesów?
- To są dwie odrębne sprawy: optymalny modus operandi i najważniejszy wykonawca z jednej strony, a polityka zagraniczna rządu Platformy Obywatelskiej z drugiej. Nadal uważam, że powinna być koordynacja - tajna i jawna - między rządem a opozycją w sprawach polityki zagranicznej. Co do Radka Sikorskiego, to mamy do czynienia z personifikacją polityki zagranicznej. W tym sensie Sikorski jako gracz spalił się w kraju (ale nie za granicą, gdzie jest najbardziej uznanym politykiem polskim, i to koniecznie trzeba dla Polski wyzyskać). Radek jest obecnie identyfikowany z jedną opcją - Platformą Obywatelską. Kiedyś był postrzegany jako ogólnie prawicowy, co mu umożliwiło dostęp do prawie całej prawej strony sceny politycznej. Ale on zawsze chyba był taką jednoosobową orkiestrą, grał właściwie głównie na siebie. Co do jego rządu, to prowadzi on politykę przygnębionego realizmu, co jest kontynuacją linii tzw. tolerancjonistów od 1989 roku, od gabinetu premiera Tadeusza Mazowieckiego. Ogólnie linia ta jawi się jako kapitulancka i można ją określić krótko tak: "Jesteśmy mali i słabi, ergo nie możemy nic zrobić sami ani w domu, ani za granicą. Podczepmy się pod jakiegoś sponsora, a może kilku, i żyjmy w zgodzie ze wszystkimi w tym sensie, że powinniśmy starać się być ugodowi". Dewiacje od tej linii są nieznaczne, często dyktowane niedocenianiem, a czasami wręcz odrzuceniem polskiego podlizywania się, na przykład przez Waszyngton, a kiedy indziej jakimiś sprawami wewnętrznymi. Na przykład można (choć niekoniecznie) coś populistycznie szczeknąć antyrosyjsko czy antyniemiecko, jak zbliżają się jakieś wybory, czy też akcje rządu idą w dół z powodu braku sukcesów np. autostrad. Ale zauważmy, że rząd PO w porównaniu z wieloma poprzednikami, w tym postkomunistami, manewruje w przygnębionym realizmie dość dobrze. Na przykład wbrew duchowi i polityce Unii Europejskiej Polska to najbardziej proizraelskie państwo kontynentu. I tutaj można kręcić nosem, że to taki filosemicki pies Pawłowa, który z łańcucha się zerwał po 1989 roku, ale z drugiej strony - nawet jeśli tak jest - Sikorski i premier Tusk zostawiają tym samym furtkę otwartą na Waszyngton. Jeśli nastąpi kolejna reorientacja i odwrót od euroeuforii, to polityka proizraelska będzie na pewno przez jakiś czas mile widziana w USA.

W trakcie naszej ubiegłorocznej rozmowy kilkakrotnie użył Pan słowa "gwarancje" w odniesieniu do bezpieczeństwa Polski. Formalnie Polska jest w NATO i mówi się, że art. 5 traktatu waszyngtońskiego zapewnia nam bezpieczeństwo. A jak to wygląda naprawdę?
- W obecnej sytuacji i w obecnym składzie w Białym Domu USA nie zrobią absolutnie nic w razie zagrożenia Polski. Co do art. 5, to proszę sobie nie żartować. Po pierwsze, w USA mówi się otwarcie o tym, że NATO się przeżyło, i właściwie trzeba to rozwiązać albo się z tego wycofać. Po drugie, proszę nie mylić biurokracji NATO w Brukseli z duchem i wolą walki w obronie wolności. Czy wie pan, że nie ma w centrali prawie amerykańskich generałów? Po trzecie, art. 5 jest jedynie symbolem. W sensie praktycznym nawet świstkiem papieru. Przecież do niedawna nie było żadnych planów wojskowych, aby bronić państwa bałtyckie. Teraz już plany są, ale duch bojowy na Zachodzie (poza USA) jest taki jak w przedwojennej Francji, gdzie nie chciano za Gdańsk umierać. Gwarancje będą dopiero wtedy, gdy w Polsce stacjonować będzie tyle wojska amerykańskiego, co w Korei Południowej. W całych bazach z rodzinami jako zakładnicy geopolityki. Wtedy USA będą bronić Polski.

Może wcale nie będzie zagrożenia militarnego, ale na przykład pojawi się groźba paraliżu państwa w wyniku odcięcia dostaw energii. Nowa koncepcja strategiczna NATO przyjęta w Lizbonie traktuje to jako problem, który interesuje Sojusz.
- Każde państwo, w tym sąsiedzi Polski, zwykle operuje całą gamą narzędzi sztuki uprawiania władzy (ang. statecraft). Wojsko jest jedną z nich. Po co robić inwazję, która kosztuje masę pieniędzy i generuje negatywny PR, jeśli to samo można osiągnąć innymi narzędziami, chociażby bronią energetyczną. Podporządkowanie, wasalizacja może wtedy postępować stopniowo. Żadnej pomocy sojuszników nie będzie, bo przecież NATO to nie OPEC. Natomiast można i trzeba samemu czemuś takiemu przeciwdziałać, szukając bezpieczeństwa energetycznego. To powinno iść dwoma torami. Krajowym, który oparłby się na rozwoju zasobów polskich, a więc gazu łupkowego, energii atomowej i gazyfikacji węgla, oraz zagranicznym, gdzie Polacy oparliby się na ropie i gazie norweskim i zachęciliby firmy zagraniczne, szczególnie amerykańskie, do inwestycji w gaz łupkowy, elektrownie nuklearne i gazyfikację węgla. Ten ostatni manewr oznaczałby, że Polska pozyskałaby potężne lobby amerykańskie w Waszyngtonie: lobby energetyczne, któremu zależałoby na możliwości zarobienia w Polsce - niepodległym kraju - pieniędzy. Wszelkie zakłócenie rytmu wolności (w tym gospodarczej) w Polsce oznaczałoby bowiem potencjalne straty finansowe dla inwestorów.

Czy Polska jest ciągle w jakimś sensie koniem trojańskim USA w Europie, jakby kontrastowo do zacieśniających więź z Rosją Niemiec?
- Polska jest wciąż potencjalnym koniem trojańskim USA, z tym że na polu politycznym Waszyngton tego konia porzucił. W mniejszym stopniu doświadcza tego też Wielka Brytania, której Obama za bardzo nie rozpieszcza. Ale na polu kulturowym Polska jest jak najbardziej kompatybilna z Ameryką. Jest bowiem najbardziej religijnym, tradycjonalistycznym i patriotycznym krajem Starego Kontynentu. Tak jak USA w Nowym Świecie. Niemcy odgrywają natomiast rolę anty-Ameryki. U nich religia, tradycjonalizm i patriotyzm są prawie zupełnie wyrugowane ze sfery publicznej. A jednocześnie siłą inercji Niemcy - najpotężniejsze gospodarczo państwo Europy - stają się hegemonem, tak jak kiedyś USA, które są po prostu nieobecne. Socjalliberalny i politycznie poprawny Berlin boi się konsekwencji swojego przywództwa na kontynencie. Nie jest jeszcze przesądzone, że kierownictwo to formalnie obejmie. Najpewniej będzie się dalej bawić w kondominium z Paryżem. W obu tych stolicach rusofilia jest de rigueur [fr. obowiązująca].

A Rosja? Dokąd może posunąć się Kreml w realizacji neoimperialnej strategii wyrażanej ostatnio jako koncepcja euroazjatyzmu?
- Sky is the limit [Granicą jest niebo]. Euroazjatyzm to po prostu taka próba odbudowy Związku Sowieckiego na innych podstawach ideowych, trochę geopolityki i trochę synkretycznej filozofii ponadetnicznej. Kremlowi chodzi jednak po prostu o imperialną reintegrację.

Zajmuje się Pan naukowo ideą Międzymorza (Intermarium). Czy ta historyczna koncepcja może nam dzisiaj coś powiedzieć o stosunkach europejskich? Czegoś nauczyć? Jak można sobie wyobrazić jej wskrzeszenie? Czy reintegracja obszaru Europy Wschodniej jest jeszcze możliwa?
- Na pewno. Intermarium miało się najlepiej w czasach potęgi Pierwszej Rzeczypospolitej. Wolność była duchem organizującym, a każdy szlachcic bez względu na korzenie miał prawa i obowiązki obywatelskie. To było ponad milion osób. Sprawa bez precedensu w tym czasie. Nauczyć nas to może, że etnonacjonalizm jest ślepą uliczką. Widoki na sukces tego projektu obecnie właściwie nie istnieją, bo sąsiedzi odczytują każde wspomnienie o Intermarium jako polski imperializm. Sąsiedzi musieliby sami chcieć przyjść do Polski, tak jak było to w XIV i XV wieku. Aby tak się stało, Polska musi się podnieść z kolan, zreformować, stać się atrakcyjna dla sąsiadów. Ponadto budowaniem Intermarium musiałby zainteresować się Waszyngton. A na to na razie się nie zanosi. Mimo to trzeba robić swoje.

Dziękuję za rozmowę.

Wszystkie błędy Millera -Piotr Czartoryski-Sziler

- Spotkanie zespołu odbywa się na osobistą prośbę prokuratora Ireneusza Szeląga, który na konferencji prasowej Prokuratury Generalnej zadeklarował, że chciałby dowiedzieć się więcej na temat badań profesorów ze Stanów Zjednoczonych. Niestety, prokuratorzy nie przyszli na nie, podobno mieli ważne powody - powiedział Antoni Macierewicz. Faks z odpowiedzią prokuratora przeczytał asystent posła. Szeląg tłumaczył, że zaproszeni prokuratorzy (oprócz płk. Szeląga - płk Zbigniew Rzepa, mjr Jarosław Sej i ppłk Karol Kopczyk) prowadzą 24 stycznia ważne czynności związane z katastrofą smoleńską. - Oczywiście wszystkie materiały zostaną przekazane prokuraturze. Wyrażam jednak żal, że prokuratura nie znalazła ani jednej osoby, by wydelegować ją na nasze spotkanie - powiedział Antoni Macierewicz.
Posiedzenie zespołu zwołano w związku z ujawnieniem części ekspertyzy Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Sehna w Krakowie. - Nowe okoliczności to brak obecności generała Błasika i wydawania przez niego komend pilotom. Druga rzecz to brak dźwięku zderzenia z brzozą w ekspertyzie. Zderzenie z brzozą było punktem wyjścia raportu komisji Millera - tłumaczył Macierewicz.
- Trudno polegać na badaniach rosyjskich, ale zakładając, że są prawdziwe, gdyby Tu-154M stracił skrzydło, nie mogło ono polecieć aż 111 metrów od miejsca zderzenia. Tym bardziej że dalej jest zagajnik i gdyby tak się stało, skrzydło musiałoby go przeorać, zostałby też ślad na ziemi - tłumaczył prof. Wiesław Binienda. Według jego obliczeń na programie LsDyna3D samolot przecina brzozę, co trwa jedną setną sekundy, nie zmieniając powierzchni nośnej skrzydła, które nie odpada. - Skrzydło nie odpada, przecina brzozę niezależnie od wysokości czy orientacji samolotu - mówił naukowiec.
Nowaczyk wskazywał na błędy popełnione przy badaniu katastrofy smoleńskiej, m.in. niewłaściwe zabezpieczenie miejsca katastrofy. W jego opinii, na zdjęciach satelitarnych z 11 i 12 kwietnia zmieniło się o 50 metrów położenie lewego statecznika. - Raporty MAK i Millera milczą na temat ostatniego zapisu TAWS, a informacje TAWS 38 zaprzeczają temu, by samolot zderzył się z brzozą. Gdyby tak się stało, samolot musiałby skręcić w lewo, a więc zmienić kierunek - mówił prof. Nowaczyk. Naukowca zastanawia też fakt wycięcia drzew i wypalenia trawy w miejscu przypisywanym TAWS 38. Według obliczeń profesora samolot znajdował się w rzeczywistości 14 metrów wyżej, niż opisały to raporty MAK i Millera. Podkreślił również, iż informacje na temat TAWS 38 i zamrożenia systemu FMS zostały pominięte w obu raportach. Nowaczyk dodał, iż z prowadzonych przez niego badań wynika, że przed zderzeniem z ziemią zarejestrowane zostały trwające krócej niż pół sekundy pionowe przeciążenia. - W raportach MAK i Millera nie podano metodologii badań, dane odczytane z samolotu poddano nieuzasadnionym korekcjom. Niedaleko za pierwszą brzozą samolot zaczyna się wznosić i spada gwałtownie przy zamrożeniu FMS. Kontakt z brzozą przy pierwszej radiolatarni i tej, która miała odciąć fragment skrzydła samolotu, nie mógł mieć miejsca, bo samolot znajdował się około 14 metrów wyżej, niż oficjalnie podano - zaznaczył Nowaczyk. Obecny na konferencji prof. dr hab. Marek Czachor z Katedry Fizyki Teoretycznej i Informatyki Kwantowej Politechniki Gdańskiej zaapelował do prokuratury, by udostępniła naukowcom do badania skrzydło tupolewa. - Chcę zaapelować do prokuratury. Jeżeli skrzydło i brzoza były faktycznie badane, jak stwierdzili prokuratorzy, to proszę, by te badania były udostępnione naukowcom. Przy zderzeniu skrzydła z brzozą musiałby zostać uszkodzony slot, a tak się nie stało. Udostępnijcie w internecie dane na temat skrzydła lub jeszcze lepiej sprowadźcie je do Polski, np. na Politechnikę Warszawską, byśmy wreszcie mogli je badać - powiedział prof. Czachor. Warto dodać, że profesorowie Binienda i Nowaczyk zaapelowali o niezastraszanie i niezniechęcanie naukowców do badań nad katastrofą. Zaapelowali też o powołanie nowej komisji eksperckiej, która nie będzie jedynie spekulować, jak do tej pory, lecz faktycznie rzetelnie wyjaśniać przyczyny katastrofy smoleńskiej.
- Trzeba sporządzić memoriał i udostępnić go opinii publicznej, a także przesłać go do prokuratury i rządu, bo to, co usłyszeliśmy dzisiaj, dezawuuje to, co do tej pory nam mówiono. Przyczyna katastrofy musiała być zupełnie inna niż podawana jako "oficjalna". Na to się nie można zgadzać - dodał Jarosław Kaczyński. Oprócz niego w Sali Kolumnowej Sejmu zebrało się wczoraj na konferencji wielu posłów, naukowców, dziennikarzy i członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Wśród nich m.in. Ewa Błasik, którą powitano brawami, a którą Antoni Macierewicz zapewnił publicznie, że wszyscy ją wspierają, Beata Gosiewska, Andrzej Melak, Grzegorz Januszko, Stanisław Zagrodzki, Jacek Świat, Dariusz Fedorowicz.
Profesor Wiesław Binienda jest inżynierem pracującym dla NASA, dziekanem Wydziału Inżynierii Lądowej The University of Akron, specjalistą w zakresie wytrzymałości materiałów kompozytowych używanych w lotnictwie, członkiem zespołu badającego katastrofę promu kosmicznego Columbia. Z kolei prof. Kazimierz Nowaczyk pracuje na University of Maryland.

Trzeba umieć powiedzieć NIE

Z Krzysztofem Szczerskim, politologiem, specjalistą ds. polityki europejskiej i posłem PiS, rozmawia Maciej Walaszczyk

Napisał Pan ostatnio, że rządząca Polską ekipa Donalda Tuska trwa przy władzy, będąc uzależniona od zewnętrznego przyzwolenia. W tym samym czasie Unia Europejska buduje nową polityczną konstrukcję. W jaki sposób tak słaba władza wpisuje nasze państwo w Europę silnych Niemiec i Francji?
- Odnoszę wrażenie, że polski rząd zachowuje się tak, jakby nie był przekonany, iż jest reprezentantem silnego społeczeństwa, które ma własne państwo. Odwrotnie, ma poczucie, iż rządzi tylko dlatego, że pozwalają na to zewnętrzne okoliczności - rynki, agencje ratingowe, instytucje europejskie itp. Gdyby stało się coś złego na zewnątrz tego państwa, gdyby ktoś się "na nas obraził", ta ekipa jest przekonana, że zupełnie by sobie z rządzeniem nie poradziła. Na tym polega "rządzenie z przyzwolenia". Nie tworzy się samodzielnych scenariuszy na przyszłość, lecz boi się wszystkiego wokół, co może w efekcie spowodować utratę władzy. Dlatego toczące się negocjacje dotyczące nowego zarządzania gospodarczego w Europie w takim kraju, jak rządzona przez Platformę Polska, pchają nas w kierunku ugruntowania sytuacji, w której rządzenie w naszym państwie to władza z europejskiego przyzwolenia. Jest jeszcze czas, by to zatrzymać, by stanąć śmiało na własnych nogach, ale do tego potrzeba cnoty zwanej odwagą. Premier zasygnalizował, że się waha. My, jako Prawo i Sprawiedliwość, apelujemy już od pewnego czasu: Odwagi, Panie Premierze, słowo nie istnieje w języku polityki europejskiej!

Twierdzi Pan jednak wprost, że dominuje w Polsce uzależnienie działań rządu od sygnałów płynących z Brukseli i największych stolic europejskich...
- Tak, bo presja jest bardzo silna. Dobrym przykładem ilustrującym tę sytuację jest przywoływanie do porządku Węgier. Viktor Orbán - niezależnie od tego, jak oceniamy jego poszczególne decyzje - jest bez wątpienia politykiem, który jest przekonany, iż źródłem jego siły i mandatu do rządzenia jest fakt, że w ostatnich wyborach parlamentarnych trzy czwarte narodu poparło jego partię. Jednak dzisiaj ten demokratyczny mandat zderza się ze sprzeciwem Komisji Europejskiej i wielkich światowych stolic, które mówią mu: jak będziesz rządzić po swojemu, to przywołamy cię do porządku, w imię naszych zasad, a nie dlatego, że łamiesz prawo. Dlatego Donald Tusk i jego obóz rządowy, choć pełni władzę już drugą kadencję i mógłby wskazywać na swój silny mandat społeczny, nie próbuje nawet w najmniejszym stopniu drogi Orbána - drogi podmiotowej zmiany. Przeciwnie - robił do tej pory wszystko, by wpisać się w ten główny nurt europejski, by być prymusem, bo jak nie, to wypadnie z gry.

Z sytuacją analogiczną do węgierskiej mieliśmy do czynienia kilka lat temu, gdy prezydent Lech Kaczyński i rząd PiS akcentowali polski interes w polityce międzynarodowej, w tym w relacjach wewnątrz UE.
- Jedną z największych szkód, jakie wyrządzono w mentalności współczesnych Polaków, jest ośmieszanie działania według naszych racji sloganem o "wymachiwaniu szabelką". To dewastacja wyobraźni politycznej Polaków. Każdy, kto chciałby uczynić z Polski podmiot polityki, zrobić coś, nie oglądając się na innych, jest atakowany tego rodzaju stereotypem, ośmieszającym po prostu samodzielne myślenie. W to wpisuje się głęboki polityczny kompleks obecnego obozu władzy. Ujawnia się on w wielu sytuacjach i jest wzmacniany przez medialny przekaz oparty na zasadzie: jeśli ktoś dobrze wypowiada się o Polsce, to jest to uznawane za wyróżnienie dla obozu rządzącego na zasadzie pochwały ze strony nauczyciela. Platforma, podsumowując w Sejmie polską prezydencję, skupiała się na obszernym cytowaniu fińskiego premiera, który w ciepłych słowach wyrażał się o naszym przewodnictwie. Czyli to miał być ostateczny argument - prezydencja się udała, bo potwierdzają to komplementy od premiera Finlandii. Czy to jest poważne? Ma to jednak i swoją drugą stronę. Rządzący naszym krajem naprawdę wierzą w to, że jeśli ktoś w Brukseli lub Berlinie się na nas obrazi, to automatycznie może to oznaczać dla nich utratę w Polsce władzy. Ta postawa objawia się nie tylko w mentalności ludzi rządzących, ale w sferze faktów politycznych. Jest to postawa słabej, wycofanej i przestraszonej grupy rządzącej, która bez zewnętrznego wsparcia upadnie. Dlatego wbrew propagandzie przedstawiającej Platformę jako silną partię rządzącą niepodzielnie Polską widzę raczej przestraszonego olbrzyma, trzymającego się na nogach tylko dzięki monopolowi medialnemu, który go utrzymuje przy życiu.

Co ten kolos na glinianych nogach może zafundować Polsce?
- Można mówić o sytuacji, gdy będą nas dotyczyły wyłącznie obowiązki wynikające z przynależenia do UE bez jakichkolwiek praw? Rząd, przyjmując na Polskę kolejne obowiązki, zgadza się powoli na degradację naszej pozycji w gronie krajów UE.

UE nie będzie już wspólnotą państw o równych prawach?
- Obserwujemy wyraźną hierarchizację krajów członkowskich, czego zresztą nie ukrywają najważniejsze kraje zachodniej Europy, a więc duet francusko-niemiecki. Co prawda, każdy z tych krajów widzi tę hierarchię nieco inaczej, ale co do ogólnej zasady jest między nimi zgoda: należy zróżnicować państwa członkowskie w zakresie i praw, i obowiązków.

Gdzie w tej nowej hierarchii znajdzie się nasze państwo?
- Raczej w drugim kręgu integracji, a więc w gronie państw, które nie prowadząc samodzielnej polityki, przyłączają się do regulacji strefy euro, nawet jeśli oznacza to same obowiązki, bez żadnych praw. To najgorsza pozycja. W tym nowym układzie wewnętrznym Unii widać bowiem, że tworzą się trzy grupy krajów. Kategoria pierwsza to oczywiście państwa strefy euro, które przyjmują automatycznie nowe obowiązki, ale również automatycznie przysługują im prawa do decydowania o kształcie tych obowiązków. Ta grupa będzie miała dwóch wyraźnych superliderów, a więc Francję i Niemcy. Kategoria druga to kraje, które zobowiążą się do przestrzegania paktu fiskalnego i szeregu nowych regulacji, ale nie będą miały głosu. Ich zgoda na przyjęcie na siebie wielu obowiązków, bez żadnych praw, wynika z obawy rządzących nimi ekip politycznych, że jeśli nie zgodzą się na te rozwiązania, utracą przyzwolenie na rządzenie w swoich krajach, a wraz z nim dopływ pieniędzy czy dystrybucję posad i zaszczytów. I wreszcie grupa trzecia, która uznała, że skoro traktatowy obowiązek przyjmowania waluty euro ich w praktyce nie dotyczy, również nie ma konieczności brania na swoje barki tych wszystkich wymogów, które wynikają z paktu fiskalnego czy mechanizmu stabilności.

Jaką pozycję w UE mogłaby optymalnie zapewnić sobie Polska?
- Nowa architektura strefy euro oznacza polityczne zwolnienie Polski z zapisanego w traktacie akcesyjnym wymogu przystąpienia do strefy euro. Ta unia walutowa, która rodzi się obecnie, jest na tyle odmienna od tej, do której zobowiązaliśmy się wejść w 2004 r., że zwolnienie nas z tego obowiązku jest w pełni uzasadnione. Moim zdaniem, nie tyle oznacza to proste wchodzenie do tej trzeciej grupy i stanie się zewnętrznym obserwatorem, ile otwiera możliwość stworzenia w Europie alternatywnego bieguna wzrostu.

Na czym miałoby to polegać?
- Istnieje w Europie grupa państw, a wśród nich jest Polska, które nie przyjęły waluty euro i jednocześnie dobrze radzą sobie gospodarczo. Tak przynajmniej przekonuje nas premier. Wchodzenie do pogrążonej w kryzysie strefy euro nie jest dla nich jedynym wyjściem. Można stworzyć alternatywną grupę rozwijającą się poza strefą euro, jednocześnie mającą równy głos w UE poprzez siłę swoich gospodarek. Wtedy obie grupy mogą istnieć w ramach jednej wspólnoty, ale rozwijając się w różnych reżimach regulacyjnych. Trzeba tylko wyjść z taką propozycją, poszerzyć paletę rozwiązań. Tymczasem problemem rządu Donalda Tuska jest niewychodzenie z żadną propozycją.

Ale negocjacje trwają, nic do końca nie zostało uzgodnione...
- Prawo i Sprawiedliwość zachęca rząd, aby zrezygnował z przystępowania do paktu fiskalnego. Na to jest jeszcze szansa, tylko by tak się stało, trzeba mieć odwagę powiedzenia NIE, i to teraz. Skoro premier mówi, że jest skłonny to rozważyć, to trzeba pielęgnować w nim to ziarenko samodzielności, może tym razem wykiełkuje? Jestem ciekaw, jaka byłaby reakcja na tak zdecydowaną postawę polskiego rządu. Nie jestem tu jednak optymistą. Moje doświadczenie, zwłaszcza z sejmowej Komisji ds. Unii Europejskiej, pokazuje, że politycy Platformy Obywatelskiej, przedstawiciele rządu mają ogromny mentalny problem z wyrażeniem zdecydowanej niezgody na płynące z Brukseli propozycje. Jako opozycja wielokrotnie pokazywaliśmy rządowi, że jego działania są złe, błędne politycznie lub prawnie, pokazywaliśmy również sposoby wyjścia z sytuacji. Zachęcaliśmy czasem do tego, by pewne propozycje przygotowywane przez Komisję Europejską potraktować po prostu odmownie. Za każdym razem jednak rząd nie chciał podejmować naszych propozycji. Wiem, że ostateczny kształt paktu fiskalnego nie jest jeszcze znany i trwają negocjacje. Chciałbym więc wiedzieć, że rząd na poważnie rozważa powiedzenie dla pewnych propozycji NIE i jest na to gotowy teraz, zanim zapadną końcowe decyzje. W przeciwnym razie stosowana przez rząd taktyka byłaby błędna. Nie można najpierw zachwycać się rezultatami szczytu europejskiego, jak premier w Sejmie, potem mówić, że wszystko jest pod kontrolą, potem wyrażać wątpliwości, ale nie czynić żadnych ruchów, a na koniec powiedzieć, że się nie zgadzamy. Bo wtedy może się okazać, że to na nas wszyscy wskażą palcem jako na winnych niepowodzenia negocjacji, a takiej presji obecny rząd na pewno nie wytrzyma i przystąpi do paktu, na który się nie zgadzał. Teraz jest ten moment, by w czasie rozmów twardo powiedzieć: takie decyzje - to bez nas, i to dałoby może szansę na zmianę przebiegu tych negocjacji. Potem będzie za późno.

Będą Państwo skarżyć traktat o Europejskim Mechanizmie Stabilności do Trybunału Konstytucyjnego?
- Żeby traktat o EMS wszedł w życie, trzeba zmienić traktat lizboński. Rząd proponuje tę zmianę zwykłą większością głosów według art. 89 Konstytucji. Naszym zdaniem, ale także dwóch z trzech ekspertyz prawnych, jakie przygotowano w tym celu na potrzeby komisji sejmowej, do ratyfikacji zmian w traktacie potrzeba 2/3 głosów, dlatego że oznacza ona przeniesienie praw suwerennych do instytucji międzynarodowej. Oczekujemy więc od rządu zmiany procedury ratyfikacyjnej na art. 90 Konstytucji oraz wpisania do ustawy ratyfikacyjnej, że przystąpienie Polski do europejskiego mechanizmu stabilności będzie wymagało odrębnej, ponownej zgody 2/3 Sejmu. Co do tego żadna z ekspertyz nie pozostawia wątpliwości. To są nasze warunki brzegowe: dwa razy 2/3 Sejmu. Jeśli rząd ich nie spełni, będzie to oznaczało, według nas, naruszenie Konstytucji i spowoduje zaskarżenie ustawy ratyfikacyjnej do Trybunału Konstytucyjnego. Moim zdaniem, zupełnie skuteczne. A to dla rządu oznacza wielki ambaras, ponieważ ratyfikacja zostanie zawieszona do czasu wydania przez sędziów orzeczenia w tej sprawie. Będzie to zresztą sprawa precedensowa dla Trybunału, bo po raz pierwszy nowelizujemy traktaty europejskie w tej procedurze. Mam nadzieję, że Trybunał uznałby, jeśli będzie taka konieczność, że w pierwszym rzędzie zadaniem władz publicznych w Polsce jest ochrona demokratycznych praw suwerennych.

Co stanie się ze słynnymi 300 mld zł, które w nowym budżecie UE ekipa Tuska miała nam załatwić? Chyba już się gdzieś zapodziały?
- Są one - mówiąc delikatnie - wątpliwe, bo kierunek zmian w zasadach budżetowych na kolejne lata jest dla nas niekorzystny. Ale jednocześnie zwracam wszystkim uwagę, że przyjęcie na siebie obowiązków wynikających z paktu fiskalnego, a więc konieczności redukowania wydatków publicznych, może postawić pod znakiem zapytania wykorzystanie funduszy europejskich w Polsce. Gdzie dzisiaj rząd szuka oszczędności poprzez redukcję długu? W samorządach, które zadłużały się po to, by współfinansować inwestycje z funduszy strukturalnych. W mojej ocenie, jeśli będziemy musieli spełnić warunki paktu fiskalnego poprzez cięcie wydatków, to może to podważyć możliwość wykorzystania tych środków, nawet jeśli te 300 mld zł zostanie Polsce przyznane. To bardzo poważny problem.

Dziękuję za rozmowę.

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka