Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
274
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 0

Punkt zwrotny -Jacek Świat

Mija 21 miesięcy od katastrofy w Smoleńsku. Dla osób bezpośrednio doświadczonych tą tragedią sprawą kluczową było i jest poznanie przebiegu i przyczyn katastrofy. Chcemy wiedzieć, jak ginęli nasi najbliżsi? Czy mieli świadomość sytuacji? Czy cierpieli? Te nasze – najbardziej ludzkie – oczekiwania zostały przez rządzącą ekipę zignorowane i złożone w ofierze bożkowi władzy. Ja mam jednoznaczne odczucie, że był to czas zmarnowany.
Minione miesiące naznaczone były intensywną produkcją manipulacji, fałszerstw i zwykłych kłamstw. Pamiętamy przecież te rewelacje o czterech podejściach do lądowania, o kłótni gen. Andrzeja Błasika z mjr. Arkadiuszem Protasiukiem, o naciskach ze strony prezydenta, o nietrzeźwym generale panoszącym się w kabinie pilotów. Wszystko to przy wtórze „autorytetów”, celebrytów, mediów głównego nurtu próbujących obrzydzić i opluć śp. prezydenta, jego zwolenników i ludzi domagających się prawdy.
Był to także czas trudnej pracy, by przeciwstawić się temu przemysłowi kłamstw i pogardy. Pracuje zespół sejmowy Antoniego Macierewicza, działają niezależne media, takie jak „Nasz Dziennik”, powstają ważne filmy dokumentalne pokazywane później w salach parafialnych, domach kultury czy na domowych spotkaniach. W całym kraju rodzą się inicjatywy lokalne zmierzające do upamiętnienia ofiar i upominające się o wyjaśnienie tragedii.
Ostatnie tygodnie przyniosły wiedzę porażającą. Wyniki autopsji śp. Zbigniewa Wassermanna, przeprowadzonej w Polsce po ekshumacji, ujawniły, że rosyjska dokumentacja medyczna składała się w 95 procentach z fałszerstw. Ujawnione nagrania panów Klichów pokazują, że niemal od pierwszego dnia wdrażany był przez rząd prorosyjski scenariusz działania. Odczytanie zapisów czarnej skrzynki przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych obala tezę o udziale gen. Andrzeja Błasika w ostatniej fazie lotu, a nawet o jego obecności w kabinie. Najświeższe informacje przyniosła telekonferencja przeprowadzona w Sejmie 24 stycznia br. W jej trakcie prof. Wacław Binienda i prof. Kazimierz Nowaczyk z Uniwersytetu Ohio przedstawili i omówili prezentację swoich prac i analiz. W oparciu o publicznie dostępne dane sporządzili obliczenia i komputerowe symulacje ostatnich sekund lotu Tu-154M. Ekspertyzy jednoznacznie podważają „obowiązkową” tezę, że zderzenie z brzozą było ostatnim aktem tragedii.
Dziś już wiemy, że w Smoleńsku zlekceważono wszelkie procedury związane z dokumentowaniem miejsca katastrofy, zabezpieczeniem i zebraniem dowodów, tak materialnych, jak i przesłuchań. Nie zostały przeprowadzone podstawowe badania wraku i miejsca katastrofy. W oficjalnych dokumentach znalazły się informacje wyssane z palca, brednie i kłamstwa. Widzieliśmy wszyscy, jak niszczony jest wrak samolotu. Podobnie zniszczone zostało miejsce upadku samolotu i jego okolice. Niewygodne dowody, jak choćby zeznania kontrolerów lotu, zostały unieważnione. Inne, jak nagrania z wieży kontrolnej, jakoby nie istnieją z powodu awarii. Nie możemy się doczekać dostarczenia z Rosji kluczowych dokumentów. Nasze władze pozostają bierne, a jak nie bierne, to bezsilne. Zwykła stłuczka dwóch samochodów na drodze gminnej dokumentowana jest rzetelniej niż katastrofa lotnicza o największym znaczeniu w powojennej Europie.
Można więc powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że cały wysiłek władz rosyjskich i polskich przez 21 miesięcy nie był skupiony na wyjaśnianiu przyczyn i przebiegu katastrofy, ale wręcz przeciwnie, na zacieraniu prawdy. To był po prostu sabotaż.
Jesteśmy więc z powrotem w punkcie wyjścia. Musimy praktycznie przejść od początku całą drogę od skatalogowania informacji z miejsca katastrofy, przez ekspertyzy, po wnioski dotyczące odpowiedzialności. Od nowa musimy zająć się wszystkimi teoriami, łącznie z teorią zamachu i tezą o awarii samolotu. Mamy niestety świadomość, że wiele dowodów bezpowrotnie stracono. Nie da się już odtworzyć miejsca katastrofy. Nie da się przesłuchać świadków na gorąco, zanim zostali poddani intensywnej obróbce pamięci. Wiemy też, że kluczowe dowody materialne znajdują się w Rosji i nie będzie łatwo ich odzyskać.
Widzimy też coraz jaśniej, że rząd goni w piętkę. Zapętla się w matactwach, ujawnione kłamstwa zastępuje następnymi, przykrywa arogancję bezczelnością, potyka się o własne nogi. Ton prorządowych mediów staje się coraz bardziej histeryczny. Po prezentacji w Sejmie prac prof. Wacława Bieniedy i Kazimierza Nowaczyka był to już tylko wodospad propagandy, nawet bez silenia się na merytoryczną dyskusję. Za tym potokiem chamstwa, obelg, drwin i agresji kryje się tak naprawdę rozpacz i bezsilność wobec siły prawdy. A cóż dopiero mówić o słowie „przepraszam”, które należy się najmocniej skrzywdzonym przez tę propagandę. Jak choćby rodzinom pilotów.
Ale jest i iskierka nadziei. Przede wszystkim coraz powszechniejsza jest w Polsce wiedza, że byliśmy systematycznie, metodycznie okłamywani. Ci, którzy ufali państwu i wierzyli, że zdało egzamin – coraz jaśniej zdają sobie sprawę, że zostali oszukani. Zgłasza się coraz więcej odważnych ludzi nauki z różnych ośrodków akademickich, którzy chcą włączyć się w badania wyjaśniające przebieg wydarzeń. Mimo wszystko wiemy już sporo i mamy naukowe narzędzia, by odtworzyć przebieg tragedii, nawet nie dysponując kompletem dowodów. Prawda ma bowiem tę szczególną cechę, że nie daje się zamordować. Można ją co najwyżej na chwilę ukryć.
Dziś oczywiście nie ma sensu wznawianie prac komisji Jerzego Millera. Od niej już niczego nowego się nie dowiemy. Nie ma sensu odgrzewać postaci tak skompromitowanych jak Edmund Klich. Potrzebna jest nowa komisja złożona z prawdziwych ekspertów, odważnych i niezależnych, nieuwikłanych w polityczne czy ambicjonalne spory. Najlepiej zaś, by była to komisja międzynarodowa, niezależna. Potrzebne jest sięgnięcie po pomoc USA i NATO. Konieczne jest postawienie Rosjanom twardych żądań. Nie mam złudzeń, że spełnienia tych warunków można by oczekiwać od obecnej ekipy. To przecież znaczyłoby unieważnienie karier politycznych zbudowanych na kłamstwie – karier Tuska, Kopacz, Klicha, Arabskiego.
 Musimy więc cierpliwie robić swoje. Będziemy poszukiwać odpowiedzi na pytania dotyczące katastrofy, korzystając z wszelkich dostępnych narzędzi. Jednocześnie nie będziemy ustawać w wywieraniu presji na instytucje państwa, by robiły to, do czego są powołane.
Zapewne pełne wyjaśnienie przyczyn i przebiegu katastrofy będzie możliwe dopiero po zmianie ekipy rządzącej. Być może szybciej, niż nam się wydaje. l

Autor jest posłem na Sejm RP, był mężem Aleksandry Natalli-Świat, posłanki na Sejm V i VI kadencji, która zginęła w katastrofie pod Smoleńskiem.

 

Rząd traci nawet na łupkach

Prof. Mariusz-Orion Jędrysek geolog, poseł na Sejm RP

USA wyprzedziły Rosję w produkcji gazu, ponieważ zwiększyły jego eksploatację z łupków. Dzięki temu amerykański gaz jest coraz tańszy (od 2009 r. potaniał blisko 3-krotnie), oscylując wokół kwoty 70-90 dolarów za 1000 m3, podczas gdy rosyjski gaz drożeje. Polska płaci za niego już ok. 450 do 500 dolarów za 1000 m3. To nie żarty! Sytuacja dobitnie pokazuje, jak ogromne znaczenie geopolityczne ma produkcja gazu łupkowego i jak wielkie przynosi zyski. Dziś nikt już tego nie kwestionuje.
Dlatego też podejrzenia o korupcję przy przyznawaniu polskich koncesji na poszukiwania gazu łupkowego odbiły się szerokim echem w świecie węglowodorowego biznesu, szczególnie rozwijanego w naszym kraju. Dotyczy to pośrednio lub bezpośrednio niemal wszystkich gigantów w tej branży, zarówno tych, którzy mogą działać na naszą korzyść, jak i tych, których działania mogą być Polsce wrogie. Korupcja i inne utrudnienia inwestycyjne sprzyjają wrogim przejęciom koncesji, bo oczywiście wrażliwsze na konotacje korupcyjne są podmioty, których obecności bardziej sobie życzymy. Skoro cień podejrzeń o korupcję to wymierne straty na giełdzie i w sprzedaży, to należy się wycofać nawet ze stratami (choć na koncesjach w Polsce chyba nie sposób stracić). Konotacje korupcyjne firm globalnych mogą spowodować, że straty, np. w USA, znacząco przewyższą zyski w Polsce. Innymi słowy - najbardziej pożądani się wycofają.

Powolny wyścig gigantów
Polska dla wielu jawi się nie tyle jako zielona wyspa, co ciemna otchłań. O niepewnej sytuacji politycznej w Polsce, a tym samym w środowisku inwestycyjnym świadczyć może zaskakująco mała aktywność w zakresie poszukiwań gazu. Warto zaznaczyć, że wydano znacznie więcej koncesji, niż robi się rocznie odwiertów. Firmy posiadające koncesje w Polsce chcą w tym roku wykonać ich tylko 18. Rzecz jasna, można zauważyć pewien postęp, bo w ubiegłym roku firmy wykonały 13 odwiertów, z czego po jednym Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (Wejherowo), które ma 15 koncesji, oraz Orlen Upstream (Wierzbica). Jednakże aby oczekiwać szybkiej eksploatacji, należałoby wykonać ponad 100, a może i 300 odwiertów. Ich liczba co roku powinna być wielokrotnością liczby podmiotów poszukiwawczych. Co to za firma poszukiwawcza, która nie prowadzi eksploracji? A nie prowadzi, bo inwestowanie poważnych kwot w poważne badania wymaga poważnych warunków do inwestowania, to zaś wymaga poważnego rządu, kompetentnie tworzącego stabilne i przejrzyste środowisko organizacyjno-prawne w państwie.
W ciągu ostatnich 4 lat cofnęliśmy się znacznie pod tym względem. Brak zaufania do państwa, niestety słuszny, spowodował dodatkowe trudności wywołujące eskalację napięć społecznych w regionach, w których zostały przyznane koncesje. Notabene o bezpieczeństwo środowiskowe i interesy lokalnej społeczności mieli dbać powołana przeze mnie Komisja Geoekologii i Metod Analitycznych oraz geolog powiatowy związany strukturalnie z Polską Służbą Geologiczną (PSG) i przez nią wspierany. Rząd PO - PSL komisję rozwiązał, a powołania PSG i wsparcia geologów powiatowych zaniechał.
Załóżmy, że za kilka lat rozwiniemy eksploatację i pozyskiwanie gazu z łupków: nie należy się spodziewać, że nasz rodzimy gaz będzie tani. Przecież trudne inwestycje wiążą się z dramatycznym wzrostem kosztów poszukiwań i późniejszej eksploatacji (ryzyko, ubezpieczenia, przestoje, negocjacje, oceny...). Za to muszą zapłacić odbiorca gazu (obywatel) i Skarb Państwa (poprzez obniżone opodatkowanie). Firmy poszukiwawcze nie tyle boją się zbyt dużych obciążeń fiskalnych, ile niestabilności i niejasności polityczno-prawno-organizacyjnej państwa, w którym inwestują. Tymczasem premier Donald Tusk zaskoczył w exposé zapowiedziami podatków od kopalin. Tylko szaleniec w tej sytuacji podjąłby ryzyko wierceń, nie znając żadnych konkretów. Należało albo milczeć, albo pokazać gotowy plan z konkretnymi propozycjami taksacji, choćby w zarysie, w określonych ramach. Poprzez takie wypowiedzi premier już podniósł cenę gazu łupkowego, który będzie wydobywany za 5 czy 10 lat. Osoba pragnąca być nazywana mężem stanu tak nie postępuje.
Jeśli dołożymy do tego fatalne nowe Prawo geologiczne i górnicze uchwalone w zeszłym roku wyłącznie głosami koalicji, to mimo zaskakującej świat w 2006 roku pionierskich koncesji i perspektywy wydobywania gazu łupkowego w Polsce, dziś w realizacji poszukiwań ledwo powłóczymy nogami. Skoro rząd potęguje na każdym kroku niepewność zwiększającą ryzyko poszukiwań, to nie należy się spodziewać ani szybkiego sukcesu w poszukiwaniach, ani taniego gazu.

Rejestr utraconych korzyści
Takiego rejestru nie ma, ale czas, by powstał. Możliwe, że spółki posiadające kapitał mniejszy niż koszt przygotowania aplikacji o koncesję (rzędu 100 tys. zł) lub opłaty koncesyjnej (ok. 400 tys. zł), otrzymały w ekspresowym tempie koncesje na poszukiwania gazu w łupkach. Wartość takiej spółki natychmiast rośnie o rynkową wartość koncesji: warta jest kilka tysięcy (!) razy więcej, niż wynosił jej początkowy kapitał. Rzecz jasna, założyciel spółki musiał mieć pewność, że spółka koncesję dostanie - mamy więc pole do korupcji w systemie, jaki utrzymywała koalicja PO - PSL.
Podsumowując, firmy traktują koncesje w Polsce jako inwestycję ulokowaną na najlepszym na świecie oprocentowaniu, bo kupioną za ułamek promila jej wartości rynkowej. Czekają na innych, to nie kosztuje, ceny koncesji rosną z dnia na dzień, a frycowe zapłacił Skarb Państwa (mówiąc żartem, dla takiego frycowego należałoby znaleźć inny termin, np. donkowe, od angielskiego słowa "donation" - darowizna). Pierwsze koncesje w zasadzie nie są nic warte, bo obciążone są największym ryzykiem inwestora, następne powinny drożeć w miarę wzrostu szans na odkrycie złóż gazu. Ile są więc dziś warte koncesje na poszukiwania gazu w łupkach w Polsce, tego państwo polskie raczej nie wie - wszyscy wiedzą, tylko nie rząd, który wydaje koncesje. Gdyby rząd w jakikolwiek sposób się tym interesował, to nie wydawałby przecież koncesji zgodnie ze starym Prawem geologicznym i górniczym oraz bez powołania kompetentnego organu państwa (służba, urząd, agencja - coś, co byłoby merytorycznym organem rządowym). Jeśli nie powstanie nowy organ państwa o kompetencjach takich jak opisano w projekcie ustawy Klubu Parlamentarnego Solidarnej Polski, o powołaniu Polskiej Służby Geologicznej (niezależnie od postulowanego przeze mnie powołania ministerstwa oraz sejmowej komisji surowców i energii), to poszukiwania będą powolne, mało obiecujące, symulowane itd., a zysk Polski upokarzająco niski, malejący z każdym dniem zwłoki.
Można się pokusić o aktualną wycenę koncesji na poszukiwanie gazu w łupkach na przykładzie PGNiG, które ma ich 15. Przyjmując, że wzrost wartości tej firmy wyłącznie poprzez posiadanie tych koncesji wyniósł co najmniej 5,5 mld zł, to jedna koncesja w obrocie giełdowym (gdyby taki był) powinna kosztować nie mniej niż 366 mln złotych. Obrót ukryty może koncesje wyceniać wyżej. Rzecz jasna, są one więcej warte z uwagi na inne okoliczności. Jeśli przewiduje się, że w rozwiniętym przemyśle wydobywczym gazu z łupków w USA przybędzie jeszcze do 2015 r. ok. 870 tys. nowych miejsc pracy, a do 2030 r. wpłyną jeszcze dodatkowe 933 mld dolarów z tytułu podatków, to w sytuacji, gdy ten przemysł będzie się dopiero w Polsce tworzył, dynamika powinna być wielokrotnie większa. Stąd ceny koncesji na poszukiwania w Polsce będą rosły, tym bardziej że przy łupkach jest też ropa naftowa. Od kilku lat wzrost wydobycia gazu z łupków w USA powoduje wzrost wydobycia ropy naftowej jako kopaliny towarzyszącej (gdy mówiłem w 2006 roku, że możemy mieć sporo gazu, a przy tym ropę w łupkach, towarzyszył temu wybuch śmiechu). Dodatkowo Francja i Bułgaria blokują poszukiwania, co czyni z Polski niemal regionalnego monopolistę, który mógłby dyktować ceny koncesji, gdyby je jeszcze miał.

W USA koncesje drożeją
W wycenie można się odnieść również do tego, co dzieje się na świecie. Gaz w Europie jest bardzo drogi, stąd potencjalne zyski z gazu w łupkach mogą być większe niż w USA, gdzie występuje nadprodukcja tego surowca. Inna sprawa, że mimo to koncesje tam drożeją. Na przykład w rejonie Utica (Ohio i Pensylwania) w ciągu pięciu tygodni cena koncesji wzrosła z około 1 tys. 500 do blisko 15 tys. dolarów. Wzrost cen dotyczy szczególnie tych koncesji, których przyznania nie poprzedzała wystarczająca liczba badań umożliwiających oszacowanie zasobności złóż - tzn. takich jak w Polsce. To mogą być spekulacje, ale pokazują, ile Polska miałaby szansę zarobić na wydawanych koncesjach - niestety nie zarobi, bo niemal wszystkie koncesje zostały wydane za ułamek promila ich wartości rynkowej.
Inny przykład: firma Marathon Oil zapłaciła w Polsce za koncesję (nie licząc mniej istotnego użytkowania górniczego) wykupioną od Skarbu Państwa niewiele ponad 200 zł za 1 km2 (100 ha), a ostatnio zapłaciła w USA za działkę sąsiadującą z Hilcorp Resources Holdings grupy KKR & Co. 21 tys. USD za 1 akr (0,4 ha), czyli ponad 150 tys. zł za 1 ha, czyli 15 mln zł za 1 km2. Jeśli jedna koncesja w Polsce dotyczy obszaru kilkuset km2 (maksimum 1200 km2), to oznacza, że mogłaby być warta ok. 1 mld złotych. Podstawą tych oszacowań są wcale nie najwyższe stawki, ponieważ ostatnio japońska spółka Marubeni zapłaciła jeszcze więcej, bo 25 tys. dolarów, za 1 akr części złoża Eagle Ford w Teksasie należącego do Hunt Oil Co. Nawet jeśli koszty działek obejmują koszty wierceń, to te stanowią ułamek opłaty za koncesję. Jeśli moje szacunki są słuszne, to niewiele się myliłem, mówiąc pół roku temu, że Polska na koncesjach na poszukiwania straciła około 100 mld zł i straci wielokrotnie więcej na koncesjach na eksploatację, jeżeli nic się nie zmieni. Kiedy mówimy o złożach niekonwencjonalnych, musimy podejść niekonwencjonalnie, także do metod prawnych regulujących kwestię ich poszukiwania i wydobycia. Czy przyczyną obecnego stanu była zła intencja, niekompetencja - czy jedno i drugie naraz - coś jakby intencyjna niekompetencja?

Autor jest członkiem Klubu Parlamentarnego Solidarna Polska, kierownikiem Zakładu Geologii Stosowanej i Geochemii oraz studiów doktoranckich Ochrony Środowiska na Uniwersytecie Wrocławskim. W latach 2005-2007 był głównym geologiem kraju i wiceministrem środowiska. Kontakt: www.morion.ing.uni.wroc.pl, www.jedrysek.eu.

Cenzura w kulturze

Z dr Moniką Herrero, dziekanem wydziału dziennikarskiego Uniwersytetu Nawaryjskiego w Pampelunie, rozmawia Agnieszka Żurek

"Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym" - to zdanie wyrecytuje każdy licealista. Nie bardzo chyba jednak wiemy, co to właściwie znaczy.
- Dzisiaj możemy otrzymać za darmo informację na każdy temat. Jaką tylko chcemy. Są to jednak na ogół wiadomości na poziomie bardzo ogólnym. Ludzie, zwłaszcza młodzi, rzadko kiedy mają zwyczaj ich pogłębiania - tym bardziej jeśli trzeba za to zapłacić, choćby kupując gazetę. Myślę, że w sposobie pozyskiwania dostępu do informacji przeszliśmy prawdziwą rewolucję. Stało się to dzięki internetowi, który zapewnia dostęp do darmowych wiadomości. Powszechny dostęp do internetu sprawił, że odzwyczailiśmy się od płacenia za informacje.

Stracił na tym prestiż zawodu dziennikarza?
- Zawód dziennikarza jest często niedoceniany, a dziennikarze bywają oskarżani o całe zło tego świata. Tymczasem wciąż nie brakuje młodych ludzi, którzy wybierają tę pracę. W Hiszpanii mamy ponad 50 szkół komunikacji medialnej. Co roku opuszcza je 20000 absolwentów dziennikarstwa, public relations i reklamy.

Znajdują zatrudnienie w swoim zawodzie?
- Praca dziennikarza nie jest dobrze opłacana, stypendia naukowe nie są wysokie - wynoszą około 500 euro miesięcznie. Nie jest to kwota, za którą można normalnie funkcjonować w Hiszpanii. Tak nie powinno być, ale żeby temu zaradzić, trzeba by było zmienić kulturę odbiorców przyzwyczajonych do tego, że informacje otrzymują za darmo.

Z jednej strony za darmo, z drugiej informacja bywa traktowana jak towar. Wiele mediów pozostaje w rękach prywatnych właścicieli, którzy od zatrudnionych dziennikarzy oczekują prezentowania określonej wizji rzeczywistości.
- W świecie mediów istnieje coś, co możemy nazwać "identyfikacją z określoną marką". Jeżeli dziennikarz wybiera pracę w określonym medium, na ogół wie, czego się spodziewać, jaki system wartości wyznawany jest w danym środowisku. Media mogą być rozmaite, to normalne - istnieje przecież pluralizm. Tę samą sprawę można opisywać z różnych punktów widzenia. Ważna jest uczciwość. Istotne jest także to, żeby identyfikacja z marką była przejrzysta. Dziennikarz powinien mieć możliwość podjęcia pracy, w której jego przekonania są przynajmniej szanowane.

Dziennikarze bywają ograniczani presją reklamodawców?
- Ta presja może być zarówno negatywna, jak i pozytywna. W Hiszpanii byliśmy ostatnio świadkami takiej właśnie pozytywnej presji ze strony reklamodawców. Pewien program rozrywkowy - reality show "La Noria", zaprezentował wywiad z matką mordercy młodej kobiety, która na wizji broniła swojego syna. Reklamodawcy, którzy wcześniej wspierali ten program, zdecydowali się wycofać swój sponsoring. Mimo że był on nadawany w najlepszym czasie antenowym, reklamodawcy odmówili wspierania go ze względu na prezentowane w nim treści. Program zniknął na pewien czas z anteny. Wrócił, kiedy jego wydawca przeprosił publiczność.

Reklamodawcy zareagowali sami z siebie czy pod naciskiem opinii publicznej?
- Wielką rolę odegrały tu portale społecznościowe, takie jak Twitter i Facebook.

Można pokusić się o twierdzenie, że ludzie są już zmęczeni przemocą promowaną w mediach?
- Tak. Dzięki portalom społecznościowym odbiorcy mają także więcej możliwości organizowania się niż kiedyś. Zwiększyła się zatem siła ich oddziaływania. Portale społecznościowe mogą być także dobrym źródłem pozyskiwania talentów dziennikarskich. Bywa, że popularni blogerzy stają się z czasem znanymi dziennikarzami. Zdarza się nawet, że seriale zamieszczane z początku jedynie w internecie, z czasem trafiły na ekrany telewizyjne. Odbiorcy środków komunikacji mają większy niż kiedyś wpływ na ich treść i mogą wpływać także na ich jakość. Kiedyś nie było to możliwe. Można było oczywiście działać w stowarzyszeniach zrzeszających widzów i w ich imieniu zabierać głos, był on jednak na ogół słabo słyszalny. Teraz dzięki portalom społecznościowym można szybko zwołać na przykład bojkot konsumencki, który będzie w stanie "zdjąć program z anteny". To bardzo dobre zjawisko.

Dziennikarze pracujący w głównych mediach na ogół wiedzą, jaka jest obowiązująca linia władzy i wyczuwają, o czym można pisać bezpiecznie, a jakiego tematu lepiej nie dotykać.
- Tak, cenzura wewnętrzna istnieje także w hiszpańskich mediach. Myślę zresztą, że tak jest w całej Europie. Wynika to zapewne z ogromnej siły, jaką mają koncerny medialne. Dziennikarstwo nie jest łatwym zawodem. Na blogu oczywiście możesz napisać, co chcesz, ale tym, na co zwraca uwagę opinia publiczna, nie jest twój blog, ale to, co napiszą główne gazety. Co ciekawe, liczba czytelników papierowych wydań gazet się zmniejszyła, ale liczba osób identyfikujących się z danym tytułem pozostaje taka sama.

Czy rząd hiszpański zapowiada jakieś ograniczenia w dostępie do informacji w internecie? Nasz premier tego nie wyklucza.
- Czy on jest komunistą?

Mówi, że nie.
- Cenzura internetu istnieje w Chinach. Kiedy odwiedziłam Chiny, byłam tym przerażona. Mimo że przyjechaliśmy tam jako zagraniczna delegacja i mimo że mieszkaliśmy w "prozachodnim" hotelu, kiedy chcieliśmy skorzystać z internetu, nie mogliśmy po prostu włączyć komputera i uruchomić przeglądarki. Korzystaliśmy z niego pod kontrolą. Możemy wiele mówić na temat ekonomicznego rozwoju Chin, na temat perspektyw handlu z tym krajem, ale dopóki ceną za to jest wolność, jest to nie do zaakceptowania. Jestem bardzo zaniepokojona sytuacją w Chinach. Pamiętam, kiedy po wizycie w tym kraju chcieliśmy wysłać poznanej katoliczce - kierowcy taksówki z Pekinu - kilka książek z dziedziny duchowości. Wysłaliśmy e-mail na adres ambasady z pytaniem, czy nie narazimy w ten sposób tej kobiety na przykrości. Dostaliśmy odpowiedź z innego adresu e-mailowego niż ten, pod który pisaliśmy. Poproszono nas, żebyśmy na przyszłość nie zadawali tego rodzaju pytań e-mailem i żebyśmy absolutnie nie wysyłali do Chin lektur na tematy duchowe, bo ich adresat będzie miał z tego powodu poważne problemy. Żyjemy z XXI wieku, a wciąż istnieje cenzura i brak wolności wyznania.

Europy też to dotyczy?
- Tak, ale moim zdaniem nie tyle w sferze informacji, ile w sferze rozrywki i kultury. W Hiszpanii istnieje wiele tytułów gazet i mimo że te reprezentujące światopogląd katolicki - takie jak "ABC" czy "El Razon" - nie są może tymi najlepiej się sprzedającymi, to jednak można tu mówić o pluralizmie. Inaczej jest natomiast w rozrywce. Tutaj obowiązuje monopol światopoglądu rodem z amerykańskich seriali, takich jak "Przyjaciele". Wczoraj byłam w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, spotkałam się z młodymi ludźmi i zapytałam ich, ilu z nich oglądało bądź ogląda ten serial. Zdecydowana większość odpowiedziała twierdząco. Większość młodych chciałaby wręcz żyć tak, jak bohaterowie tego serialu. To jest prawdziwy problem. Można sobie nie zdawać z tego sprawy, ale to, co oglądamy, ma na nas ogromny wpływ. Czasami naśladujemy pewne modele na poziomie podświadomym. Kultura, w jakiej żyjemy, wywiera wpływ na nasze wybory, na kształtowanie się naszego systemu wartości, na nasz styl życia. Przekaz audiowizualny ma wielką siłę. Nie stoję na stanowisku, że kultura popularna ma prezentować wyłącznie żywoty świętych, ale uważam, że powinna dobro pokazywać jako dobro, a zło jako zło. Jest to wielkim zadaniem dla scenarzystów i reżyserów. Na moim uniwersytecie w Nawarze mamy studia magisterskie w dziedzinie pisania scenariuszy. Stanowi to pewną odpowiedź na potrzeby naszych czasów.

Uważa Pani zatem, że większym problemem niż brak dostępu do informacji jest określony profil współczesnej kultury, pod wpływem którego informacje tracą na wartości?
- Tak. Dostęp do informacji mamy właściwie nieograniczony, ale filtrujemy je - nawet podświadomie - przez klisze, które wdrukowała nam popkultura. Podam przykład: w chwili przegłosowania w Hiszpanii prawa do zawierania układów homoseksualnych na wzór małżeństw w serialach "rodzinnych" geje i lesbijki pojawili się jako pozytywni bohaterowie. Oczywiście, homoseksualiści są dziećmi Bożymi i należy im się szacunek, ale nie oznacza to, że należy ich pokazywać w serialach dla młodzieży jako modele godne naśladowania, jako ludzi lepiej niż inni ukształtowanych i pełniej przeżywających swoją egzystencję.

W kulturze nie istnieje zatem pluralizm medialny?
- Nie, w godzinach najwyższej oglądalności w telewizji zupełnie nie ma pluralizmu kulturowego. Nie jest to tylko wina promowania określonego światopoglądu, ale także tego, że media katolickie zaniedbują często ofertę rozrywkową, przez co nie stanowią konkurencji dla mediów laickich. Oferta rozrywkowa jest w katolickich mediach często pomijana bądź prezentowana na dość niskim poziomie. Z tego powodu nie przyciąga widzów. To samo dotyczy internetu. Strony katolickie często kładąc nacisk na zawartość merytoryczną, uważają, że ona sama się obroni i że niepotrzebna jest jej atrakcyjna oprawa graficzna. Media katolickie bywają niedoceniane, miewają niską oglądalność, ponieważ bywają po prostu nieatrakcyjne. Trzeba dbać zarówno o zawartość merytoryczną, jak i o wysoki poziom jej prezentacji.

Może Pani podać jakiś pozytywny przykład w tej dziedzinie?
- Opiszę to na przykładzie naszej uczelni. Uniwersytet w Nawarze należy do Opus Dei, jest prywatną uczelnią katolicką. Studiują tutaj jednak nie tylko katolicy, ale także wielu niewierzących. Wybierają naukę właśnie w tym miejscu ze względu na wysoki poziom kształcenia i dobrą reputację, jaką cieszy się uniwersytet. Moi studenci pracują w różnych miejscach. Nie chodzi o to, żeby stworzyć wąską grupę katolików przebywających razem. Dużo bardziej katolickie jest szukanie kontaktu z innymi ludźmi.

Dziękuję za rozmowę.

Krok w kierunku państwa federacyjnego

Tomasz Cukiernik - prawnik, ekspert Instytutu Globalizacji

Najgorętszym zwolennikiem podatku od transakcji finansowych, czyli tzw. podatku Tobina, dla wszystkich krajów unijnych albo chociaż dla strefy euro jest Nicolas Sarkozy. Prezydenta Francji skrytykowali, co symptomatyczne, francuscy bankowcy i przedsiębiorcy, którzy uważają, że podatek ten uderzyłby w rodzimą gospodarkę i zniszczył Paryż jako centrum finansowe. Wprowadzenie podatku popiera również Jean-Claude Juncker, szef eurogrupy skupiającej ministrów finansów krajów strefy euro, oraz Angela Merkel, kanclerz Niemiec, i Wolfgang Schäuble, niemiecki minister finansów, choć sprawa jest mocno dyskusyjna wśród reszty niemieckiego rządu, a krytykują go niemieckie środowiska finansowe. Za podatkiem opowiadają się także politycy z Włoch, Austrii, Belgii i Hiszpanii.

Skorzystają pozaunijne centra finansowe
Nowemu podatkowi sprzeciwia się natomiast David Cameron, premier Wielkiej Brytanii, który obawia się, że spowoduje on ucieczkę międzynarodowego kapitału z londyńskiego City. Cameron zapowiedział, że zawetuje propozycję ustanowienia tego ogólnounijnego podatku, chyba że... taki podatek wprowadzi reszta świata. Co ciekawe, oprócz Wielkiej Brytanii przeciwko podatkowi od transakcji finansowych opowiedzieli się zwykle nadmiernie fiskalni Skandynawowie. Duńscy politycy twierdzą, że spowoduje on spowolnienie wzrostu gospodarczego i utratę setek tysięcy miejsc pracy. Podobnie uważają politycy szwedzcy. Mianowicie w Szwecji podatek ten został wprowadzony w latach 80., ale okazał się bardzo niekorzystny i w końcu go zlikwidowano. Anders Borg, szwedzki minister finansów, przypomniał, że jego kraj zrezygnował z pobierania podatku od transakcji finansowych po tym, jak około 90-99 procent przedsiębiorstw handlujących papierami wartościowymi opuściło Szwecję. W rezultacie kraj nie miał z tego podatku niemal żadnych wpływów. Borg dodał, że w skali Unii Europejskiej podatek ten doprowadzi do ucieczki firm do USA i Azji. Jedno jest pewne: wprowadzenie w Unii Europejskiej podatku od transakcji finansowych będzie korzystne dla pozaunijnych centrów finansowych, takich jak Nowy Jork, Genewa, Hongkong (według najnowszego Indeksu Stabilności Finansowej Światowego Forum Ekonomicznego w Genewie już teraz Hongkong przeskoczył cztery pozycje do góry i stał się najważniejszym centrum finansowym świata, pozostawiając w tyle nowojorską Wall Street i londyńskie City), Singapur, Tokio czy Szanghaj.


Unia szuka pieniędzy
Aby zadowolić Brukselę, polskie Ministerstwo Finansów już pracuje nad wprowadzeniem w naszym kraju podatku od transakcji finansowych, który miałby dać sektorowi publicznemu dodatkowe 700 mln zł rocznie. Jednak zdaniem polskich bankowców ze Związku Banków Polskich, wprowadzenie tego ogólnounijnego podatku zahamuje rozwój sektora bankowego w Polsce, a co za tym idzie - rozwój polskiej gospodarki. To kolejne obciążenie finansowe dla banków, które w Polsce i tak już oprócz normalnych podatków płaconych przez przedsiębiorstwa uiszczają także m.in. opłaty stabilizacyjne, dodatkowe opłaty na system nadzoru czy na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Z kolei - jak uważa Bartosz Wyżykowski, ekspert PKPP Lewiatan - nałożenie nowych obciążeń podatkowych w odniesieniu do instytucji finansowych zbiegnie się w czasie z koniecznością podwyższenia kapitałów wielu banków, a jednoczesne opodatkowanie transakcji finansowych zmniejszy możliwości instytucji finansowych zwiększenia swoich kapitałów. Podatek będzie stanowił dodatkowe obciążenie, które odbierze bankom środki pieniężne, a jego konsekwencją będzie wzrost cen usług bankowych, polis ubezpieczeniowych, a także kosztów oszczędzania na emeryturę w funduszach emerytalnych.
Unia Europejska jednak się tym nie przejmuje, bo nerwowo szuka pieniędzy, które wszelkimi sposobami próbuje wydobyć z gospodarki, i pojawiają się mniej lub bardziej absurdalne pomysły z tym związane. Argumentacje za wprowadzeniem podatku od transakcji finansowych są różne. Profesor James Tobin, amerykański ekonomista i noblista, który pierwotnie zaproponował ten podatek, uważał, że powinien on zostać przeznaczony na walkę z nierównościami społecznymi. Teraz mówi się, że podatkiem tym banki spłacą pieniądze, które otrzymały od podatników, kiedy znalazły się w tarapatach w czasie kryzysu. Z drugiej strony nowy podatek ma zostać przeznaczony na pomoc dla zadłużonych krajów unijnych. Natomiast eurodeputowani chcą, by dochody z tego podatku szły na finansowanie unijnych projektów. - Kiedy kupuje się mieszkanie, w każdym kraju płaci się podatek. Kiedy idzie się do supermarketu po jedzenie, płaci się podatek. Kiedy dokonuje się transakcji finansowej, nie płaci się podatku. Kto to rozumie? Kto to akceptuje? - argumentował z kolei prezydent Sarkozy. Pewne jest natomiast to, że na skutek wprowadzenia tego podatku znowu jakaś część pieniędzy wypłynie z efektywnego sektora prywatnego na rzecz nieefektywnego sektora publicznego, co oznacza dalsze powiększanie władzy Lewiatana. To samobójstwo w obecnej sytuacji kryzysowej, gdy należy promować wzrost gospodarczy, a nie nakładać nowe obciążenia na biznes, który jako jedyny ten wzrost może napędzać.

Podatkiem w suwerenność
Pomijając szkody dla gospodarki, jakie nowy podatek może wyrządzić, niebezpieczny wydaje się fakt, że podatek od transakcji finansowych ma być pierwszym podatkiem, z którego dochody mają bezpośrednio wpływać do unijnego budżetu, a nie przechodzić najpierw przez budżety krajowe, tak jak to się aktualnie dzieje z finansowaniem działań Unii. To nie tylko kolejny krok w kierunku ściślejszej integracji państw członkowskich, ale należy przede wszystkim zauważyć, iż właśnie zbieranie podatków na swoim terenie jest jednym z najważniejszych elementów suwerenności. Tak więc to istotny krok w kierunku przekształcania federacji państw w państwo federacyjne o nazwie Unia Europejska.
Za wprowadzeniem podatku od transakcji finansowych optują też amerykańscy politycy z Partii Demokratycznej. Z analizy kongresowego komitetu podatkowego wynika, że podatek w wysokości 0,03 proc. od transakcji finansowej dałby w ciągu 10 lat 350 mld dolarów dochodu. - To bardzo dobry sposób na uzyskanie dodatkowego dochodu - powiedział Tom Harkin, amerykański senator z Partii Demokratycznej. - Szczerze mówiąc, mogę się założyć, że nikt nawet nie poczułby wprowadzenia takiego podatku - dodał zuchwale senator. Tej propozycji jednak ostro sprzeciwiają się bardziej trzeźwo myślący politycy z Partii Republikańskiej.
Propozycja Komisji Europejskiej zakłada, że od 2014 roku sprzedaż akcji i obligacji byłaby opodatkowana stawką 0,1 proc., a kontrakty pochodne stawką 0,01 procent. Szacuje się, że przychody z tytułu nowego podatku wyniosłyby około 55-57 mld euro rocznie, jednak biorąc pod uwagę szwedzkie doświadczenia, kwoty te są wzięte z sufitu. Tymczasem z wyliczeń urzędników tej samej Komisji Europejskiej wynika, że podatek ten uszczupli gospodarki Unii Europejskiej kwotą pomiędzy 61 a 216 mld euro! Analizy ekspertów Oxera, brytyjskiej agencji konsultingowej, mówią o obniżeniu wzrostu PKB nawet o 2 procent! Z kolei brytyjska Izba Lordów wyliczyła, że koszty gospodarcze podatku od transakcji finansowych byłyby od pięciu do dwudziestu razy wyższe niż planowane z niego przychody, a wiele firm przeniosłoby się za granicę, by uciec przed fiskusem. Natomiast według brytyjskiego Instytutu im. Adama Smitha, podatek ten kosztowałby tylko brytyjską gospodarkę 25,5 mld funtów rocznie (prawie 75 proc. zysków z obrotu derywatami na terenie UE trafia do Londynu, a po wprowadzeniu podatku rynek ten skurczyłby się o 90 proc.). Same te wyliczenia pokazują, że wprowadzenie tego podatku to kompletny absurd.

Autor jest doktorantem na Wydziale Ekonomii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Islam nie zna tolerancji

Z dr. Udo Ulfkottem, znanym niemieckim dziennikarzem i autorem licznych publikacji na temat zagrożenia, jakie niesie Niemcom islam i jego wyznawcy, rozmawia Bogusław Rąpała


Takie kraje, jak Niemcy i Francja, musiały przyznać, że forsowany przez nie model społeczeństwa wielokulturowego - tzw. multi-kulti, skończył się porażką. W swoich książkach i publikacjach od dawna ostrzegał Pan przed naiwnym brataniem się z muzułmanami, mówiąc: "Nie każdy, kto ściska nam dłoń i mówi o dialogu, robi to szczerze". Nigdy nie wierzył Pan w eksperyment pod nazwą "multi-kulti"?
- Nie. Jako chrześcijanin przez wiele lat wierzyłem w społeczeństwo wielokulturowe oraz pokojowe współżycie różnych religii. Potem jednak, pracując dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung", przez 17 lat odwiedzałem kraje arabskie i afrykańskie, i muszę powiedzieć, że nigdzie nie spotkałem czegoś takiego, jak istnienie obok siebie wielu kultur. Powiem więcej, rzeczywistość we wszystkich krajach świata jest dokładnym przeciwieństwem społeczeństwa wielokulturowego. Domem muzułmanów są kraje muzułmańskie, zaś Europejczyków - Europa. Wszystko inne prowadzi do tego, że także tutaj w Europie nastają porządki rodem z krajów muzułmańskich: tam wszyscy myślący inaczej traktowani są jak obywatele drugiej kategorii lub nawet są prześladowani.

Na czym polegają przyczyny klęski "multikulturowości"?
- Żyliśmy w iluzji. Ta iluzja polegała na chęci stworzenia nowego człowieka. Człowieka, który odrzuci swoją kulturę i tradycję, swoje wartości i religię. Już wielu tego próbowało. Tylko że w efekcie zawsze kończy się to wojną domową. Najlepszym tego przykładem są Bałkany. Gdy tylko Zachód wycofuje stamtąd swoich żołnierzy, natychmiast dochodzi do wystąpień muzułmanów przeciwko chrześcijanom. Bałkany to taki znajdujący się tuż pod naszymi drzwiami przykład na to, że "multi-kulti" prowadzi do wojny lub "tylko" dyktatury mającej na celu utrzymanie pokoju między różnymi ludźmi za pomocą prymitywnej przemocy.

W swoich książkach "Wojna w naszych miastach" i "Święta wojna w Europie" wieszczy Pan, że schyłek cywilizacji zachodniej jest "bardzo bliski". Pisze Pan m.in. o "Bractwie Muzułmańskim - centralnym, tajnym przymierzu, które z bezgraniczną nienawiścią i za pomocą długoterminowej strategii próbuje zniszczyć kulturę europejską". Jak ma zamiar to zrobić?
- 30 czerwca 2011 r. to właśnie Bractwo Muzułmańskie ogłosiło w Niemczech manifest, w którym wymienia swoje cele odnośnie do krajów niemieckojęzycznych. Jest tam napisane czarno na białym: "Podstawy naszej religii pochodzą od Allaha; dlatego w odróżnieniu od chrześcijańskiej Biblii nie istnieje możliwość historyczno-krytycznej ich interpretacji, co mogłoby doprowadzić do euroislamu /europejskiej odmiany islamu. (...) Aby zagwarantować sobie prawo człowieka do życia jako muzułmanie, domagamy się prawnego zrównania islamu ze wspólnotami chrześcijańskimi i żydowskimi i - odpowiednio do postępowania karnego wdrażanego w przypadkach antysemityzmu: objęcia sankcjami karnymi postaw wrogich wobec islamu, takiego jak w przypadku chrześcijan i Żydów prawa do wywierania określonego wpływu na obsadzanie właściwych wydziałów, tak jak w przypadku chrześcijan i Żydów lekcji religii w szkołach dla muzułmańskich dzieci, takiego jak w przypadku chrześcijan i Żydów wpływu na kształtowanie publicznego radia oraz - tak jak w Wielkiej Brytanii - wprowadzenia sądów szariatu, w których zasiadają muzułmanie, mogący według prawa islamskiego rozstrzygać spory cywilne, w szczególności te z zakresu prawa rodzinnego".

Czym konkretnie jest Bractwo Muzułmańskie i na ile poważnie mogą być traktowane te postulaty? A przede wszystkim, jaki ma ono wpływ na rozsianych po świecie muzułmanów?
- Bractwo Muzułmańskie jest zalążkiem prawie wszystkich istniejących dziś islamskich organizacji terrorystycznych. Radykalne idee Bractwa takie jak: "Allah jest naszym celem. Prorok jest naszym przywódcą. Koran naszym prawem. Dżihad naszą ścieżką. Śmierć na ścieżce Boga jest naszą jedyną nadzieją", ukształtowały całe pokolenia islamistów. My, Europejczycy, na lekcjach historii poznajemy przyczyny i okoliczności narodzin narodowego socjalizmu: kryzys światowy z lat dwudziestych ubiegłego stulecia, napięcia społeczne, masowe bezrobocie i pojawienie się "fźhrerów", którzy obiecywali masom "ocalenie". Powstanie totalitarnej ideologii islamskiej w środowisku Bractwa Muzułmańskiego jest dla europejskich uczniów białą plamą. Ani jeden europejski podręcznik nie opisuje tego zjawiska. A totalitarna ideologia Bractwa Muzułmańskiego powstawała wtedy, gdy w Europie rozwijał się narodowy socjalizm. Panowały te same historyczne okoliczności, miały miejsce te same historyczne procesy, które oni wspierali. Kto się temu dokładnie przyjrzy, dostrzeże nie tylko analogie; co więcej, narodowy socjalizm i totalna ideologia Bractwa Muzułmańskiego tworzyły ścisły sojusz, którego skutki widzimy również dziś. Gdy ulicami europejskich miast, pomstując, maszerowali ludzie w brunatnych koszulach, w Kairze odbywały się pochody odzianych na zielono zwolenników Bractwa Muzułmańskiego. W międzyczasie członkowie bractwa utworzyli w całej Europie gęstą sieć meczetów i gmin islamskich, które przez obrońców konstytucji również mają antykonstytucyjny charakter. Jednak europejscy dziennikarze nadskakują ich reprezentantom jako "politykom opozycyjnym" tylko dlatego, że nie noszą oni dziś zielonych koszul, lecz zachodnie garnitury. Ale chodzi wciąż o tę samą totalitarną ideologię, która kiedyś kazała im maszerować wspólnie z Adolfem Hitlerem.

"Dobrze zamaskowana armia działająca w podziemiu" - tak w swojej książce "Święta wojna w Europie" opisuje Pan islamskich ekstremistów, którzy infiltrują Niemcy. Co jest ich najskuteczniejszą bronią?
- Paradoksalnie dużo bardziej niebezpieczni od członków Bractwa Muzułmańskiego są nasi europejscy dziennikarze i politycy, którzy wspierają zielonych nazistów Allaha i wmawiają nam, obywatelom, że są to nasi przyjaciele. Zbyt długo byliśmy na to ślepi. Dziś jesteśmy - jeszcze - zbyt tchórzliwi, aby na miejsce komisarzy ds. integracji ustanowić komisarzy ds. repatriacji, którzy wyprowadzą muzułmanów z powrotem do ich krajów pochodzenia. W Europie nie powinno być miejsca dla wrogiego demokracji islamu i dla tak nastawionych wyznawców.

W latach 1986-1998 sporo czasu mieszkał Pan w krajach islamskich - Iraku, Iranie, Afganistanie, Arabii Saudyjskiej, Omanie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Egipcie i Jordanii. Jak ten okres wpłynął na Pańskie wcześniejsze postrzeganie islamu i co jest najbardziej charakterystyczne dla tamtejszych społeczeństw?
- Nietolerancja, nienawiść i traktowanie mnie, chrześcijanina, jak człowieka drugiej kategorii - doświadczałem tego codziennie. W Arabii Saudyjskiej widziałem egzekucje - obcinanie głów, odrąbywanie rąk, rozstrzelania, ucisk wobec kobiet, nienawiść do demokracji i zachodnich wartości. To są rzeczy charakterystyczne dla islamu.

Które elementy życia islamskich społeczności są szczególnie niebezpieczne dla naszego świata?
- Zakłamanie wobec niemuzułmanów, które jest stałą częścią składową islamskiej ideologii. Wierzyliśmy muzułmanom z Bractwa Muzułmańskiego, kiedy po obaleniu Mubaraka w Egipcie mówili, że nie chcą wojny z Izraelem, akceptują prawo tego państwa do istnienia i nie chcą zniszczyć wszystkich Żydów. Naprawdę w to uwierzyliśmy. Ale jak tylko wygrali wybory, okazało się, że już nie chcą pokoju z Izraelem i dają upust swojej nienawiści do Żydów. Tak samo fałszywie jak egipscy muzułmanie postępują wobec Żydów, tak też zachowują się muzułmanie w Europie.

Czy społeczeństwo europejskie ma szansę zachować swoją tożsamość w zderzeniu z islamem?
- Ależ tak. Wobec tego zagrożenia najpierw odnajdziemy naszą tożsamość. Przeżyjemy zwrot ku europejskim (przede wszystkim chrześcijańskim) wartościom. Seks, alkohol, rozrywkowy styl życia - to żadne wartości. Nasze wartości zatraciliśmy w społeczeństwie multikulturowym. Teraz na nowo będziemy je odkrywać.

Skoro rzeczywiście jest tak źle, dlaczego problem islamu w Niemczech wydaje się nie interesować ani dziennikarzy, ani polityków?
- Dobrzy ludzie widzą w człowieku tylko dobro. Dopiero kiedy coś się zawali, wtedy stają się czujni. Jednak wówczas to przebudzenie bardzo boli.

Dziś bardzo skuteczną bronią muzułmanów jest również pojęcie tolerancji. Zresztą nadużywają go wszystkie grupy, które chcą przeforsować swoje niejednokrotnie najbardziej absurdalne żądania. Jak Pan rozumie słowo "tolerancja"? I gdzie Europejczycy powinni postawić jej granice w kontaktach z muzułmanami?
- Islam nie zna tolerancji. Proszę wskazać mi chociaż jeden kraj islamski, w którym polski katolik może się modlić i nie jest traktowany jako człowiek drugiej kategorii. Już nawet nie mówię o krajach tak radykalnych, jak Arabia Saudyjska. Mówię o takich państwach jak Turcja która kiedyś była krajem chrześcijańskim. Bo nawet w takim "liberalnym" państwie muzułmańskim jak Turcja nie wolno dziś budować lub remontować kościołów ani kształcić kapłanów. Muzułmanie po prostu hołdują ideologii braku tolerancji. I dokładnie tak samo nietolerancyjnie powinniśmy my ich traktować. Zróbmy z meczetów, które pobudowali u nas, miejsca pamięci po ofiarach ideologii islamu. Zero tolerancji dla nietolerancji.

Przestrzega Pan: "W przyszłości będziemy świadkami ataków terrorystycznych w Niemczech". Na czym opiera Pan te przypuszczenia i czy stanie się to w niedalekiej przyszłości?
- Nie muszę się podpierać żadnymi przypuszczeniami. Organy bezpieczeństwa cały czas informują o tym, że odkrywają przygotowania do zamachów terrorystycznych z udziałem muzułmanów. A muzułmańskie ugrupowania także nieustannie zapowiadają nowe ataki - również w Niemczech.

Za swoje poglądy jest Pan atakowany i krytykowany zarówno przez muzułmanów, jak i niemuzułmanów. Niektórzy Pana rodacy określają Pana jako zwolennika spiskowej teorii dziejów i islamofoba...
- Już mnie to nie obchodzi. Stare przysłowie mówi: wielu wrogów, wiele honoru.

A nie obawia się Pan o swoje życie?
- Każdy kiedyś umrze. Ja również. Dlaczego jako chrześcijanin mam się obawiać śmierci? Albo muzułmanów? Zdecydowanie nie muszę się bać.

Dziękuję za rozmowę.

Zrozumieć media

Media powinny poszerzać przestrzeń komunikacji. Ale z codziennej obserwacji życia dobrze wiemy, że nie zawsze służą relacjom międzyludzkim, a czasem ich działanie prowadzi wręcz do skłócania różnych środowisk. O sile współczesnych mediów świadczy fakt, że określa się je już jako pierwszą władzę: wysuwają się dzisiaj na pierwszy plan w życiu publicznym, wywierając potężny wpływ na społeczeństwo. Gdy media nie szanują prawdy, dobra i piękna, nie tylko przestają służyć ludziom, ale stają się wręcz potężnym orężem manipulacji niosącym zniszczenie. Dlatego tak istotna jest znajomość funkcjonowania mediów, gdyż tylko to pozwala nam nad nimi zapanować.
W ten kontekst wpisuje się inicjatywa, którą podjęła Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu wraz z Telewizją Trwam i Radiem Maryja, prowadząc w różnych miastach Polski cykliczne warsztaty dziennikarskie pod hasłem "Zrozumieć media". W sobotę, 14 stycznia, warsztaty odbyły się w murach Wyższego Seminarium Duchownego w Kaliszu. Obejmowały one tematykę kultury, polityki i nowoczesności we współczesnych mediach. W spotkaniu z mediami wzięli udział młodzi ludzie z diecezji kaliskiej, ale również osoby przybyłe spoza niej, m.in. z Łodzi.

Telewizja wygrywa wybory
Podczas warsztatów można było się naocznie przekonać, dlaczego najpotężniejszym medium, bezsprzecznie dominującym we współczesnym systemie komunikowania, jest telewizja. Pokazano na konkretnych przykładach, w jaki sposób skupia ona zainteresowanie opinii publicznej na prezentowanych zdarzeniach, osobach i ideach. Zwrócono również uwagę na pojawiające się wynaturzenia w zakresie funkcjonowania mediów. Jak zaznaczył ks. bp Stanisław Napierała: "Władza powinna służyć Narodowi, państwu, a nie interesom jakiejś partii. Niestety, dzisiaj obserwujemy, że często ta partia, która zdobywa władzę, sięga też po media. Media przestają wtedy służyć społeczeństwu, ponieważ nieistotne treści, które się w nich pojawiają, mają ludzi jedynie zabawić i spowodować, by nie mogli zająć się sprawami Narodu i państwa. I tu jest wielka manipulacja". Analizując sytuację w naszej Ojczyźnie, ksiądz biskup dodał: "W najbliższym czasie cyfryzacja obejmie telewizję. Lecz, jak się okazuje, Telewizja Trwam ma być wyeliminowana z cyfrowego multipleksu. A niektórym podmiotom dano kilka miejsc. Ta odmowa godzi przede wszystkim w nas, odbiorców. Wielu milionom Polaków próbuje się zamknąć drzwi do wartości, które są w tej telewizji przedstawiane".
Podczas warsztatów uczestnicy mogli nie tylko zdobyć informacje o rynku mediów, ale też zobaczyć ważne wydarzenia z historii, które potwierdziły wielką sugestywność przekazu telewizyjnego. Jak się już niejednokrotnie okazało, telewizja może zadecydować o tym, kto obejmie najwyższy urząd w danym państwie. Tak było chociażby w 1960 r., kiedy ubiegający się o prezydenturę w Stanach Zjednoczonych John F. Kennedy i Richard Nixon stanęli przed kamerami telewizyjnymi. Sondaże przed debatą przewidywały zwycięstwo Nixona, lecz po jej zakończeniu Kennedy objął prowadzenie, a poparcie dla Nixona spadło. Po wyborach 57 proc. Amerykanów, którzy wzięli udział w głosowaniu, przyznało, że debaty miały wpływ na ich decyzję. A 6 proc. z nich podjęło decyzję wyłącznie na podstawie debat.
Wiedza o sposobach budowania poparcia poprzez zastosowanie odpowiednich technik medialnych dla wielu była odkrywcza. - Zaskoczyły mnie te zajęcia, gdyż nigdy bym nie przypuszczała, że w mediach tak się manipuluje. Na zajęciach z technikami z radia i telewizji mogłam się naocznie przekonać, jak to się odbywa. Po tych warsztatach na pewno nie będę tak łatwo wierzyła w to, co mówią media - powiedziała Natalia Jasiak, jedna z uczestników warsztatów.

Kreacja rzeczywistości
Obecność wozu transmisyjnego Telewizji Trwam pozwoliła też pokazać, jak odbywa się przekaz na żywo. Nie da się bowiem ukryć, że we współczesnej telewizji atrakcyjne są zwłaszcza bezpośrednie transmisje, które sprawiają, że odbiorca nie tylko czuje, że śledzi przebieg danego wydarzenia, ale wręcz odnosi wrażenie, że jest jego uczestnikiem. Natomiast trzeba mieć świadomość, że nawet bezpośrednia relacja zawsze jest interpretacją danego wydarzenia budowaną przez realizatora. To on decyduje o tym, co i w jaki sposób zostanie nam przedstawione na ekranie - a to, co jest poza nim, po prostu nie istnieje. Telewizja więc przekazuje obrazy tego, co istnieje w rzeczywistości, ale to nie znaczy, że obraz telewizyjny jest w stanie stopić się z rzeczywistością. Mogli się o tym także naocznie przekonać uczestnicy warsztatów. Gimnazjalista Dominik Iciek odkrył, iż sposób ułożenia ujęć może zmienić odbiór filmu, przekonał się też, że często kamera nie pokazuje człowieka takim, jakim jest on naprawdę.
Bardzo pouczające dla uczestników były warsztaty ukazujące funkcjonowanie radia. - Podczas części radiowej wzięliśmy udział w zabawie dźwiękiem. Muzyka jest moją wielką pasją i jeśli będzie to możliwe, to w przyszłości chciałabym tworzyć audycje muzyczne. Bardzo spodobały mi się też dżingle studenckiego Radia SIM - powiedziała Joanna Dolata. W trakcie zajęć każdy z uczestników mógł też poznać warsztat dziennikarza prasowego oraz zobaczyć, jak zbudowane są strony internetowe. Przedstawiona uczestnikom bogata prezentacja wprowadziła ich w szablony stron www, architekturę informacji oraz grafikę stron internetowych. - Na tych warsztatach szczególnie zainteresowała mnie część dotycząca prasy i internetu. Lubię pisać, w szkole zaangażowałam się w tworzenie gazetki, dzięki tym warsztatom zyskałam wiele nowych, cennych informacji - podkreśliła Adrianna Szpakowska.
Warsztaty były też okazją do spotkania ze środowiskiem akademickim WSKSiM. - Przyjechałam na te warsztaty z młodzieżą, gdyż organizuje je właśnie Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej. Już od pewnego czasu kiełkowała w nas myśl, by odwiedzić Toruń i uczelnię, i gdy tylko dowiedzieliśmy się, że w Kaliszu odbywają się takie warsztaty, to z radością na nie przybyliśmy - mówiła Alicja Kaj, nauczycielka z Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych z Koźmina Wielkopolskiego.
Ze spotkania młodzieży ze środowiskiem toruńskiej uczelni, Radia Maryja i Telewizji Trwam radował się także dyrektor diecezjalnego Radia Rodzina ks. prałat Leszek Szkopek. - To spotkanie miało niewątpliwie dla wielu przybyłych odkrywczy charakter. Tematy, które zostały ukazane podczas warsztatów, zapewne skłonią tych młodych do zastanowienia i myślę, że teraz będą chcieli dociekać: czy to tak było naprawdę? Była to też dla nich okazja do spotkania się z mediami katolickimi i zachęta do ich systematycznego odbierania".

Paweł Pasionek

Człowiek sukcesu się nie tłumaczy -Artur Kowalski

Padł argument, że po zmianie ustawy pacjenci za leki płacą faktycznie więcej. O tym, kto mówi prawdę, może od 1 stycznia przekonać się na własnej skórze każdy chory, który wykupuje w aptece lek refundowany. Sejm przeprowadził wczoraj debatę nad informacją prezesa Rady Ministrów na temat sytuacji w polskiej służbie zdrowia związanej z nowymi zasadami refundowania leków. Problem skandalicznego zamieszania z wprowadzeniem ustawy wyraźnie odbił się nie na kieszeniach pacjentów - po zmianie refundacji za wiele leków trzeba z początkiem stycznia zapłacić dużo więcej. Ma też wpływ na dostępność leków. Doszło do masowych protestów lekarzy i aptekarzy, na których rząd próbował przerzucić, pod groźbą kary finansowej, odpowiedzialność za sprawdzenie, czy pacjent jest uprawniony do otrzymania leku refundowanego, choć nie ma instrumentarium, by farmaceuci i lekarze takiemu obowiązkowi podołali.


Premier przemówił wieczorem
Mimo iż tematem debaty była "informacja prezesa Rady Ministrów", to premier Tusk nie uznał za stosowne osobiście wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego rząd doprowadził do takiego chaosu w służbie zdrowia, narażającego pacjentów na utratę zdrowia, a może i życia. Przed Sejmem wystąpił natomiast minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. - Człowiek sukcesu nie będzie występował w sprawach, w których sukcesu nie ma. Do takich spraw wysyła zderzaki. A co się robi ze zderzakami, które się poobijało, każdy kierowca wie - komentował nieobecność premiera na debacie poseł Andrzej Dera (Solidarna Polska).
Premier przemówił w Sejmie dopiero wieczorem - podczas debaty nad wotum nieufności dla ministra Arłukowicza - kiedy szanse na to, że wystąpienie szefa rządu pokaże telewizja publiczna, są znikome. Według szefa rządu, wskutek wprowadzenia nowej ustawy refundacyjnej w przyszłości będzie większa liczba leków refundowanych, a cena większości z nich spadnie. Ponadto jednym z celów ustawy jest także ograniczenie zjawisk korupcyjnych. - Pierwszym efektem, już uzyskanym, jest to, że ponad 60 proc. leków z tej listy jest tańszych, i to tych częściej używanych - ogłosił Donald Tusk. Broniąc Arłukowicza, podkreślał, że minister zdrowia "podjął się tego bardzo trudnego zadania". Zaatakował także opozycję, stwierdzając, iż "nieodpowiedzialni politycy opozycji wmawiali pacjentom, że po zmianie ustawy leków zabraknie i zdrożeją", a następnie, że zacierali ręce, gdy skutecznie udało się wywołać panikę.
Minister Arłukowicz - nad którego pozostaniem na stanowisku Sejm zagłosuje dziś - dowodził, że wprowadzając nową ustawę refundacyjną, rząd przeprowadził "jedną z najtrudniejszych reform w Polsce", która "od 1 stycznia zmieniła rynek leków w Polsce". Przekonywał, iż celem ustawy było zbudowanie systemu, który pozwoli na obniżkę cen leków dla pacjentów, jak również m.in. stworzenie mechanizmu dostępu do leków nowoczesnych. Wiceminister zdrowia Jakub Szulc stwierdził nawet, że ustawa refundacyjna to osiągnięcie, którym "rząd PO - PSL będzie mógł chwalić się w perspektywie nie kilku, ale kilkudziesięciu lat". Zaznaczył, że wpłynęło ponad 100 kolejnych wniosków firm farmaceutycznych w sprawie obniżek cen leków. Arłukowicz zapewniał, że funkcjonowanie ustawy refundacyjnej stale będzie monitorowane, a na listę leków refundowanych będą cyklicznie wprowadzane nowe, nowocześniejsze leki.

Pacjent musi płacić więcej
Informacja prezesa Rady Ministrów przedstawiana przez ministra zdrowia nie zadowoliła posłów opozycji. Bolesław Piecha (PiS) stwierdził, że po wprowadzeniu w życie nowej ustawy refundacyjnej pacjenci w swoich portfelach "widzą ciemność". - Po jej wejściu w życie pacjenci więcej do nich dopłacają - mówił poseł Prawa i Sprawiedliwości. Jak zaznaczył, z listy leków refundowanych zniknęło około 800 pozycji. Natomiast powołując się na wyliczenia jednej z firm badających rynek leków, stwierdził, że według nowej listy leków refundowanych pacjenci zapłacą ogółem o 300 mln zł więcej. - Do takiego reformowania ochrony zdrowia ręki nie przyłożymy - powiedział Piecha. Zastrzegł przy tym, że ustawa refundacyjna "to nie tylko lista leków refundowanych". - Zawiera wiele bardzo ważnych wezwań i my te wezwania popieramy. Przecież każdy rozsądny poseł w tej izbie chce, żeby dostęp do leków był pełny - to są banalne stwierdzenia. Każdy chce, żeby był za rozsądną cenę - znaczy najtańszy. Wszyscy doskonale wiedzą, że należy leczyć nowocześnie, najlepiej i nie należy traktować rynku leków jako rynku manipulacji i gry, zwłaszcza gdy są w to uwikłane niemałe środki publiczne. Każdy również wie, że trzeba stosować transparentne przepisy - dodał Piecha.
Poseł PO Jarosław Katulski, odnosząc się do zarzutów opozycji, ocenił, że ta stworzyła "wirtualny obraz tragedii narodowej" i "skandalicznie wykorzystuje niepokoje wprowadzonych w błąd pacjentów". Marek Gos z koalicyjnego PSL ocenił natomiast, iż lista leków refundowanych została opublikowana zbyt późno. Światło dzienne ujrzała późnym popołudniem w dniu poprzedzającym Wigilię. - Gdyby listę leków refundowanych opublikowano wcześniej niż w końcu grudnia, byłoby mniej spekulacji i okazji do ataku opozycji - dodał. Gos stwierdził także, iż ustawa, która weszła w życie 1 stycznia, "zawierała rygorystyczne i nie do końca obiektywne zasady nadzoru nad rynkiem leków", a "sankcje były zbyt wygórowane". Poseł powiedział, że PSL oczekuje od ministra zdrowia zawarcia porozumienia z lekarzami i aptekarzami oraz uregulowania spornych kwestii w drodze rozporządzeń i zarządzeń.

Byle zachować twarz

Polska podpisze pakt fiskalny, jeśli zostaną spełnione jej najnowsze, minimalistyczne żądania - wynika z wypowiedzi premiera Donalda Tuska po posiedzeniu Rady Ministrów.

Donald Tusk powiedział po posiedzeniu Rady Ministrów, że Polska może nie podpisać paktu fiskalnego, jeśli główną zasadą jego działania będą spotkania krajów euro. - Kluczowe jest, i o to idzie bój, czy spotkania krajów euro będą czymś rzadkim, nadzwyczajnym i poświęconym specyficznym problemom w strefie euro, i wtedy możemy rozważyć akceptację paktu, czy też te spotkania strefy euro będą główną zasadą działania paktu fiskalnego - powiedział Tusk. - Jeśli ocenimy, że ostateczne propozycje paktu nie gwarantują nam wpływu na decyzje, nie podpiszemy go - zapowiedział premier, zaznaczając, że poinformował o tym wszystkich zainteresowanych.
Tusk zareagował w ten sposób na najnowszy projekt paktu, który ignoruje jego wielotygodniowe starania o miejsce przy stole bez prawa głosu w czasie obrad strefy euro. Projekt forsowanego przez Niemcy paktu fiskalnego, który będzie rozpatrywany na najbliższym szczycie UE 30 stycznia, przewiduje, że kraje spoza strefy euro, które podpiszą tę międzyrządową umowę, tylko raz na rok będą mogły przysłuchiwać się obradom eurostrefy, i to pod warunkiem że otrzymają zaproszenie i przyjmą przynajmniej część uciążliwych społecznie postanowień paktu. Projekt w obecnym kształcie stanowi policzek dla premiera Tuska, który uchodzi w Unii za najwierniejszego sojusznika Niemiec. Wprawdzie kanclerz Angela Merkel zapewnia, że chce zapewnić mu krzesło przy stole, ale Niemcy muszą liczyć się z Francją i kilkoma innymi krajami eurostrefy, które się na to nie chcą zgodzić.
Donald Tusk, który już na początku grudnia 2011 r. zapowiedział akces Polski do paktu, gdy treść tej umowy nie była jeszcze znana, znalazł się w trudnej sytuacji. Z jego wypowiedzi wynika, że zmuszony został porzucić stanowisko, iż przyjmie pakt, o ile zagwarantuje on udział krajów spoza euro w obradach eurostrefy. Teraz szef rządu walczy już tylko o to, aby kraje euro "nie konspirowały" we własnym gronie zbyt często, z pominięciem pozostałych członków Unii. O podpisaniu przez Polskę paktu może więc przesądzić warunek zgoła minimalistyczny, dekoracyjny i bez znaczenia.
Traktat akcesyjny, który Polska przyjęła w 2004 r., obliguje nasz kraj do przyjęcia wspólnej waluty - euro, ale nie określa terminu. Zawiązanie przez Niemcy i Francję paktu fiskalnego powoduje, że nie jest jasne, do jakiej strefy euro mamy przystąpić - eurostrefy z traktatu akcesyjnego czy tej, którą stworzy pakt? Idzie on dalej niż unijne traktaty, mianowicie narzuca krajom wspólną politykę fiskalną, ścisłą dyscyplinę budżetową, ostrzejszą niż w Polsce regułę wydatkową, sztywne ograniczenia deficytu i kary za jego przekroczenie. Postanowienia te uniemożliwiają praktycznie krajom słabiej rozwiniętym inwestowanie we własny rozwój. - Francja proponuje dodatkowo, aby to unia fiskalna (czyli "17" zebrana w Pakcie), dzieliła pieniądze na politykę spójności i fundusze strukturalne, a nie Komisja Europejska i Parlament Europejski, czyli 27 członków UE - twierdzi Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. - Druga propozycja Francji dotyczy koordynacji europejskich podatków od przedsiębiorstw, czyli CIT. Państwa, które podpiszą pakt fiskalny, musiałyby wyrównać CIT do średniego poziomu europejskiego - wyjaśnia Szewczak. W Polsce CIT wynosi obecnie 19 proc., w Niemczech - 28 proc., a we Francji - 29 procent. - Polska musiałaby podnieść CIT do ok. 24-25 proc., co oznacza likwidację co najmniej 200 tysięcy miejsc pracy - ocenia ekonomista.
Jeśli nawet francuska propozycja nie zostanie włączona bezpośrednio do paktu na najbliższym szczycie UE, niewątpliwie będzie tematem dalszych negocjacji, które będą się odbywać z pominięciem głosu krajów spoza strefy euro, takich jak Polska.

Małgorzata Goss

Rządzie, ulecz samego siebie

Z posłem Czesławem Hocem (PiS), członkiem sejmowej Komisji Zdrowia, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Premier Donald Tusk jak ognia unika pytań o nową listę leków refundowanych.
- Premier kolejny raz próbuje wmówić Polakom, że po 1 stycznia nic się nie stało, nie było bałaganu kompetencyjnego czy chaosu informacyjnego, a dostęp do leków nie był utrudniony. Mamy też uwierzyć, że lekarzy potraktowano normalnie. Tymczasem tak nie jest. Mieliśmy i mamy do czynienia z zastosowaniem zasady "dziel i rządź", z próbami skłócania pacjentów z lekarzami, lekarzy z aptekarzami, a teraz pacjentów z aptekarzami. To kolejny przejaw braku szacunku dla Polaków.

Minister Bartosz Arłukowicz ogłosił, że po kilku tygodniach ustawa zaczyna funkcjonować. Pan jako lekarz też jest tego zdania?
- Nie ulega wątpliwości, że racjonalna polityka lekowa jest konieczna, ale okoliczności, jakie towarzyszą wprowadzaniu w życie prawnego bubla, jakim jest ustawa refundacyjna, świadczą o tym, że nie tędy droga. Turystyka lekowa miała być ograniczona, tymczasem mamy do czynienia z bieganiem pacjentów od apteki do apteki. Miały być tańsze leki, tymczasem ponad 300 mln zł pacjenci dołożą do leków refundowanych. Tym samym współczynnik płacenia przez polskich pacjentów za leki refundowane wzrośnie i będzie jednym z najwyższych w Europie. A mamiono nas, że się zmniejszy. Niepokoi też fakt, że od 1 stycznia br. duża grupa pacjentów onkologicznych została pozbawiona terapii przeciwnowotworowych. Są to m.in. pacjenci z programami terapeutycznymi na raka płuc i na raka jelita grubego. Mimo iż chorzy mają zagwarantowane tego typu świadczenia w tzw. ustawie koszykowej, to nie mają podpisanego programu terapeutycznego, co stawia ich w beznadziejnej sytuacji. Kolejną grupę stanowią pacjenci z ciężką postacią astmy alergicznej czy ciężką postacią łuszczycowego zapalenia skóry. Tymczasem każdy dzień zwłoki w leczeniu dla tych chorych to nie tylko walka o życie, ale ogromne cierpienie i walka o swoją godność. To tylko przykłady pacjentów, którzy ze swoimi schorzeniami zostali na lodzie. Do tego dochodzą problemy, jakie ustawa refundacyjna spowodowała w związku z zakupem leków na oddziały szpitalne. Dotychczas szpitale mogły organizować przetargi i wybierać korzystne oferty, a teraz, kiedy ceny są stałe, szpitale będą zmuszone płacić wyższe ceny. Nie wspomnę już o obciążeniach związanych z ubezpieczeniami szpitali, które według szacunków ekspertów będą kosztowały około 800 mln zł, a pieniądze będą pochodziły z kontraktów z NFZ, ze środków na inwestycje czy na zakup leków. Nie ma też ani słowa wyjaśnienia, jak resort zdrowia zamierza zredukować świadczenia wymagalne polskich szpitali, które wynoszą ponad 2 mld 340 mln zł, czy też zobowiązania ogólne, które przekraczają 10 mld złotych. To dramat.

W opinii wielu ekspertów, szef resortu zdrowia jest w rządzie PO - PSL postacią marionetkową...
- Premier stosuje swoją politykę, która ma na celu dolewanie oliwy do ognia i de facto skłócenie społeczeństwa. A kiedy podział jest widoczny i nabrzmiały, nagle wkracza jako wspaniałomyślny rozjemca i negocjator. W tym przypadku pokazuje ministrowi Arłukowiczowi miejsce w szeregu, żeby nie czuł się gwiazdą. Przecież o pozycji danego ministra decyduje sam Donald Tusk i jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba, jest w stanie poświęcić każdego w imię partyjnych interesów i odsunąć od zajmowanego stanowiska. Taki los najprawdopodobniej czeka też ministra Arłukowicza. O tym, że ma odegrać rolę kozła ofiarnego, jestem przeświadczony od początku, od dnia nominacji. Za to premier będzie miał okazję kolejny raz pokazać się jako ten, który eliminuje ministrów niedających sobie rady. Siebie natomiast zaprezentuje jako tego, kto ponad wszystko dba o zdrowie i życie Polaków.

Tymczasem lekarze rozważają kolejny protest.
- Nie ma co się temu dziwić. Poprzez ustawę refundacyjną lekarz ma zostać niejako przyspawany do komputera i będzie zmuszony wyszukiwać różnego rodzaju informacje. Nie będzie miał już czasu dla pacjenta. Jakby tego było mało, lekarze zostali zmuszeni do ordynacji leku według rejestracji, a nie według najlepszej i dostępnej wiedzy medycznej i stanu klinicznego pacjenta. Mamy zatem do czynienia z medycyną zbiurokratyzowaną, a nie opartą na faktach medycznych. To nie ma nic wspólnego ze zwiększeniem dostępności leczenia. Utrudnia się życie pacjentom i uwstecznia leczenie, co jest wbrew zasadom stosowanym we współczesnym świecie.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński mówi wręcz, że ustawa refundacyjna jest nikczemna wobec pacjentów.
- Największe maksymy - "po pierwsze nie szkodzić" i "pacjent jest najważniejszy" - które czynią medycynę najszlachetniejszą ze wszystkich nauk, nie mogą być frazesem, nie mogą być też używane w sposób nieuprawniony do socjotechnicznych czy PR-owskich rozgrywek. Toteż prezes Kaczyński ma rację, że polityczne wykorzystywanie pacjenta w tej brudnej grze, szafowanie jego zdrowiem i życiem jest karygodne. To pokazuje, że nie wolno mieszać zdrowia pacjenta z polityką, tymczasem rząd Donalda Tuska, jak widać, nie ma zahamowań i w sposób podły to wykorzystuje.

Odnoszę wrażenie, że była minister zdrowia Ewa Kopacz, której zawdzięczamy ten bubel, śmieje się wszystkim w twarz.
- To kolejny przejaw braku jakiejkolwiek refleksji czy samokrytyki ze strony przedstawicieli ekipy Tuska. Ewa Kopacz, która przygotowała ten produkt i jakby nigdy nic ewakuowała się na kolejną posadę, widać nie poczuwa się do winy. To przykład obłudy, perfidii politycznej - tym bardziej przykry, bo tu chodzi o krzywdę chorych ludzi. To niewinni pacjenci są świadkami tej farsy. Okazuje się, że wbrew temu, co nam się wtłacza do głów, najważniejsza jest polityka, a nie pacjent. Tylko pogratulować samopoczucia marszałek Kopacz.

Dziękuję za rozmowę.

 

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka