System bankowy do naprawy
Jerzy Bielewicz
prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek"
Światowy system finansowy na naszych oczach wali się w gruzy. Tymczasem dzień w dzień wmawia się nam, że gdzie jak gdzie, ale u nas banki mają się dobrze. Cóż, do czasu. Bo rzeczywisty stan rzeczy w sektorze bankowym woła o pomstę do nieba. Błędne przeświadczenie o sile finansowej banków działających w Polsce umożliwia podtrzymywanie drenażu naszej gospodarki. Przyczynia się: po pierwsze, do żerowania banków na Skarbie Państwa, po drugie, do bezczelnego sięgania do kieszeni Polaków po nieuprawnione zyski. Zaborczy charakter i ograniczenie suwerenności gospodarczej państwa manifestuje się przede wszystkim w podtrzymywaniu i wspieraniu zagranicznej własności w polskim systemie bankowym zarówno przez rząd, jak i nadzór bankowy, sądy oraz prokuratury.
Bankowe eldorado
Banki, znacjonalizowane w Polsce po II wojnie światowej, pełniły od tego momentu kluczową funkcję w systemie opresji stalinowskiego państwa. System bankowy oparto na prawie bankowym, którego zręby pozostały do dziś niezmienione! O ile intencją komunistów było zduszenie własności i inicjatywy prywatnej, o tyle złe prawo bankowe uderzyło dziś w rodzime firmy, bo one też pozostają bezbronne, zdane na miejscowe porządki. W międzyczasie 70 proc. własności polskiego systemu bankowego przeszło w obce ręce. Jako wiano zagraniczni właściciele otrzymali wypróbowaną broń z czasów stalinowskich, tzw. Bankowy Tytuł Egzekucyjny (BTE). Stali się też ni mniej, ni więcej, tylko częścią systemu władzy... Złowieszcze postanowienia generowane przez banki dotyczące egzekucji i postępowania nakazowego [brzmi niczym wyrok sądu stalinowskiego - J.B.] mają w Polsce charakter dokumentu urzędowego i nie mogą być podważane! Jak niegdyś stalinowska władza, tak i dziś banki traktowane są jako nieomylne. BTE (ostatnio nieco złagodzony wobec klientów indywidualnych) regulujący stosunki między kredytodawcą a firmami (osobami prawnymi) pozostaje kuriozum na skalę światową, pozwala bowiem na nieczystą grę i zwalczanie niechcianej konkurencji ze strony dynamicznych polskich przedsiębiorstw. Dopóki prawo i praktyka wymiaru sprawiedliwości nie zmienią się, polskie małe i średnie firmy nie będą miały możliwości ekspansji zarówno na rynku wewnętrznym, jak i za granicą, pozostaną "małe" i "średnie", bo przedsiębiorcy nieufni wobec banków stronić będą od bliskiej z nimi współpracy. Przez ostanie lata zagraniczne banki poszerzały swoje udzielne księstwo w naszym kraju. Oczywistym przykładem są oszukańcze opcje walutowe, które doprowadziły do wielu bankructw, czy wystawienie setek tysięcy właścicieli mieszkań na nieograniczone ryzyko walutowe i stóp procentowych. Albowiem banki, korzystając z uprzywilejowanej pozycji, w praktyce przerzuciły całe ryzyko kredytowe (stóp procentowych i zmiany kursu walut) na swoich klientów. Odzwierciedlenie tego faktu znajduje się w umowach kredytów hipotecznych, które podpisują Polacy. W praktyce dają one możliwość nieograniczonego drenażu naszych zasobów. Dość powiedzieć, że klient banku, który zaciągnął kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich w pierwszej połowie 2008 r. po kursie 2 zł za franka, ma dziś, po 3 latach spłacania kredytu, zobowiązanie w złotych wobec banku o co najmniej 50 proc. wyższe, przy spadających cenach nieruchomości. Z tego też względu banki za przyzwoleniem Komisji Nadzoru Finansowego żądają dodatkowych zabezpieczeń hipotecznych czy kosztownych dopłat do ubezpieczenia kredytu. I jeszcze jedna niebagatelna różnica w prawie między Polską a krajami pochodzenia spółek-matek naszych banków: polski klient w przeciwieństwie do Włocha, Amerykanina czy Niemca odpowiada za zobowiązanie kredytowe do wysokości zadłużenia, a nie jak za granicą do kwoty odzyskanej z tytułu egzekucji zabezpieczenia! Wartość kredytów hipotecznych sięga właśnie 20 proc. PKB (w przybliżeniu 300 mld zł) i będzie rosnąć, bo ciągle brakuje około 1,5 mln mieszkań w naszym kraju. Pozostawienie obecnego stanu rzeczy prowadzi do nieuniknionego krachu już w niedalekiej przyszłości - klienci banków zbankrutują, pociągając za sobą same banki. Póki się da, utrzymują one status quo poprzez rolowanie starych i złych długów, umożliwiając dłużnikom zaciąganie nowych kredytów. Manipulują też wartościami zabezpieczeń kredytów, sztucznie pomniejszając odpisy na rezerwy i straty na poszczególnych kredytach. Nie bez przyczyny w naszych portfelach znaleźć można coraz więcej kart kredytowych. Oficjalne zobowiązania gospodarstw domowych wobec banków wzrosły w ciągu roku o 14,4 proc. i wynosiły prawie 531 mld zł na koniec III kwartału ubiegłego roku. O jakiej skali problemu mówimy, niech świadczy fakt, że zobowiązania przedsiębiorstw wobec systemu bankowego na koniec minionego kwartału wynosiły "tylko" 250 mld zł, a więc przeszło dwukrotnie mniej. Polak wiele wytrzyma...
Lichy nadzór
Centralny Bank Szwajcarii w 2008 r. dwukrotnie przestrzegał obywateli takich państw jak Polska, Węgry czy Rumunia przed zaciąganiem zobowiązań (kredyty, opcje walutowe) we frankach szwajcarskich. W tym samym czasie Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) w Polsce uparcie milczała. Bankowy interes kręcił się w najlepsze. Przyjęła też obojętną postawę wobec skandalu z opcjami walutowymi, na które zagraniczne banki nabrały tysiące polskich przedsiębiorców. Podobnie zachowywał się rząd. Co więcej, żadne z państwowych przedsiębiorstw dotąd nie wszczęło postępowań odszkodowawczych przed sądami wobec banków z powodu poniesionych strat! Niedawne rekomendacje KNF (T i S) dotyczące kredytów hipotecznych to musztarda po obiedzie. Co więcej, dziś KNF sięga po starą gwardię.
Wiceprzewodniczącym ds. banków został Wojciech Kwaśniak, jeszcze przed kilku laty Główny Inspektor Nadzoru Finansowego, a później wiceprzewodniczący Komisji Nadzoru Bankowego (KNB) przy Narodowym Banku Polskim (już za Stanisława Kluzy jako przewodniczącego KNB i KNF). Bankowcy są szczęśliwi. Wrócił ten, który przeprowadził ich przez prywatyzacje w Polsce. Moje doświadczenie z KNB - z Wojciechem Kwaśniakiem - sprowadza się do oficjalnego pisma, które wypłynęło z tego urzędu do KNF. KNB doniesienie o podpisaniu i zatajeniu przed rynkiem publicznym przez Bank Pekao SA znaczących umów skwitowało, ot, jako spór między akcjonariuszami, do którego nadzór nie powinien się mieszać. Przed czymś, co było oczywiste i namacalne, nadzór czym prędzej zakrył oczy i udaje do dziś, że tego nie widzi. Ostatnie stanowisko KNF o wypłacie dywidend z banków po prostu zdumiewa. Określanie wysokości dywidend, jakie mogą wypłacić poszczególne banki, może prowadzić do korupcjogennych zachowań i zaprzecza idei nadzoru, który powinien stać na straży prawa, a przypomina raczej ręczne sterowanie przez wszechwładną kastę urzędniczą z czasów PRL. Dlaczego? Oto przykład. Żona Wojciecha Kwaśniaka - Agata Kwaśniak, od lat pełni rolę członka zarządu Banku Pekao Bank Hipoteczny SA i aktywnie udziela się w Związku Banków Polskich, organizacji lobbującej na rzecz sektora bankowego. Rodzina Kwaśniaków jest więc od zawsze w permanentnym konflikcie interesów.
Można pytać bez końca: "Gdzie był nadzór podczas prywatyzacji Pekao SA, Banku Śląskiego, wybuchu opcji walutowych, nieokiełznanych kredytów walutowych? Gdzie jest dziś?". Walec się toczy ku uciesze nieuczciwych bankowców. Milcząca większość w tym środowisku pozostaje bez wpływu na bieg wydarzeń.
Uwarunkowania europejskie
W ubiegły piątek po zamknięciu sesji w Nowym Jorku agencja ratingowa S&P obniżyła wiarygodność ratingową 9 krajów strefy euro: Francji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Austrii, Malty, Słowenii, Słowacji i Cypru. W ślady S&P poszła Fitch Ratings, obniżając wiarygodność głównych europejskich graczy. W zeszłym tygodniu załamały się też negocjacje w sprawie restrukturyzacji zadłużenia Grecji. Część wierzycieli nie chce redukcji długu, liczy na oficjalną upadłość tego kraju, by skorzystać z derywat, które zabezpieczają ich w przypadku niewypłacalności dłużnika. We Włoszech największy bank UniCredit nie może być pewny swojej przyszłości, balansuje na krawędzi przepaści przy wciąż niepewnej perspektywie udanego zwiększenia kapitału i wobec ultymatywnego nakazu nadzoru bankowego Unii Europejskiej, by ten kapitał uzupełnić. Doszło do paradoksu, gdyż wielkość pożądanego podniesienia kapitału przewyższa obecną kapitalizację UniCredit na giełdzie (7,5 wobec 5,7 mld euro). Wartość akcji UniCredit spadła w ciągu kilku dni o 50 procent. Podobne kłopoty mogą napotkać inne banki europejskie.
W Polsce rosną koszty kredytów hipotecznych i konsumenckich, i to nie tylko tych w walutach obcych. Wartość WIBOR (teoretyczny procent, na który banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze), od którego zależy oprocentowanie naszych kredytów bankowych, wzrósł ostatnio o 0,5 proc., sięga ponad 5 proc. - przewyższa główną stopę procentową NBP (4,5 proc.). Manipulacja stopą WIBOR z całą pewnością nie skutkuje zwiększeniem kosztów ponoszonych przez banki, a w ostatecznym rozrachunku zwiększa ich zyski, które jak co roku biją kolejne rekordy pomimo kryzysu finansowego. Jeden z blogerów zauważył słusznie, że cena pieniądza, jak każdego innego towaru nie może być sztucznie zawyżana. Jakby to wyglądało, gdyby dostawcy i producenci energii chwalili się z roku na rok rekordowymi, a jawnie nieuprawnionymi zyskami? Banki w Polsce mają za uszami, począwszy od najwyższych w Europie prowizji, często podwójnych i potrójnych, a skończywszy na działaniach przestępczych mających na celu oszukanie klienta. W sukurs idą im media mainstreamu zadłużone po uszy. Przyczyny są proste. Właściciele - spółki-matki działające za granicą, znajdują się w tarapatach finansowych. Naiwnością byłoby sądzić, że nie wykorzystują "tu i teraz" słabości państwa polskiego.
Niezbędne działania
Dopóki głównym zausznikiem premiera Polski pozostawać będzie człowiek lobby bankowego Jan Krzysztof Bielecki, na działania rządu i polskiego nadzoru nie ma co liczyć. Ich gra polega na przedłużaniu obecnego stanu rzeczy, który przyzwala na nieograniczony drenaż gospodarki narodowej i kieszeni Polaków. Pozostaje samoorganizowanie się społeczeństwa obywatelskiego, ciężka praca i walka na drodze administracyjnej i prawnej. Przed trzema laty współzakładałem Stowarzyszenie "Przejrzysty Rynek". Inne stowarzyszenia, organizacje, kręgi społeczne, kluby powstają i rosną niezwykle szybko. Już mają osiągnięcia. Piętnowane są nieuczciwe działania komorników sądowych. Pod społeczną lupą znajdują się kontrowersyjne wyroki sądów upadłościowych. W zeszłą środę przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się przełomowy proces przeciw BRE Bankowi, w którym dziewięciuset klientów mBanku i MultiBanku domaga się odszkodowań ze względu na nieuprawnione drenowanie ich kieszeni. Sąd odroczył sprawę na dwa miesiące, by dać możliwość przystąpienia do pozwu zbiorowego innym poszkodowanym z całej Polski. Oczywiście banki nie pozostają bierne. Grożą, szantażują, korumpują wymiar sprawiedliwości. Ostatnio otrzymałem list od Pekao SA domagający się sprostowania prasowego. Jakież było moje zdumienie, gdy przed kilku dniami na korytarzu sądu w czasie przerwy w rozprawie sądowej pełnomocnik Pekao SA ni mniej, ni więcej, tylko zaczął grozić mi prokuraturą. W państwie do cna skorumpowanym, jakim jest dziś Polska (41. miejsce na liście państw przy wzrastającej skali korupcji według Transparenty International), takie postępowanie prawnika nosi znamię groźby karalnej. Tylko gdzie z tym pójść? Do prokuratury? Nie można jednak dać się zastraszyć. Należy piętnować niesprawiedliwe wyroki sądów czy orzeczenia prokuratur i wiązać je z konkretnymi... sprawcami. Niech oni się boją!
W tej sytuacji należy pamiętać o wyborze, który na co dzień przed nami stoi: bank zagraniczny, bank spółdzielczy, a może rodzime spółdzielcze kasy oszczędnościowo-pożyczkowe.
Ten rok należy do Fryderyka II
Prof. Grzegorz Kucharczyk
historyk Polska Akademia Nauk
W Niemczech trwają obchody 300-lecia urodzin króla Prus Fryderyka II. Kulminacja obchodów przewidziana jest na wiosnę, gdy 28 kwietnia zostanie otwarta w dawnej rezydencji króla pruskiego w Poczdamie (Neues Palais) wielka wystawa pt. "Friederisiko", zorganizowana przez Fundację Pruskich Pałaców i Ogrodów.
Postaci Fryderyka II poświęcone są również emitowane w tych dniach filmy w popularnych kanałach telewizyjnych: ARTE oraz w pierwszym programie niemieckiej telewizji publicznej (ARD). Jeden z najpoczytniejszych niemieckich tygodników "Focus" ogłosił, że "ten rok należy do Fryderyka Wielkiego".
Już teraz można odnieść wrażenie, że wspomniane obchody służą raczej swoistej reinterpretacji życia i panowania Fryderyka II, tak aby bilans wypadł dla Hohenzollerna jak najbardziej pozytywnie. Charakterystyczna pod tym względem jest wypowiedź premiera Brandenburgii Matthiasa Platzecka (SPD), który nawiązując do obchodów współorganizowanych przez jego land, stwierdził: "dla mnie Fryderyk jest związany z epoką oświecenia w Europie, z innowacjami oraz - czego nie wolno zapomnieć - z tolerancją. Dla mnie bardzo ważne jest to, że Fryderyk poprzez pozbawioną uprzedzeń postawę inspirował i wspierał rozwój społeczny. Poszukiwał wymiany myśli z uczonymi oraz intelektualistami z całej Europy. Inspirował się ich myślami. W ten sposób kulturalny i gospodarczy rozwój Prus zyskiwał wsparcie. Tak, wiem o wojnach Fryderyka i jego podbojach, o jego cynizmie z późnych lat, a więc jego "czarnych" stronach. Ale dla mnie jest on przede wszystkim reformatorem".
To bardzo charakterystyczne słowa szefa rządu w jednym z większych landów niemieckich, reprezentanta partii, która - jeśli wierzyć sondażom - ma realne szanse przejąć władzę w Niemczech po najbliższych wyborach. Zauważmy jednak, że taka europejsko-oświeceniowo-tolerancyjna interpretacja panowania Fryderyka II ogranicza się nie tylko do naszych zachodnich sąsiadów. Także u nas jest ona systematycznie upowszechniana (por. organizowane niedawno we Wrocławiu rocznicowe obchody wcielenia Śląska do Prus przez Fryderyka II w 1740 r.).
Fryderyk II to z pewnością postać nietuzinkowa, najwybitniejszy z Hohenzollernów panujących w Berlinie i Królewcu. Wybitny wódz, zdolny administrator, autor traktatów politycznych i historycznych, twórca poezji regularnie korespondujący z Wolterem, d´Alembertem oraz innymi reprezentantami oświeceniowych elit intelektualnych. To prawda, ale nie cała. Jak pisze Stanisław Salmonowicz, współczesny polski biograf Fryderyka II: "Bogiem Fryderyka było państwo pruskie. W polityce zaś był zawsze twardy, bezwzględny, zdolny do każdej dwuznaczności, do każdej moralnie wątpliwej akcji, jeżeli była korzystna dla państwa. (...) Dyplomację - podobnie jak czyniła to większość innych mężów stanu epoki - traktował jako sztukę oszukiwania wszystkich".
Władysław Konopczyński w swoim dziele "Fryderyk Wielki a Polska" zauważył natomiast, że "starczyło mu [Fryderykowi II] mądrości na to, aby podważyć wszelkie dogmaty religijno-moralne, za mało jej było do zbudowania własnego systematycznego poglądu na byt". Nawiązując zaś do destrukcyjnego sposobu wychowania stosowanego wobec przyszłego Fryderyka II przez jego ojca, Fryderyka Wilhelma I ("wychowanie" polegało na ciągłym okładaniu kijem Kronprinza, a po jego nieudanej próbie ucieczki osadzeniu go na jakiś czas w twierdzy kostrzyńskiej), które zaowocowało wpojeniem w charakter przyszłego władcy dwulicowości, ten sam historyk pisał, że stała się ona w ten sposób "jego drugą naturą".
Wolderyk, czyli miłość salonu
A jednak "złota legenda" Fryderyka II trwa i nie wykazuje oznak słabnięcia. To jest dowód jednego z największych, ponieważ najtrwalszych zwycięstw króla Prus - zwycięstwa wizerunkowego. Jak pisał niegdyś znakomity francuski historyk i pisarz polityczny Jacques Bainville, Fryderyk II największe sukcesy odnosił bynajmniej nie na polach bitew (bo tutaj zdarzały mu się bolesne porażki), ale na francuskich oświeceniowych salonach. Na to zwycięstwo w pocie czoła i wcale nie za darmo pracował przede wszystkim Wolter. Autor "Kandyda" już w 1742 roku - dwa lata po odebraniu Habsburgom Śląska - obwołał Fryderyka "Wielkim". Następne lata to prawdziwy "kult jednostki" uprawiany przez Woltera, głoszącego wszem i wobec walkę z "przesądami" (czytaj: z chrześcijaństwem). Wolter był najgłośniejszym, choć nie jedynym głosem wśród chóru chwalącego każdy podbój i każdą wiarołomność popełnioną przez króla Prus.
Oświeceniowy salon odnalazł w osobie Fryderyka II idealnego "króla-filozofa", przy czym w rozumieniu oświeceniowców słowo "filozofia" było równoznaczne z ateizmem. Rzeczywiście, Fryderyk stracił wiarę na długo przed wstąpieniem na tron. Królewskie panowanie pojmował przede wszystkim jako skuteczne zarządzanie machiną państwową, a przede wszystkim armią i administracją (zwłaszcza podatkową). Traktował siebie jako "pierwszego urzędnika w państwie", któremu niepotrzebne są żadne, nawet symboliczne ślady (choćby w postaci przywdziania korony królewskiej) dawnej - czerpiącej swoje źródła z chrześcijaństwa - tradycji, że władza pochodzi od Boga. Krótko po objęciu władzy pisał w tym kontekście do Woltera: "Udaję się do Prus [Księstwa Pruskiego], aby tam odebrać hołd. Jednak bez naczynia ze świętym olejem i bez tych wszystkich niepotrzebnych, dziecinnych ceremonii, które wprowadziła niewiedza, a zwyczaj uprzywilejował".
Desakralizacja władzy królewskiej - to zyskiwało sympatię dla króla Prus oświeceniowców. Zbliżało ich również "braterstwo lożowe". Od 1738 r. - jeszcze jako następca tronu - Fryderyk należał do masonerii i mimo zgryźliwych uwag o wolnomularzach, które niejednokrotnie zawierał w swojej korespondencji (nikt zresztą nie był oszczędzony!), całkiem oficjalnie ogłosił się "wielkim protektorem" wszystkich lóż działających na obszarze jego monarchii. W dokumencie promulgującym w 1777 r. tę decyzję Fryderyk II uzasadniał ją słowami: "Jest to bowiem chwalebne zadanie dla każdego dobrego władcy i nigdy nie zaprzestanę go wypełniać".
Oświeceniowcy w salonach i lożach (zasadniczo skład był identyczny) odwdzięczali się, jak mogli, żyrując każdy akt politycznej i wojskowej agresji Fryderyka II. Tym chętniej to czynili, że dotyczyła ona państw katolickich: Austrii Habsburgów, której Prusy odebrały Śląsk, oraz Rzeczypospolitej, której w I rozbiorze zrabowały Pomorze Gdańskie, Warmię oraz okręg nadnotecki (1772). Rozbiór Polski, w dużej mierze zainicjowany przez Hohenzollerna, spotkał się wręcz z euforyczną reakcją Woltera, który pisał do króla Prus: "Powiadają, że rozbiór Polski to dzieło Waszej Królewskiej Mości. Wcale się nie dziwię, bo to rzecz genialna".
Czy Fryderyk II był "niemieckim królem"?
Dziewiętnastowieczna historiografia pruska rozpisująca się o "niemieckim powołaniu Prus" uczyniła z Fryderyka II niemal prekursora zjednoczenia Niemiec, który torował niejako drogę Bismarckowi. Także propaganda III Rzeszy inkorporowała Fryderyka II, organizując "dni Poczdamu", propagandowe spektakle ukazujące Hitlera jako kontynuatora dzieła "Starego Fryca". Także we wspomnianych wyżej filmach dokumentalnych emitowanych z okazji tegorocznego jubileuszu Fryderyka II taki sposób widzenia władcy Prus jako "króla niemieckiego" (jak głoszą tytuły wspomnianych filmów) jest podtrzymywany.
Tymczasem Fryderyk II za swój naturalny język uważał język francuski, niemczyzną, której fonetykę porównywał do "rżenia chabety", pogardzał, uważając, że jest to "język gminu". Do końca korespondencja króla Prus w języku niemieckim była pełna rażących błędów ortograficznych i gramatycznych. Nawet ostatnie słowa wypowiedziane przez Fryderyka II w 1786 roku na łożu śmierci były wyszeptane w języku francuskim.
Większość wojen, które toczył Fryderyk II, były to wojny z państwami niemieckimi - z Austrią oraz Saksonią (wojny śląskie 1740-1744 oraz wojna siedmioletnia 1756-1763). Złupienie Drezna w 1756 roku przez armię "króla-filozofa" było nawet jak na ówczesne standardy prowadzenia wojny czymś niebywałym, jeśli chodzi o bezwzględność. Podobnie jak systematyczne zalewanie Saksonii zepsutym pieniądzem. Niemieccy mieszczanie z Gdańska drżeli ze strachu w 1772 r. na samą myśl o tym, że zostaną poddanymi Fryderyka II (wymowne pod tym względem są pamiętniki Joanny Schopenhauer, matki znanego niemieckiego filozofa).
Wielkość Prus kosztem Polski
By uniknąć wszelkich ahistoryzmów, należy pamiętać o tym, że Fryderyk II dążył przede wszystkim do wielkości Prus, a nie Niemiec. Wyrwanie Śląska Austrii było na tej drodze krokiem milowym. Kolejnym był zabór polskiego Pomorza. Już w swoim testamencie politycznym z 1752 r. król Prus zalecał w tym celu skubanie Polski "jak karczocha, listek po listku". By osiągnąć ten strategiczny cel, władca Prus stosował sprawdzoną przez swoich poprzedników taktykę paraliżowania państwa polskiego przez rwanie sejmów za pomocą swoich agentów, wszak - jak pisał - "nie ma nic łatwiejszego od zrywania polskich sejmów". Prawdziwą panikę w Berlinie wywołały próby "Familii" Czartoryskich ograniczenia podczas ostatniego bezkrólewia (sejm konwokacyjny z 1764 r.) liberum veto. W latach 1764-1766 Fryderyk II zalewał Petersburg listami alarmującymi, że zniesienie przez Polaków tej praktyki oznacza powrót Rzeczypospolitej jako liczącego się gracza politycznego w Europie.
Akcja Fryderyka II okazała się skuteczna. Rosja po 1766 r. przystąpiła do zdecydowanego paraliżowania wszelkich prób reform w Polsce. Król Prus mógł odetchnąć i w 1768 r. napisać w swoim kolejnym testamencie politycznym o Polsce jako kraju "zajmującym ostatnie miejsce wśród narodów Europy". Fryderyk II robił zresztą wszystko, by stan ten petryfikować. Nie tylko chodziło o popieranie liberum veto, nie tylko o nakłonienie Rosji do zgody na rozbiór Polski, ale również chodziło o ekonomiczną eksploatację Polski (zalewanie Polski - i Saksonii - zepsutą monetą, ustawienie po 1772 r. komory celnej w Kwidzynie dławiącej polski handel z Gdańskiem, który do 1793 r. nie należał do Prus), porywanie rekrutów przez pruskich werbowników.
Fryderyk II rzeczywiście nie był niemieckim nacjonalistą w rozumieniu XIX- czy XX-wiecznym, nie dążył do politycznego zjednoczenia Niemiec, ale zawsze do wzmocnienia pozycji Prus. Równocześnie jednak nie miał złudzeń, że najlepszym sposobem jej utrwalenia na zagrabionych polskich ziemiach jest systematyczne wzmacniania tam żywiołu niemieckiego, co po 1772 r. metodycznie czynił, choćby za pomocą akcji kolonizacyjnej i restrykcji wymierzonych w polskich właścicieli ziemskich.
Do tego dochodziła wojna propagandowa, którą rozpętała przeciw Polsce dyplomacja pruska, wspomagana w tym dziele przez usłużnych wobec "króla-filozofa" oświeceniowych salonowców. Przypomnijmy, że Rosja i Prusy podjęły w latach 1766-1768 interwencję w Rzeczypospolitej, która skutecznie sparaliżowała próby reformy ustroju państwa, pod hasłem tolerancji i obrony różnowierców (protestantów i prawosławnych) rzekomo prześladowanych w państwie polsko-litewskim. Rzeczpospolita jako kraj "uciskający mniejszości religijne" tym bardziej zasługiwała na karę i - jak przekonywał Wolter - była to "rzecz genialna".
Fryderyk II był wreszcie architektem zbliżenia prusko-rosyjskiego (sojusz z 1762 r.), które okazało się w okresie rozbiorowym fatalne dla Polski, a w latach 1795-1914 sojusz Berlina i Petersburga stał się prawdziwym "kamieniem nagrobnym rzuconym na Polskę". Dopiero wybuch wojny niemiecko-rosyjskiej w sierpniu 1914 r. zwiastował radykalną (i lepszą dla sprawy polskiej) koniunkturę polityczną dla Polski.
Bez większej przesady można powiedzieć, że to Rosja pod koniec wojny siedmioletniej uratowała stojące nad przepaścią Prusy Fryderyka II. Wojska austriackie i walczący wraz z nimi rosyjscy sojusznicy zajęli już Berlin, rezerwy finansowe i ludnościowe państwa pruskiego były na wyczerpaniu, a Fryderyk rozważał (jeżeli wierzyć jego listom) samobójstwo. Wtedy nastąpił "cud Domu Brandenburskiego", śmierć na początku 1762 r. carycy Elżbiety (darzącej Fryderyka II osobistą i odwzajemnioną antypatią) i wstąpienie na tron cara Piotra III, który dając wyraz podziwu dla króla Prus, kładł się spać w mundurze pruskiego grenadiera. Pierwszą decyzją nowego władcy Rosji było wycofanie wojsk rosyjskich z frontu, a zaraz potem zawiązanie formalnego sojuszu z Fryderykiem II.
Nie ostatni to raz, gdy Rosja ratowała Prusy. Po raz drugi w okresie napoleońskim. Po klęsce Prus w 1806 r. skutecznym protektorem okazał się car Aleksander I. Z kolei bez biernej postawy Rosji w latach 1864-1870 nie byłoby możliwe zjednoczenie Niemiec przez Bismarcka.
Wspomniane wyżej akty wrogości Fryderyka II wobec Polski były zasadniczo wspólne dla wszystkich rozbiorców. To, co odróżniało króla Prus od innych, to wyrażana przez niego niejednokrotnie osobista niechęć, by nie powiedzieć nienawiść, do Polaków. Już jako Kronprinz pisał o Polakach jako "największych brudasach na świecie", a polską szlachtę porównywał do "podłych małp". Nie brakowało też w jego całej korespondencji naigrawania się z polskiego katolicyzmu.
Berlińskie hołdy - naiwność czy agentura?
Z takim nastawieniem zderzała się pełna naiwności (by nie powiedzieć ostrzej) postawa znacznej części polskiej elity politycznej, która widziała w Berlinie gwaranta polskich aspiracji wolnościowych. Charakterystyczna pod tym względem była postawa przywódców konfederacji barskiej, którzy w 1768 r. znaleźli schronienie w Prusach (na Śląsku) i słali deputacje do Berlina wzywające Fryderyka II do roztoczenia swojej protekcji nad walczącymi z Rosją Polakami. Dokładnie w tym samym czasie król Prus w poufnej korespondencji z carycą Katarzyną II zalecał jej porwanie przywódców konfederacji. Po jej upadku Fryderyk II wysmażył paszkwil (rzecz jasna po francusku) na konfederatów, oskarżając ich o pijaństwo, rozpustę, głupotę i bigoterię.
Nie zakończyło to jednak naiwnych prób szukania politycznego oparcia w Berlinie. Powróciły one także po śmierci Fryderyka II, podczas obrad Sejmu Czteroletniego (1788-1792). Reformatorskie stronnictwo "patriotów" przyjęło pruską ofertę przymierza, które zostało oficjalnie zawarte w 1790 roku. Propruska propaganda nad Wisłą przekraczała wówczas niejednokrotnie granice nie tylko politycznego, lecz także zdrowego rozsądku. Hugo Kołłątaj pisał np. o Prusakach jako o "narodzie z naszego narodu, kości z kości naszej". Zmarłego Fryderyka II przedstawiał zaś jako "krwi jagiellońskiej dziedzica". Odosobniony był głos politycznego realizmu, jak ten Stanisława Staszica, który w "Przestrogach dla Polski" (1790) przestrzegał rodaków przed "kupowaniem pierwszego [lepszego] aliansu".
Istnieją poważne argumenty za tezą, że owe hołdy pod adresem Berlina w dużej mierze motywowane były zarówno "lożowym braterstwem", jak i zupełnie konkretnymi, brzęczącymi względami (na pruskim jurgielcie był np. Ignacy Potocki - jedna z czołowych postaci stronnictwa "patriotów").
Nieprzekraczalną granicą przyjaźni Berlina była perspektywa trwałego wzmocnienia państwa polskiego. Parę dni po uchwaleniu 3 maja 1791 roku Ustawy Rządowej szef pruskiej dyplomacji (Hertzberg) alarmował: "Polacy zadali śmiertelny cios monarchii pruskiej, wprowadzając dziedziczność tronu i konstytucję lepszą od angielskiej". Rok później nasz pruski "naturalny sprzymierzeniec" przystąpił wraz z Rosją do przywracania w Polsce "starożytnej wolności", otrzymując w nagrodę Wielkopolskę oraz Gdańsk i Toruń. W 1795 r. częścią państwa pruskiego stała się Warszawa. Nastąpiło pełne zjednoczenie Berlina i Warszawy w jednym, tolerancyjnym i nowoczesnym państwie.
W reżyserii Angeli Merkel
Małgorzata Goss
Fałszywie ustawiona oś sporu w sprawie paktu fiskalnego, który - nie wiedzieć czemu - prowadzony jest "o krzesło przy stole", zmierza do ukrycia głównego skutku tej inicjatywy. A jest nim odebranie krajom decyzji co do własnych pieniędzy. Podjęta przez Niemcy próba narzucenia Grecji nadzoru komisarycznego to przedsmak tego, co czeka kraje, które podpiszą pakt fiskalny. Premier Tusk nie tylko chce podpisać pakt, ale miał też zadeklarować w Brukseli przystąpienie Polski do euro do 2015 roku.
Przed wczorajszym szczytem Rady Europejskiej w sprawie paktu fiskalnego politycy krajowi pospołu z przedstawicielami instytucji europejskich w pośpiechu ustawiali dekoracje przed mającym nastąpić "historycznym kompromisem". Role w przedstawieniu zostały wcześniej rozdzielone. Najpierw zaprezentowano najnowszy projekt paktu fiskalnego, w którym podtrzymany został sporny zapis, że kraje spoza strefy euro, które dobrowolnie przystąpią do paktu fiskalnego, nie nabędą przez to prawa do zasiadania w roli obserwatorów podczas szczytów euro. Jeśli jednak nie tylko podpiszą, ale i ratyfikują pakt fiskalny - będą mogły raz do roku, na zaproszenie przewodniczącego szczytu, przysłuchiwać się obradom, o ile tematem szczytu będą sprawy związane z wdrażaniem paktu fiskalnego. Projekt wyraża w tym względzie stanowisko Francji, która pełni rolę animatora sporu, tj. od wielu tygodni podtrzymuje sprzeciw wobec udziału w szczytach euro krajów spoza strefy euro. Odpowiedź premiera Donalda Tuska także wynikała z dawno napisanego scenariusza. - Polska takiego paktu nie podpisze. Pakt fiskalny w obecnym kształcie zagraża wspólnotowemu podejmowaniu przyszłych decyzji - oznajmił Tusk. Poparł go, także zgodnie planem, Martin Schulz, nowy szef Parlamentu Europejskiego. - Ważne jest, aby pakt fiskalny nie doprowadził do podziału Unii - powiedział.
Do chóru przyłączyła się Komisja Europejska. - Komisja będzie bronić stanowiska państw spoza strefy euro, by były zapraszane na szczyty euro - oświadczyła rzecznik KE Pia Ahrenkilde Hansen.
Na temat poparcia swego postulatu Tusk rozmawiał przed szczytem z przedstawicielami krajów Grupy Wyszehradzkiej, premierami Szwecji i Hiszpanii oraz szefem Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem. Przedstawienie na potrzeby mediów i obywateli państw unijnych trwało do późnego wieczora, gdy poinformowano, że Francja zgodziła się w końcu na polskie postulaty. Było to od początku do przewidzenia, skoro polskie postulaty poparły Niemcy. Problem jednak tkwi w czymś zupełnie innym.
Pod egidą Niemiec
Całe przedsięwzięcie pod nazwą "pakt fiskalny" odbywa się pod egidą Niemiec. Francja, która usiłowała Berlinowi dotrzymać kroku, po obniżce ratingu wpada w coraz większą zadyszkę. To Niemcy w istocie rozpisali przygotowania do zawarcia paktu na role w taki sposób, by ukryć główny problem. A nie jest nim bynajmniej udział w szczytach euro tego czy innego kraju, zwłaszcza że bez prawa głosu. Jest nim natomiast definitywne pozbawienie słabszych krajów eurostrefy prawa decydowania o własnych portfelach. Z chwilą przyjęcia paktu dochody podatkowe, dochody z dywidend, przychody z prywatyzacji i inne wpływy budżetowe dzielone będą pod czujnym okiem Niemiec i w taki sposób, że gros z nich trafiać będzie do niemieckiej kasy. Spodziewając się negatywnej reakcji europejskiej opinii publicznej, Berlin celowo w swoim scenariuszu przesunął oś sporu z tej zasadniczej dla narodów sprawy na... "krzesło przy stole obrad" dla Donalda Tuska i premierów pozostałych krajów - satelitów Niemiec. Cel tego manewru jest oczywisty. Obywatele państw UE mają otrzymać ze szczytu następujący komunikat: oto historyczny kompromis: kto podpisze pakt - uzyska wpływ na najważniejsze decyzje eurostrefy. O tym, że towarzyszy temu pętla na szyi, knebel na ustach i cudza ręka w kieszeni, członkowie paktu przekonają się dopiero po jego podpisaniu i ratyfikacji.
Pakt fiskalny ma wejść w życie 1 stycznia 2013 r., przy założeniu, że zostanie ratyfikowany przez dwanaście z siedemnastu krajów euro. Mimo wprowadzenia mylącego nazewnictwa dla paktu, który określony został w projekcie jako "traktat europejski", Niemcom wciąż trudno jest ukryć fakt, że pakt fiskalny nie jest żadnym traktatem unijnym, lecz umową międzyrządową, która de facto podporządkowuje Unię Europejską Berlinowi. Instytucje europejskie, takie jak Europejski Trybunał Sprawiedliwości, Komisja Europejska i Parlament Europejski, są przez pakt wykorzystywane czysto instrumentalnie. Zawarcie traktatu o charakterze unijnym o dyscyplinie fiskalnej zablokowała Wielka Brytania, zapowiadając, że takiego dokumentu nie podpisze.
Greckie ostrzeżenie
Minister finansów Grecji Ewangelos Wenizelos stanowczo odrzucił niemiecki plan, aby objąć Grecję nadzorem komisarycznym. Według niego, zmuszałby on Greków do wyboru między pomocą finansową a godnością narodową. - Ta propozycja nie bierze pod uwagę historycznych lekcji - powiedział Wenizelos.
Berlin wysunął propozycję, aby eurogrupa ustanowiła w Atenach stałego zewnętrznego komisarza budżetowego, który byłby wyposażony w prawo nadzoru nad greckim budżetem i wetowania przyjmowanych przez grecki parlament ustaw podatkowych oraz decyzji o wydatkach państwa. Niemcy chcą, aby Ateny, zanim skierują pieniądze publiczne na jakiekolwiek cele krajowe, najpierw musiały przekazać wymaganą transzę na spłatę długów. Propozycja niemiecka, rozesłana przed szczytem w sprawie paktu do przywódców rządów, całkowicie zaskoczyła grecki rząd. Obecnie nadzór nad niewypłacalną Grecją sprawuje trojka, czyli przedstawiciele Unii Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Chociaż niemiecki plan wobec Greków zbulwersował europejską opinię publiczną, Berlin go podtrzymuje, szantażując Grecję, że bez zgody na propozycję kraj nie otrzyma kolejnego pakietu pomocy finansowej. Tymczasem 20 marca przypada termin wykupu przez Grecję obligacji na kwotę 14,4 mld euro.- W eurogrupie trwają dyskusje, jak postępować z krajami, które nie są w stanie wywiązywać się z uzgodnionych zobowiązań. Aktualnie jest jeden taki kraj - chodzi o Grecję - powiedział rzecznik niemieckiego ministerstwa finansów Martin Kotthaus. Podkreślił, że trojka posiada tylko kompetencje nadzorcze, tymczasem w Grecji potrzebny jest organ posiadający dodatkowo kompetencje decyzyjne. Zgoda na taki "wzmocniony nadzór" z elementami decydowania ma być warunkiem przyznania Grecji kolejnego pakietu pomocowego w wysokości 130 mld euro.
Farsy ciąg dalszy
Z kompromisową propozycją wystąpił na szczycie szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. Oczywiście kompromis nie dotyczył statusu Grecji, lecz obrosłego już legendą "krzesła przy stole". Według tej propozycji, szczyty strefy euro związane z kryzysem - a więc i te poświęcone Grecji - "17" miałaby odbywać we własnym gronie; to natomiast, co dotyczy przyszłości euro i paktu fiskalnego, byłoby omawiane w składzie: "17" plus kraje spoza euro, które dobrowolnie przyjmą pakt. Propozycja Van Rompuya wysunięta po spotkaniu z Donaldem Tuskiem ułatwi polskiemu premierowi podpisanie paktu i obwieszczenie zwycięstwa, lecz realnego niebezpieczeństwa dla krajów-sygnatariuszy nie zlikwiduje.
"Traktat fiskalny ma na celu radykalne ograniczenie suwerenności budżetowej państw euro i państw posiadających waluty narodowe, co uniemożliwia im prowadzenie suwerennej polityki, nie tylko gospodarczej" - ostrzega Prawica Rzeczpospolitej w specjalnie wydanym oświadczeniu, w którym wzywa premiera do niepodpisywania paktu. Sygnatariusze oświadczenia - Marek Jurek i Marian Piłka - zwracają uwagę, że ostrze fiskalne paktu każe ciąć wszelkie wydatki publiczne bez rozróżnienia na wydatki konsumpcyjne i rozwojowe. Doprowadzi to, zdaniem PR, do zablokowania inwestycji w infrastrukturę i utrwalenia niedorozwoju słabszych krajów.
Projekt paktu przewiduje kary finansowe dla krajów za złamanie dyscypliny budżetowej. Wymagane wskaźniki, których nie wolno przekraczać, to deficyt strukturalny na poziomie nie większym niż 0,5 proc. PKB i dług publiczny poniżej 60 proc. PKB. Kary za przekroczenie tych parametrów mogą sięgać do 0,1 proc. PKB kraju. Ponadto jeśli zadłużenie przekroczy wskazany poziom, kraj jest zobligowany do jego redukcji w tempie 5 proc. rocznie. W przypadku "17" kary będą zasilać Europejski Mechanizm Stabilności (EMS). A takie kraje jak Polska mają odprowadzać kary do budżetu unijnego. Z pomocy EMS będą mogły korzystać tylko te państwa, które przyjmą i wdrożą postanowienia fiskalne paktu. Kraje spoza eurostrefy będą zobowiązane to zrobić dopiero po przyjęciu wspólnej waluty. Według szefa Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, premier Donald Tusk zadeklarował przed szczytem, że Polska przyjmie euro do 2015 roku. - Powinniśmy trzymać się razem. Polska jest dynamiczną gospodarką i premier Polski zadeklarował jasno, że chce przyłączyć się do strefy euro do 2015 r. - oświadczył Schulz. Wkrótce informację zdementował minister finansów Jacek Rostowski. - Nie mamy zamiaru wstępować do euro w 2015 roku. Do tego czasu Polska chce spełnić kryteria. Pan przewodniczący Schulz ewidentnie nie zrozumiał premiera - powiedział Rostowski.
Pakt jest przereklamowany
Z Krzysztofem Bosakiem, wicedyrektorem Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej, rozmawia Piotr Falkowski
Nazwa "pakt fiskalny" kojarzy się z podatkami. Czyżby UE chciała doprowadzić do ujednolicenia danin publicznych w krajach członkowskich?
- O tym się myśli, ale podatki nie są przedmiotem zainteresowania paktu fiskalnego, a przynajmniej ostatnia upubliczniona wersja projektu nie zawiera żadnych zapisów na ten temat. Słowo "fiskalny" oznacza tu po prostu ogół zagadnień związanych z finansami publicznymi - polityką budżetową i zadłużeniem.
W takim razie, co nowego do mechanizmów Unii wprowadzałby pakt fiskalny?
- W zamierzeniu twórców pakt ma być jednym z narzędzi naprawy sytuacji w strefie euro. Jednak kiedy bliżej przyjrzeć się jego postanowieniom, to okazuje się, że jest on mocno przereklamowany. Nie wprowadza on niczego jakościowo nowego, czego nie byłoby w Unii od dwudziestu lat, czyli od traktatu z Maastricht z 1992 roku. Chodzi o reguły fiskalne ograniczające deficyt budżetowy do 3 proc. i dług publiczny do 60 proc. PKB w państwach Unii Gospodarczej i Walutowej. Problem w tym, że kryteria te były przez lata lekceważone. W 1997 r. w Amsterdamie przyjęto Pakt Stabilności i Wzrostu, który miał doprowadzić do ich przestrzegania. Kar przewidzianych w pakcie nigdy nie nałożono, łamano jego postanowienia bardzo wiele razy, aż w końcu w 2005 r. jego zasady zliberalizowano. Kryzys finansowy dopiero przyniósł opamiętanie. W 2010 r. na szczycie w Deauville Angela Merkel i Nicolas Sarkozy ustalili, że trzeba reanimować stare zasady polityki fiskalnej. Efektem tamtej decyzji był tzw. sześciopak przedstawiany przez rząd Donalda Tuska jako sukces polskiej prezydencji. Ale kiedy sześciopak już wszedł w życie, mało kto o nim pamięta, bo na grudniowej Radzie Europejskiej wszyscy żyli nowym pomysłem paktu fiskalnego. Tymczasem w porównaniu z sześciopakiem i wcześniejszymi regulacjami istotną zmianą jest tylko sposób nakładania kar na państwa łamiące zasady dyscypliny finansowej i zaostrzenie kryterium deficytu. To pokazuje, że meandry europejskiej polityki fiskalnej są kręte, ale w rzeczywistości zmagamy się od dwudziestu lat z tym samym problemem - nadmiernego zadłużania się, którego politycy w żaden sposób nie chcą powściągnąć.
A jak z punktu widzenia tych kryteriów dyscypliny finansów publicznych wypada Polska?
- Podlegamy teraz unijnej procedurze nadmiernego deficytu, która trochę dyscyplinuje nasze finanse publiczne. Ta procedura wymusiła na rządzie Donalda Tuska wprowadzenie reguły wydatkowej, która ograniczyła wzrost wydatków elastycznych do 1 proc. ponad poziom inflacji. Gdyby nie wymogi procedury nadmiernego deficytu, rząd raczej na to by się nie zdecydował. Ta procedura to element Paktu Stabilności i Wzrostu doprecyzowanego obecnie przez sześciopak. Jak widać, jesteśmy już poddani rygorom dyscyplinującej polityki UE, co akurat ma na nasz rząd dobroczynny wpływ, bo inaczej wydawałby pieniądze zupełnie bez opamiętania. Polska jest nawet pół kroku do przodu przed niektórymi państwami Unii, ponieważ pakt fiskalny wymaga wpisania reguł dyscypliny budżetowej do konstytucji, a Polska ma kryterium zadłużenia już wpisane do Ustawy Zasadniczej. Pozostaje jeszcze kwestia deficytu. Jeżeli podpiszemy pakt fiskalny, to być może trzeba będzie i to ograniczenie wpisać do naszej Konstytucji.
Dyscyplina finansowa to dobra rzecz. Skąd obawy przed paktem fiskalnym?
- To prawda, że zalecenia w zakresie finansów publicznych idą we właściwym kierunku, ale nie ma żadnego powodu, żebyśmy brali na siebie kolejne zobowiązania. Podlegamy, jak wszystkie państwa unijne, rygorom sześciopaku i to w zupełności wystarczy. Nie należymy do strefy euro, a więc nie poddawajmy się regułom, które te państwa dodatkowo przyjmują wyłącznie ze względu na unię walutową.
Ale premier mówi, że przyjęcie paktu jest konieczne, gdyż w przeciwnym wypadku nie będziemy mieli nawet szansy na współdecydowanie o jego realizacji, a ta nas dotyczy.
- Takie wypowiedzi nie mają podstaw. Kilka lat temu traktat lizboński przedstawiano jako szczytowe osiągnięcie naszej cywilizacji i kulminację całego procesu integracji europejskiej, a teraz już się o nim nie pamięta. Czy on przestał obowiązywać? Nie, podlegamy jego prawom, a spory nadal rozstrzyga Trybunał Sprawiedliwości UE. Grupy państw mogą między sobą coś dodatkowo uzgadniać, ale w ramach prawa europejskiego. Mówienie, że nie będziemy mieli nic do powiedzenia, to tylko straszenie. A jeśli rzeczywiście byłoby tak, że Unia Europejska zupełnie zmieniłaby swoje reguły i stracilibyśmy możliwość współdecydowania, to może należałoby wówczas rozważyć jej opuszczenie?
Co dałoby Polsce, że nasz przedstawiciel byłby obecny na części szczytów strefy euro?
- Nikt tego nie wie i paradoksalnie dlatego politycy o to zabiegają. Chaos w Unii Europejskiej związany z kryzysem i z obnażeniem niewydolności jej instytucji jest tak duży, że wszyscy boją się utrwalenia metody rozstrzygania wszystkiego na poziomie międzyrządowym, jak to się dzieje teraz w praktyce. Obawa dotyczy tego, że ukształtuje się stabilna większość w tych międzyrządowych porozumieniach, którą będą tworzyć państwa strefy euro. Ale to wymagałoby spełnienia dwóch warunków. Pierwszy jest taki, że strefa euro przetrwa i będzie odgrywać wciąż kluczową rolę, co wcale nie jest oczywiste. A po drugie, że instytucje takie jak Komisja Europejska, Parlament Europejski i inne definitywnie stracą na znaczeniu, co także jest bardzo wątpliwe. Walka o obecność w szczytach państw strefy euro wynika więc z obawy, że coś ważnego polityków spoza strefy ominie, choć nie mają obecnie pojęcia, co właściwie. Na razie jedyne, co na pewno czeka tę grupę, to wspólne rozwiązywanie ogromnych problemów związanych z finansową niewydolnością strefy euro. Moim zdaniem, lepiej trzymać się od tych zawirowań na rozsądny dystans.
Dziękuję za rozmowę.
Ochłapy z Berlina i Paryża
Prawo i Sprawiedliwość apelowało wczoraj, aby premier Donald Tusk nie zgodził się na uczestnictwo naszego kraju w pakcie fiskalnym. Przed rozpoczęciem unijnego szczytu Tusk zapowiadał, że Polska nie zaakceptuje paktu, jeśli nie będziemy mogli w jego sprawie współdecydować.
Jeszcze w grudniu, podczas kończącej się polskiej prezydencji w Radzie Europejskiej, słyszeliśmy, że z rządem Tuska i Polską wszyscy w Unii się liczą, a rządowa propaganda ogłaszała polskiemu społeczeństwu, że to wręcz sam premier rozdaje karty, doprowadzając do "sukcesów kryzysowych szczytów Unii Europejskiej". Po paru tygodniach ekipa Platformy Obywatelskiej musiała zejść na ziemię i mniej lub bardziej otwarcie przyznać, że obecnie z Polską mało kto się liczy. Także z uwagi na sukcesywnie prowadzoną przez rząd Donalda Tuska politykę przytakiwania silniejszym i wręcz uprzedzania działań, które będą realizować życzenia Francji czy Niemiec. Znaczenie ma praktycznie jedynie zdanie tych dwóch najpotężniejszych państw w Unii.
Donald Tusk próbował ratować twarz "groźbami", że Polska do paktu fiskalnego nie przystąpi. O to apelowała wczoraj do szefa rządu opozycja. Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński stwierdził, żeby do paktu nie przystępować i "jakimiś ochłapami się nie zadowalać". - Apelujemy do premiera Tuska, żeby nie godził się na wejście Polski do paktu fiskalnego. Z dwóch względów. Po pierwsze - w tym pakcie, który oznacza w istocie podział Unii Europejskiej, z całą pewnością nie będziemy mieli głosu decydującego. A zgoda na pozycję kraju, który nie ma takiego głosu, jest autodegradacją. A po drugie - wejście do tego paktu zakłada, że mamy w jakiejś przewidywalnej przyszłości dążyć do wejścia do strefy euro. A to żadnego ekonomicznego sensu w tej chwili z całą pewnością nie ma - mówił Kaczyński.
Prezes PiS zaznaczył, że "nie widać perspektywy", w której polska gospodarka skorzysta na tym, że wejdziemy do strefy euro. Dodał, że jeżeli dzisiaj cieszymy się z relatywnie dobrego wzrostu PKB - choć inne wymiary naszej sytuacji gospodarczej są nieporównywalnie gorsze - to właśnie dzięki temu, że nie jesteśmy w strefie euro. - Jest to apel o to, żeby nie wchodzić. Apel o to, żeby się jakimiś ochłapami - bo tak to trzeba nazwać - nie zadowalać. Nie udawać, że się coś załatwiło, bo wiadomo, że się nic nie załatwi - stwierdził prezes PiS.
Lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro zadeklarował, że jego formacja jest przeciw przyjęciu paktu fiskalnego, jak i wprowadzeniu euro w Polsce. SP opowiedziała się za przeprowadzeniem referendum poprzedzającego ewentualne przyjęcie paktu, jak też wprowadzenie euro. Przewodniczący klubu SLD Leszek Miller stwierdził, że jest rozczarowany postawą Francji, która nie zgadza się, aby państwa spoza strefy euro - nawet jako obserwatorzy - mogły uczestniczyć w szczytach państw tej strefy. Zaznaczył, iż liczy na zmianę postawy Francji i oczekuje "na dobre wieści z Brukseli". Miller sprzeciwił się pomysłom przeprowadzenia referendum w sprawie przyjęcia euro.
Artur Kowalski
Powiem, jak MON pozwoli
Rozmowa z ppłk. dr. inż. Sławomirem Michalakiem, członkiem Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego powołanej do zbadania katastrofy smoleńskiej, który odsłuchiwał w Moskwie nagrania z rejestratora pokładowego
Dzień dobry, Anna Ambroziak, "Nasz Dziennik". To Pan pracował na próbkach głosu generała Błasika?
- Jestem żołnierzem zawodowym, obowiązują mnie pewne przepisy. Jeżeli chce pani uzyskać jakiekolwiek informacje dla mediów, proszę zwrócić się do moich przełożonych o zezwolenie mi na udzielenie takich informacji.
Zaprzecza Pan, że identyfikował głos generała?
- Żadnych komentarzy. Powiedziałem pani, jaką drogą można uzyskać ode mnie jakiekolwiek informacje.
Odmawia Pan informacji?
- Tak jest.
To z kim mam porozmawiać, żeby uzyskać odpowiedź?
- Z dyrektorem Instytutu. Jeśli on będzie władny podjąć taką decyzję, to bardzo proszę.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego Pan odmawia informacji. Rozmawiał już Pan z dziennikarzami, i to "Naszego Dziennika", zgoda Pana przełożonych nie była wtedy potrzebna.
- Jest przepis mówiący o tym, że upoważnionym do udzielania informacji jest rzecznik ministra obrony narodowej. Natomiast żołnierz zawodowy może wypowiadać się po uzyskaniu zgody przełożonych.
Jaki to przepis?
- Jest to przepis, który został mi bardzo wyraźnie wskazany i ja się do niego stosuję.
Może Pan jednak podać konkretnie, jaki to przepis?
- Proszę zaczekać... jedną chwileczkę... Zaraz pani podam... Jest to decyzja 108/MON z dnia 7 kwietnia 2009 r. w sprawie zasad realizacji polityki informacyjnej w resorcie obrony narodowej.
Ile razy był Pan w Moskwie?
- Powiedziałem pani, jaka jest droga uzyskiwania ode mnie informacji. Przykro mi, nie udzielam żadnych informacji bez zgody przełożonych.
Rzecznik MON to pan Jacek Sońta. Do niego mam się zwrócić?
- Sońta, nawet nie wiedziałem o tym, że to on, może tak. Myślę, że on jest właściwą osobą.
Nadal nie rozumiem, na jakiej podstawie odmawiają Panowie informacji w sprawie identyfikacji głosu generała Andrzeja Błasika. W Moskwie nie byli Panowie na prywatnych wczasach, za Panów pracę zapłacili podatnicy. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak Panowie pracowali.
- Ma pani rację. Ale jest decyzja, w której stoi napisane jak wół, że w przypadku zainteresowania mediów żołnierze oraz pracownicy resortu mają prawo za zgodą dowódcy udzielenia wypowiedzi przedstawicielom mediów. I kluczowym sformułowaniem jest tutaj "za zgodą dowódcy".
Kiedy w sierpniu udzielał Pan wywiadu "Naszemu Dziennikowi", nie była potrzebna zgoda dowódcy?
- Nie było potrzeby takiej zgody.
To dlaczego teraz mówi Pan o tym, że ta zgoda musi być?
- Dlatego, że wtedy nie znałem tych zasad realizacji polityki informacyjnej. A w tej chwili już je znam.
Nie znał ich Pan, mimo że obowiązują od 2009 roku?
- Tak.
Rozumiem, Panie Pułkowniku, że został Pan zobligowany do zapoznania się z tym przepisem właśnie teraz?
- Nie udzielam informacji.
Dziękuję za rozmowę.
Chcą odwołać Klicha po cichu
Oficjalnie sprawa głosowania jest owiana tajemnicą, a członkowie komisji nabrali wody w usta i nie chcą informować nawet o terminie posiedzenia.
- Jest to wewnętrzna sprawa komisji i nie zależy nam na rozgłosie. Stąd też nie informujemy, kiedy posiedzenie się odbędzie. Kiedy się to stanie, rzecznik ministerstwa transportu poinformuje o wynikach i o tym, jaką decyzję podjął pan minister - powiedział nam wczoraj dr inż. Maciej Lasek, wiceprzewodniczący PKBWL.
W połowie stycznia do komisji wpłynął wniosek jednego z jej członków o odwołanie przewodniczącego. Według informacji "Naszego Dziennika", złożył go Tomasz Makowski, a głosowanie ma się odbyć 1 lutego.
Zgodnie z zapisami ustawy prawo lotnicze z 3 lipca 2002 roku, przewodniczącego komisji powołuje minister właściwy do spraw transportu - obecnie jest nim Sławomir Nowak - na okres 5 lat. Ten sam minister ma prawo go odwołać, ale tylko na wniosek komisji uchwalony bezwzględną większością głosów. Przy czym rekomendacja komisji w tej kwestii w żaden sposób nie wiąże ministra. W podobny sposób odwoływani mogą być pozostali członkowie komisji. Ta składa się z przewodniczącego, dwóch jego zastępców i czternastu członków.
Warto pamiętać, że Edmundowi Klichowi już raz udało się wygrać potyczkę z członkami komisji. W lutym ubiegłego roku ich wniosku przegłosowanego znaczącą większością głosów (13:1 przeciw Klichowi) nie uwzględnił minister Cezary Grabarczyk. Klichowi zarzucano wówczas, że jego bierna postawa we współpracy z Międzypaństwowym Komitetem Lotniczym (MAK) spowodowała, iż w ostatecznym raporcie MAK na temat katastrofy smoleńskiej nie uwzględniono wielu wniosków strony polskiej. Wniosek był głosowany niemal rok temu, tuż po ponownym powołaniu Klicha na stanowisko przewodniczącego PKBWL, które miało miejsce 16 stycznia 2011 roku.
Postawa Edmunda Klicha jako akredytowanego przy MAK spotkała się ze sporą krytyką. To on jako pierwszy podniósł kwestię domniemanej obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie Tu-154M w chwili katastrofy. To on niemal od początku lansował wersję katastrofy bardzo zbieżną z tezami forsowanymi przez Rosjan, a znalazło to potwierdzenie w podpisanych już na początku maja 2010 roku dokumentach w tym zakresie odrzucających winę Rosjan. Także po publikacji stenogramów sporządzonych w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie Klich odpowiedzialnością za zaniedbania w działaniach na terenie Federacji Rosyjskiej próbował obarczyć płk. Mirosława Grochowskiego.
Konkurenci ostrzą zęby
Z informacji ze źródeł zbliżonych do komisji, do których dotarł "Nasz Dziennik", wynika, że pozycja Edmunda Klicha w gremium, któremu przewodzi, nie jest zbyt mocna i wynik ubiegłorocznego głosowania w sprawie jego odwołania prawdopodobnie zostanie powtórzony.
Pozostaje jednak pytanie o to, jak zachowa się minister transportu Sławomir Nowak. Czy powtórzy ruch Cezarego Grabarczyka i pozostawi Klicha na stanowisku, czy też komisja tym razem dopnie swego?
Jak usłyszeliśmy, w przypadku odwołania Klicha szanse na objęcie stanowiska przewodniczącego ma Maciej Lasek. - Może on liczyć na wsparcie wiceministra infrastruktury Tadeusza Jarmuziewicza. Pozostaje tu jednak kwestia tego, jaki ma on dar przekonywania, jeśli chodzi o ministra Nowaka - powiedział nasz rozmówca. Ocenił, że szanse na objęcie funkcji przewodniczącego mają również Wiesław Jedynak, z doświadczeniem w PLL LOT z zakresu jakości i bezpieczeństwa lotów, oraz Waldemar Targalski, podpułkownik rezerwy, pilot, niegdyś dowódca eskadry w rozformowanym 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego.
W ocenie Jerzego Polaczka, posła PiS, byłego ministra transportu, sytuacja w komisji już dojrzała do zmian. - Jeśli w PKBWL będzie głosowany wniosek o odwołanie Edmunda Klicha, to osobiście oceniam, że będzie on miał większość. Jednak nawet w przypadku przegłosowania wniosku decyzja będzie należała do ministra Nowaka. Zatem odpowiedź na pytanie w tym zakresie należy do niego - zaznaczył. Jak zauważył Polaczek, Nowak po objęciu kierownictwa w resorcie transportu nie tylko w żaden sposób nie odniósł się dotąd do jakichkolwiek kwestii dotyczących przyszłego funkcjonowania czy to PKBWL, czy Urzędu Lotnictwa Cywilnego, ale też nie zaszczycił swoją obecnością sejmowej Komisji Infrastruktury, a w takiej sytuacji dyskusja o potrzebie i kierunku zmian, w tym zmian personalnych, jest dość trudna.
Edmund Klich na czele Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych stoi od 2006 roku. 16 stycznia 2011 roku, po upływie pięcioletniej kadencji, Cezary Grabarczyk, minister infrastruktury, ponownie wyznaczył go na to stanowisko, odpowiadając przeciwnikom tego rozwiązania, iż "raczej nie dostrzega przeciwwskazań" dla nominacji Klicha.
Aktualnie komisja działa przy Ministerstwie Transportu. Do jej obowiązków należy badanie wszystkich wypadków i incydentów lotniczych, do jakich doszło na terenie Polski. Komisja ustala przyczyny i okoliczności zdarzeń, ale nie orzeka o winie i odpowiedzialności. Na podstawie wniosków z badań komisja proponuje odpowiednie zalecenia mające zapobiec podobnym wypadkom w przyszłości. Dokumenty z badania wypadków przez PKBWL stanowią podstawę do podjęcia przez prezesa ULC decyzji w zakresie wdrożenia działań profilaktycznych.
Marcin Austyn
Haki akredytowanego
Z Bogdanem Święczkowskim, byłym szefem ABW, prokuratorem w stanie spoczynku, rozmawia Zenon Baranowski
Pojawiły się kolejne przecieki z nagrań Edmunda Klicha, a za nimi komentarze i pytania. Ktoś mówił o podsłuchach, czyja musi być racja itp. ...
- Czytając wskazane zapisy, odniosłem nieodparte wrażenie, że jest to rozmowa z jakimś wysokim oficerem Służby Kontrwywiadu Wojskowego.
Rozumiem, że w zakresie ich zadań znajdowało się czuwanie nad pracami ekspertów dotyczącymi katastrofy smoleńskiej?
- W przypadku kwestii wojskowych ochroną kontrwywiadowczą zajmuje się SKW i takie rzeczy może robić. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której oficer służb specjalnych informuje osobę, której rozmowy ma zamiar kontrolować, że będzie to robił. To jest zdrada tajemnicy państwowej i służbowej. Jeżeli chce się osiągnąć jakikolwiek efekt, to jest oczywiste, że nie informuje się osób, które są objęte zabezpieczeniem, o jego szczegółach. Dana osoba może się ewentualnie domyślać, że jej rozmowy będą kontrolowane.
Prokuratura nie wnikała specjalnie, gdzie są te nagrania Klicha, co na nich jest.
- Uważam, że należy zabezpieczyć wszystkie nagrania Edmunda Klicha, ale przede wszystkim skoncentrować się na ich treści. Ustalanie, czy miał prawo, czy nie miał prawa nagrywać tych osób, jest kwestią drugorzędną.
W mojej ocenie, chce się tutaj teraz wyeksponować medialnie kwestię, czy mógł nagrywać, z pominięciem treści nagrań. Chciałbym zwrócić uwagę, że nagranie przedstawione już wcześniej ujawniło co najmniej dwa istotne elementy. Po pierwsze, że były jakieś dokumenty, o których nic nie wiemy, w których Klich oceniał, co miało być powodem katastrofy. Druga sprawa to udostępnienie przez nieustalone osoby byłemu szefowi MON Bogdanowi Klichowi protokołów przesłuchań świadków. Jeżeli Edmund Klich nagrywał wielu innych ministrów, a tak może wynikać z jego sugestii, to niewykluczone, że znajduje się tam znacznie więcej takich "perełek", wskazujących na działania na pograniczu prawa, a nawet bezprawne różnych wysokich urzędników państwowych.
W internecie pojawiają się skrajne komentarze pod adresem Edmunda Klicha - od "agenta" do "usłużnego idioty"...
- Oczywiście popełnił on wiele błędów, ale też jego możliwości działania były mocno ograniczone, gdyż nie miał silnego wsparcia rządu RP. Moim zdaniem, teraz jednak jest realizowana operacja medialna próbująca poprzez media prorządowe skierować całą odpowiedzialność za błędy organów władzy publicznej w sprawie katastrofy smoleńskiej na niego. Ma to pokazać, że za te wszystkie uchybienia odpowiada tylko Edmund Klich. Natomiast premier Tusk, minister Miller czy Bogdan Klich nie mają z tym nic wspólnego. Klasyczna operacja "kozioł ofiarny".
Dziękuję za rozmowę.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka