Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
378
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 1

Cerkiew na Polu Mokotowskim -Józef Szaniawski

W prestiżowym miejscu w Warszawie na Polu Mokotowskim, oficjalnie nazwanym parkiem Marszałka Piłsudskiego, już wkrótce stanie cerkiew, a dokładnie sobór - prawosławna katedra polowa Wojska Polskiego. Monumentalna budowla będzie miała według już zatwierdzonych planów ponad 40 metrów wysokości, a poza samą cerkwią będą jeszcze integralnie związane z nią budynki. W wyznaczonym miejscu już wycięto drzewa, bo cerkiew ma być budowana w błyskawicznym tempie i ukończona do 2015 roku, tak aby postawić przed faktem dokonanym tych wszystkich, dla których jej budowa jest antypolskim i antykatolickim działaniem. Bardzo dziwnym zbiegiem okoliczności cerkiew zostanie postawiona dokładnie w tym miejscu, gdzie w maju 1935 roku na Polu Mokotowskim na lawecie armatniej stał katafalk z trumną zwycięskiego wodza Marszałka Józefa Piłsudskiego. Co więcej - będzie dominować nad pomnikiem Lotników Polskich, który znajduje się nieopodal. Ta budowa objęta jest wojskową klauzulą tajności ze względu na "obronność państwa", od kiedy pierwszą decyzję w tej sprawie podjął w 2000 roku ówczesny minister obrony Janusz Onyszkiewicz. Obecny szef Ministerstwa Obrony Narodowej Tomasz Siemoniak nagle, po latach, akurat teraz realizuje tę decyzję w warunkach braku pieniędzy na dokończenie Świątyni Opatrzności Bożej, gdy likwiduje się faktycznie polską Marynarkę Wojenną i wprowadza drastyczne oszczędności w jednostkach wojskowych. MON, czyli w praktyce Skarb Państwa, a faktycznie obywatele RP ze swoich podatków mają sfinansować budowę cerkwi prawosławnej. W sumie ponad 40 mln zł w warunkach kryzysu! Ponadto Cerkiew prawosławna otrzymała wartościową działkę pod budowę tych obiektów.
Niestety sprawa budowy cerkwi nie wygląda przejrzyście. Obecnie rzecznik Prawosławnego Ordynariatu WP ks. Aleksy Andrejuk oświadcza: "Jesteśmy polskim Kościołem prawosławnym i proszę nas nie kojarzyć z Rosją (...). Cerkiew będzie widoczna z daleka i upiększy to miejsce. Będzie miała kopułę bizantyjską, ale nie planujemy rosyjskich cebul". Wiadomo jednak, że poprzedni prawosławny ordynariusz WP ks. abp Miron Chodakowski w tej sprawie prowadził rozmowy z moskiewskim patriarchą prawosławnym Aleksym II. Obaj już nie żyją, ale skądinąd wiadomo, że świątobliwy patriarcha Aleksy II i pułkownik Drozdow ze zbrodniczego KGB to jedna i ta sama osoba! Był nieubłaganym wrogiem Polski i Polaków, a Jana Pawła II w szczególności. To właśnie patriarcha Aleksy nie dopuścił do pielgrzymki pojednania Ojca Świętego do Rosji.
Rosyjski zaborca w XIX wieku wybudował duży sobór na placu Saskim. Po 1918 roku osobistą decyzją Józefa Piłsudskiego sobór został zlikwidowany. Warto przypomnieć, że obecna prawosławna katedra metropolitalna na warszawskiej Pradze została wybudowana na polecenie cara Aleksandra II w ramach represji na Polakach po stłumieniu Powstania Styczniowego. Obecna budowa prawosławnej cerkwi na Polu Mokotowskim jest tylko fragmentem szczególnego rodzaju polityki historycznej prowadzonej w Polsce, od kiedy władzę w Rosji objął Władimir Putin, a szczególnie od 10 kwietnia 2010 roku. Przykładów jest niestety znacznie więcej! To także jest test polityczny na naszą odporność: ile Polacy mogą wytrzymać i co jeszcze można im narzucić. Budowa tej cerkwi to wreszcie fałszywie pojmowany ekumenizm, zwłaszcza że to ekumenizm nie otwartego dialogu, ale poufny, ukrywany przed opinią publiczną. W ten sposób nie wolno działać! Non possumus!

Pakt czy pat fiskalny UE?

Zakończony właśnie szczyt Unii Europejskiej został ogłoszony przez rządowe media, po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy, jako sukces umożliwiający wyjście Unii ze ślepej uliczki, w której znalazła się w czasie kryzysu finansowego. Nie wystarczył zatem ponoć rewelacyjny traktat z Lizbony ani szumnie reklamowany tzw. sześciopak, nie wystarczyły także kolejne szczyty, po których Grecja miała już być uratowana. Zamiast tego niczym z kapelusza iluzjonisty wyjmuje się kolejny pomysł na zbawienie UE o nazwie "pakt fiskalny". W istocie oznacza on dalszy podział Unii Europejskiej na strefy wpływów. Teraz będziemy już mieć aż trzy rodzaje szczytów europejskich: zwykły szczyt UE odbywający się po dwa razy na każdą prezydencję, ze wszystkimi 27 członkami UE; szczyt krajów paktu fiskalnego, a więc bez Wielkiej Brytanii i Czech, które odmówiły podpisania paktu fiskalnego; szczyt eurozony, tzn. krajów, które powołały nieroztropnie kiedyś wspólną walutę wbrew prawom powszechnego planowania budżetowego. Członkowie paktu fiskalnego niekiedy będą mogli posłuchać, na specjalne zaproszenie, o czym radzą kraje eurostrefy i przynajmniej raz na rok być doproszeni, bez prawa głosowania oczywiście, na posiedzenie eurozony. Tak więc mamy UE-27, UE-25 i UE-17. Dodatkowo pozatraktatowe spotkania osi Paryż - Berlin, gdzie zapadają najważniejsze decyzje dotyczące całej Unii Europejskiej. Ta nieformalna grupa UE-2, a więc odbywające się już w sposób jak najbardziej oficjalny spotkania kanclerza Niemiec i prezydenta Francji, to niejako jądro decyzyjne Unii.
Oddzielnym problemem pozostaje jeszcze kwestia ratyfikacji traktatu fiskalnego. Francja zapowiedziała, że wystarczy jedynie12 krajów eurozony, aby uznać całą strefę euro za popierającą pakt (a więc UE-12 w ramach UE-17). Istotą paktu fiskalnego będzie możliwość nakładania kar na państwa odchodzące od dyscypliny budżetowej.

Nad wszystkim czuwa oś Berlin - Paryż
Stare polskie przysłowie dobrze wyjaśnia ten stan: w mętnej wodzie najlepiej łowi się ryby. System finansowy i decyzyjny UE został rozmyty przez traktat lizboński, będzie dodatkowo rozmyty przez pakt fiskalny. W tej sytuacji najważniejsze decyzje będą podejmowane na nieformalnym szczycie UE-2 (Paryż - Berlin). Po takim spotkaniu decyzje będą komunikowane przywódcom krajów eurozony UE-17, gdzie nikt nie zbuduje koalicji przeciwko Berlinowi i Paryżowi. Następnie doproszone kraje spoza strefy euro w ramach paktu fiskalnego UE-25 będą wysłuchiwały, co w sprawach finansów i budżetu, a więc najważniejszych politycznie, zdecydowano na szczycie UE. Na samym końcu o decyzjach podjętych w tym trybie dowie się cała UE-27 i będzie można ogłosić kolejny kompromis oraz sukces szczytu UE. Dodajmy do tego fakt, że instytucje unijne planujące i wykonujące codziennie najważniejsze decyzje dotyczące wprowadzania prawa unijnego w życie są w ogromnym stopniu obsadzone przez biurokratów niemieckich i francuskich. Nie można mieć już wątpliwości, kto najlepiej potrafi zadbać o swoje interesy.
W takiej sytuacji bardzo rozsądne wydaje się stanowisko Wielkiej Brytanii i Republiki Czeskiej, które zdecydowały się pozostać poza paktem fiskalnym. Należy zwrócić uwagę na fakt, że funt brytyjski i korona czeska mają bardzo wysokie notowania na rynkach międzynarodowych, czego, niestety, nie można powiedzieć w ostatnich latach o polskiej złotówce. Jedno z praw finansowych odkrytych przez naszego rodaka Mikołaja Kopernika, który oprócz astronomii zajmował się również ekonomią, mówiło, że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Można więc zrozumieć, że Brytyjczycy i Czesi bronią swojej lepszej waluty, aby nie popsuła się zbytnio w kontaktach z euro. Polski rząd, zamiast podążyć śladami czeskich i brytyjskich polityków oraz według zasady naszego wielkiego astronoma z Torunia, okazał się niezdolny do tak dalekiej niezależności politycznej. Ostatecznie kilka tygodni temu sami prosiliśmy Niemcy o przywództwo w UE. Można więc powiedzieć, że mamy to, czego chcieliśmy. Gdyby bowiem wniknąć w istotę stosunków niemiecko-francuskich, to okazałoby się, że w tym duecie zdecydowaną przewagę mają Niemcy. Najważniejsze europejskie decyzje finansowe podejmowane są w Berlinie. Europejski Bank Centralny znajduje się we Frankfurcie nad Renem.

Polska na peryferiach politycznych UE
Przy okazji negocjowania paktu fiskalnego wyszła na jaw zupełna bezradność polskiej dyplomacji. Nie potrafiliśmy zbudować żadnego bloku państw domagających się wspólnych posiedzeń sygnatariuszy paktu fiskalnego jako jedynego gremium podejmującego decyzje budżetowe i fiskalne UE-25. Podnosząc wysoko poprzeczkę negocjacyjną, w imię uświęconej ponoć zasady jedności europejskiej, poprzez groźbę wyjścia całej grupy państw z paktu fiskalnego, gdyby nie udało się utworzyć porozumienia budżetowego w ramach prawa unijnego, uzyskalibyśmy mocną pozycję negocjacyjną. Takie stanowisko na pewno poparłyby Wielka Brytania oraz Czechy. Świadczy o tym obecny stan negocjacji. Do koalicji Wielka Brytania, Czechy, Polska dołączyłyby inne państwa. Taka jest logika negocjacji w ramach UE. Zamiast tego mamy dyktat fiskalny Berlina, pogorszenie relacji dyplomatycznych z potencjalnymi sojusznikami. Po raz kolejny potwierdziła się słaba kondycja międzynarodowa Polski. Jeszcze parę lat temu rząd Silvio Berlusconiego zapraszał Polskę do utworzenia grupy największych sześciu państw UE jako przeciwwagi dla osi Paryż - Berlin. Rok temu rząd Viktora Orbána zapraszał polski rząd do zacieśnionej współpracy politycznej. Zamiast tych różnych opcji politycznych trzymamy się sojuszu z Berlinem, z którego nie ma żadnych - ani politycznych, ani gospodarczych - korzyści dla Polski. W istocie nie jest to sojusz, ale uznanie peryferyjnej roli naszego kraju.


Zmarnowana prezydencja
Ostatni szczyt ukazał także, w jak dużym stopniu zmarnowaliśmy polską prezydencję w UE. Mogliśmy przecież wypracować ogólne ramy porozumienia politycznego uwzględniające interesy wszystkich członków UE. Tak wiele mówi się w oficjalnych mediach, że polski rząd jest proeuropejski. W istocie przecież nasza prezydencja zapoczątkowała procesy prowadzące do pozatraktatowego, czyli pozaunijnego porozumienia, z którego narodził się pakt fiskalny. Unia Europejska dzisiaj funkcjonuje na kilku poziomach decyzyjnych w oparciu o kilka porozumień. Za ten bałagan ogromną odpowiedzialność ponosi kraj, który nie skorzystał z prezydencji i swojego potencjału politycznego, aby zadbać o jedność Unii. Do rangi symbolu urasta spotkanie polskiego premiera z niemieckim przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinem Schultzem tuż przed szczytem, na którym Donald Tusk prosił go o poparcie. Przecież jeszcze miesiąc temu szefem Parlamentu Europejskiego był kolega partyjny z PO. Mając ten atut i dodatkowo przewodnicząc pracom UE, daliśmy sprowadzić się po raz kolejny do roli podwykonawcy projektów politycznych tworzonych w Berlinie i Paryżu. Odwołując się do porównania: czy Polska jest dzisiaj tylko przystawką w spisie dań UE, czy też aspiruje do konsumowania jej dobrodziejstw, należy powiedzieć, że najwidoczniej zadawala nas rola przyglądającego się, jak inni korzystają z dóbr UE. Euforyczna radość polskich dyplomatów i polityków Platformy - np. Hanny Gronkiewicz-Waltz - na koniec szczytu fiskalnego z tego, że Francja zgodziła się, abyśmy niekiedy przyglądali się obradom eurostrefy, stawia nas raczej w niechlubnej roli kelnera polityki unijnej. Szefem kuchni unijnej i głównym konsumentem jej potraw, niestety, nie jest Polska.

Dariusz Sobków

Autor był ambasadorem tytularnym w Stałym Przedstawicielstwie RP przy Unii Europejskiej.

Pozew dla Millera

Po ogłoszeniu przez Prokuraturę Okręgową Warszawa-Praga, która prowadzi cywilny wątek śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, dwudziestu zarzutów sformułowanych przez biegłych na temat zaniechań BOR, nie tylko Leszek Miller próbował podważać wiarygodność autorów ekspertyzy. Wczoraj dołączył do niego gen. Marian Janicki, szef Biura Ochrony Rządu. Stwierdził on, że opinia jest krzywdząca dla formacji i funkcjonariuszy, którzy zginęli w katastrofie Tu-154M. Sobie nie ma nic do zarzucenia.
Leszek Miller już w poniedziałek twierdził publicznie, że biegli to nie eksperci, tylko osoby polityczne. Na zlecenie prokuratury nad ekspertyzą pracowali ppłk Jarosław Kaczyński, były zastępca szefa BOR odpowiedzialny za działania ochronne, i płk w st. sp. Stanisław Kulczyński, ekspert w dziedzinie walki z terroryzmem i operacji specjalnych.
Swój wywód szef SLD podpierał tym, jakoby zbieżność imion i nazwisk byłego wiceszefa BOR z prezesem Prawa i Sprawiedliwości nie była przypadkowa. Tymczasem to właśnie w okresie rządów PiS ppłk Kaczyński odszedł ze służby. "Z moich informacji wynika, że jednym z tych ekspertów jest major Jarosław Kaczyński, związany bardzo silnie z braćmi Kaczyńskimi. Ten człowiek, który robił czystkę w BOR po objęciu władzy przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Drugi ekspert jest o podobnej proweniencji, no więc, jeśli tak, to ekspertyzy tych dwóch specjalistów nie mogą być obiektywne" - wtłaczał dziennikarzom Leszek Miller. Jego zdaniem, "mjr Jarosław Kaczyński zapisał się w historii BOR jak najgorzej". "To był człowiek, który zwalniał ludzi z powodu ich przekonań politycznych. Zrobił czystkę wobec wszystkich, którzy nie wydawali się wystarczająco lojalni. Z mojego punktu widzenia nie można polegać na tego rodzaju ekspertyzie" - dodał.
- Nie wiem, na jakiej podstawie pan Miller zabiera głos na temat opinii wywołanej przez prokuraturę. Nie sądzę, żeby znał ją w pełni, ponieważ jest ona niejawna i dopiero w poniedziałek prokurator się z nią zapoznał. Tym bardziej że prokurator zweryfikował osoby biegłych, powołał ich, a ci zostali zobligowani do wydania ekspertyzy zgodnie ze swoją wiedzą i prawdą - mówi Renata Mazur, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Jak zaznacza, to prokurator, a nie Leszek Miller oceni opinię biegłych pod kątem jej przydatności do postępowania i wiarygodności. - Do opinii nikt nie miał wglądu oprócz dwóch biegłych i dwóch prokuratorów prowadzących sprawę - zaznacza rzecznik.
Oficerowie BOR, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik", oceniają, że takie wystąpienia jak Leszka Millera to obcesowa próba nacisku na prokuraturę. A to niedopuszczalne. - Biegli mieli dostęp do dokumentów i na ich podstawie wydali z całą odpowiedzialnością tę druzgocącą dla BOR opinię. Apeluję, aby bezpodstawnie nie dezawuować ich pracy - mówi płk Andrzej Pawlikowski, szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007. Do jego apelu dołącza mjr Robert Terela, były funkcjonariusz BOR. - Bardzo niedobre dla sprawy jest pochopne formułowanie ocen. Do opinii biegłych można się ustosunkować dopiero po wnioskach prokuratury i ewentualnie po wnioskach złożonych do sądu - mówi Terela. Jak zaznacza, osobiście dobrze zna ppłk. Kaczyńskiego i choć go nie lubi, nie może odmówić mu fachowości.
- Podpułkownik Kaczyński to profesjonalista. To prokurator, a nie polityk może oceniać jego kompetencje - dodaje Robert Terela. Major zaznacza, że gdy ppłk Jarosław Kaczyński został szefem oddziału pirotechnicznego w BOR, znacząco przyczynił się do poprawy jego funkcjonowania, bo dbał nie tylko o postęp technologiczny, ale także o rozwój intelektualny funkcjonariuszy.
Sam ppłk Kaczyński ujawnia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem", że przygotowuje pozew przeciwko Leszkowi Millerowi. - Rozważam skierowanie na drogę sądową sprawy o poświadczenie nieprawdy. Pan Miller zarzucił mi, że robiłem jakieś czystki w BOR, a przecież ja nigdy nie byłem przełożonym personalnym. Byłem tylko zastępcą szefa BOR do działań ochronnych, a tylko szef BOR ma możliwość prowadzenia takich działań. Niech pan Miller wskaże chociaż jedną decyzję o zwolnieniu pracownika BOR podpisaną przeze mnie. Odnośnie do zbieżności mojego imienia i nazwiska z prezesem PiS, pan pozwoli, ale nie będę nawet tego komentował. Jestem zaskoczony, że Miller takie rzeczy może wypowiadać - mówi ppłk Kaczyński.

Szef idzie w zaparte
Zamiast zastanawiać się nad działaniami naprawczymi czy dymisją, szef Biura Ochrony Rządu uznał, że ekspertyza w sprawie zabezpieczenia przez tę formację wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu jest "krzywdząca". Ze względu na tych oficerów, którzy w katastrofie zginęli. Jednak nasi rozmówcy widzą w tym nieelegancką próbę wybielania własnej osoby. Zwracają uwagę, że przecież pisząc ekspertyzę, biegli mieli na względzie odpowiedzialność osób żyjących, a nie tych, którzy zginęli.
"Nasz Dziennik" zapytał wczoraj w BOR o ustosunkowanie się do wniosków z opinii biegłych. Jednak rzecznik mjr Dariusz Aleksandrowicz poinformował nas, że Biuro do opinii odniesie się dopiero, gdy ją przeczyta. - Prokuratura nie przesłała nam ekspertyzy biegłych. Jak się z nią zapoznamy, to wtedy będziemy ją komentować. Na razie jej fizycznie nie ma w Biurze Ochrony Rządu - skwitował rzecznik BOR.
Jednak gen. Marian Janicki, nie czekając na wnioski prokuratora po zbadaniu ekspertyzy ppłk. Kaczyńskiego i płk. Kulczyńskiego, nie miał wczoraj problemu, by stwierdzić w rozmowie z PAP, że opinia biegłych jest krzywdząca dla BOR. Janicki unikał przy tym jak ognia ustosunkowania się do sformułowanych przez biegłych punktów dotyczących braku odpowiedzialności kierownictwa Biura Ochrony Rządu za działania ochronne 10 kwietnia 2010 roku. - Nie chcę się odnosić do wniosków ekspertów. Mogę tylko tyle powiedzieć, że te punkty, które zostały z niej [ekspertyzy] wyartykułowane, są wielce krzywdzące dla formacji, dla funkcjonariuszy, którzy w niej służą, a w szczególności dla tych, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej - powiedział Janicki. Jak dodał, chodzi mu w szczególności o śp. płk. Jarosława Florczaka, który bezpośrednio dowodził operacją. - Mieliśmy u siebie ponadpółroczną kontrolę NIK, wielu specjalistów kontrolowało nasze procedury z wielu poprzednich lat. I zapewniam, że o wiele lepiej zostaliśmy ocenieni przez wysokiej klasy specjalistów z najważniejszej komórki kontrolnej RP - fantazjował Janicki.
Stwierdził też, że nie rozważa podania się do dymisji w sytuacji, gdy trwa śledztwo prokuratury. Po upublicznieniu wniosków do opinii biegłych w sprawie zaniedbań BOR w kwietniu 2010 roku Janicki spotkał się w poniedziałek z ministrem spraw wewnętrznych Jackiem Cichockim, któremu - jak powiedział rzecznik rządu Paweł Graś - złożył "obszerne wyjaśnienia". - Z wyciąganiem wniosków trzeba poczekać do sytuacji, w której BOR będzie miał szansę odnieść się do treści tej opinii, która była podstawą do wyciagnięcia tych wniosków - zastrzegł Graś.
Oficerowie BOR, którzy pragną pozostać anonimowi, uważają, że Janicki chce wyjść z całej sprawy obronną ręką, zrzucając winę na innych. Bo czuje rozpięty nad nim parasol ochronny rządu.
Pułkownik Andrzej Pawlikowski nie ma przy tym wątpliwości, że jest już o dwa lata za późno na składanie przez Janickiego obszernych wyjaśnień w sprawie odpowiedzialności BOR za zabezpieczenie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. - Uchybienia wykazane przez biegłych są bardzo poważne i w mojej ocenie świadczą o ogromnych zaniechaniach, jakich dopuściło się BOR. A za właściwą realizację zadań odpowiada przecież szef BOR i jego zastępcy - przypomina były szef tej formacji.
Czy gen. Marian Janicki i jego zastępca gen. Paweł Bielawny, odpowiedzialny za działania ochronne, usłyszą zarzuty - zdecyduje prokurator. Nieprawdziwa jest jednak informacja, którą podała stacja TVN24, że na początku lutego możliwe będą zarzuty dla funkcjonariuszy BOR. Rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga zdecydowanie to dementuje. - Widziałam, że stacja TVN podała, że na początku lutego możliwe będą zarzuty dla funkcjonariuszy BOR. Słyszałam nawet, że będzie akt oskarżenia. Jest już praktycznie początek lutego, proszę mi wierzyć, że prokurator nie jest w stanie z taką szybkością wykonywać tych czynności - mówi prokurator Renata Mazur. - Decyzje, owszem, zostaną podjęte w lutym, ale to nie znaczy, że w jego pierwszych dniach. Prokurator musi mieć czas, żeby spokojnie w całości przeanalizować ekspertyzę biegłych, i to nie w oderwaniu od rzeczywistości - czyli samą opinię, ale w zestawieniu z materiałem dowodowym - dodaje. - Nie mogę powiedzieć, czy gen. Janicki usłyszy zarzuty. Na chwilę obecną takie decyzje nie zapadły - ucina rzecznik Mazur.

Piotr Czartoryski-Sziler

 

Janicki kłamał

Z ppłk. rez. Tomaszem Grudzińskim, zastępcą szefa Biura Ochrony Rządu odpowiedzialnym za działania ochronne w latach 2006-2007, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Można chyba powiedzieć, że ekspertyza biegłych na temat pracy BOR jest druzgocąca.
- Powiem szczerze: jestem zdruzgotany tym, co przeczytałem w komunikacie Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Pracowałem w Biurze Ochrony Rządu siedemnaście lat i nigdy nie dochodziło do takich uchybień. Znam ppłk. Jarosława Kaczyńskiego, który m.in. sporządzał tę opinię, to człowiek bardzo kompetentny, były wiceszef BOR, którego zresztą zastąpiłem na tym stanowisku. Po tej opinii wszyscy ludzie BOR, od najwyższego kierownictwa po kierownictwo na niższych szczeblach, nie powinni dostać wynagrodzenia za wszystkie miesiące, w których pracowali.

Dostali nagrody. Prezydent odznaczył po katastrofie gen. Janickiego i jego zastępcę Bielawnego.
- To jakieś nieporozumienie, nie wiem, za co oni to dostali. Szkoda mi wszystkiego tego, co Biuro zyskało przez wiele lat. Zostali mianowani ludzie na jakieś stanowiska, którzy nie mają pojęcia o tym, co robią. W ogóle jakby wzięli się z zupełnie innych służb, np. służb zajmujących się do tej pory przedszkolem. Jeszcze raz podkreślę, jestem zdruzgotany tym, co przeczytałem. Aż nie chce się w to wszystko wierzyć.

Wygląda na to, że wizyta prezydenta w Katyniu nie była w minimalnym nawet stopniu zabezpieczona w kluczowych obszarach.
- To prawda. Biegli stwierdzili na początku brak właściwego nadzoru ze strony kierownictwa BOR nad działaniami ochronnymi. Ja tego nie rozumiem. To, w jaki sposób zostali przez BOR potraktowani prezydent i premier państwa, świadczy o tym, że nie jest to dla mnie Biuro Ochrony Rządu, oni powinni zmienić nazwę. Albo tę firmę powinno się rozwiązać i stworzyć na nowo od podstaw inną z nowymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Zdaje się, że ktoś zapomniał w ogóle o tym, że bierze pieniądze za bardzo poważną sprawę, czyli ochronę najważniejszych osób w państwie.

Ale generał Janicki cały czas powtarzał, że to była najlepiej zabezpieczona wizyta.
- Powiem bardzo mocno: uważam, że kłamał. To jest odpowiednie słowo, ponieważ myślę, że najwyższy czas, żeby nazywać rzeczy po imieniu. Wobec tego, co przeczytałem, trzeba powiedzieć otwarcie: ci ludzie kłamali, nie zajmowali się swoją pracą, za którą dostawali wynagrodzenie. Bądź robili to specjalnie na czyjeś polecenie, ale to jest tylko mój domysł. Bo to jest niemożliwe, żeby było inaczej, część tych osób znam. To jest niemożliwe, by nagle przestali cokolwiek robić.

Z opinii biegłych wynika, że praktycznie ani jeden funkcjonariusz BOR odpowiedzialny za zabezpieczenie wizyty 10 kwietnia 2010 r. nie wykonywał normalnie swojej pracy.
- Z komunikatu prokuratury, który przeczytałem, wynika, że nie wykonywali swojej pracy. Nie organizowali, nie analizowali, nie przewidywali, nie byli obecni w bardzo ważnych punktach, nie wysyłali ludzi, a jeżeli już wysłali, to czytam, że o niskim stopniu kompetentności. To znaczy, że w ogóle nie zajmowali się podstawową rzeczą, jaką jest ochrona osób, a zajmowali się zupełnie czym innym. Nie wiem czym, ale na pewno nie było to przygotowanie wizyty najwyższych osób w państwie. Mogę tylko zgodzić się z tym, że brak wyposażenia funkcjonariuszy grup zabezpieczających w broń palną był z winy Rosjan. Bo czasem jest tak, że nie możemy przepchnąć własnej broni przez granicę. I to jest jedyny punkt, który można złożyć na karb braku zgody strony rosyjskiej. Ale wszystkie inne rzeczy należą do strony polskiej, nie zrobiliśmy nic. Nie wyznaczono nawet dowódcy grupy rekonesansowej, grup zabezpieczających. To jest hańba Biura Ochrony Rządu.

Spodziewa się Pan prokuratorskich zarzutów?
- To jest rzecz prokuratury. Natomiast mi od razu po tym, co przeczytałem, przyszła do głowy myśl: Boże, przecież to tylko nadaje się do prokuratury. Natomiast nie wiem, co oni z tym zrobią. Niestety, ja przestaję już nawet wierzyć w prokuraturę po tym, jak przeczytałem, że umorzono sprawę przeciwko panu Palikotowi. Część informacji na pewno musi być niejawna, ale na pewno nie zgadzam się z tym, że wszystko trzeba utajnić. Najwyższy czas, żeby ktoś zaczął patrzeć na ręce ludziom, którzy w nieodpowiedni i nieodpowiedzialny sposób prowadzą naszych VIP-ów nie wiadomo ku czemu.

Co Pana szczególnie zaskoczyło w opinii biegłych?
- Niewłaściwe przeprowadzenie analizy zadania, czego skutkiem był brak niezbędnych specjalistów w grupie rekonesansowej i grupach zabezpieczających. A to jest właśnie podstawa sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa na tych VIP-ów. Nieprzeprowadzenie także odprawy koordynacyjnej. Jak to jest w ogóle możliwe, żeby nie przeprowadzono odprawy? Przecież wszyscy na niej się wszystkiego dowiadują, mają jakieś pytania, możemy coś na takiej odprawie jeszcze zmienić, coś dopowiedzieć, chociażby dowiedzieć się, na jakim kanale przekazujemy informacje między sobą. Zaniżono kategorię działań ochronnych 7 i 10 kwietnia 2010 roku. To jest prokurator. Na jakiej podstawie? Dlaczego zaniżono kategorię? I kto to zrobił? Równie bulwersująca jest sprawa niewyznaczenia odpowiedzialnych za zabezpieczenie poszczególnych miejsc. Przecież ktoś musi być za to odpowiedzialny, później kogoś z tego trzeba rozliczyć. Ktoś informuje wtedy oficera dyżurnego, że coś nie gra, albo osobę odpowiedzialną, która tam jest na miejscu. Już nie mówię o tym, że nie przeprowadzono rekonesansu, co jest podstawą abc Biura.

Biegli stwierdzili również, że plany zabezpieczeń obydwu wizyt sporządzono w sposób sprzeczny z przepisami i zasadami prowadzenia działań ochronnych
- To szokujące, to, kto to robił, komu to zlecono? Ale to się wiąże z tym, że nie przeprowadzono rekonesansu. Bo jak ktoś źle zrobił rekonesans, to nie zrobi dobrze planów. To się wszystko ze sobą wiąże. W opinii biegłych można też przeczytać o zatwierdzeniu planu zabezpieczenia wizyty w dniu 7 kwietnia 2010 r. przez nieuprawnionego do tego funkcjonariusza. Mamy tu też potwierdzenie, że nie było na Siewiernym oficera BOR, co oznacza, iż gen. Janicki kłamał. Powiem panu, że za obrzucenie jajkami prezydenta Kwaśniewskiego we Francji zwolniono szefa BOR. Jestem ciekawy, co zrobi teraz prokuratura.

Dziękuję za rozmowę.

Europa nie daje nadziei

Pakt fiskalny uzgodniony. W marcu tzw. przywódcy złożą uroczyście podpisy, po czym udadzą się na bankiet, żeby świętować zwycięstwo. Ale myli się ten, kto sądzi, że to koniec przedstawienia. To koniec pierwszego aktu na deskach teatru w Brukseli. Dalsze będą rozgrywać się w formie przedstawień ulicznych, i to wcale nie utrzymanych w klimacie rozrywki. W miarę wdrażania paktu każde z europejskich miast może stać się widownią zamieszek jak w Atenach. Może nie od razu, ale z pewnością to nastąpi.
Pakt w istocie niczego nie załatwia, poza sprawnym ściąganiem przez niemieckie banki długów, z pewnością zaś nie usuwa immanentnych wad strefy euro wynikających z objęcia wspólną walutą krajów o różnym poziomie rozwoju. Niemcy nadal będą korzystały ze wspólnej waluty, upychając swój eksport w krajach o niższym poziomie rozwoju, wsparte tanim kredytem ze swoich banków. Nadal biedniejsi sąsiedzi Berlina będą kupować konkurencyjne niemieckie towary i generować nierównowagę w swoich bilansach handlowych. Tylko jedno się zmieni - nie będą mogli dopuścić do deficytu fiskalnego. Całą tę nierównowagę w wymianie będą musieli redukować przez niwelowanie popytu, a więc zwiększanie podatków i cięcia wydatków budżetowych, i to spłacając jednocześnie stare długi. Co to oznacza, gdy na nic nie będzie pieniędzy? Odbieranie zasiłków, zamykanie szkół i szpitali, podwyższanie wieku emerytalnego, obniżanie świadczeń społecznych i wynagrodzeń, wprowadzanie opłat za naukę, podnoszenie stawek VAT i PIT będzie na porządku dziennym. A do tego wielkie bezrobocie...
Powiedzieć, że "to nie będzie łatwe", byłoby za mało. W rzeczywistości będzie to obciążenie nie do udźwignięcia, przy którym wybuch społeczny jest nieunikniony. Trudno sobie wyobrazić, żeby całe młode pokolenie Europejczyków zgodziło się przekreślić własne aspiracje życiowe, zawodowe, rodzinne, społeczne w imię fantasmagorii europejskich polityków. Kredyt zaufania dla europejskiej klasy politycznej jest na wyczerpaniu, co widać choćby po pojawieniu się Ruchu Oburzonych. Europa dzisiaj nie daje nadziei. Na przykładzie Grecji widać, że obrana przez Brukselę vel Berlin droga prowadzi donikąd.
Co zaś do Polski - to wygląda na to, że wsiadamy na tonący okręt, nie po raz pierwszy zresztą. Dopóki jednak nie przystąpimy do euro - pakt nie powinien być dla nas groźny, o ile oczywiście jakiś nadpobudliwy polityk nie zaciągnie zobowiązań finansowych w naszym imieniu. Takim nierozważnym krokiem byłoby np. wspomaganie eurostrefy z rezerw banku centralnego. Trzeba wreszcie pogodzić się z faktem, że tak czy owak Grecja upadnie, Portugalia również, i nie wiadomo, czy na tych krajach się skończy. Kryzys euro to dziura bez dna. Nie warto wrzucać w tę dziurę własnych rezerw walutowych, lepiej je oszczędzić na czasy, które nastąpią.

Małgorzata Goss

Co rząd podpisuje?

Posłowie chcą, aby w Sejmie rząd przedstawił informację na temat ustaleń unijnego szczytu dotyczących paktu fiskalnego. Wniosek w tej sprawie wysunął SLD. Posłowie Solidarnej Polski za kluczowe uznali ogłoszenie referendów w zasadniczych sprawach europejskich - przyjęcia paktu fiskalnego i wejścia do strefy euro.

Kolejnym "sukcesem" - który jest konsekwencją polityki ustępstw wobec Niemiec i Francji - swojego rządu w polityce unijnej premier Donald Tusk mógłby się pochwalić na najbliższym posiedzeniu Sejmu. W Brukseli Tusk mógł co najwyżej ogłosić, czy Polska zdecyduje się na podpisanie paktu, czy też nie. Zasadniczego wpływu na kształt paktu polski rząd się pozbawił, niemal ślepo wspierając w ubiegłych miesiącach sojuszników z Francji i Niemiec. Dziś, w uznaniu takiego poddaństwa, sojusznicy nie pozwolili nawet Tuskowi powrócić do kraju z twarzą i nie dopuścili Polski do roli słuchacza podczas szczytów państw strefy euro, gdzie mogą zapadać decyzje, w jaki sposób będą wydawane w przyszłości unijne pieniądze. Posłowie opozycji krytykowali wczoraj premiera za jego postawę na poniedziałkowym szczycie. Niekoniecznie jednak za sam fakt zgody na podpisanie przez Polskę paktu fiskalnego.
Te ugrupowania, które mogą liczyć, że premier będzie skłonny uczynić im zaszczyt podzielenia się władzą w kraju, gdy sytuacja jeszcze się pogorszy, kierunek decyzji Tuska chwaliły. Zdaniem przewodniczącego SLD Leszka Millera, przystąpienie do paktu jest krokiem w dobrym kierunku. - Niemniej jednak nie można być zadowolonym z okoliczności, które temu towarzyszą. Wprawdzie weszliśmy do pociągu, który udaje się we właściwym kierunku, kierunku integracji gospodarczej i politycznej, ale zajęliśmy miejsca w drugiej klasie i patrzymy z pewną zazdrością na pasażerów siedzących w wagonie pierwszej klasy - ocenił Miller. Według niego, aby do tej pierwszej klasy wsiąść, powinniśmy przyjąć euro. Sojusz Lewicy Demokratycznej wystąpił, aby rząd przedstawił na najbliższym posiedzeniu informację w sprawie paktu fiskalnego oraz planów związanych z wejściem Polski do strefy euro. Jak zaznaczył Miller, widzi on pewien regres, jeśli chodzi o negocjacje w ramach Unii. Zauważył, że gdy jako premier prowadził negocjacje związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej, to "mogliśmy brać udział w każdej dyskusji, opiniować wszystkie dokumenty, wypowiadać się w każdej sprawie i nikomu do głowy nie przyszło, żeby dzielić Unię Europejską". Przystąpienie do paktu fiskalnego poparł również Janusz Palikot. Ocenił jednak, że "powinniśmy wynegocjować więcej, lecz Tusk nie potrafił tego zrobić".
Ludwik Dorn (Solidarna Polska), nawiązując do "Przygód dobrego wojaka Szwejka", określił rezultaty brukselskiego szczytu "przesławnym laniem". - Polska polityka europejska legła w gruzach. Jesteśmy po przesławnym laniu i trzeba się zastanowić, jak z tego wyjść. Trzeba się zastanowić, jaki mandat i do obracania się w jakich ramach ma rząd RP. Uczciwie mówiąc, po takiej klęsce pan premier Tusk i pan minister Sikorski powinni się zastanowić, czy nadal warto - dla Rzeczypospolitej - być premierem i być ministrem spraw zagranicznych. Ale nie będziemy zgłaszać wotów nieufności - powiedział Dorn.
Według niego, decyzja o podpisaniu paktu fiskalnego niesie ze sobą perspektywę realnych kar w wysokości jednej dziesiątej proc. PKB - to kwota idąca w dziesiątki miliardów złotych, w zamian za taką organizację szczytów strefy euro, aby kraje nienależące do tej strefy trudno było z nich wypraszać. - Polska pod przewodem pana Tuska i pana Sikorskiego chciała, jak to jeden z wysokich urzędników Stanów Zjednoczonych określił, bawić się wyłącznie z dużymi chłopcami, lekceważąc kraje naszego regionu, rozbijając dziedzictwo budowy koalicji w Europie Środkowo-Wschodniej, które Donald Tusk odziedziczył po śp. prezydencie Lechu Kaczyńskim (...). Jesteśmy w sytuacji realnego podziału Unii na tych, którzy się liczą, i tych, którzy się nie liczą. Polsce wskazano, przy zgodzie Donalda Tuska, miejsce wśród tych, którzy się nie liczą - stwierdził Dorn. Przyjęciu paktu sprzeciwiało się także Prawo i Sprawiedliwość. Prezes PiS Jarosław Kaczyński oceniał, że pakt oznacza podział Unii Europejskiej, a zgoda polskiego rządu na udział w nim prowadzi do autodegradacji, gdyż w nowej sytuacji Polska nie będzie miała głosu w sprawach decydujących.

Artur Kowalski

 

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka