Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
307
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 0

Jak się Tusk zakiwał -Wojciech Reszczyński

Sprytnemu zawodnikowi ligi podwórkowej, który za pomocą fauli, stronniczych sędziów, przekupnych działaczy, tajnych służb i nierzetelnych mediów ograł wszystkich i wszedł do pierwszej ligi krajowej, w której gra od lat, wydaje się, że kiwanie, jakie uskuteczniał, zapewni mu również sukces na wielkich europejskich arenach. Tymczasem dla graczy europejskiej ekstraklasy nasz zawodnik był jedynie chłopcem do podawania piłek zza boiska. Bo drużyna, którą reprezentuje, jest słaba, nie ma zaplecza, kapitału, i co najgorsze - woli walki, zapomniała bowiem, czym jest dla każdego suwerennego państwa walka o swoje, czyli o rację stanu.
Mowa o zawodniku premierze, który kiedyś bezceremonialnie powiedział prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu: "Mnie pan prezydent nie jest do niczego potrzebny", gdy ten chciał uczestniczyć razem z nim w szczycie UE. Dziś to samo usłyszał od wielkich graczy. Postawiony do kąta zastanawia się, jak to możliwe, że po tym wszystkim, co dla nich zrobił, znowu znalazł się w trzeciej lidze. A więc i dla nich "Polska to nienormalność"?
Bardzo ciężko znaleźć rzetelne informacje o ostatnim szczycie UE w Brukseli, gdzie Polska wyraziła zgodę na tzw. pakt fiskalny. Dni przed szczytem zdominowały medialne spekulacje na temat polskiej roli przy stole unijnych rokowań, karcie dań i temu podobnych bzdurach. Nasz kraj miał uczestniczyć w ratowaniu strefy euro i zapobiec podziałowi UE na różne prędkości. Wszystko to propaganda, bowiem na żadną z tych rzeczy Polska od lat nie ma wpływu. A poza tym nasz parlament, kompletnie przez ekipę Tuska zmarginalizowany, też nie wie, co robi rząd, który ma zgodnie z Konstytucją kontrolować.
Polska przestała się liczyć w Europie, a Unia Europejska zmienia swój pierwotny kształt. Spadamy już oficjalnie do trzeciej europejskiej ligi. Na nic zdały się zabiegi drużyny Donalda Tuska, która postawiła na europejskie rozgrywki dwóch bogatych klubów, sądząc, że zostanie dopuszczona do gry, bo od zawsze akceptuje wszystkie ich reguły.
Unia Europejska to dziś przede wszystkim dwie drużyny: Niemcy i Francja stanowiące pierwszą ligę. Cała unijna struktura, parlament, komisarze, rady itd. będą wkrótce pełnić funkcje ich sekretariatu wykonawczego. Jeszcze się trochę buntują, ale za chwilę zrozumieją "prawdę etapu". Już teraz pierwsza liga wprowadza traktaty międzyrządowe poza traktatami sygnowanymi przez struktury UE. Parlament Unii to zasłona dymna europejskiej demokracji, kwiatek do kożucha, listek figowy głównych graczy.
Druga liga to 17 krajów, które przyjęły euro za wspólny pieniądz. W razie niewywiązywania się ze wspólnych ustaleń finansowych, mogą one zapłacić utratą swojej suwerenności gospodarczej, ale i politycznej, gdyż pierwsza liga nie pozwoli na inflacyjny pieniądz, a tym samym osłabienie swojej pozycji w świecie. Wyznaczenie dla Grecji europejskiego komisarza, który ma zastąpić premiera, prezydenta i tamtejszy parlament, ilustruje, jak przez euro traci się własne państwo.
Trzecia liga to kraje nowej UE, bez waluty euro, z którymi premier Tusk nie chciał grać, w przeciwieństwie do śp. Lecha Kaczyńskiego. Są to: Bułgaria, Czechy, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Węgry. Kraje te (prawie cała Europa Środkowa) w różnym stopniu, ale spełniły już swoją rolę w integrującej się Europie. Wszystkie przeszły szokowe terapie neoliberalnej polityki okresu tzw. transformacji ustrojowej i stanowią zaplecze kolonialne dla kapitału krajów pierwszej ligi. Utraciły moce produkcyjne wskutek prywatyzacji, zlikwidowały własne narodowe gospodarki, w obce ręce oddały przemysł, handel, media i uzależniły się od obcego kapitału. Atrakcyjność trzeciej ligi polega na niskich kosztach zatrudnienia, stabilnym rynku zbytu, silnej pozycji zagranicznych banków powiązanych z kapitałem pierwszej ligi, które kontrolują gospodarki.
Jakże naiwne (a może wcale nie naiwne) są oczekiwania naszych politycznych trzecioligowych graczy, że UE będzie się kierować europejską solidarnością. Za tę naiwność już płacimy i płacić (innym) będziemy wkrótce jeszcze więcej.

 

Ekożywność zyskuje klientów

Zdrowa żywność - zwana pod wpływem zachodnich trendów ekologiczną - przeżywa na świecie renesans. W Polsce jej rynek też się rozwija. Przyczynia się do powstania na polskiej wsi nowych miejsc pracy. Niestety, z powodu nadgorliwości polskich urzędników zarabiają na niej w dużej mierze zagraniczne firmy sprzedające również na naszym rynku ekologiczną żywność wyprodukowaną na bazie... polskich surowców.
Tylko pozornie jedne jabłka nie różnią się od drugich, podobnie marchew czy inne owoce i warzywa. Różnica tkwi w ich składzie. Żywność ekologiczna powstaje w gospodarstwach, w których jest stosowane tylko naturalne nawożenie i naturalne środki ochrony roślin. Blisko 20 lat temu pojawiła się okazja, by taki tradycyjny sposób wytwarzania zdrowej żywności ustrzec od współczesnego pędu do maksymalizacji zysku i minimalizacji ceny detalicznej poprzez sprzedawanie jej jako produktów ekologicznych. Posiadają one niepowtarzalne właściwości.
Profesor Jerzy Szymona, wykładowca Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, szef Ekogwarancji PTRE, największej w Polsce jednostki certyfikującej żywność ekologiczną, podkreśla, że największe różnice dotyczą etapu przetwarzania żywności. - Produkty o nazwie "sok", które często kupujemy w sklepach, są nimi tylko z nazwy - tłumaczy, jak wygląda proces ich wytwarzania. Najpierw w przemysłowych przetwórniach wykonuje się z nich koncentraty, które są przewożone do rozlewni, gdzie już tylko dodaje się do nich wodę. - Dodatkowo jest on pasteryzowany i w efekcie traci najważniejsze wartości odżywcze. To już nie jest sok! Prawdziwe soki są wyciskane z owoców, zawierają pełny skład witamin i minerałów i mają działanie prozdrowotne - podkreśla naukowiec.

Żywność zdrowa i lecznicza
Takie właśnie działania ma np. zakwaszany sok z buraków i kapusty produkowany przez firmę ekologiczną Biofood Sp. z o.o. Prowadzone w Zakładzie Żywności Ekologicznej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie badania wykazały przeciwnowotworowe działanie ekstraktów przygotowanych z zakwaszanych soków ekologicznych oferowanych przez firmę.
To oczywiście nie jedyny przykład zdrowotnych właściwości żywności ekologicznej. Mieczysław Babalski, właściciel gospodarstwa ekologicznego i małej przetwórni zbóż, zwraca z kolei uwagę na właściwości starych, do niedawna zapomnianych odmian zbóż. Od 20 lat produkuje makarony, kasze orkiszowe, a nawet kawę orkiszową. Oferuje także produkty z jednego z najstarszych gatunków zbóż - pszenicy płaskurka i samopszy. - Zboża te uprawiane były nawet dwa tysiące lat temu. Nowe odmiany pszenicy zawierającej sporo glutenu wyparły uprawę starych zbóż - wyjaśnia ich historię Babalski. Gdzie w takim razie zdobył to ziarno? - Nasiona wciąż jeszcze można kupić np. w polskim banku genów prowadzonym przez Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Radzikowie pod Warszawą - tłumaczy. Pytany, dlaczego zadał sobie tyle trudu, by odnowić uprawy starych odmian, odpowiada, że właśnie one nie zawierają glutenu i mają lecznicze działanie dla chorych na celiakię (choroba jelit wynikająca z nietolerancji glutenu zawartego w zbożach).
Beata Karoń odpowiedzialna za marketing w firmie Ekoprodukt z Częstochowy chętnie mówi o innym bardzo wartościowym zbożu uprawianym jeszcze przez Inków i Majów - amarantusie rodem z Ameryki Południowej. Amarantus również nie zawiera glutenu, więc wyrabiane z jego mąki pieczywo mogą spożywać także alergicy.
Cenne właściwości ma każda żywność ekologiczna. Wydawałoby się więc, że jej wytwarzanie stanowi szansę rozwoju przeżywającego wciąż ogromne trudności polskiego rolnictwa. Ci rolnicy, którzy zdecydowali się na podobną formę działalności, zwykle tego nie żałują. Zastrzegają jednocześnie, że ich sytuacja wcale nie jest rewelacyjna, a zyski większe od nich osiągają na produkcji zdrowej żywności... zagraniczne firmy.

Preferencje dla dużych
- Surowiec jest wciąż "wysysany" z polskiego rynku, przetwarzany za granicą, a potem trafia do nas jako wysokiej jakości produkt w bardzo wysokiej cenie. W efekcie na przetwórstwie zdrowej polskiej żywności zarabiają duże firmy przetwórcze za granicą - wyjaśnia Danuta Zarzycka, właścicielka sklepu Rolnik Ekologiczny w Warszawie i gospodarstwa Eko-owoc.
Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy wymienia niewystarczającą wciąż liczbę polskich firm przetwarzających żywność ekologiczną i oferujących gotowe, dobrej jakości produkty. Taka działalność wymaga bowiem nie tylko dużej wiedzy o sposobach zabezpieczania żywności bez stosowania środków chemicznych, ale też sporych nakładów finansowych na uruchomienie przetwórni.
Ale to nie jedyny problem polskich przetwórców. - Na przykład rolnicy, którzy mogą przetwarzać mleko, nie mają prawa sprzedawać go poza granicami swojego województwa - wyjaśnia prof. Jerzy Szymona. Podobnie jak inni producenci żywności ekologicznej zwraca uwagę, że polskie przepisy narzucają im takie same normy sanitarne, jakie obowiązują dużych producentów masowo sprzedawanej żywności bez liczenia się ze specyfiką ich działalności.
Co oznaczałoby dla producentów żywności sztywne spełnianie takich norm? - To, że wytwarzaliby żywność, która już nie jest ekologiczna - mówi wprost prof. Szymona. Jak podkreśla, i tak już odżywiamy się coraz bardziej niezdrowo. - Większość Polaków odżywia się tzw. plastikową żywnością. Pijemy soki, które nie są sokami, mleko - które nie jest mlekiem, bo większość jego najbardziej wartościowych składników zlikwidowano podczas obróbki w zakładach przetwórczych itd. Żywność ekologiczna różni się od "tradycyjnej" tym, że jest naprawdę żywnością, tzn. zawiera te wartości odżywcze, których nie znajdziemy w produktach znajdujących się w masowej sprzedaży - podsumowuje. Paradoksalnie jednak to właśnie "plastikowa" żywność spełnia... polskie normy fitosanitarne.

Normy dla zdrowia?
Danuta Zarzycka podkreśla, że rozwiązaniem sytuacji byłoby wprowadzenie oddzielnych norm produkcji żywności ekologicznej, jakie już od lat obowiązują w innych krajach Unii Europejskiej. - We Włoszech czy we Francji działają przetwórnie żywności przy gospodarstwach rolnych, które polski sanepid zamknąłby od razu ze względu na niespełnianie norm niby-europejskich. Ale takie twierdzenia to bzdura - potwierdza prof. Szymona.
Przyznaje, że w Polsce wprowadzono przepisy o tzw. małym przetwórstwie w gospodarstwach rolnych. Zaznacza jednak, że w praktyce nie zniosły one wielu barier, właściwie nie do pokonania dla małych producentów. - Na przykład zgodnie z przepisami unijnymi właściciele farm z kurami nioskami zobowiązani są zapewnić im wybieg na świeżym powietrzu. Ale lekarze weterynarii mówią właścicielom ferm, że muszą odizolować te kury od otoczenia i np. zadaszyć 1,5 ha wybiegu - wskazuje. Wyjaśnia, że celem takiego zabiegu miałoby być zabezpieczenie zwierząt przed zarażeniem, np. ptasią grypą. - Ale przecież wybuchła ona nie w wiejskich kurnikach, tylko w dużych, zamkniętych hodowlach. To znaczy, że ta kura, która niby była narażona na zarażenie przez dzikie ptactwo, chodząc po podwórku, nie zaraziła się w przeciwieństwie do kur w zamkniętych fermach - podkreśla naukowiec.
Jednak jak mówi Danuta Zarzycka, producenci żywności ekologicznej od lat natrafiają na mur polskiej biurokracji, która, nie wiedzieć czemu, utrzymuje przepisy ograniczające rozwój takich gospodarstw i przedsiębiorstw.
Na szczęście coraz więcej Polaków wybiera właśnie żywność ekologiczną, choć niekiedy jest ona nawet kilkakrotnie droższa od tej dostępnej w masowej sprzedaży. Producenci podkreślają, że im więcej klientów będzie decydowało się na żywność ekologiczną, tym szybciej można będzie obniżać jej ceny. Na razie wiele gospodarstw i firm z produktami ekologicznymi zabiega również o zagranicznych odbiorców. Już za dwa tygodnie będą oni prezentować swoje specjały na międzynarodowych targach żywności ekologicznej BioFach w Norymberdze. Zaznaczają jednak, że jeśli władze państwowe nie ułatwią im rozwoju, znosząc niepotrzebne bariery, nie tylko nie podbiją zagranicznych rynków, ale nawet nie wyjdą z niszy na rynku polskim...

Mariusz Bober

Rząd ustawia prokuratorów

Flagowy okręt w ministerialnej flotylli, pancernik Jerzy Miller, idzie na dno. Do akcji ratowniczej przystąpił wczoraj szef MSW Jacek Cichocki, próbując zdetonować ekspertyzę biegłych prokuratury, którzy w cywilnym wątku śledztwa smoleńskiego wytknęli co najmniej dwadzieścia rażących błędów Biura Ochrony Rządu. Jako ostatnia deska ratunku potraktowany został rzekomo niezależny dotąd prokurator generalny Andrzej Seremet. Skąd ta histeria?

Nie ma wątpliwości, że w sprawie smoleńskiej strona rządowa jest w głębokiej defensywie, broniąc - zamiast interesu publicznego - własnych pozycji. Ministrowie rządu Donalda Tuska stali się zakładnikami swojej fałszywej opowieści snutej po 10 kwietnia.
Zaczęło się od prób podważania przez Jerzego Millera odczytów z CVR wykonanych przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Wywołało to reakcję łańcuchową. Leszek Miller posunął się do wyssanych z palca oskarżeń pod adresem biegłych prokuratury, którzy pracowali nad ekspertyzą dotyczącą zabezpieczenia przez Biuro Ochrony Rządu wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Dwa dni później minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki, tuszując błędy swojego poprzednika, posunął się niemal do zastraszania prokuratury. Obwieścił, że rozmawiał w tej sprawie z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem i ten miał go zapewnić, iż opinia biegłych z całą panoramą zawartych w niej zaniechań BOR jest jedynie jednym z materiałów dowodowych w toczącym się postępowaniu. Przesłanie jest oczywiste: zarówno biegli pracujący dla prokuratury wojskowej, jak i sami prokuratorzy wojskowi, którym przydzielono już wczoraj nowego szefa, mają się liczyć z tym, że efekty ich pracy napotkają podobny opór. Tak oto prysł mit "niezależności prokuratury". Mało subtelne pogróżki Cichockiego nie padają w pustą przestrzeń. Senatorowie wysłuchają dziś informacji prokuratora generalnego na temat sytuacji w polskiej prokuraturze. Oznacza to, że Andrzej Seremet będzie musiał wybrać, co jest dla niego ważniejsze: pozytywny wynik głosowania koalicji rządzącej nad jego sprawozdaniem czy też zasada niezależności prokuratury. Z kolei biegli pracujący dla prokuratury wojskowej mają po słowach Cichockiego naprawdę dużo do myślenia. Bo z pewnością odczytali sygnał, że muszą się liczyć ze skargami rządu na nich do prokuratora generalnego.
- Nie widzę powodu, by minister Cichocki, któremu podlega Biuro Ochrony Rządu, wobec którego z kolei toczy się postępowanie, był jakoś szczególnie o tym śledztwie informowany. Quasi-aktywność ministra Cichockiego, który jest przecież odpowiedzialny za działanie tych służb, może być odebrana jako egzemplifikacja powiedzenia: uderz w stół, a nożyce się odezwą - komentuje mec. Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik prawny prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego w śledztwie smoleńskim. Przypomnijmy, że kiedy resortem spraw wewnętrznych kierował Jerzy Miller, Jacek Cichocki był odpowiedzialny za nadzór nad służbami specjalnymi.
Zdaniem prawników, publiczne wypowiadanie się ministra konstytucyjnego o konsultacjach z prokuratorem generalnym może być odebrane jako sygnał, że to rząd trzyma pieczę nad postępowaniem prokuratorskim. - Publiczne obnoszenie się z tą "aktywnością" może szkodzić postępowaniu. Pan minister Jacek Cichocki powinien powstrzymać się od takich publicznych uwag. Tak jak MSW nie informowało dotąd, jak zabezpieczało wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku, tak niech teraz nie informuje opinii publicznej o tym, co mu się nie podoba w działaniach prokuratury czy biegłych. Ktoś może to uznać za bezprawny nacisk na prokuraturę - zauważa mec. Piotr Pszczółkowski.
- To prokurator generalny może żądać udzielenia informacji odnośnie do każdego toczącego się postępowania karnego. Całe postępowanie prowadzi Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga. Z tego jednak, co relacjonował minister Cichocki, wynika, że prokurator Seremet nie powiedział nic więcej ponad to, co powszechnie wiadomo. Ale pan minister Cichocki nie ma nic do Prokuratury Generalnej. Minister nie ma dostępu do akt postępowania karnego - mówi Marcin Madej, prokurator Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście w latach 2004-2005, dziś obrońca por. Artura Wosztyla, pilota Jaka-40.
Minister ma oczywiście zwrócić się do prokuratora generalnego. - Ale tylko o informacje ogólne, na przykład o to, na jakim etapie jest śledztwo. Nie zapominajmy, że szef BOR podlega pod Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. W tej sytuacji minister spraw wewnętrznych może rozważać jakieś decyzje personalne - zastanawia się Madej. Jak wyjaśnia, minister może też wystąpić drogą oficjalną (również telefoniczną) do Prokuratury Generalnej o udostępnienie informacji na temat ewentualnego przekroczenia uprawnień funkcjonariuszy BOR po to, by wszcząć wewnętrzne postępowanie wyjaśniające.

Janicki pod parasolem
Jednak to bynajmniej nie decyzje personalne dotyczące kierownictwa Biura Ochrony Rządu miał na myśli wczoraj minister Jacek Cichocki. Ogłosił mianowicie, jakoby miażdżąca, opatrzona 20 konkretnymi zarzutami opinia biegłych w sprawie zabezpieczenia przez BOR wizyt prezydenta i premiera w Katyniu nie dawała żadnych podstaw do wyciągania wniosków o odpowiedzialności funkcjonariuszy Biura. W tym kontekście padła też wzmianka o rozmowie ministra z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem, nia ta jest jedynie jednym z materiałów dowodowych w toczącym się postępowaniu.
Cichocki zaznaczył przy tym, że to do zadań prokuratury, a nie resortu, należy postawienie konkretnych zarzutów. A te jak dotąd nie padły. Śledztwo jest w toku, trzeba poczekać na jego wyniki. Oznacza to, że gen. Marian Janicki na razie pozostaje na stanowisku. Minister odmówił jednak odpowiedzi na narzucające się w tej sytuacji pytanie "Naszego Dziennika", dlaczego wobec tego nie czekano z rozformowaniem specpułku do zakończenia postępowania prokuratorskiego.
Podczas wczorajszej konferencji prasowej szef resortu spraw wewnętrznych wyraźnie asekurował się raportem NIK w sprawie kontroli działania BOR. Powoływał się na to, jakoby Najwyższa Izba Kontroli nie doszukała się takich nieprawidłowości, jak biegli prokuratorscy.
- Profesjonalni inspektorzy przez wiele miesięcy badali dokumentację i rozmawiali z funkcjonariuszami BOR. Badali też procedury ochronne pod kątem, jak BOR wywiązuje się ze swoich obowiązków. Badali kilka konkretnych przypadków zabezpieczenia, również ten smoleński - mówił minister. Przyznał, że NIK wskazuje na różnego rodzaju nieprawidłowości, do których dochodziło od 2005 do 2010 r., a więc za czasów różnych szefów BOR i różnych rządów. - Ale te nieprawidłowości w żaden sposób nie wpływały na aspekty, które pozwoliłyby mówić o odpowiedzialności za bezpieczeństwo tego tragicznego lotu 10 kwietnia. Na podstawie mojej lektury mogę powiedzieć, że nie ma tam podstaw do obarczania BOR winą za to wydarzenie - przesądził minister. Zaznaczył przy tym, że jeszcze podczas trwania kontroli obecne kierownictwo BOR zaczęło prowadzić "intensywne działania" zmierzające do usunięcia nieprawidłowości.
Prawnicy nie mają wątpliwości. To bezprecedensowy przypadek negowania ustaleń biegłych powołanych przez prokuraturę. - Pan minister Cichocki może sobie dokonywać pewnych ocen, czy funkcjonariusze BOR dopełnili swoich obowiązków, czy nie. Ale to prokuratura powołuje biegłych i będzie się kierowała tymi dowodami, które ma w sprawie. Może też zwrócić się do NIK o ten raport i włączyć go do akt sprawy. Natomiast pan minister Cichocki wypowiada się generalnie na podstawie tych informacji, o których słyszy. To nie do niego należy dokonanie ocen, czy BOR dopełniło obowiązków, czy nie. To należy do prokuratury - mówi mec. Madej. Jak podkreślają prawnicy, nie ma żadnych podstaw, by podważać ekspertyzy biegłych pracujących na zlecenie prokuratora. Jest to tym bardziej rażące, że przecież status poszkodowanego w śledztwie dotyczącym organizacji wizyt w Katyniu w kwietniu 2010 r. mają rodzina prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premier Donald Tusk. - Ekspertyza sporządzana pod rygorem prawa karnego nie może być w żadnym razie porównywana z raportem Najwyższej Izby Kontroli. Kontrolerzy NIK nie pracują przecież pod rygorem odpowiedzialności karnej - zastrzega mec. Piotr Pszczółkowski.

Mit państwowca
Trudno się było spodziewać, by Jerzy Miller, były minister spraw wewnętrznych i administracji, po katastrofie smoleńskiej oskarżał personalnie samego siebie - jako szef tego resortu nadzorował Biuro Ochrony Rządu, które w sprawie smoleńskiej ponosi odpowiedzialność za wiele zaniedbań. Notabene szef BOR gen. Marian Janicki nie tylko nie został zdymisjonowany, ale otrzymał awans na generała dywizji, najpewniej za właściwe - z punktu interesów politycznych obecnego obozu władzy - zabezpieczenie wizyty. Po raporcie Polskiej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, której szefował właśnie Miller, okazało się, że dokument skopiował właściwie wszystkie najważniejsze tezy rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego.
Raport nie był zbyt wielkim zaskoczeniem, zważywszy na wcześniejsze zapowiedzi Millera, który jeszcze w styczniu 2011 r., a więc tuż po publikacji ustaleń komitetu rosyjskiego, zarzekał się, że nie będzie polemiki z ustaleniami MAK, i który już miesiąc później, tj. w lutym zapowiadał, że "prawda o katastrofie Tu-154 będzie bolesna dla Polski". Idealnie korespondowało to z zapewnieniami prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa po grudniowym spotkaniu z Bronisławem Komorowskim, że "nie dopuszcza możliwości, by w sprawie katastrofy smoleńskiej śledczy polscy i rosyjscy doszli do różnych ustaleń".
Kurs w wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej wyznaczył więc rząd Federacji Rosyjskiej, na co biernie przystała ekipa Donalda Tuska, którego ministrem konstytucyjnym był właśnie Jerzy Miller. Po podważeniu wiarygodności raportu Millera przez ekspertyzę fonoskopijną krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych wojewoda małopolski brnie w kolejne mistyfikacje, podtrzymując domniemanie o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie i umieszczając w nim drugiego generała Tadeusza Buka, dowódcę Wojsk Lądowych. Miller tłumaczy, że obecność gen. Błasika, którego głos nie został zidentyfikowany przez ekspertów IES, wynika z "ogólnego kontekstu sytuacyjnego", a obecność drugiego generała w kokpicie "przeczuwali" już w trakcie prac członkowie komisji. To wszystko przedstawia byłego szefa komisji, delikatnie mówiąc, w nie najlepszym świetle.
- Dlaczego pan Jerzy Miller kłamie? Przecież ciało gen. Błasika nie zostało znalezione w kokpicie, ale zostało znalezione w sektorze nr 1, w którym oprócz kokpitu były także inne ważne części samolotu oraz inne ciała. Generał Błasik mógł być równie dobrze w innej części samolotu, nie ma żadnego dowodu na to, że pan gen. Błasik był w kokpicie - mówi Andrzej Melak, brat Stefana Melaka, który zginął na Siewiernym.
Czyżby upadał etos Millera jako sprawnego urzędnika?
- To są mocne słowa. Na pewno możemy mówić o niewłaściwym zachowaniu się urzędnika państwowego, który - nie zapominajmy - działał pod auspicjami szefa rządu Donalda Tuska. Jeżeli chodzi o zaprzepaszczenie etosu urzędnika państwowego, to słowa te są absolutnie adekwatne wobec premiera Tuska - mówi Rafał Rogalski, pełnomocnik części rodzin smoleńskich. Zdaniem prawników, są podstawy do pociągnięcia do odpowiedzialności cywilnej autorów raportu KBWLLP. - Takiego etosu nigdy nie było i nie ma - zauważa z kolei Jarosław Zieliński, poseł PiS. - To słowo jest zastrzeżone dla osób i postaw niepodważalnych, budzących powszechne uznanie. Od początku pan Miller jest sędzią we własnej sprawie - jako szef MSWiA jest odpowiedzialny za przygotowanie wizyty 10 kwietnia. Jemu podlegało BOR. Nie można mówić o żadnym etosie ministra Millera, o żadnym zaufaniu czy autorytecie. W moim przekonaniu, nigdy nie był osobą wiarygodną. A po ustaleniach krakowskich ekspertów ta wiarygodność spadła do zera. Wiadomo już, że komisja pod jego kierownictwem oparła się na nieprawdziwych przesłankach, wyciągając pochopne wnioski na temat przyczyn katastrofy. To powoduje absolutną dyskwalifikację moralną, merytoryczną i polityczną Jerzego Millera. To, co ustaliła komisja, jest zupełnie niewiarygodne - za to odpowiada Jerzy Miller, jak również za to, że zgodził się - podpisując memorandum ze stroną rosyjską - na pozostawienie dowodów rzeczowych w Rosji - konkluduje Zieliński. Tego samego zdania jest Zuzanna Kurtyka, wdowa po Januszu Kurtyce, prezesie Instytutu Pamięci Narodowej. - Minister Miller został powołany na stanowisko publiczne po to, by wypełniać swoją misję, do czego jest zobowiązany przed społeczeństwem. Tymczasem ewidentnie wypełniał ją źle. Kwestia brakoróbstwa, bylejakości, zaniedbania, tolerancji i przyzwolenia na to jest tu ewidentna. Ministra Millera nie sposób obronić - ocenia Kurtyka. Zdaniem prawników, postawę członków komisji i jej szefa należy oceniać w kategoriach naruszenia dóbr osobistych rodziny gen. Błasika.
- Były kategoryczne stwierdzenia, że gen. Błasik był w kabinie. Co więcej, były też sugestie, że wywierał on pośrednią presję na załogę. Nowa ekspertyza to obala. Są więc podstawy do tego, by osoby poszkodowane dochodziły swoich dóbr osobistych. Każda informacja o zabarwieniu pejoratywnym, która dostaje się do opinii publicznej, naraża moje dobre imię. Są podstawy do pociągnięcia do odpowiedzialności cywilnej osób, które te tezy propagowały. Niezależnie od tego, jaka byłaby linia obrony, argumentem mogłoby być to, że komisja mogła poczekać na zakończenie prac IES w Krakowie - mówi dr Przemysław Czarnek (KUL).

Pytanie o legalność
Pozostaje jeszcze kwestia legalności działania polskiej komisji. - Dostępne publicznie materiały, w tym konwencje oraz dwustronne polsko-rosyjskie umowy międzynarodowe, nie zawierają wymaganego przez polskie prawo upoważnienia do badania przez komisję Jerzego Millera katastrofy lotniczej, która nastąpiła poza granicami Polski - uważa mec. Rogalski.
Komisja działa na podstawie rozporządzenia ministra obrony narodowej z 26 maja 2004 r. w sprawie organizacji i funkcjonowania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Jak tłumaczy Rogalski, komisja ta może prowadzić badanie wypadku samolotu państwowego, który nastąpił poza granicami Polski, tylko jeśli "(...) przewidują to umowy lub przepisy międzynarodowe albo jeżeli właściwy organ obcego państwa przekaże Komisji uprawnienia do przeprowadzenia badania, albo sam nie podjął tego badania". Aby komisja ministra Millera mogła więc prowadzić badanie katastrofy smoleńskiej zgodnie z polskim prawem, musiałaby mieć upoważnienie ze strony MAK. O stosowne wyjaśnienia prawnik poprosił kancelarię premiera. Jedyna odpowiedź, jaką otrzymał, dotyczyła kwestii przyjęcia załącznika 13. Kancelaria przyznaje, że reżim prawny został zaproponowany przez stronę rosyjską w formie konkludentnej oraz że w tej sprawie nie było odrębnej decyzji ani szefa rządu, ani Rady Ministrów.
Z uwagi na brak konkretnych informacji w tym zakresie ze strony KPRM Rogalski wystosował skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. W jego ocenie, nieudzielenie odpowiedzi w zakresie wyznaczonym wnioskiem do KPRM narusza zapisy ustawy o dostępie do informacji publicznej.
Gdyby okazało się, że komisja Millera faktycznie nie miała podstaw prawnych do działania, to wskazywałoby to na brak profesjonalizmu i praworządności obecnego rządu. Oznaczałoby to, że komisja, badając przyczyny i okoliczności katastrofy smoleńskiej, działała bez kompetencji w tym zakresie, a sformułowane przez nią wnioski i zalecenia nie miałyby żadnego znaczenia prawnego i co oczywiste, byłyby zasadnie kwestionowane - oceniają prawnicy.

Anna Ambroziak

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka