Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
232
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 0

Jak Arabski uziemił prezydenta

"Nasz Dziennik" ujawnia: Ranek, 15 października 2008 r., lotnisko wojskowe Okęcie. Na płycie grzeją się silniki dwóch Jaków-40. Obok maszyn stoją piloci w galowych mundurach. Mają lecieć z prezydentem Lechem Kaczyńskim na szczyt Unii Europejskiej do Brukseli. W ostatniej chwili kancelaria premiera zmienia załogom zadanie.

Piloci ze specpułku oceniają ministra Tomasza Arabskiego jako koszmarnego organizatora lotów z najważniejszymi osobami w państwie. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów robiła wszystko, by uniemożliwić prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu korzystanie z rządowej floty. Jak relacjonują w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" piloci, typowym tego przykładem był lot do Brukseli. 15 października 2008 r. z oficjalną wizytą do stolicy Belgii mieli lecieć premier Donald Tusk i prezydent Lech Kaczyński. W dyspozycji pułku były wówczas dwa samoloty Jak-40. Tupolewy - 101 i 102, którymi zazwyczaj latał prezydent, były tego dnia niedostępne: jednym z nich poleciał do Brukseli szef rządu, drugi nie mógł lecieć z powodu choroby dowódcy - mjr. Arkadiusza Protasiuka. Ale specpułk chciał stanąć na wysokości zadania i umożliwić prezydentowi lot rządowym samolotem do Brukseli.
Załogi dwóch jaków były tego dnia gotowe do lotu. - Wszystko wskazywało na to, że pan prezydent poleci jakiem. Załogi były już przygotowane. Ubrani w białe koszule staliśmy tego dnia rankiem przy samolotach. W sumie osiem osób. Jednym z samolotów miał lecieć pan prezydent, drugim - ekipa mu towarzysząca. Byliśmy do końca przekonani, że lecimy z panem prezydentem. W ostatniej chwili padła jednak komenda, że jaki do Brukseli nie lecą. Jeden miał lecieć gdzieś w Polskę, drugi za granicę. Byliśmy bardzo zaskoczeni taką nagłą zmianą - relacjonują żołnierze. W ocenie naszych rozmówców, założenie było proste: uniemożliwić za wszelką cenę Lechowi Kaczyńskiemu wylot do stolicy Belgii i przedstawić go jako awanturnika. Po odmowie lotu jakami prezydent był zmuszony wyczarterować boeinga z PLL LOT. - Był sygnał z kancelarii premiera, by zmienić zamówienie na lot. Nic nie stało wtedy na przeszkodzie, by jakiem leciał pan prezydent Lech Kaczyński. Raptem dostaliśmy rozkaz dowódcy pułku, by zmienić kurs. Dowódca wykonywał tylko polecenie kancelarii premiera - mówią piloci. Jak wspominają głowę państwa? - Pan prezydent zawsze traktował nas podmiotowo. Nigdy anonimowo. Był człowiekiem ciepłym, zależało mu na nawiązaniu normalnych relacji z nami. Tak to odbieraliśmy - opisują piloci, zaznaczając, że Lech Kaczyński pamiętał także o ich rodzinach, dopytując m.in. o stan zdrowia najbliższych. Przeciwieństwem Lecha Kaczyńskiego był szef kancelarii premiera Donalda Tuska minister Tomasz Arabski. Zawsze zjawiał się na płycie lotniska jako pierwszy, przed pasażerami. Rozmowy z pilotami ograniczał wyłącznie do kwestii związanych z samym lotem. - Samolotami zarządzał wtedy minister Arabski, był koordynatorem lotów VIP. I to on decydował o tym, gdzie samolot ma lecieć. Każdy z nas dobrze wiedział wtedy, o co chodziło. O zdyskredytowanie osoby pana prezydenta - twierdzą piloci.
- Czytałem pismo, które nadeszło od Arabskiego. Było to wieczorem na dzień przed wylotem do Brukseli. Było ono tylko dwuzdaniowe. Jako pierwsza była podana informacja, że odmawia się jaków panu prezydentowi. Druga była o tym, że w Brukseli już jest pan premier Tusk i że samolot Tu-154M pozostaje do jego dyspozycji. Przesłanie było jednoznaczne - to pan premier był tu właściwym reprezentantem Rzeczypospolitej - relacjonuje Andrzej Duda, minister w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W jego ocenie, współpraca między obiema kancelariami układała się fatalnie. Dyskredytowanie, celowe obniżanie prestiżu Lecha Kaczyńskiego w postaci rozdysponowania samolotów zintensyfikowało się w drugiej połowie 2008 roku, kiedy okrzepły rządy Platformy Obywatelskiej. - Wielokrotnie było tak, że chcieliśmy dostać tupolewa, a dostawaliśmy jaka. Tak było w kwietniu 2010 roku, kiedy lecieliśmy na Litwę. Ranga takiej wizyty była odbierana zupełnie inaczej - co innego, kiedy głowa państwa odbywa podróż eleganckim dużym samolotem, a co innego - kiedy leci małą, w dodatku 40-letnią maszyną. Pan premier dostawał tupolewa do Gdańska, a pan prezydent dostawał jaka, bo takie były decyzje Arabskiego - mówi Duda.

Specpułk bez informacji
Z informacji, jakich udzielił "Naszemu Dziennikowi" jeden z pracowników Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wynika więc, że już dzień przed brukselskim szczytem, czyli 14 października, było wiadomo, że prezydencka kancelaria jaków nie dostanie. Ale specpułk nie otrzymał tej informacji. - Kancelaria Prezydenta wysłała pismo do kancelarii premiera, do wiadomości pana ministra Arabskiego z prośbą o to, by pan prezydent mógł polecieć do Brukseli. Przyszło jednak pismo odmowne. Argumentowano, że jeden tupolew jest zajęty, drugi nie może lecieć. Wobec tego Kancelaria wystosowała kolejne pismo, w którym prosiła o podstawienie dwóch Jaków-40. Ponownie dostaliśmy od Arabskiego pismo odmowne. Argumentem było to, że do Brukseli już poleciała delegacja z panem premierem - relacjonuje urzędnik.
- Sądzę, że kancelaria premiera po prostu nie poinformowała specpułku o odmowie jaków - zaznacza jeden ze współpracowników Lecha Kaczyńskiego. - To bardzo prawdopodobne. Między spływaniem do nas zapotrzebowań na loty z KPRM a ich realizacją był duży rozziew - tłumaczą piloci. I zaznaczają, że zdarzało się tak, że do momentu, kiedy do specpułku nie wpłynęło oficjalne pismo z KPRM o anulowaniu konkretnego lotu, procedura związana z przygotowaniem lotu była w pełni realizowana. - Bywało tak, że dopiero co wpłynęła informacja z Kancelarii Prezydenta, że pan prezydent będzie chciał konkretny samolot, a już zaraz kancelaria premiera wysyłała zapotrzebowanie na samoloty dla siebie. W efekcie pułk nie dysponował żadnym wolnym samolotem na potrzeby Kancelarii Prezydenta - relacjonuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" osoba z szefostwa specpułku.
Jak przyznają piloci, zamówienia na loty przychodziły często za późno. Po katastrofie smoleńskiej mogłoby się wydawać, że sytuacja się poprawi. Ale było jeszcze gorzej. W specpułku utworzono komórki, które wydłużyły tzw. łańcuch dowodzenia. Powstało dowództwo grupy działań lotniczych, które było nad eskadrą, ale niżej od dowódcy i zastępcy dowódcy pułku. Stworzono też eskadrę wsparcia, która miała wspomagać eskadrę wykonywania lotów. - Powstanie nowych komórek, łączników między dowódcą pułku, do którego spływały zamówienia, a eskadrami, które były odpowiedzialne bezpośrednio za wykonywanie zadań, spowodowało, że przepływ tych informacji był mocno opóźniony i zakłócony. Wszystkie zamówienia zgodnie z instrukcją HEAD powinny przychodzić z dużym wyprzedzeniem. Tymczasem okazywało się, że najpierw dzwoniono, pytano, czy jest dostępny statek powietrzny, a zamówienie przychodziło po godzinach pracy, kiedy już załoga praktycznie stała przy samolocie. Zakłócało to czas odpoczynku załóg - relacjonują piloci.

Sikorski naciskał na pilotów
Piloci podkreślają, że były też naciski ze strony sfer rządowych, by wykonywać loty poniżej minimów meteo. Przykładem był ubiegłoroczny lot ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego do Lwowa. 16 maja 2011 r. szef MSZ miał tam lecieć z Bydgoszczy. Okazało się jednak, że informacje meteo, jakie podawało lwowskie lotnisko, były bardzo niepokojące: niska podstawa chmur, ograniczona widzialność, mokry pas i silny boczny wiatr. Ponadto analiza depeszy NOTAM (z ang. NOtice To AirMen) wykazywała remont początku drogi startowej na dystansie około 900 metrów. W tej sytuacji w grę wchodziło jedynie podejście przy dostępnej drodze startowej o długości około 1,6 tys. m, według nieprecyzyjnego systemu, przy którym minimum lotniska nie było kompatybilne z podstawą chmur wskazywaną w depeszy meteorologicznej. A to - w opinii dowódcy załogi - dyskwalifikowało lotnisko do wykonania zadania. - O tym fakcie poinformowałem osobę, która koordynowała ten wylot, wskazując, że możliwy jest jedynie lot z Bydgoszczy do Rzeszowa. I że stamtąd pan minister będzie musiał udać się do Lwowa pojazdem kołowym - relacjonuje dowódca Jaka-40 por. Artur Wosztyl. Kłopoty pojawiły się również przy powrocie ministra Sikorskiego ze Lwowa. Załoga otrzymywała telefony od osób z delegacji szefa resortu, że piloci przesadzają, bo "warunki we Lwowie są dobre". - Nie uwierzy pani, ale mój rozmówca powoływał się na to, co zdołał dostrzec za oknem samochodu. Ciągła analiza warunków meteorologicznych na lotnisku w Rzeszowie utwierdzała mnie w tym, że decyzja o pozostaniu na tym lotnisku jest jedyną racjonalną. W międzyczasie był też telefon od płk. Mirosława Jemielniaka, dowódcy 36. SPLT, który przyznał, że odbiera telefony od Ministerstwa Obrony Narodowej, by samolot został przebazowany do Lwowa. Pamiętam, jak powiedziałem, że warunki meteorologiczne podawane przez służby ze Lwowa nie pozwalają na bezpieczne wykonanie zadania i w zaistniałej sytuacji czekamy na ministra w Rzeszowie. Ostatecznie minister Sikorski wrócił do Rzeszowa samochodem, skąd został przewieziony samolotem do Warszawy - tłumaczy Wosztyl.

Prognoza ministra
Tydzień później dowódca jaka znów miał lecieć z Sikorskim, tym razem do Brukseli. Warunki panujące na lotniskach startu, lądowania i zapasowych nie miały wpływu na wykonanie zadania lotniczego. Ale tego dnia za zachodnią granicą Polski, nad terytorium Niemiec, utrzymywały się silne fronty burzowe, których górna granica sięgała 10-12 kilometrów. - Pamiętam, jak przeprowadziłem telefoniczne rozmowy z osobą z Kancelarii MSZ, która koordynowała ten lot, i poinformowałem ją, że istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że startując z Warszawy do Brukseli, będziemy zmuszeni zawrócić z powodu intensywnych burz na trasie przelotu, ponieważ samolot Jak-40 ma maksymalny poziom przelotu 8000 metrów. I najprawdopodobniej nie będziemy w stanie ominąć tych burz ani tym samym próbować przelecieć nad nimi. Ostatecznie minister Sikorski, ponieważ spotkanie było bardzo ważne, poleciał tego samego dnia dzierżawionym embraerem, którego poziom przelotowy pozwalał bezpiecznie przelecieć nad tymi niebezpiecznymi zjawiskami - opowiada Wosztyl. Odmowa wykonania lotu z Sikorskim w warunkach poniżej minimum oznaczała dla naszego rozmówcy początek prawdziwych kłopotów.
Do dowódcy 36. SPLT wpłynęło pismo, w którym Ministerstwo Spraw Zagranicznych domagało się odpowiedzi, dlaczego dowódca załogi Jaka-40 odmówił wykonania lotu do Lwowa, skoro dostał informację od delegacji, że "pogoda jest dobra", oraz dlaczego nie poleciał z powodu warunków atmosferycznych do Brukseli, skoro pogoda na lotniskach w Warszawie i Brukseli była "bardzo dobra".

Anna Ambroziak

Marszałek na sowieckim cokole

Projekt ustawy dotyczący usunięcia symboli komunistycznych z życia publicznego już półtora miesiąca czeka na rozpoczęcie procedowania.

Oficjalnie projekt miał zostać poddany - na wniosek marszałek Sejmu Ewy Kopacz - konsultacjom społecznym. Ale posłowie Prawa i Sprawiedliwości tłumaczą, że tego typu wyjaśnienia to w tej kadencji najnowsza forma "zamrażarki sejmowej". Na palący problem usuwania pozostałości komunizmu, m.in. posągów żołnierzy sowieckich, wskazują środowiska kombatanckie.
Mimo że upłynęło ponad 20 lat od oficjalnego upadku systemu totalitarnego w Polsce, nasze miasta i ulice wciąż są tu i ówdzie milczącymi świadkami gloryfikacji różnorodnych działaczy komunistycznych lub okupacyjnych wojsk sowieckich. O ustawowe uregulowanie tego problemu od dawna apelują kombatanci.
- Jeśli chodzi o tego typu pomniki na placach itd., jestem bezwzględnie za tym, żeby wyszło ustawowe zarządzenie, żeby je usunąć - podkreśla płk Tadeusz Bieńkowicz, prezes Polskiego Związku Więźniów Komunizmu. I podaje przykład "niezniszczalnego" pomnika "ku chwale Armii Czerwonej" w Nowym Sączu.
Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, którego Bieńkowicz jest działaczem, wiele razy bezskutecznie interweniowało w tej sprawie do władz samorządowych.
Instytut Pamięci Narodowej realizował program usuwania reliktów komunistycznych, zainicjowany jeszcze przez Janusza Kurtykę, prezesa IPN, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. Jak relacjonuje Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN, projekt polegał na kierowaniu apeli do jednostek samorządowych, by usunęły dany relikt epoki komunistycznej. Jednak Instytut nie miał żadnych narzędzi obligujących do dokonania takich zmian. - W związku z tym, że pojawiła się perspektywa parlamentarna uregulowania tej sprawy, zostaliśmy poproszeni o konsultacje. Uznaliśmy, że skoro jest inicjatywa ustawodawcza, to nasza akcja, która nie do końca pociągała za sobą skutki prawne, nie jest już potrzebna i swój cel osiągnęliśmy. Gdyby ustawa weszła w życie, zlikwidowałaby cały problem. To, co zrobiliśmy, dało dobry start do prac ustawodawczych - informuje Arseniuk.
Parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości jeszcze w połowie grudnia ubiegłego roku złożyli w Sejmie projekt ustawy o usunięciu symboli komunizmu z życia publicznego w Rzeczypospolitej Polskiej. Do tej pory nie doczekali się skierowania tego dokumentu do prac przez marszałek Sejmu Ewę Kopacz. - Został przez nas zgłoszony i nic się w tej sprawie nie dzieje. Na ostatnim posiedzeniu Konwentu Seniorów dowiedziałem się, że jest w konsultacjach społecznych - mówi Mariusz Błaszczak, szef Klubu Parlamentarnego PiS. Jego zdaniem, to tylko nowa metoda wstrzymywania projektów w lasce marszałkowskiej. - Nowatorska forma "zamrażarki" - może w sensie nie dosłownym. Wcześniej odbywało się to tak, że projekt leżał sobie w szufladzie. Teraz udoskonalono zamrażarkę, "wysyłając go do konsultacji". Pytałem nawet dokładnie, z kim jest konsultowany. Odpowiedziano, że z samorządami, ponieważ dotyczy ich kompetencji - relacjonuje poseł Błaszczak. Jak zaznacza, kwestia zmian nazw ulic czy usunięcia pomników leży rzeczywiście w gestii jednostek samorządowych, ale jak konkretnie te konsultacje przebiegają - tego Kancelaria Sejmu nie potrafiła określić.
Projekt zgłoszony przez PiS nakłada obowiązek usunięcia symbolu komunizmu na organy władzy publicznej lub kierownika albo zarząd jednostki organizacyjnej, "który zgodnie ze swymi kompetencjami władny jest dokonać zmiany nazwy albo spowodować wykonanie odpowiednich przeróbek lub przemieszczeń przedmiotu lub jego części".
- Samorządy nie spieszą się z tym albo wprost nie chcą takich zmian. Widać, że Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy i wiceprzewodnicząca Platformy Obywatelskiej w jednej osobie, nie zamierza usunąć tzw. pomnika czterech śpiących albo gen. Zygmunta Berlinga przy moście Łazienkowskim. Będę się dopominał o jak najszybsze rozpoczęcie prac nad tym projektem, ale postawa marszałek Sejmu świadczy o tym, że nie ma woli politycznej - konkluduje szef klubu Prawa i Sprawiedliwości.
Kancelaria Sejmu do tej pory nie udzieliła odpowiedzi "Naszemu Dziennikowi", kiedy marszałek skieruje do prac sejmowych projekt ustawy o usunięciu symboli komunizmu z życia publicznego w Polsce.

Jacek Dytkowski

Koncesje były ustawione

Z prof. Krystyną Pawłowicz, posłem PiS, prawnikiem i wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rozmawia Jacek Dytkowski

Wstępny wniosek o pociągnięcie szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu za prowadzenie procesu koncesyjnego na naziemne nadawanie cyfrowe zawiera szereg zarzutów. PiS podnosi w nim m.in. przyjęcie jako normy prawnej rozstrzygnięcia art. 155 kodeksu postępowania administracyjnego, który jest trybem nadzwyczajnym niemającym zastosowania w postępowaniu koncesyjnym...
- Oczywiście fakt, że KRRiT wskazała jako przepis art. 155 kodeksu postępowania administracyjnego, nie oznacza żadnej merytorycznej podstawy prawnej dla prowadzonego postępowania. Dlatego że w tym zakresie zawsze musi być ona wskazana w prawie materialnym, czyli w ustawie o radiofonii i telewizji, albo w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej. Przepisy dotyczące koncesjonowania w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej mówią o procedurze, zgodnie z którą, jeżeli liczba wnioskujących przedsiębiorców jest większa od liczby koncesji, które mogą być udzielone, to organizuje się przetarg.

Jan Dworak, przewodniczący KRRiT, powołuje się na art. 155 KPA.
- KPA dotyczy ogólnych zasad różnych postępowań administracyjnych. Natomiast dla koncesji radiowo-telewizyjnych należy wskazać odpowiedni przepis w ustawie o radiofonii i telewizji albo ustawie o swobodzie działalności gospodarczej. KPA nie jest samodzielną podstawą prawną. Dopiero kiedy się ustali, że organizuje się w przypadku procesu koncesyjnego przetarg, to możemy posługiwać się KPA i tam zawartymi procedurami. Problem polega na tym, że KRRiT tego nie uczyniła. Nie zorganizowała przetargu, a tylko postępowanie według bliżej nieznanych reguł niemających oparcia w prawie ani w ustawie o radiofonii i telewizji, ani w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej.
Gdyby koncesji udzielano w trybie przetargowym, to należało takie postępowanie doprowadzić do końca. Odbywa się to w ten sposób, że wnioskodawcy prezentują swoje wnioski, które następnie powinny być oceniane przez KRRiT zgodnie z regułami art. 36 ustawy o radiofonii i telewizji. Gdyby Krajowa Rada organizowała przetarg - jak sugerowała pani Agnieszka Ogrodowczyk, dyrektor departamentu koncesyjnego KRRiT, podczas wysłuchania na posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu - to powinny być zastosowane przepisy o swobodzie działalności gospodarczej. Natomiast ustawa o radiofonii i telewizji wyraźnie w art. 36 ust. 1 nakazuje KRRiT wziąć pod uwagę sytuację finansową wnioskodawcy. Sytuacja finansowa nie jest jednak kryterium przesądzającym. Jedynie art. 36 ust. 2 wskazuje na podstawy odmowy udzielania koncesji. Nie ma wśród nich warunków dotyczących sytuacji finansowej. Jest tam napisane m.in., że "koncesji nie udziela się, jeżeli rozpowszechnianie programów przez wnioskodawcę mogłoby spowodować: zagrożenie interesów kultury narodowej, dobrych obyczajów i wychowania, bezpieczeństwa i obronności państwa oraz zagrożenia dla bezpieczeństwa informacji niejawnych". Żadnych z tych okoliczności nie można odnieść do wniosku Telewizji Trwam. Z całokształtu sprawy nie wynika jasno, jaką procedurę zastosowała Krajowa Rada: przetargową czy zwykłą. Natomiast art. 155 KPA nie jest podstawą prawną do prowadzenia jakiegokolwiek postępowania koncesyjnego.

Podnoszą Państwo również argument bezprawnego udzielenia przez KRRiT promesy przyznania koncesji spółce STAVKA, co pozwoliło temu podmiotowi otrzymać kredyt bankowy.
- Oczywiście należy formułować szczegółowe zarzuty, ale w przypadku tego procesu koncesyjnego jest ich o wiele więcej ogólniejszej natury. Należy wskazać odpowiedzialność konstytucyjną KRRiT. Przede wszystkim zaskarżeniu podlega naruszenie przepisów Konstytucji. KRRiT ma stać na straży dostępu do wolności słowa w mediach. Tymczasem tego nie gwarantuje i nie ułatwia, natomiast podejmuje działania utrudniające i eliminujące niektórych z obiegu medialnego. Jest wyraźna sprzeczność między postanowieniami Konstytucji a działaniami KRRiT. Nie zastosowano m.in. art. 36 ustawy o radiofonii i telewizji, który mówi, kiedy można odmówić udzielenia koncesji. Wybiórczo i dowolnie zinterpretowano i zastosowano przepisy tego artykułu. Należy do tego dodać ogromną ilość rażących naruszeń prawa. Kwestia promesy jest tylko jednym z fragmentów całego problemu. Podczas postępowania doszło do faworyzowania określonych podmiotów, czyli naruszono konstytucyjną zasadę równości. Przyznano przewagę firmom, które były ewidentnie słabsze pod względem finansowym od Telewizji Trwam.

Dworak nie cofnął też koncesji podmiotom, które nie rozpoczęły nadawania satelitarnego w terminie, do którego się zobligowały w procesie koncesyjnym...
- Przewodniczący KRRiT powinien po pierwsze, unieważnić procedurę w sytuacji niezakończenia postępowania wobec niektórych podmiotów, a jednocześnie unieważnić konkretną koncesję firmie, która nie rozpoczęła działalności w przewidzianym w koncesji terminie. Szef Krajowej Rady nie mógł zakładać, że sąd administracyjny, do którego zwróci się Telewizja Trwam, podtrzyma jego decyzję. Można podejrzewać, że przewodniczący KRRiT dlatego wydał odwoławczą decyzję również negatywną, gdyż wiedział, że procedury sądowe trwają bardzo długo. Niemniej rozdzielił posiadane koncesje, nie czekając na zakończenie procesu i być może uznanie racji Telewizji Trwam. Przewodniczący KRRiT liczył zapewne, że ewentualny pozytywny wyrok nie zmieni już układu koncesyjnego wobec rozdysponowania wcześniej miejsc na multipleksie. Być może Telewizja Trwam mogłaby liczyć wówczas tylko na odszkodowania za działalność urzędników. Doszło zatem do nadużycia procedur administracyjnych i podjęcia decyzji przed zakończeniem całego postępowania. A to nie kończy się w instancji administracyjnej, ale w instancjach sądowych. Wydaje się, że gdyby sąd uchylił decyzję przewodniczącego KRRiT dotyczącą Telewizji Trwam, to należałoby powtórzyć całą procedurę koncesyjną. Ogólne wrażenie z całego tego postępowania koncesyjnego jest takie, jakby było ono ustawione.

Dziękuję za rozmowę.

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka