Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
395
BLOG

Lektura z "ND"

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 2

Zachęcam do wnikliwej analizy każdego z załaczonych tekstów.

Miliardy za poklepywanie

Przedsiębiorstwo reklamiarsko-marketingowe pod nazwą "polski rząd" ostatnio przędzie nie najlepiej. Katastrofa z ustawą refundacyjną, kompromitacja z wyjaśnianiem przyczyn katastrofy smoleńskiej, wojna wytoczona internautom przez podpisanie konwencji ACTA, dyskryminowanie katolików przy pomocy wykluczania cyfrowego Telewizji Trwam dokonane rękami wywodzących się z obozu rządzącego członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji - to tylko niektóre przykłady. Do tego trzeba dodać fiasko polityki rządu na ostatnim szczycie Unii Europejskiej. To miał być wielki sukces, a wyszło jak zwykle - czyli klapa, za którą Polska będzie wyjątkowo słono płacić. Tymczasem Donald Tusk robi dobrą minę do złej gry. Nie tylko nie zapobiegł - jak to szumnie niedawno zapowiadał - podziałowi na Europę dwóch prędkości, ale wziął udział w dzieleniu Europy na cztery prędkości. Nową mapę UE można opisać następująco: ścisłe jądro UE zwane Merkozy (Merkel + Sarkozy oraz kraje Beneluksu), strefę euro składającą się teoretycznie z 17 państw, w tym zbankrutowanej Grecji, strefę paktu fiskalnego, do którego przystąpiło 25 państw, oraz strefę nominalnie się jeszcze nazywającą Unią Europejską, do której należy 27 państw. Obecnie UE przypomina samochód, który jedzie, nie wiadomo, w jakim kierunku, a na dodatek żadne z czterech kół nie jest przykręcone i w każdej chwili może odpaść i spowodować wypadek. Za kierownicą tego pojazdu siedzi kanclerz Merkel, która swoim pomysłem ze specjalnym komisarzem UE do pilnowania Grecji przypomniała Europie o tradycyjnej teutońskiej bucie. Niemcy w Grecji już kiedyś byli. Ich flaga już powiewała nad Akropolem i mieliśmy ocean ludzkiego cierpienia podczas II wojny światowej wywołanej przez Berlin.
Na słabszych pani kanclerz pohukuje, do silniejszych jedzie na czołobitne "żebry", co uświadamia jej wizyta w Chinach, której celem jest prośba o pieniądze na ratowanie jej pomysłów na germańską Europę. A co na to Donald Tusk? Każe się cieszyć biednym Polakom, że będą mogli płacić dziesiątki miliardów złotych bogatszym na ratowanie ich waluty. W zamian będziemy oglądać w telewizji poklepywanie uległego polskiego premiera przez duet Merkozy. Trochę drogo, bo wychodzi kilka miliardów złotych za jedno klepnięcie...
Trafnie istotę sprawy opisał Marek Migalski: "Donald Tusk został najpierw oszukany przez Rosjan, a obecnie jesteśmy świadkami tego, jak oszukiwany jest przez Niemców i Francuzów. (...) Za ustępstwa wobec Wschodu i Zachodu nie dostał nic, został wystrychnięty na dudka i brutalnie potraktowany jak ktoś, kim można się posłużyć, ale któremu nie trzeba zwracać długów, bo i tak nie będzie w stanie nic na to poradzić". Tusk upokarza swoich polskich przeciwników, ale dokładnie tak samo jest upokarzany przez swoich przyjaciół - Merkel, Sarkozy´ego i Putina.
Widzimy fiasko nieodpowiedzialnej polityki stanowiącej śmiertelne zagrożenie dla naszego kraju. Polska to nie zabawka dla chłopców biegających w krótkich spodenkach i najlepiej czujących się na boisku. Sytuacja jest bardzo poważna i wymaga odpowiedzialnego, długofalowego i roztropnego działania. Czy rządzący państwem - zamiast kurczowo trzymać się spódnicy kanclerz Merkel - mają plan B i wiedzą, co robić w sytuacji, gdy jesteśmy świadkami rozkładu Unii Europejskiej, zapaści strefy euro i kryzysu gospodarczego?

Jan Maria Jackowski

Multipleks podzielony według klucza

Dokonany podział miejsc na multipleksie cyfrowym jest usankcjonowaniem dotychczasowych wpływów największych mediów w Polsce, które nie kryją swoich preferencji politycznych. Telewizja Trwam nie otrzymała miejsca na platformie, za to przyznano je stacjom, które są powiązane np. z byłym podwładnym Jana Dworaka, potentatem na rynku przemysłu hazardowego, oraz ze stacją telewizyjną TVN - Zbigniewem Benbenkiem. Oznacza to, że większe prawa mają prywatne firmy, nastawione na zysk, nierzadko powstałe przed kilkoma miesiącami, niż jedyna telewizja katolicka w Polsce.
Koncesje przyznano spółkom ESKA TV, STAVKA, Lemon Records i ATM. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji twierdziła, że wybierając nadawców na drodze konkursów, chciała zapewnić odbiorcom różnorodną ofertę programową.

Rozrywka zamiast programów religijnych i kulturalnych
Należy jednak zwrócić uwagę na to, że stacje, które otrzymały koncesję, posiadają ściśle określony repertuar programowy i w swojej ofercie nie mają np. audycji religijnych, transmisji z uroczystości kościelnych, pielgrzymek lub Mszy św., ale również programów informacyjnych, popularnonaukowych, historycznych oraz kulturalnych z tzw. wyższej półki.
Dyrektor finansowy Fundacji Lux Veritatis Lidia Kochanowicz-Mańk w wywiadzie dla "Naszego Dziennika" z 31 sierpnia 2011 r. mówiła: "Wiadomo było, że konkurs wygrają tylko cztery stacje telewizyjne o charakterze wyspecjalizowanym. ESKA TV nadawać ma całodobowy program muzyczny, prezentujący współczesną popularną muzykę rozrywkową polską i zagraniczną. Firma Lemon Records Sp. z o.o. emitować ma program Polo TV - także muzyczny, w tym przeważnie polską muzykę rozrywkową, disco polo, biesiadną oraz muzykę etniczną (głównie romską). Program firmy STAVKA Sp. z o.o. ma mieć nazwę U-TV i składać się powinien z audycji publicystyczno-informacyjno-poradnikowych poświęconych aktualnym wydarzeniom z różnych dziedzin życia (społecznych, gospodarczych, politycznych, kulturalnych). Spółka ATM Grupa SA nadawać będzie program ATM Rozrywka TV - rozrywkowo-filmowy adresowany do szerokiej publiczności, największą część programu mają zajmować filmy fabularne oraz rozrywka (m.in. talk-show, reality show, quizy, zagadki, kabarety). Czytelnikom "Naszego Dziennika" pozostawiam ocenę różnorodności programowej oraz wagi i rangi przekazywanych w tych audycjach treści".
Jednak równie kontrowersyjne, co monotematyczne treści audycji tych stacji, są także powiązania kapitałowe, gospodarcze i personalne wspomnianych spółek.

Stacje z ZPR
ESKA TV jest częścią Grupy Radiowej Time wchodzącej w skład Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych SA. Holding kontroluje Zbigniew Benbenek.
Przez lata głównym źródłem zysków ZPR był hazard w kasynach, salonach bingo i na automatach do gier. Do kasy ZPR trafiała ponad połowa przychodów ze wszystkich automatów w Polsce.
ESKA TV jest muzyczną stacją telewizyjną, która powstała z multimedialnej platformy internetowej Radia ESKA. Emisję programów w internecie rozpoczęła w sierpniu 2008 roku. Po roku ESKA TV udostępniła program drogą satelitarną i kablową. Był on możliwy do odbioru w pakiecie "Style Moda Muzyka". 26 kwietnia 2011 r. KRRiT przyznała ESKA TV koncesję na nadawanie naziemne w ramach naziemnej telewizji cyfrowej, od 19 grudnia 2011 r. stacja nadaje naziemnie.
Również i druga spółka, która otrzymała miejsce na multipleksie - Lemon Records - jest powiązana z ZPR. Spółka jest właścicielem muzycznej stacji telewizyjnej Polo TV, która nadaje muzykę biesiadną, disco polo, folk, cygańską. Kanał został uruchomiony dopiero w maju 2011 roku. Początkowo stacja ta nie otrzymała miejsca na multipleksie, ale Kino Polska TV. Dopiero po rezygnacji tego nadawcy Polo TV przyznano koncesję i nadaje naziemnie od 19 grudnia 2011 roku.
Zbigniew Benbenek jest jednym z największych przedsiębiorców w Polsce działających w mediach, rozrywce i grach losowych. W 2011 r. znajdował się na 66. miejscu listy najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost" (335 mln zł), trzy lata wcześniej był na 93. miejscu.
Przez wiele lat był prezesem ZPR, a od 2004 r. jest członkiem rady nadzorczej tej firmy. W skład Grupy Kapitałowej ZPR SA wchodzą m.in.: Media Express sp. z o.o. - wydawca "Super Expressu", Radio ESKA SA, Time sp. z o.o. - dom sprzedaży czasu reklamowego w Radiu ESKA i Gold FM, Wydawnictwo Murator, Orbis Casino sp. z o.o., Super Media Holding SA. Szacuje się, że Grupa w 2011 r. przyniosła 1,4 mld zł przychodów i prawie 14 mln zł zysku.

Wspólnik Grzegorza Schetyny
Urodzony w 1949 r. Benbenek działalność biznesową rozpoczął jeszcze w czasach PRL, prowadził studencki klub Remont. W 1991 r. uczestniczył w prywatyzacji Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych, w których przez lata pracował.
Warto również wskazać na początki działalności Benbenka w mediach i jego bliskie kontakty z politykami ówczesnego KLD. Po wyborach parlamentarnych w 1993 r. Grzegorz Schetyna nie dostał się do parlamentu, założył we Wrocławiu pierwszą komercyjną rozgłośnię Radio ESKA. Pieniądze zainwestował właśnie Benbenek. Pierwszym prezesem rady nadzorczej był Rafał Dutkiewicz. Radio cieszyło się dużą popularnością. Przy rozgłośni powstała też Agencja Reklamowa Radia ESKA, którą kierowała żona Schetyny, Kalina.
W 1994 r. Radio zostaje sponsorem strategicznym sekcji koszykówki Wojskowego Klubu Sportowego Śląsk Wrocław, drużyna staje się najlepsza w Polsce.
To na tamte lata datują się kontakty Schetyny z Ryszardem Sobiesiakiem późniejszym "bohaterem" afery hazardowej. Benbenek znał się z Sobiesiakiem od lat. Spotkał się z nim już w 1990 r. przy okazji zakupu udziałów w spółce, której prezesem był właśnie Sobiesiak. Byli konkurentami na rynku hazardowym, co ujawniło się w czasie prac komisji śledczej ds. afery hazardowej. Sobiesiak twierdził przed komisją, że nie lubi Benbenka. Ujawnił wtedy także, że zna byłego szefa klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego i byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Zapewnił jednak, że nigdy nie rozmawiał z nimi na temat przepisów regulujących rynek hazardowy.
W 2000 r. klub koszykówki przekształcił się w spółkę akcyjną, w której Schetyna miał większość udziałów. Jednak w tym samym roku Schetyna wycofuje się z biznesu. ESKĘ obejmuje Benbenek, który w ciągu kilku lat przejmował częstotliwości ponad 20 niezależnych stacji, tworząc radiową sieć ESKI. RMF twierdziło, że Benbenek był wtedy częstym gościem KRRiT. Podczas przesłuchań przed komisją śledczą ds. afery Rywina sekretarz Krajowej Rady Włodzimierz Czarzasty "tłumaczył się z korzystnych dla ZPR-u decyzji koncesyjnych - np. jedna z rozgłośni sieci, Radio ESKA Kraków, otrzymało od KRRiT częstotliwości po zlikwidowanym arbitralnie przez Radę Radiu Blue FM" - czytamy w informacji RMF.

"Pianista" hazardu
O Benbenku zrobiło się głośno w 2003 r., kiedy był wymieniany jako "ważny gracz" przy tworzeniu ustawy o grach losowych uchwalanej wtedy w Sejmie przy aktywnym udziale posła SLD Jerzego Jaskierni oraz Zbigniewa Chlebowskiego z PO. Radio RMF podawało, że w czasie prac nad ustawą w Sejmie było dużo lobbystów i bardzo intensywnie działał wtedy m.in. Zbigniew Benbenek, notabene prezes stowarzyszenia menedżerów działających w branży gier losowych. Benbenek uczestniczył w posiedzeniach komisji oraz podkomisji. Te nie były wówczas protokołowane. Lobbujący we własnej sprawie Benbenek dyskutował więc z tworzącymi prawo posłami i słuchał ich dyskusji.
Benbenek w przemyśle hazardowym był aktywny także w późniejszych latach. Według "Dziennika. Gazety Prawnej", na początku 2011 r. grupa kontrolowała aż 22 z 35 kasyn na polskim rynku. Do imperium Benbenka należą salony gier Bingo Centrum.
Benbenek w sprawie przemysłu hazardowego był przesłuchiwany 8 kwietnia 2010 r. przed sejmową komisją śledczą ds. afery hazardowej. Przyznał wtedy, że posiada udziały lub współpracuje ze spółkami, do których należy ok. 7-8 proc. rynku hazardowego. Jego firmy zarządzają 11 lub 12 kasynami, mają też kilkaset (do tysiąca) automatów do niskich wygranych. Twierdził, że ZPR kontroluje wszystkie swoje automaty, gdyż już od 2003 r. są one "spięte w system". Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek w podsłuchanych rozmowach zgryźliwie nazywali go "Perkusistą". Benbenek pytany, czy wie, że był tak nazywany, odpowiedział, że wolałby, żeby mówiono o nim "Pianista". Przyznał, że jest wrogiem ludzi związanych z tzw. niskim hazardem: "Jestem wrogiem tych ludzi. Sądzę, że gdyby nie nasza bardzo twarda postawa, to niski hazard zostałby wprowadzony w 1997 roku".
W kwietniu 2010 r. media podawały, że Grupa ZPR chce kontrolować większość kasyn w Polsce. Spółki związane z ZPR też chcą otwierać kasyna. ZPR ma w całej Polsce około 80 salonów. W całym kraju działało 27 kasyn, a może ich być 52. ZPR docelowo chce walczyć aż o 50 z 52 lokalizacji. Tomasz Szakiel, obecny prezes ZPR, oceniał: "Liczymy, że mimo aż 50-procentowego podatku ten biznes może być rentowny. Będzie tak, jeśli przynajmniej część graczy z zamykanych salonów i punktów z automatami przeniesie się do kasyn. To plan ryzykowny, ale spróbujemy go wdrożyć".
Wiosną 2011 r. Benbenek odkupił za pośrednictwem spółki Media Express 33 proc. udziałów w sieci kasyn Orbis Casino.

Najpierw dyrektor w TVP, potem wiceprezes ATM
Dziwnym zbiegiem okoliczności również kolejna spółka, która otrzymała od KRRiT miejsce na multipleksie - Grupa ATM, wywodzi się z Wrocławia. Firma powstała w lutym 1992 r., siedzibę ma na Bielanach Wrocławskich. Grupa ATM jest największym niezależnym polskim producentem telewizyjnym. Dysponuje własnym zapleczem technicznym. Posiada ok. 14 proc. udziałów w rynku, którego wartość szacuje się na 750 mln złotych. W skład Grupy Kapitałowej ATM wchodzi 9 spółek zależnych: ATM Grupa SA, ATM System Sp. z o.o., ATM Studio, ATM FX Sp z o.o., Aidem Media Sp. z o.o., Baltmedia Sp. z o.o., Profilm Agencja Filmowa Sp. z o.o., A2 Multimedia Sp. z o.o., Studio A Sp. z o.o. Spółka A2 Multimedia należy do ATM Grupa SA i Agora SA. Została zarejestrowana w 2008 roku, kapitał zakładowy spółki wynosi 4 mln zł, obie firmy objęły po 50 proc. udziałów. Natomiast Studio A jest firmą producencką, którą w 1994 r. współzakładał m.in. Jan Dworak, obecny przewodniczący KRRiT.
Grupa ATM jest powiązana kapitałowo i personalnie z innym nadawcą - Polsatem. W 2010 r. największymi udziałowcami byli Dorota i Tomasz Kurzewscy - posiadali 40 proc. kapitału, Zygmunt Solorz miał ponad 17 proc., ING Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA - 12,6 proc., a AMPLICO Otwarty Fundusz Emerytalny - 6,5 procent. Wiceprezes Andrzej Muszyński w latach 1992-2001 był dyrektorem Biura Reklamy telewizji Polsat, a Barbara Pietkiewicz w latach 1993-2003 pełniła funkcję dyrektora programowego Polsatu.
Spółka ATM od lat współpracuje z Polsatem i TVP. Była producentem seriali "Świat według Kiepskich", "Ekipa" oraz programu "Big Brother" i "Bar". Blisko 99 proc. produkcji Grupy ATM sprzedawane jest w Polsce, głównymi odbiorcami są Polsat (57 proc.) i TVP (25,6 proc.).
Prezesem Grupy ATM jest Tomasz Kurzewski, wiceprezesem Maciej Grzywaczewski, który był w latach 2004-2006 bardzo bliskim współpracownikiem ówczesnego prezesa TVP Jana Dworaka. Grzywaczewski był wtedy szefem Programu 1 TVP, z telewizji odszedł razem z Dworakiem w 2006 roku. Grzywaczewski przeszedł do prywatnego sektora, został członkiem zarządu spółki producenckiej ATM.
Media podawały, że osoby związane z ATM wpłaciły w 2007 r. na kampanię PO przynajmniej 38 tys. złotych. Na listach tych wpłat znajdują się m.in. była wiceprezes ATM Dorota Michalak-Kurzewska (ponad 14 tys. zł) i Maciej Grzywaczewski (10 tys. zł). Ciekawa informacja dotyczyła również tego, że w 2008 r. firma Grupa ATM odpowiadała za realizację orędzia Donalda Tuska.
ATM wystąpiła do KRRiT z wnioskiem o rozszerzenie koncesji na nadawanie rozsiewcze cyfrowe dla kanału ATM Rozrywka. Kanał ten otrzymał koncesję na nadawanie naziemne 26 kwietnia 2011 roku. Już w maju 2011 r. Grzywaczewski chwalił się, że "według informacji medialnych - taką koncesję otrzymaliśmy. Więcej informacji na ten temat nie mogę podać". W połowie stycznia 2012 r. mówił już, że "chcielibyśmy wystartować z kanałem ATM Rozrywka pod koniec maja br.".

Do spółki z TVN
Kolejną firmą, która uzyskała naziemną koncesję cyfrową jest STAVKA sp. z o.o. Spółka powstała bardzo niedawno, bo w 2005 roku. Założyły ją Bernadetta Machała-Krzemińska i Magdalena Olszewska. Firma zajmuje się przeprowadzaniem castingów do filmów, seriali i produkcji telewizyjnych oraz reklam. STAVKA współpracowała przy produkcji takich seriali, jak: "Plebania", "Dwie strony medalu" czy "Londyńczycy". Spółka związana jest z firmą Besta Film, producentem filmów i produkcji telewizyjnych.
W lutym 2011 r. STAVKA wystąpiła do KRRiT o przyznanie koncesji na nadawanie kanału publicystyczno-informacyjno-poradnikowego o nazwie U-TV. 26 kwietnia 2011 r. KRRiT przyznała temu kanałowi koncesję na nadawanie cyfrowe. Tymczasem już we wrześniu 2011 r. Grupa TVN zawiązała współpracę ze STAVKĄ. Grupa TVN kupiła 25 proc. udziałów w spółce w zamian za wsparcie technologiczne dla tego nadawcy. W komunikacie TVN czytamy: "TVN zapewni wsparcie technologiczne w zakresie produkcji i nadawania kanału U-TV w ramach pierwszego multipleksu naziemnej telewizji cyfrowej. Współpraca w zakresie sprzedaży reklam będzie polegała na włączeniu kanału U-TV do oferty Premium TV. Jednocześnie U-TV uzyska dostęp do bogatych zasobów archiwalnych oraz treści informacyjnych Grupy TVN. TVN SA nabyła także 25 proc. udziałów w STAVKA za łączną kwotę 1 095 000 złotych". Dyrektor departamentu rozwoju biznesu TVN Olgierd Dobrzyński oceniał, że U-TV ma duży potencjał: "Wierzymy, że obie strony odniosą korzyści ze współpracy w ramach Premium TV. Dzięki infrastrukturze grupy Besta-Film, do której należy STAVKA i wsparciu Grupy TVN, U-TV będzie jedną z najciekawszych propozycji w ramach pierwszego multipleksu". Stacja rozpoczęła nadawanie programu 2 stycznia 2012 r. pod nową nazwą - TTV.

Polityk PO krytycznie o decyzji KRRiT
Wykluczenie Telewizji Trwam z multipleksu wywołało falę oburzenia. Argumenty Fundacji Lux Veritatis przekonywały nawet osoby niezwiązane z tą telewizją. Krytycznych opinii nie kryli także niektórzy politycy PO, np. poseł Jacek Żalek w artykule zamieszczonym w "Rzeczpospolitej" z 26 stycznia 2012 r. napisał: "Dla wszystkich ubiegających się o nadawanie reguły gry powinny być takie same. Tymczasem w opisywanej sprawie zachodzą poważne wątpliwości, które trzeba wyjaśnić. Jak się okazało, ani STAVKA, ani Lemon nie mają np. bazy produkcyjnej i emisyjnej. Ponadto uzupełniły swoje dokumenty finansowe po wyznaczonym terminie. Mało tego, Lux Veritatis zarzuca Krajowej Radzie, że nie informowała stron postępowania koncesyjnego o etapach tego procesu. Nie powiadomiła też fundacji o odmowie koncesji. W tym kontekście pojawia się jeszcze informacja, że KRRiT, nie czekając na rozpatrzenie odwołań złożonych m.in. przez Lux Veritatis, rozdysponowała miejsca na multipleksie. Odwołania rozpatrzyła po upływie pół roku, podtrzymując wcześniejsze decyzje". Poseł Platformy krytycznie ocenił sytuację finansową nadawców, którzy uzyskali koncesję: "Lux Veritatis przebija innych nadawców (poza grupą ATM) wysokością aktywów trwałych. Przekraczają one 86 mln zł (w 2010 r.), przy 23 tys. zł ESKI, 246 tys. zł Lemona i 1 zł STAVKI. Fundacja Ojców Redemptorystów ma też większe aktywa obrotowe: ponad 90 mln zł, przy 2,3 mln zł ESKI, niespełna 2 mln zł Lemona i prawie 100 tys. zł - STAVKI. Większość z tych 90 mln zł to pożyczka uzyskana od polskiej prowincji zakonu redemptorystów. Lux Veritatis wpisała we wniosku 20,5 mln zł kapitału własnego, a STAVKA 91 tys. zł. ESKA i Lemon wykazały ujemny kapitał (odpowiednio 3,8 mln zł i 473 tys. zł). Z dokumentów złożonych w KRRiT wynika, że Fundacja Lux Veritatis w 2010 r. miała też największy zysk - 3,5 mln zł netto. Straty wykazuje Eska (prawie 2,3 mln zł) oraz Stavka (4 tys. zł). Zysk Lemon to tylko 19 tys. zł".


Czas na transparentność
Nawet pobieżny przegląd działalności stacji, które otrzymały miejsce na multipleksie, wyraźnie wskazuje, że w większości są to nadawcy, którzy nie mają wystarczającego doświadczenia. Niektóre spółki powstały niedawno, będą zdobywały pierwsze szlify w tej działalności. Stacje, które uzyskają miejsce na multipleksie, będą dostępne dla znacznie większej publiczności, będą mogły walczyć o większe wpływy z emisji reklam, tym samym zwiększą swoje dochody. Nie można również wykluczyć, że prywatne stacje będą wspierały dotychczasowe medialne inicjatywy swoich właścicieli.
Jest powiedzenie, że "jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze". Czy za jakiś czas okaże się, że i w tej sprawie się ono sprawdziło? Decyzje KRRiT są bardzo niepokojące i zmuszają do postawienia wielu innych pytań, przede wszystkim o kryteria przyznania koncesji, które pozostają wysoce niejasne. Krajowa Rada jako konstytucyjny organ regulujący rynek medialny w kraju powinna w sposób transparentny i wyczerpujący przedstawić swoje racje. Ostentacyjna arogancja i lekceważenie wielu milionów Polaków nie świadczą dobrze o urzędnikach tak poważnej państwowej instytucji. Cały proces koncesyjny powinien być poddany niezwłocznej, całkowitej i dokładnej weryfikacji.
 
Dr Hanna Karp, Piotr Bączek

Dr Hanna Karp - medioznawca, wykładowca WSKSiM.

Piotr Bączek - był członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI. Do grudnia 2007 r. pełnił funkcję szefa Zarządu Studiów i Analiz Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Po objęciu urzędu prezydenta RP przez Bronisława Komorowskiego został wyrzucony z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Anty-Boska i antyludzka ideologia

Z ks. prof. dr. hab. Tadeuszem Guzem, kierownikiem Katedry Filozofii Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Adam Kruczek

Niedługo po katastrofie smoleńskiej jako jeden z pierwszych sformułował Ksiądz Profesor pogląd, że ta tragedia nie była dziełem przypadku, ale efektem konfliktu ideologicznego. Z perspektywy prawie dwóch lat gotów jest Ksiądz Profesor potwierdzić tę diagnozę?
- Tak, uważam, że tamta teza filozoficzna, a więc wyrosła z analizy struktury ideologicznej, czyli tego masywnego parcia nurtów neomarksistowsko-neoliberalistycznych na prądy myślenia chrześcijańskiego, była słuszna. Katastrofa smoleńska nie była dziełem przypadku, ale skutkiem wpływów dwóch najsilniejszych ideologii modernistycznych - neomarksizmu i postliberalizmu. To one doprowadziły do sytuacji, w której ta katastrofa mogła się wydarzyć. Na ostateczne wnioski rzetelnych i dogłębnych badań musimy oczywiście poczekać, ale coraz więcej wskazuje na najbardziej szokujący scenariusz, którego dotychczas nie wykluczono definitywnie, iż nie była ona przypadkiem. To, co się wydarzyło przez prawie dwa lata od tej katastrofy, w tym także sposób jej badania, aspekty naukowe, techniczne, medialne, dyplomatyczne, potwierdza, że sprawa ma znacznie głębszy wymiar, aniżeli tylko załamanie się parametrów technicznych w maszynie rządowego samolotu.

Po tej katastrofie kurs antykatolicki w polskiej polityce gwałtownie nabrał wiatru w żagle. Zaczęło się od walki o krzyż, potem było zaostrzenie retoryki antyklerykalnej przez rządzącą partię i jawne wspieranie przez nią nowej lewicy, dostanie się do parlamentu formacji o otwarcie antynarodowym i antykościelnym programie, próba zablokowania Marszu Niepodległości siłami lewackiej międzynarodówki. Wygląda to na krucjatę á rebours przeciwko Kościołowi w Polsce.
- Tak, można porównać dzisiejszą sytuację ideologiczną w Polsce z czasami kontrkultury w krajach zachodniej Europy i w Stanach Zjednoczonych w 1968 roku. Tam mieliśmy do czynienia z procesem "marszu" nowej lewicy do władzy poprzez różnego rodzaju instytucje. Jest to zresztą jeden z głównych przedmiotów badawczych mojej już wieloletniej pracy naukowej w tej dziedzinie. Z tego, co obserwuję w Polsce przez te ponad osiem lat, odkąd wróciłem z Niemiec, wynika, że mamy do czynienia z procesem podobnym do tego, którego doświadczyła RFN w końcu lat 60. i początku lat 70. ubiegłego wieku. Kiedy socjaliści dochodzili do władzy, tam również większość społeczeństwa była katolicka. Wkrótce uniwersytety, polityka i cała kultura zostały zdominowane przez neomaterialistyczne, neoateistyczne czy neomarksistowskie prądy szkoły frankfurckiej. Zdominowały już one kulturowo Europę Zachodnią i Amerykę. Teraz kolej m.in. na katolicką Polskę. Takim ogniwem spinającym neomarksistów w Rzeczypospolitej jest środowisko "Krytyki Politycznej" i popierające je media. Nie przez przypadek stanowiły one główne ideologiczne zaplecze zamieszek z 11 listopada ubiegłego roku.

Ta walka o rząd dusz w Polsce wkroczyła chyba w fazę decydującą, skoro władza po wyrzuceniu prawicowych publicystów z państwowej telewizji zdecydowała się na tak spektakularne domknięcie systemu medialnego jak próba faktycznej likwidacji Telewizji Trwam.
- Blokada Telewizji Trwam w jej staraniu o miejsce w przestrzeni mediów cyfrowych, które jest jak najbardziej zgodne z naszą Konstytucją i - co ciekawe - zgodne z prawną strukturą KRRiT, ma wszelkie znamiona działań motywowanych ideologicznie. A więc nie względy ekonomiczne, prawne, nie wymiar konstytucyjny, nie wymiar praw i obowiązków obywatelskich rozstrzyga kwestię prawa Telewizji Trwam do wolności komunikowania się na fundamentach wiary, religii, nauki chrześcijańskiej i Kościoła świętego, tylko ta kwestia rozstrzygana jest w sferze ideologicznej. KRRiT czuje się zobligowana ideologicznie, a u podstaw tej odmowy stoi spór o człowieka i o prawo Boga do obecności w publicznej przestrzeni Rzeczypospolitej. Sądzę, że postawa członków KRRiT godzi w sposób fundamentalny - bo negując Konstytucję RP - zarówno w prawa człowieka, jak też w nietykalne prawo Boga do miejsca w przestrzeni publicznej, także medialnej. Tym większe zdumienie ogarnia nas, wielu katolików w naszej Ojczyźnie, im bardziej uświadamiamy sobie obiektywnie niezaprzeczalny fakt historyczny, iż przemiany ustrojowe w naszym państwie po roku 1989 stały się realne przede wszystkim dzięki Bogu, a następnie bohaterskiej postawie Kościoła świętego na czele z Papieżem Polakiem Janem Pawłem II Wielkim oraz potężnej rzeszy członków "Solidarności" - przecież w olbrzymiej części katolików!

A wydawało się, że czas administracyjnej walki z Bogiem i katolikami odszedł wraz z PRL do lamusa historii.
- To złudzenie. Faktycznie mamy dziś do czynienia z trwaniem, a nawet rozwojem marksizmu-leninizmu z okresu PRL, cały czas dążącego do wykluczenia Boga i Kościoła rzymskokatolickiego z przestrzeni państwa, nauki, sztuki, moralności, polityki, ekonomii i oczywiście mediów. Tylko że obecnie ta ideologia stosowana jest w praktyce społecznej w znacznie trudniejszy do zdemaskowania sposób. Otóż ci, którzy prowadzą ten neomarksistowski marsz przez dzisiejszą Polskę, często publicznie deklarują, że są katolikami. To jest to novum. Komuniści zapewniali o czymś wręcz przeciwnym, czasem nie do końca szczerze, ale istota ideologii socjalistyczno-komunistycznej pozostaje niezmienna. Niektórzy urzędnicy, tak często i chętnie dziś deklarujący, że "prywatnie" są ludźmi wierzącymi, pozostają w zgodzie z komunistyczną zasadą, iż człowiek prywatnie może wierzyć w co lub kogo chce, byle tylko działając w strukturach państwa, opowiadał się za ideologią materialistyczną, ateistyczną, antykościelną, antynarodową, antynaukową, antykulturową - sumując, po prostu antyludzką i anty-Boską. Trzeba to jasno powiedzieć, że katolicy będący urzędnikami czy politykami, którzy uczestniczą w łamaniu np. prawa innych katolików do zagospodarowania wolnej przestrzeni medialnej, de facto łamią lub złamali wcześniej fundamenty swojej osobistej wiary w Boga, żyjąc także w wewnętrznej sprzeczności wobec Kościoła Chrystusowego.

O co tak naprawdę chodzi w sporze ideowym, który Ksiądz Profesor zarysował?
- Jest to spór o przestrzeń prawdy i wolności jako koniecznych warunków suwerenności narodu i państwa. Ale u podstaw tego konfliktu o chrześcijańską koncepcję człowieka w wymiarze polskim i ogólnoświatowym chodzi w gruncie rzeczy o zmaganie się ludzkości o Absolut jako Najwyższego Pana, Stwórcę i zarazem Zbawiciela wszechświata. Głębszym pytaniem ludzkiego ducha, każdego - i tego zobowiązanego wobec prawdy, czyli świadka prawdy, i tego zobowiązanego wobec wolności, tzn. świadka miłości Boga i bliźniego, i tego, co godzi zarówno w prawdę, jak też i w miłość - jest właśnie pytanie o Boga.
I zauważmy, że również w przypadku tragedii smoleńskiej fundamentalnym podłożem, głębszym niż polityczne względy, głębszym niż nawet spór o człowieka - był spór o Boga. Przecież dramat koegzystencji komunizmu i nauki katolickiej właśnie tego dotyczył. To był nerw tego sporu nie tylko w ideologii Marksa, Engelsa i Lenina. I zresztą istnieje on do dzisiaj. Właśnie w ten kontekst wpisują się te wszystkie wydarzenia, które pan wcześniej wymienił, łącznie z tą dramatyczną uroczystością ostatniej rocznicy odzyskania niepodległości przez naszą Ojczyznę, a także obecną blokadę Telewizji Trwam.

Czy widzi Ksiądz Profesor jakiś skuteczny sposób ideowego przeciwstawienia się tej presji?
- Każda ideologia, pomimo jej często na pierwszy rzut oka szalenie chaotycznego kształtu zewnętrznego, jako wyraz zaprogramowanej negacji prawdy i negacji miłości, działa w sposób nadzwyczajnie przemyślany, systemowy i niezwykle konsekwentny. Dlatego też wszelkie zmagania ideowe należy prowadzić w sposób misternie uporządkowany. Stąd wniosek, że najpierw trzeba uporządkować nasze myślenie, by było oparte na opoce prawdy. Jest z tym problem, ponieważ w świadomości niejednego współczesnego człowieka zatarło się rozumienie osoby ludzkiej z jej nietykalnością bytową, wrodzoną godnością, która wprawdzie nominalnie jest chroniona w wielu konstytucjach różnych państw świata, także w traktacie lizbońskim, ale konkretne działania - jak np. relatywizacja sakramentalnego małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety, rodziny, postawy proaborcyjne, aprobata zapłodnienia in vitro, eutanazji i różne inne formy negacji człowieka jako człowieka - świadczą o postawie antypersonalistycznej. Nie uporządkujemy ani sytuacji politycznej, ani naukowej, w mediach, w sztuce, literaturze, w szeroko pojętej kulturze, jeżeli nie uczynimy solidarnego wysiłku, aby na nowo odzyskać rozumienie człowieka jako istoty zdolnej do myślenia i wolnej, żeby w sposób realny, w praktycznym myśleniu, słowie, działaniu, komunikowaniu się, w relacjach międzyludzkich - drugi człowiek był moim bliźnim, z jego suwerennie myślącym rozumem, z jego niepowtarzalną wolnością, która jest nietykalna, która porusza się w przestrzeni prawdy i najwspanialej owocuje w przestrzeni miłości. Tak rozumiany proces odzyskiwania człowieka jest procesem porządkowania naszego myślenia; i wymiaru słowa, i wymiaru czynu ludzkiego oraz porządkowania naszej przestrzeni chrześcijańskiej wolności.

Jak praktycznie to działanie powinno się przejawiać?
- Jeżeli chcemy doskonale ukształtować tę naszą polską troskę o człowieka, to powinniśmy przede wszystkim dawać świadectwo i konsekwentnie opowiadać się za opcją prawdy, nawet jeżeli przyjdzie nam płacić za to wielką cenę, do czego zainspirowali nas w sposób święty nasi narodowi męczennicy, jak np. św. biskup Stanisław, św. ojciec Maksymilian Maria Kolbe, bł. ksiądz Jerzy Popiełuszko, bł. Papież Jan Paweł II czy patron 2012 roku, kaznodzieja sejmowy ks. Piotr Skarga SJ. Dopiero wtedy rozum jest wielki i twórczy, gdy osiąga niebiańskie wyżyny świętości w Bogu wiecznym, wówczas dopiero otrzymuje zdolność "wczucia się" (św. Edyta Stein) w istotę siebie, swojego narodu, społeczeństwa i pozostałych narodów ziemi oraz przeżywa je głęboko w sferze ducha osobowego, jeżeli opcja prawdy i opcja chrześcijańskiej miłości są dla nas absolutnie wiążące w całym racjonalnym wymiarze naszego istnienia, wypowiadania się, działania czy tworzenia np. w świecie mediów. W praktyce warto powrócić polskiemu katolicyzmowi do tych wyśmienitych okresów kultury, kiedy Kościół katolicki inicjował powstawanie szkół i uniwersytetów, organizował służbę zdrowia poprzez zakładanie szpitali i hospicjów, tworzył firmy i przedsiębiorstwa, tworzył sztukę wszelkiego rodzaju i pielęgnował muzykę, kładł podwaliny pod godne człowieka struktury wspólnego bytowania. Wielu z nas za bardzo skupia się nad dylematem: prywatyzować czy pozostawić państwowym, zamiast studiować katolicką naukę społeczną i zrzeszać się w różne stowarzyszenia i fundacje, czyli wspólnoty-podmioty podejmujące świadomie ciężar odpowiedzialności za naród, państwo i Kościół, a także za innych. Dla przykładu na tych principiach nauki Kościoła katolickiego zbudowano społeczną gospodarkę rynkową w RFN - dzisiaj jedną z najprężniejszych gospodarek świata. Ale tam właśnie nawet w wioskach z ok. 200 mieszkańcami działa wiele stowarzyszeń. A u nas? Niestety, panuje niejednokrotnie ogromna pasywność... i strach. Dobrze wykształcony rozum i wiara katolicka to istotnie "dwa skrzydła" (Jan Paweł II) naszej polskiej egzystencji i jeżeli jedno z nich albo obydwa odetniemy, to staczamy się w otchłanie paraliżu nihilistycznego, gdzie zaskakuje nas m.in. jeden z najwyższych wskaźników samobójstw pośród narodów świata. Ponownie okazuje się, iż najwspanialszym kryterium, wzorem i drogą do dojrzewania naszego człowieczeństwa na fundamencie wspomnianych ideałów jest Osoba Jezusa z Nazaretu. To jest Osoba Boska, ale pojawiająca się w historii wszechświata jako prawdziwy Człowiek, który poświęca wieczność i czas swojej bosko-człowieczej egzystencji, by w znaku Krzyża Golgoty stać się jedynie prawdziwym Mesjaszem - także tego, "co Polskę stanowi" (Jan Paweł II). Uważam, że szansą Polski w tym dojrzewaniu osobowym i narodowym, warunkującym wszelkie inne zmiany na naszej polskiej drodze ku pełni, jest właśnie wcielony Syn Boga Ojca i Niepokalanej Matki Maryi, będącej również Królową Polski. Polska nie ma większych szans i możliwości wszechstronnego rozwoju, jak te tkwiące w objawionym Bogu, którego Słowa i Dzieła stworzenia oraz zbawienia są od ponad tysiąclecia wiernie przekazywane przez Kościół święty.

Tymczasem w Polsce trwa permanentny atak na Kościół, Krzyż Jezusa, symbolikę chrześcijańską w przestrzeni publicznej. Doświadczamy stałego ograniczania naszej przestrzeni wolności myśli i wiary.
- I na tym polega nasz obecny dramat Polski, zresztą nie tylko Polski, bo dotykający Europy i Stanów Zjednoczonych, nie mówiąc już o Afryce i Azji czy innych częściach globu. Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z ograniczaniem prawdy, nie mówiąc już o jej formach świadomej negacji, czy też z ograniczaniem wolności i miłości, mamy do czynienia z ideologią, która godzi w prawdę i w miłość, a więc w rozum i wolną wolę. Przeciwstawić się temu może tylko suwerenny człowiek Boga i Kościoła świętego, gdyż kwestia prawdy czy wolności nie rozstrzyga się ostatecznie w państwie czy ponadpaństwowych strukturach, lecz w sercu każdej osoby. W niej samej decyduje się dzisiaj ostatecznie sprawa kierunku istnienia, bytowania, obszaru tworzenia całej kultury narodowej i ogólnoludzkiej.
Ponieważ w okresie totalitarnej PRL istotowo uniemożliwiono nam kształtowanie bytowości obywatelskiej, stąd też musimy sobie teraz niejako na nowo uświadomić, że każdy Polak jest konstytutywnym filarem stabilności państwa. Jako Naród i społeczeństwo powinniśmy bardzo mądrze zainwestować w udoskonalanie świadomości obywatelskiej Polaków i tworzyć prawdziwą wspólnotę myśli i słowa oraz jedności w różnorodności. Wielkość wspólnoty osób jest rezultatem społecznego wysiłku w budowaniu jedności, ale z przekonania respektując i rozwijając daną przecież przez samego Boga Stwórcę różnorodność osób, które z natury nie są sprzeczne ze sobą, jak postuluje komunizm. Ludzie nie są też skazani na "wieczną" samotność jednostek, jak chce tego liberalizm, lecz jesteśmy jako ludzie powołani do bycia jednostką, ale zarazem do życia we wspólnocie ze wszystkimi drugimi jako siostrami i braćmi. Powinniśmy zatem popierać opcję polityki polskiej i europejskiej, zobowiązanej wobec wartości i ideałów chrześcijańskich, poszukującej harmonii pomiędzy jednostką a społecznością, państwem a Kościołem, respektującej przebogate dziedzictwo kultury, względnie tradycji katolickiej oraz nigdy nieidącej na konfrontację z drugim człowiekiem, inną społecznością czy z Kościołem jako przecież "Ciałem Mistycznym Chrystusa" (Papież Pius XII).

Jak Ksiądz Profesor rozumie tę postulowaną harmonię pomiędzy państwem a Kościołem? Już słyszę zarzuty o próbę wskrzeszenia państwa wyznaniowego.
- Stolica Apostolska, a szczególnie fascynująco życiodajna dla narodów świata nauka społeczna ostatnich Papieży, wskazuje na potrzebę uszanowania dobrze rozumianej autonomii państwa i Kościoła, wynikającej z różnych celowości tych dwóch koniecznych instytucji w życiu człowieka w czasie i przestrzeni kosmicznej. Głównym celem Kościoła jest prowadzenie ludzi do zbawienia w transcendentnym Królestwie Niebieskim, zaś jego podrzędnym celem jest troska o bazę gospodarczą, finanse, kulturę, co stanowi z kolei centralny cel dobrze zorganizowanego państwa w sensie dobra wspólnego, zainteresowanego oczywiście i wspierającego działalność zbawczą Kościoła. Cyceron jako jeden z największych Rzymian rozumiał Boga i Jego dobro jako coś konstytutywnego w pojęciu bonum commune, co więcej - jako szczyt i koronę dobra w ogóle, tzn. jako najwyższe dobro, do którego także państwo powinno dążyć. Natomiast na płaszczyźnie prawno-moralnej zarówno Kościół, jak i państwo bazują na tych samych fundamentach - na Dekalogu, całościowo oraz klasycznie rozumianym prawie naturalnym jako powszechnym, obiektywnym i każdego absolutnie wiążącym.
Z uwagi na to, iż PRL jest ciągle jeszcze potężnie negatywną spuścizną w najnowszych dziejach Polski, koegzystencja Kościoła i państwa raz po raz natrafia na zasadnicze problemy. Niestety, jakoś nie możemy się z tego negatywnego, komunistycznego, antyludzkiego, antykościelnego i anty-Boskiego dziedzictwa definitywnie wyzwolić, co widać choćby na przykładzie odmownej decyzji KRRiT w sprawie Telewizji Trwam.

Dziękuję za rozmowę.

Nieodpowiedzialni nie mają głosu

Dwadzieścia pięć spośród dwudziestu siedmiu krajów Unii Europejskiej uzgodniło treść "Traktatu o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Monetarnej". Negocjacje dotyczące tego aktu budziły w Polsce sporo emocji, które w dużej mierze wywołała postawa premiera Donalda Tuska, który najpierw szybko zadeklarował całkowite poparcie dla idei traktatu, by jednak w następnych tygodniach zająć stanowisko mniej oportunistyczne. Premier deklarował chęć dołączenia do - proponowanej już w zeszłym roku przez Silvio Berlusconiego - grupy sześciu największych krajów kierujących Unią. Deklaracja ta była dla wielu obserwatorów i w Warszawie, i w Berlinie sporym zaskoczeniem, ponieważ w zeszłym roku premier ideę kierującej szóstki odrzucił.
Negocjacje traktatowe toczyły się niejako w przestrzeni politycznej wyznaczanej przez cztery bieguny. Po pierwsze, chodziło o Europę Odpowiedzialności, którą budują Niemcy, jako nowy samodzielny i niekwestionowany lider Unii Europejskiej. Idei wzmocnienia odpowiedzialności polityki fiskalnej krajów członkowskich strefy euro służy właśnie uzgodniony traktat. Traktat jest wyrazem dominacji na poziomie Unii Europejskiej niemieckiej kultury politycznej, która kładzie bardzo silny nacisk na twarde reguły, których przestrzeganie jest źródłem stabilności. Jest to zatem duży sukces Niemiec, które przekonały 24 inne kraje do swojej filozofii gospodarczej.
Po drugie, chodziło o Skuteczną Eurogrupę, którą to koncepcję forsowali Francuzi, zazwyczaj bardzo zwracający uwagę na kwestie swobody i sprawności zarządzania/rządzenia. We francuskiej kulturze politycznej, w przeciwieństwie do niemieckiej, nacisk kładziony jest na swobodę działania polityków, którzy nieskrępowani nadmierną ilością ograniczeń, według swojego uznania powinni stosować dostępne środki, aby jak najszybciej zrealizować cel. Stąd Nicolas Sarkozy dążył do jak najdalej idącego wyłączenia eurogrupy spod wpływu krajów do niej nienależących, aby umożliwić jej członkom maksymalnie skupienie się na określonych w tytule traktatu zadaniach - stabilności, koordynacji i zarządzaniu. Propozycja francuska była jak najbardziej racjonalna, ponieważ problemy strefy euro wynikają częściowo z niedokończenia jej porządku instytucjonalnego.
Po trzecie, do traktatu nie przyłączyły się dwa kraje - Wielka Brytania i Czechy. To państwa, które są dziś prawdopodobnie najbardziej liberalne w Unii Europejskiej, a jednocześnie najbardziej wrażliwe na kwestie suwerenności narodowej. Jest to ciekawy powrót do tradycji sprzed drugiej wojny światowej, kiedy to również elity brytyjskie i czechosłowackie były najbardziej liberalne w Europie. Ta liberalno-suwerenna polityka opiera się na wizji Europy Swobód i Konkurencji, czyli idei konfederacji państw narodowych, w której maksymalizowane są tzw. cztery swobody europejskie - czyli przepływ ludzi, towarów, usług i pieniędzy - natomiast struktury quasi-federalne zredukowane są do minimum.
Czwartym wreszcie biegunem wyznaczającym negocjacje była Europa Solidarności, czyli stanowisko, które forsował Donald Tusk. Chodziło o uniknięcie sytuacji, w której w Europie powstają dwie prędkości integracji lub dzieli się ona na "twarde" jądro i "miękkie" peryferia. Pożądana według polskiego stanowiska jest sytuacja, w której wszystkie państwa Unii Europejskiej współdecydują o kwestiach dotyczących strefy euro. Idea Solidarnej Europy to idea głoszona przez Lecha Kaczyńskiego, stąd momentami można było odnieść wrażenie, że Donald Tusk wszedł w retorykę z czasów rządów PiS.
Podobnie, jednak tylko pozornie, stanowczy był premier Tusk w forsowaniu swojego stanowiska zdawałoby się nawiązującego do idei solidarności europejskiej głoszonej przez zmarłego prezydenta Polski. Premier swoją pozycję negocjacyjną de facto podkopał sam sobie już na samym początku, entuzjastycznie popierając ideę dyscyplinującego traktatu w imię pełnej współpracy z Berlinem. Z drugiej strony, idea solidarności była w dużej mierze zasłoną dla stanowiska, które obrazowo przedstawił w swoim słynnym przemówieniu Radosław Sikorski - a mianowicie, że chodzi nam o to, by siedzieć przy stole, a nie być w karcie dań. W gruncie rzeczy chodziło nam zatem o realizację polsko-włoskiej idei Wielkiej Szóstki, którą premier - jak możemy się domyślać - omawiał przed ostatecznymi negocjacjami z Mario Montim w Rzymie. W samej idei nie ma chyba nic złego. Problem raczej w tym, co w praktyce umiał z nią zrobić Donald Tusk.
Interakcja sił poszczególnych biegunów - Odpowiedzialności, Skuteczności, Konkurencji i Solidarności - ukształtowała dynamikę procesu negocjacji "Traktatu o stabilności, koordynacji i zarządzaniu".
Niemcy przez cały poprzedni rok nosili na sobie brzemię dramatycznych nacisków większości krajów strefy euro oraz Stanów Zjednoczonych, które apelowały o zgodę na tzw. łagodzenie ilościowe, czyli kontrolowany dodruk pieniądza przez Europejski Bank Centralny i wykup obligacji znajdujących się w kryzysie krajów południowej Europy. W dużej mierze był to spór dwóch filozofii gospodarczych - jednej mówiącej, że bank centralny może w momencie kryzysowym wspomagać finansowo państwa (co jest w gruncie rzeczy szczególną formą darmowego lunchu) oraz drugiej, która mówi o tym, że w momencie kryzysowym kraje muszą po prostu zaciskać pasa. Wytrzymując to potężne ciśnienie, Niemcy skutecznie wyegzekwowali na reszcie krajów europejskich przestrzeganie reguł zawartych w traktatach europejskich, co w praktyce oznacza jednak, że dziś pod potężnym naciskiem swoich elektoratów znajdą się premierzy krajów południowych.
Francuzi przez cały poprzedni rok walczyli z kolei o dotrzymanie kroku Niemcom w ramach tandemu dwóch krajów nadających ton działaniom Unii Europejskiej. Sukces w tej walce zdefiniowany był jako utrzymanie przez Francję najwyższego ratingu wiarygodności fiskalnej (AAA). Ocena pozycji fiskalnej Francji miała nie tylko wpływ na sytuację kraju (koszt zadłużenia) borykającego się ze sporym deficytem budżetowym, ale także na zdolność finansową Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego, która opierała się na połączonej sile sześciu krajów o najwyższej ocenie wiarygodności. W tle spraw gospodarczych oczywiście rozgrywa się walka Nicolasa Sarkozy´ego o ponowne zajęcie stanowiska prezydenta Francji po tegorocznych wyborach. Niestety, tuż po Nowym Roku coraz bardziej słabnący Francuzi stracili najwyższy rating i przestali dotrzymywać kroku Niemcom, co oznacza, że Unia Europejska ma dziś tylko jednego wyraźnego lidera.
Z kolei Wielka Brytania swój najważniejszy bój stoczyła na poprzednim szczycie Rady Europejskiej 9 grudnia, kiedy to walczyła zacięcie z Francją o wejście do paktu fiskalnego. Anglicy, którzy mają gigantyczne globalne centrum finansowe w Londynie, własną monetę i własną filozofię integracji europejskiej, nie chcieli zgodzić się na objęcie ich traktatem, w którym upatrywali tradycyjnego kontynentalnego zagrożenia dla swojej suwerenności gospodarczej. Zmusili więc w ten sposób pozostałe kraje do przyjęcia traktatu nie w ramach standardowej unijnej procedury przewidzianej dla Rady Europejskiej, ale w ramach mechanizmu wzmocnionej współpracy, czyli przez międzyrządowy traktat, o tyle szczególny, że zawierający odniesienia do poszczególnych organów Unii Europejskiej. W ostatecznym rozrachunku, w tej niechęci do narażania na szwank swojej suwerenności do Davida Camerona dołączył prezydent Vaclav Klaus.
Polska wreszcie, starając się dołączyć do Wielkiej Szóstki w UE czy też dbając o pozycję Europy Środkowej (w zależności od tego, jak rozumiemy nasze stanowisko), starała się o dość szczególne uprzywilejowanie w procedurach przewidzianych przez traktat. Chcieliśmy mianowicie mieć prawo głosu w sprawach eurogrupy, jednocześnie nie biorąc na siebie ciężarów i kosztów, które muszą ponosić kraje w niej będące. To musiało sprowokować złość ze strony Francji, która wyraźnie naciskała na maksymalne domknięcie grona decyzyjnego, rozumiejąc, że dziś w tzw. jądrze Europy jest głównie dług, marazm i kryzys, a dynamika ostała się gdzieś na północnych peryferiach i w obrębie tzw. Deutschland AG, czyli w gospodarce Niemiec i ich kooperantów (takich jak Polska).
Można wyobrazić sobie sytuację, w której rząd Donalda Tuska nakłada na siebie zobowiązania, za co dołącza do ekskluzywnego klubu decydentów w UE. Jednak z punktu widzenia politycznej przyszłości premiera Tuska, przyjęcie na siebie zobowiązania likwidacji deficytu finansów publicznych w Polsce byłoby jednak zabójcze. Premier jest zbyt tchórzliwym politykiem, by grać w tak wymagającą grę. Przyjmując na siebie takie zobowiązanie, podpiłowałby fundamenty władzy tego konglomeratu interesów, jakim jest dziś PO, a sam mógłby po prostu nie dotrwać na stanowisku do końca obecnej kadencji, zniesiony falą społecznego niezadowolenia. Wystarczy przecież zauważyć, jaką słabość prezentuje on dziś w obliczu niepokojów związanych z relatywnie mało dolegliwą sprawą podniesienia wieku emerytalnego.
W efekcie Polska będzie "uczestniczyła w dyskusjach szczytów euro, dotyczących konkurencyjności, modyfikacji całościowej architektury strefy oraz fundamentalnych zasad obowiązujących w nim w przyszłości", co najprawdopodobniej oznacza, że będziemy słuchać cudzych dyskusji o przyszłości. Dla premiera Tuska bowiem dużo łatwiej, niż wziąć na siebie zobowiązania dające wpływ, jest mizdrzyć się przed przewodniczącym Parlamentu Europejskiego panem Schulzem i zapowiadać, że już za trzy lata będziemy gotowi i chętni do wejścia do strefy euro. Takie słowa nic nie kosztują, ale i nic nie dają. Bo nie tylko wątpliwe jest, byśmy byli do tego zdolni, ale także zrozumienie korzyści i kosztów dla Polski wiążących się z obecnością w strefie euro jest dziś wśród warszawskiego establishmentu finansowego dużo większe i dużo bardziej realistyczne niż jeszcze kilka lat temu. Moim zdaniem, ani bank narodowy, ani najważniejsze narodowe instytucje finansowe, ani tym bardziej polscy obywatele nie mają dziś najmniejszej ochoty dołączać do elitarnego klubu najbardziej zadłużonych krajów świata.

Jan Filip Staniłko

Autor jest członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego oraz redaktorem dwumiesięcznika "Arcana".

Niepoprawny politycznie prorok

Z o. Aleksandrem Jacyniakiem SJ, kustoszem sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Warszawie, dyrektorem Centrum Duchowości Świeckich, rozmawia Małgorzata Bochenek

Rok ks. Piotra Skargi ogłoszony z okazji 400. rocznicy jego śmierci to przypominanie nauki, ale też pokazanie aktualności myśli kaznodziei królewskiego, pisarza, inicjatora wielu dzieł charytatywnych. W niedzielę w trzech polskich miastach rok zostanie zainaugurowany w sposób uroczysty...
- W Krakowie, w kościele św. Apostołów Piotra i Pawła, w którego podziemiach spoczywają doczesne jego szczątki, sprawowana będzie uroczysta Msza św. o godz. 13.00. W Toruniu zaplanowano Eucharystię o godz. 17.00 w kościele akademickim Ducha Świętego prowadzonym przez Księży Jezuitów. Natomiast ten szczególny rok w Warszawie zostanie zainaugurowany podczas Mszy św. o godz. 17.30 w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, a uroczystościom będzie przewodniczył ks. abp Celestino Migliore, nuncjusz apostolski w Polsce.

Co ciekawe, stołeczną świątynię, która pełni rolę sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, wybudowano z inicjatywy właśnie ks. Piotra Skargi...
- Burzliwe są dzieje tego kościoła. Doszczętnie spalony w czasie Powstania Warszawskiego został odbudowany w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Sanktuarium dwukrotnie nawiedził Ojciec Święty Jan Paweł II: 2 czerwca 1979 r. oraz 16 czerwca 1983 roku. Warto podkreślić, że cieszący się wielowiekowym kultem, królujący w tej świątyni obraz Matki Bożej Łaskawej koronował 7 października 1973 r. Prymas Tysiąclecia Sługa Boży ks. kard. Stefan Wyszyński, ogłaszając Najświętszą Maryję Pannę Łaskawą główną Patronką Warszawy.

Sługa Boży ks. Piotr Skarga SJ w trosce o dobro Ojczyzny wskazywał na wady narodowe. Które z przywar Polaków piętnował najbardziej?
- Biorąc pod uwagę kwestie związane z życiem społeczno-politycznym, piętnował przerost wolności, który przeobrażał się w daleko posuniętą swawolę, której sprzyjało obecne w Sejmie liberum veto. Jeden tylko głos wystarczył, aby zerwać obrady Sejmu, co skutkowało wielką trudnością w uchwaleniu czegokolwiek istotnego dla naszej Ojczyzny. Ksiądz Piotr Skarga takie działania jasno nazywał swawolą, która była zaprzeczeniem autentycznej wolności. Piętnował brak miłości i ofiarności wobec Ojczyzny, egoizm indywidualny i grupowy. Upominał się o demokrację opartą na wartościach chrześcijańskich, występował przeciwko ustanawianiu niesprawiedliwych praw. W rzeczywistości społeczno-rodzinnej piętnował pijaństwo, rozpustę, przekorę, powszechność grzechów publicznych i ich bezkarność. I dziś te wszystkie przywary, wady są obecne w życiu Polaków, stanowią bardzo poważny problem. Wydaje się, że bezkarność grzechów popełnianych publicznie jest dzisiaj jeszcze bardziej rażąca.
Zawsze podkreślał, że rządzący realizują powołanie, z którego kiedyś przed Bogiem będą musieli zdać sprawozdanie. Dlatego wskazywał im m.in. na konieczność stałej modlitwy o Bożą mądrość, o to, aby w postępowaniu kierowali się Bożą mądrością, a nie kalkulacjami ludzkimi. Wskazywał na obowiązek wielkoduszności i bezinteresowności rządzących w służbie państwu, o które winni dbać jak o własny dom. Oczywiście tego typu przesłanie było absolutnie niepoprawne politycznie i niemodne w tych czasach, w których żył Piotr Skarga, pozostaje ono takie do dziś.

Taka postawa świadczy chyba o jego wielkiej bezkompromisowości?
- Ksiądz Piotr Skarga był bezkompromisowy, co więcej, jego nauczanie miało charakter prorocki. Piętnował wady narodowe, wzywając do ich odrzucenia z uwagi na dobro Ojczyzny. Troszcząc się o jej przyszłość, apelował o zmianę życia, tym samym przestrzegał przed upadkiem Narodu. W tamtych czasach wydawało się to wręcz głosem szaleńczym, gdyż panowało wielkie przekonanie o potędze Rzeczpospolitej Obojga Narodów (Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego). Prorocki głos ks. Piotra Skargi został dowartościowany dopiero po upadku Rzeczypospolitej i doceniony w dramatycznej rzeczywistości rozbiorów.

Bardzo znane jest powiedzenie ks. Piotra Skargi, w którym w sposób obrazowy mówi o chrześcijańskich korzeniach naszego Narodu...
- "Ten stary dąb (czyli Polska) tak urósł, a wiatr jego żaden nie obalił, bo jego korzeń jest Chrystus". Piotr Skarga nie wyobrażał sobie, aby Ojczyzna mogła trwać bez odniesienia do chrześcijańskich wartości. Do słów ks. Piotra Skargi po wiekach nawiązał Sługa Boży ks. kard. Stefan Wyszyński, który na Jasnej Górze w roku 1957 powiedział: "Albo Polska będzie katolicka, albo nie będzie jej wcale". Piotr Skarga apelował do rządzących, do przedstawicieli wszystkich stanów o trwanie przy wierze katolickiej. To wezwanie pozostaje bardzo aktualne. Widzimy narastającą dyskryminację chrześcijan w świecie, modę na antykatolicyzm w Europie, a także w Polsce.

Skoro polski Sejm ustanowił Rok ks. Piotra Skargi, czy nie powinien uznać głoszonych przez tego wielkiego kaznodzieję królewskiego nauk jako wytycznych dla obecnie rządzących?
- Oby tak się stało. Choć wydaje się, że niektórzy polscy parlamentarzyści tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy, że promują postać niepoprawną politycznie, która staje się dzisiaj dla wielu jak wyrzut sumienia.
Ksiądz Piotr Skarga wskazywał na troskę o jedność i spójność państwa oraz silną władzę centralną. Kładł również ogromny nacisk na formację. Był zatroskany o jakość języka polskiego. Poprzez słowo mówione i pisane zachęcał do podnoszenia poziomu intelektualnego. Był człowiekiem zatroskanym o szkolnictwo, uczestniczył m.in. w przeobrażaniu szkoły prowadzonej przez jezuitów w Wilnie w Akademię Wileńską, która stała się drugim, po Uniwersytecie Krakowskim, ośrodkiem szkolnictwa wyższego dla Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wśród wielu bractw, jakie założył, było Bractwo św. Łazarza zajmujące się żebrakami, ubogimi, umierającymi. Powołało ono do życia w roku 1592 pierwszy szpital w Warszawie. Dzisiaj, co pokazują statystyki, zauważalny procent społeczeństwa polskiego żyje w nędzy. Dlatego też zatroskanie o ubogich nadal jest bardzo istotnym elementem programu, który już przed wiekami wskazywał ks. Piotr Skarga.

Dziękuję za rozmowę.

Grochowski w pokoju przesłuchań

Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej szykuje wnioski o przesłuchanie członków komisji Jerzego Millera - dowiedział się "Nasz Dziennik" ze źródeł zbliżonych do moskiewskiej prokuratury. Na pierwszy ogień poszedł płk Mirosław Grochowski

Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie potwierdza, że wniosek o pomoc prawną w postaci przesłuchania szefa Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów wpłynął. Czy rosyjskich śledczych interesuje przebieg czynności z udziałem płk. Grochowskiego podejmowanych w Smoleńsku i Moskwie po 10 kwietnia 2010 roku?
Grochowski był zastępcą Jerzego Millera w komisji ustalającej przyczyny katastrofy smoleńskiej. Jest jedną z kluczowych postaci polskiego badania tragedii z 10 kwietnia 2010 roku, jednym z głównych autorów raportu oraz protokołu komisji Millera i osobą współodpowiedzialną za wszystkie jego niedostatki, w tym błędne przypisanie niektórych głosów w kabinie gen. Andrzejowi Błasikowi.
Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej, który prowadzi swoje śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, zwrócił uwagę na pułkownika na początku ubiegłego roku. Kilka dni po konferencji, na której zaprezentowano raport MAK, odbyła się także konferencja kilku członków komisji Millera, podczas której krytykują rosyjskie ustalenia i zwracają uwagę na błędy kierujących lotami rosyjskich oficerów. Ujawniają też fragmenty ich rozmów, co zmusiło MAK do bezprecedensowego kroku, jakim było ujawnienie całości zapisów z wieży Siewiernego. - Wieża w Smoleńsku popełniła wiele błędów, nie dając wystarczająco dużo wsparcia do lądowania Tu-154M w ekstremalnie trudnych warunkach atmosferycznych i pozostawiając polską załogę samej sobie. Trudno zrozumieć, dlaczego nie ma mowy o tym w raporcie MAK - mówił wtedy Grochowski. Wkrótce sporządzono wniosek o jego przesłuchanie. Był to wniosek o numerze 11 spośród wszystkich 17. Jak informuje rzecznik prokuratury wojskowej płk Zbigniew Rzepa, wniosek, który wpłynął do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, został zrealizowany. Prokuratura nie chce ujawnić, czego dotyczyło przesłuchanie.
Pomoc prawną między Polską i Rosją reguluje Europejska Konwencja o pomocy prawnej w sprawach karnych z 1959 roku. Polska przystąpiła do niej w 1996 roku, a Rosja w 2000. Na jej podstawie polskie i rosyjskie organy prawne kierują wszystkie wnioski o pomoc prawną, w tym o przeprowadzenie przesłuchania osoby na terytorium drugiego państwa. - Olbrzymia większość wniosków dotyczy przesłuchania w charakterze świadka, ale obce państwo może zwrócić się także o przesłuchanie w charakterze podejrzanego. Musi to być uwidocznione we wniosku. Przesłuchiwany jest wówczas informowany, że ma status podejrzanego czy nawet oskarżonego, i wtedy korzysta on ze wszystkich uprawnień przewidzianych w naszym kodeksie postępowania karnego, w tym odmowy składania wyjaśnień - tłumaczy Józef Gemra, dyrektor Departamentu Współpracy Międzynarodowej Prokuratury Generalnej. Prowadzący sprawę polski prokurator lub sąd może odrzucić prośbę z zagranicy, jeżeli uzna, że sprawa jest polityczna lub "wykonanie wniosku mogłoby naruszyć suwerenność, bezpieczeństwo, porządek publiczny lub inne podstawowe interesy państwa".
Tym razem Rosjanie nie postawili Grochowskiemu żadnych zarzutów, choć mogą to jeszcze zrobić. Doniesienia o braku głosu gen. Błasika w zapisach rejestratorów mogły zainteresować także Komitet Śledczy FR. Rosyjskie dochodzenie zapewne różni się bardzo od polskiego, ale w tak poważnej sprawie śledczy nie będą mogli pozwolić sobie na skopiowanie wszystkich tez raportu MAK i potraktowanie go jako podstawowego lub jedynego źródła informacji fachowej o przyczynach katastrofy, jak to zwykle robią. Oficerowie Komitetu mają tym razem własnych biegłych. Jednak transkrypcja sporządzona przez MAK jest dokumentem państwowym i wprowadzenie do niej fałszywych zapisów jest przestępstwem.
I choć informacja o polskim generale w kokpicie była Rosji na rękę w wymiarze propagandowym, to wcale nie przeszkadza, żeby teraz oskarżyć o jej spreparowanie polskiego specjalistę, od którego pochodziła. Artykuł 292 rosyjskiego kodeksu karnego przewiduje za poświadczenie nieprawdy karę do 3 lat więzienia. W grę wchodzi też art. 307 mówiący o karach dla biegłych, ekspertów i specjalistów - grozi za to nawet 5 lat więzienia.
Co łączy Mirosława Grochowskiego ze sprawą stwierdzenia głosu gen. Andrzeja Błasika w nagraniach z kabiny rozbitego tupolewa? Informatorzy "Naszego Dziennika" wskazują na autora błędnej identyfikacji jako wojskowego, spośród tych, którzy jako pierwsi udali się do Moskwy. Grochowskiego wśród nich nie było, ale miał na pewno kontakt ze wszystkimi wojskowymi specjalistami zaangażowanymi w sprawę oraz - co najważniejsze - dobrze znał dowódcę Sił Powietrznych: razem studiowali w Dęblinie, potem służyli w tych samych jednostkach, a Inspektorat MON ds. Bezpieczeństwa Lotów mieści się w Poznaniu, tam gdzie sztab brygady lotniczej dowodzonej do 2007 roku przez Andrzeja Błasika. Możliwe, że za wskazanie generała odpowiada właśnie Grochowski albo jego najbliższy współpracownik Robert Benedict - obaj dużo czasu spędzili w MAK jako współpracownicy akredytowanego. Potem przez Grochowskiego przechodziły wszystkie dokumenty komisji Millera, która też "wykryła" głos Błasika.
Grochowski od 2007 roku kieruje Inspektoratem, a pracuje w nim od 2004 roku. Gdyby w badaniu katastrofy smoleńskiej zastosowano przepisy dotyczące lotnictwa państwowego, co było zupełnie naturalne, to właśnie Grochowski grałby zasadniczą rolę i to on stałby się głównym partnerem strony rosyjskiej. Tak też było przez pierwsze dni po 10 kwietnia 2010 roku. Pułkownik z grupą współpracowników pojawił się w Smoleńsku 11 kwietnia. Ale zastał tam już Edmunda Klicha i ludzi z jego komisji - cywilnej. Co więcej, przyszły akredytowany zaczął już różne uzgodnienia z Rosjanami, którymi byli także cywile Tatiana Anodina i Aleksiej Morozow z MAK.
Jednak gdy następnego dnia odbyła się oficjalna narada, zgodnie z przepisami kierowniczą rolę pełnili wojskowi. Przecież i samolot, i lotnisko, i załoga, i lot były wojskowe, czyli w terminologii międzynarodowego prawa lotniczego należące do tzw. lotnictwa państwowego. Rosję reprezentował gen. Siergiej Bajnietow, naczelnik służby bezpieczeństwa lotów Lotnictwa Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej, zaś Polskę właśnie Grochowski. Morozow został przedstawiony jako zastępca Bajnietowa. - Jeszcze jeden zastępca był w Moskwie, przy rejestratorach. Na tym spotkaniu zaczęliśmy rozmawiać, na jakich zasadach pracujemy. Zaproponowałem, że co najmniej sześciu członków mojej grupy powinno się znaleźć w składzie komisji Federacji Rosyjskiej, której przewodniczącym (tak się przedstawiał) był generał. Podałem nazwiska. Zaproponowałem, że będę zastępcą generała, moim z kolei zastępcą miał być pan Edmund Klich. W skład komisji miało wejść po dwóch polskich ekspertów do podkomisji lotniczej i technicznej - wspominał pułkownik w rozmowie z "Naszym Dziennikiem".
Klich przez cały czas starał się przekonywać wszystkich, że najlepszą podstawą do badania katastrofy jest załącznik 13 do konwencji chicagowskiej. Konwencja nie dotyczy lotnictwa państwowego, ale załącznik opisuje w dość elastyczny sposób zasady badania zdarzeń lotniczych. Dlaczego jednak używać cywilnej metodologii, skoro istnieje właściwa, wojskowa? Edmund Klich przyznawał się, że pierwszy zasugerował to Morozow. - On zaproponował załącznik 13 do konwencji, bo myślę, że i według jego wiedzy, i ówczesnej mojej wiedzy to jest jedyny dokument, który podpisała i strona polska, i Federacja Rosyjska - mówił Klich przed sejmową Komisją Infrastruktury. Ale poza tym jest jeszcze jeden powód. Konsekwencją przyjęcia załącznika 13 była też zmiana organizacyjna. Wprawdzie Klich chwali się, jak to zaczął uczyć Grochowskiego i jego wojskowych kolegów załącznika 13, ale było jasne, że zgodnie z postanowieniami tego dokumentu główną rolę muszą grać organy cywilne. Ze strony rosyjskiej oznacza to przejęcie badania przez MAK, a z polskiej scedowanie kierowniczej funkcji z płk. Grochowskiego na rzecz Klicha. Być może już wtedy myślał on o karierze publicznej, w czym miałoby pomóc "prestiżowe" dochodzenie w sprawie smoleńskiej tragedii.
Wiadomo powszechnie, że obaj pułkownicy się nie lubią. Edmund Klich, jeszcze w służbie czynnej, kierował Inspektoratem w latach 2000-2003. Klich uważa Grochowskiego za człowieka słabego, niezdecydowanego. Sugeruje, że boi się zajmować osobiście najpoważniejszymi sprawami, jak na przykład katastrofa CASY z 2008 roku. W każdym razie w Smoleńsku ustąpił pierwszego miejsca Klichowi. Chyba także pod wpływem sugestii Klicha Grochowski w rozmowach z Bajnietowem zaczyna stosować zasady konwencji chicagowskiej. Jak twierdzi, to dlatego domagał się tylko sześciu osób do wspólnej komisji. Wkrótce jednak okazało się, że żadnej wspólnej komisji nie będzie, a 23 kwietnia już publicznie ogłoszono, że katastrofę będzie badać MAK, zaś Klich zostanie akredytowanym. Prawdopodobnie także Anodinie i Morozowowi zależało na przejęciu tej sprawy i doszło do umowy między Morozowem i Klichem o wzajemnym poparciu. - Morozow dał mi do zrozumienia, że zostanę wyznaczony na akredytowanego - wyznawał.
Grochowski pozostaje jednak w Rosji jako jeden ze współpracowników akredytowanego. Wchodzi też do komisji Millera jako zastępca przewodniczącego. W tej komisji jego rola jest kluczowa. Minister nie miał nic wspólnego z lotnictwem i jego zadaniem była raczej administracyjno-polityczna osłona prac organu, z czego zresztą niezbyt dobrze się wywiązał. Chociaż starał się uczestniczyć w posiedzeniach, to jest jasne, że to doświadczony pilot i badacz katastrof na stanowisku zastępcy jest właściwym koordynatorem prac zespołu. Kiedy Edmund Klich kilkakrotnie narzekał na komisję Millera, raz zarzucając jej złą z nim współpracę, a innym razem niekonsekwencję i błędy w raporcie, to zapewne jest to echo jego konfliktu z Grochowskim. Pułkownik nie tylko moderował prace KBWLLP, ale jego instytucja jest obecnie depozytariuszem całej dokumentacji wytworzonej podczas piętnastu miesięcy pracy.

Piotr Falkowski

Miejcie odwagę się przyznać

Z Ewą Błasik, żoną generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, który zginął na Siewiernym, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Żaden z członków komisji Jerzego Millera, którzy mieli rozpoznać głos Pani męża, dziś nie chce się do tego przyznać. Nie dziwi to Pani?
- Byłam z dziećmi przed konferencją prokuratury, na której podano wyniki ekspertyzy IES, w prokuraturze. Czytałam stenogramy, odsłuchiwałam zapisy głosów z kokpitu i nie rozpoznałam na tych taśmach głosu mojego męża. A przecież w raportach przypisywano mu najpierw czytanie "mechanizacji skrzydła", później podawanie wysokości. Jest mi ogromnie przykro, że pułkownicy z komisji Millera tak szybko i bezpodstawnie, zdając się jedynie - jak mówią - na kontekst sytuacyjny, przypisywali słowa wypowiadane przez załogę mojemu mężowi. Chciałabym, żeby opinia publiczna dowiedziała się, jacy to przyjaciele mojego męża od razu rozpoznali w Moskwie jego głos, by padły ich nazwiska. Nieodpowiedzialne przypisanie do kokpitu mojego męża wywołało lawinę bezpodstawnych, okrutnych oskarżeń w stosunku do jego osoby.

Informacje, że Pani mąż był do końca w kokpicie, przez prawie dwa lata powtarzało bezrefleksyjnie wielu dziennikarzy. Dziś zachowują się tak, jakby nic się nie stało.
- Świat dziennikarzy to ludzie, jak się okazuje, w większości bez kręgosłupa i honoru, żądni jedynie taniej sensacji i bezrefleksyjnego, brutalnego niszczenia ludzi. Nawet po śmierci. Nie znałam tego środowiska. Jestem zszokowana ich sposobem postępowania, upolitycznienia i manipulowania opinią publiczną. Dla mnie są to nieuczciwi, bezmyślni ludzie, przez których tak wiele razem z dziećmi wycierpiałam. Przez długie miesiące głosili tezy, które nie miały i nie mają pokrycia w dowodach. Niestety, przez ich bezpodstawne insynuacje i fantazje Polska jest taka, a nie inna. Daleko nam do standardów demokracji europejskiej, skoro większość mediów, które mamy w kraju, po prostu zwyczajnie kłamie i kreuje fałszywy obraz rzeczywistości. Widzę to na podstawie kłamstw rzucanych na Andrzeja i pilotów Tu-154M, których za wszelką cenę chce się bez dowodów obwinić i skompromitować. Tak pasuje rządzącym i przede wszystkim Rosjanom. Są to działania niesłużące Polsce i naszej dumie narodowej. Mój mąż i piloci wiernie służyli naszej Ojczyźnie i nie zasłużyli na takie krzywdzące traktowanie ich po śmierci.

Po upublicznieniu ekspertyzy IES część dziennikarzy zafundowała nam opowieść, że nie ma dowodów na to, iż Pani męża nie było w kokpicie, a jego ciało znaleziono właśnie w tym miejscu.
- Tonący brzytwy się chwyta. Mój mąż i prawdziwe, uczciwe lotnictwo nigdy nie miało zaufania do ekspertów z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Uważali, że nie wyjaśniła ona faktycznych przyczyn katastrofy CASY, więc jak mamy dziś wierzyć w to, że rzetelnie miałaby wyjaśnić przyczyny katastrofy na terenie obcego mocarstwa. To nie są wcale wybitni eksperci. Przykład z rozpoznawaniem głosu mojego męża świadczy jedynie o tym, jak bardzo ich praca była nieprofesjonalna. Wystarczyło, by na podstawie tego, co jeden drugiemu powiedział, i z kontekstu sytuacyjnego wywnioskowali, że do tej ich układanki pasuje im - mój mąż. I tak oto bezrefleksyjnie rzucono go na pożarcie Rosjanom i mediom. Przecież tak działając, można do kokpitu przypisać każdą osobę, która była w tym samolocie. Równie dobrze mógł być tam ktoś na przykład z organizatorów tego lotu. Na pokładzie Tu-154M był również szef Sztabu Generalnego, któremu mój mąż bezpośrednio podlegał. Generał Gągor był zawsze blisko pana prezydenta, więc skąd wiemy, czy na przykład on nie mógł na chwilę pojawić się w kokpicie, przecież wszystkich tych generałów znaleziono w jednym miejscu. Dlaczego wszędzie miał być mój mąż, on był tam tylko jednym z wielu pasażerów.
Mąż zawsze mówił, że to od szefa komisji zawsze zależy, w jakim kierunku pójdzie trop badania katastrofy. Raport Millera jest dla mnie raportem czysto politycznym, który nie przybliża nas do prawdy o katastrofie smoleńskiej. Jego fałszywe tezy podchwytywali tylko nieuczciwi dziennikarze i tzw. eksperci lotniczy, o których nikt wcześniej nie słyszał. Nie rozumiem, jak mogli wygłaszać swoje fantastyczne tezy na temat zachowania mojego męża i załogi. Ci ludzie nie znali mojego męża i nie mają pojęcia, o czym mówią. Jakim prawem dyktują, co powinien robić mój mąż podczas tego lotu? To żenujące, że jacyś byli oficerowie polityczni, piloci mentalnie tkwiący w systemie komunistycznym, wypowiadają się na temat zachowania mojego męża. Żerują tylko na jego śmierci i celowo kompromitują polskie lotnictwo.

Co Panią najbardziej boli w wyjaśnianiu prawdy o 10 kwietnia 2010 r., poza samotną walką o honor męża?
- To, że osoby i środowiska, które domagają się prawdy o tej tragedii, są ośmieszane, bo tak jest wygodniej dla obecnej ekipy rządzącej. Boli mnie też to, że przy tak ogromnej tragedii narodowej nie prowadzi się rzetelnego śledztwa, a przecież ci, którzy zginęli, chyba na to zasługują. Mój mąż był niezwykle szanowany w strukturach NATO. Nigdy nie miał nic wspólnego ze służbami specjalnymi. Wszyscy doskonale wiedzą, że w szybkim tempie, w miarę możliwości finansowych, wyprowadzał Siły Powietrzne z zapaści i nie rozumiem, dlaczego po śmierci zwierzchnik Sił Zbrojnych nie stoi na straży obrony mojego męża.

"Pewność jest taka, że źródłem katastrofy była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych" - powiedział w czwartek Bronisław Komorowski.
- Przecież piloci, jak dziś wiemy, byli zdani w powietrzu nie tylko na siebie. Od tego są służby naziemne, które powinny ich informować o wszystkim. Moim zdaniem, ewidentnie są winni Rosjanie, którzy w tych warunkach powinni zamknąć lotnisko. Nie można winić pilotów, którzy mieli pełne prawo zniżyć się do określonej wysokości za zgodą wieży. Oni nie chcieli lądować, jedynie się zniżyli, a obowiązkiem Rosjan było zamknąć to lotnisko. Winny jest generał, który kazał sprowadzać ten samolot, i bałagan na wieży kontrolerów. Tu leży przyczyna katastrofy. Nie rozumiem, dlaczego prezydent Komorowski nie broni naszych pilotów. Co chce w ten sposób osiągnąć? Polski prezydent powinien bronić polskiej racji stanu i polskich poległych lotników, a nie chronić interes Rosjan.

Czytała Pani komunikat dotyczący ekspertyzy biegłych w sprawie odpowiedzialności Biura Ochrony Rządu?
- Tak. Ekspertyza biegłych jest szokująca, ale nie dziwię się temu. Od dawna wojsko i BOR były wplątywane w akcję walki ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim. Można powiedzieć, że katastrofa smoleńska jest jak gdyby wynikiem tej walki. Jak można było tak igrać z polskim prezydentem wybranym w demokratycznych wyborach? Minister Arabski, jak czytałam, zabierał prezydentowi samoloty, nie szanowano go, kompromitowano na arenie międzynarodowej. To była wojna na śmierć i życie, wojna premiera Tuska, który doczekał się jej tragicznych konsekwencji. Do końca życia będę się domagać powołania międzynarodowej komisji do zbadania dwóch katastrof: Tu-154M i CASY.

Dlaczego powinno się wznowić badanie przyczyn katastrofy CASY z 2008 roku?
- Bo to jest coś nieprawdopodobnego, że gdy po II wojnie światowej doszedł do władzy pierwszy prawdziwie niepodległościowy generał - jakim był mój mąż - który chciał dobra polskich Sił Powietrznych, nagle spadają dwa samoloty z tak ważnymi osobami na pokładzie. W CASIE zginęli w większości uczniowie mojego męża, jak na ironię losu, wracali z konferencji dotyczącej bezpieczeństwa lotów. To nie tylko moje zdanie, ale całego środowiska pilotów nie przekonują przyczyny katastrofy CASY podane przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych, twierdzą, że do dziś nie wiemy, dlaczego CASA spadła. Jeżeli jej katastrofę badali tacy eksperci, jak panowie z komisji Millera, którzy tak pochopnie rozpoznali rzekomo głos mojego męża w Moskwie, to proszę się nie dziwić, że nie wiemy, co się tam faktycznie stało. Być może w białych rękawiczkach zlikwidowano nam świetnych pilotów pod Mirosławcem, a pod Smoleńskiem zgładzono elitę, która chciała dobra Polski. Jeszcze raz podkreślę - to są zbyt poważne katastrofy, żeby można było przejść nad nimi do porządku dziennego i mówić - jak rzecznik rządu Paweł Graś - że przecież życia już im się nie wróci. To jest skandal. Tacy ludzie jak pan Graś nigdy nie powinni zajmować żadnych ważnych stanowisk, jeżeli nie chcą wyjaśnić prawdy o śmierci tak ważnych osób w państwie.

Sugeruje Pani, że chcą coś ukryć?
- Gdyby mieli czyste sumienie, wyjaśnianie przyczyn katastrofy Tu-154M od początku wyglądałoby inaczej. Toczyłoby się tak jak w cywilizowanym kraju. Ja nie mam nic do ukrycia, pragnę jedynie prawdy. Nie wiem, czego boją się ci, którzy za wszelką cenę nie chcą jej poznania, a wolą za to zrzucać odpowiedzialność na tych, którzy nie żyją. Nie mają honoru, bo nie chcą odpowiadać za swoje decyzje. Ta cała cywilna kontrola nad armią nie potrafi dziś uderzyć się w piersi i powiedzieć, że winna jest zapaści w lotnictwie. To niepojęte, że polski prezydent - nie dość, że nie broni honoru gen. Andrzeja Błasika - obraża go, mówiąc, że w Siłach Powietrznych szwankowało dowodzenie. Będę mu do końca swojego życia udowadniać, jakim dowódcą był mój mąż i w jakiej rzeczywistości przyszło mu dowodzić. Będę ujawniać tę rzeczywistość. Polacy zasługują na prawdę i nic nie będzie tu zamiecione pod dywan.

A jaka była ta rzeczywistość?
- Przede wszystkim Siły Powietrzne były w fatalnym stanie. Nigdy nie było pieniędzy. Andrzej nie miał pilotów, nowych samolotów dla VIP-ów. Cały czas zwodzono go, że już-już będą, po czym ich nie kupowano. Nikt nie potrafił podjąć męskiej decyzji, żeby taki sprzęt zakupić. A teraz ci sami ludzie zrzucają winę na tych, którzy nie żyją. Polacy mogą być dumni z mojego męża, bo dawał sobie radę w tych trudnych okolicznościach, w jakich się znalazł. Ci, którzy mówią, że nie przestrzegał przepisów bezpieczeństwa, po prostu kłamią. Od początku nie wierzyłam, że mógłby wtrącać się w pracę pilotów Tu-154M. To, co dziś mówią chociażby panowie Hypki i Białoszewski, w złym świetle przedstawiając mojego męża, nie ma nic wspólnego z prawdziwymi cechami jego charakteru. A gdy już nie wiedzą, jakie nowe kłamstwo mają o Andrzeju wrzucić, wracają znów do wątku, że ten samolot nie powinien w ogóle wylecieć. To był pierwszy lot mojego męża z prezydentem na pokładzie. Wszyscy lotnicy, z którymi rozmawiam, są zbulwersowani tym, że Andrzejowi odmawia się w mediach nawet możliwości złożenia na płycie Okęcia meldunku zwierzchnikowi Sił Zbrojnych, co jest rzeczą normalną. Pytam: jakim prawem "ekspert" Białoszewski czy polityk Leszek Miller mogą podważać zasadność zachowania mojego Andrzeja i dyktować, co miałby robić? On doskonale wiedział, co ma robić, przyjął meldunek od majora Protasiuka i miał pełne prawo złożyć go swojemu bezpośredniemu przełożonemu. To są bezpodstawne zarzuty jakichś ludzi wrogo nastawionych do mojego męża, tutaj rozgrywa się jakaś wielka polityka, która nie ma nic wspólnego z prawdą.

Dziękuję za rozmowę.

Komorowski wrabia załogę

Z pilotem rozformowanego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, rozmawia Anna Ambroziak

Prezydent Bronisław Komorowski publicznie powiela tezy MAK i raportu Millera - źródłem katastrofy smoleńskiej była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych.
- Ta wypowiedź wpisuje się doskonale w kreowaną od początku tezę, że załoga była źle wyszkolona i nie współpracowała ze sobą. Co więcej, załoga była bez uprawnień do wykonywania lotów i miała za plecami pijanego generała zmuszającego pilotów do wykonania zadania wbrew logice, na w pełni sprawnym technicznie samolocie Tu-154M. Ta załoga bezmyślnie schodzi poniżej minimalnej wysokości zniżania, dolatując do lotniska, łamiąc podstawowe zasady wykonywania lotów, a mjr Arkadiusz Protasiuk świadomie przełącza wskazania wysokościomierza z ciśnienia lotniska na standardowe, aby oszukać TAWS. Otóż nikt z przeprowadzających owe badania ani wypowiadających się ekspertów analizujących owe dokumenty nie przekonał mnie, że tak było. Odnoszę wrażenie, że opublikowane raporty są tworem komisji, które sprawdzały niepotwierdzone w pełni tezy przekazywane w niezrozumiały sposób sobie nawzajem przez MAK i Edmunda Klicha znanego ze swojego negatywnego nastawienia do nas, wojskowych pilotów.
Zastanawia mnie fakt, że po kilku dniach od katastrofy ogłasza się światu, że samolot był w 100 proc. sprawny, na podstawie odczytu z czarnych skrzynek, których los od katastrofy do momentu odczytu nie jest w pełni jasny, nie badając skrupulatnie wraku. Okazuje się, że załoga poprawnie ze sobą współpracowała i prawidłowo podawana była w załodze wysokość barometryczna. Zarzuca się jednak pilotom, że brali pod uwagę wysokość z radiowysokościomierza, co było standardową procedurą opisaną w instrukcji użytkowania samolotu. Major Arkadiusz Protasiuk 7 kwietnia był członkiem załogi lecącego do Smoleńska tupolewa i wówczas poprawnie używał TAWS, a już 10 kwietnia zamiast wcisnąć przycisk "terrain inhibit", jak zrobił to w poprzednim locie, bądź wydać komendę na wykonanie tej czynności - w niezrozumiały sposób "próbuje oszukać urządzenie", zmieniając wskazania wysokościomierza. Co więcej, okazuje się, że głos przypisany dowódcy Sił Powietrznych nie był wskazany w żadnej ekspertyzie, a polska komisja z kontekstu sytuacyjnego wskazuje na bezsprzeczną obecność pana gen. Andrzeja Błasika, przypisując mu słowa nieodczytane w ostatniej ekspertyzie i budując na tej tezie cały raport.
Ostatecznie nie wyjaśniono, dlaczego samolot, dolatując do lotniska, roztrzaskał się, pomimo że odczytano, iż załoga odchodzi znad lotniska na wysokości około 100 m, a sławny już przycisk odejścia nie zadziałał, chociaż jest to możliwe, aby ten samolot wykonał ten manewr w taki sposób.

Komorowski wolałby, żeby nic z raportu Millera nie było podważane. Jak argumentuje, społeczeństwo oczekuje przede wszystkim jednoznaczności.
- Moim zdaniem, błędne jest myślenie, że powinno się ślepo wierzyć w ustalenia komisji Millera, zwłaszcza że wspomniany raport jako dokument powinien być tak skonstruowany, aby tezy w nim zawarte same się broniły. Niestety, rzeczywistość wskazała, że ustalenia zawarte w raporcie upadają, jest wiele sprzecznych informacji. A to powoduje, że ludzie sami próbują odpowiedzieć sobie na nurtujące ich wątpliwości, dając tym samym impuls do powstawania czasami dziwnych hipotez.

Czy można w ogóle mówić tu o jednoznaczności w odniesieniu do ustaleń komisji Millera?
- Uważam, że nie byłoby tego pytania, gdyby komisja swoje ustalenia oparła na rzetelnych i jednoznacznych dowodach, wyjaśniając wszystkie aspekty w sposób niebudzący wątpliwości. Stało się jednak inaczej, a dokument próbujący wyjaśnić okoliczności narodowej tragedii w opinii polityków i większości społeczeństwa sprowadza się do stwierdzenia, że samolot zniżył się poniżej wysokości 100 m w dolocie do lotniska, w fatalnych warunkach atmosferycznych, co było przyczyną tej katastrofy daleko przed progiem drogi startowej. Tylko jeszcze mi nikt nie wyjaśnił, dlaczego samolot w rzeczywistości znajdował się już pod ziemią (w jarze), będąc w dolocie do BRL (bliższej radiolatarni) znajdującej się ponad kilometr od progu drogi startowej, gdy - jak się okazuje - w załodze odczytywana była prawidłowa wysokość barometryczna.

Prezydent banalizuje wielomiesięczną pracę biegłych?
- Powszechnie wiadomo, że żadna ekspertyza przeprowadzona przez ekspertów poszczególnych instytucji nie wskazywała na obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, a - jak potwierdził to pan Maciej Lasek z Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w programie pani Moniki Olejnik w TVN24 - głos przypisano generałowi na podstawie "kontekstu sytuacyjnego". Z tego wniosek, że zrobili to eksperci z komisji Millera. Ale czy w takim momencie można mówić o podważaniu wiarygodności analizy Instytutu Ekspertyz Sądowych? W tym przypadku skłonny jestem mówić o obiektywizmie pracy Instytutu, w przeciwieństwie do oceny pracy, w tym przypadku ekspertów z komisji, którzy działali pod nadzorem rządowym.

Jak Pan ocenia fakt, że żaden z członków komisji Millera nie chce się przyznać do identyfikacji głosu gen. Błasika, jednocześnie utrzymując, jakoby wszyscy go rozpoznali?
- Z wywiadów z poszczególnymi członkami komisji, które przytaczane były przez media, w tym "Nasz Dziennik", wynika, że nikt nie zidentyfikował głosu gen. Andrzeja Błasika. A przynajmniej nikt nie miał odwagi cywilnej, aby się do tego przyznać i powiedzieć, dlaczego tak zrobił. Natomiast patrząc na cały raport, odnoszę wrażenie, że obecność generała w kokpicie była komisji na rękę. Przypuszczam, że MAK, kreując postać gen. Andrzeja Błasika jako pijanego generała wywierającego naciski na załogę, tym samym odpowiedział na nurtujące pytania, dlaczego Tu-154M znalazł się tak nisko, tak daleko od progu drogi startowej w tak fatalnych warunkach atmosferycznych, a załoga ze sobą nie współpracowała. Komisja Millera co prawda wskazała, że generał nie wywierał - jak to ujęto - bezpośrednich nacisków, ale nie podała tych faktów, które zostały ujawnione wiele miesięcy po katastrofie, a które mają jednak istotne znaczenie. A w opinii publicznej będzie funkcjonowało przeraźliwie krzywdzące przeświadczenie, że w kokpicie poza źle wyszkoloną załogą był też generał, który co prawda nie wywierał nacisków, ale jego obecność mogła mieć wpływ na zaistnienie tragedii.

Dziękuję za rozmowę.

Prezydent sobie pohasał

Ujawnienie przez prokuraturę ekspertyz z odczytu rekordera głosowego Tu-154M i błędów BOR to dla prezydenta Bronisława Komorowskiego "hasanie" biegłych. Ekspertyza fonoskopijna z CVR sporządzona przez biegłych z krakowskiego Instytutu Sehna została wykonana na zlecenie prokuratury wojskowej, biegli pracowali pod rygorem odpowiedzialności karnej. Ich ustaleń pan prezydent nie może podważać - podkreślają prawnicy, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik".
Takiego niezręcznego, najłagodniej mówiąc, zestawienia Bronisław Komorowski dokonał w czwartek w TVN24. Prezydent, rozwodząc się nad koniecznością zmian w prokuraturze, odniósł się też do kwestii smoleńskiej. Stwierdził m.in., że ujawnienie przez prokuraturę odczytów czarnych skrzynek dokonanych przez biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych prof. Jana Sehna w Krakowie jest jednym z sygnałów świadczących o tym, że w prokuraturze dzieje się źle. Prezydent podkreślił, że to go co najmniej dziwi. - To są sygnały o jakimś hasaniu, tak powiem, niejasnych zupełnie motywów w Prokuraturze Generalnej - powiedział Komorowski. Dopytywany o to, jak należy traktować raport komisji Jerzego Millera i jego tezę o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, skoro już teraz wiadomo, że głos, który przypisano dowódcy Sił Powietrznych, nie był jego głosem, prezydent ocenił, że "to są pytania do ekspertów". - Jedni eksperci odczytają tak, inni inaczej. Przecież tych taśm nie odczytuje minister spraw wewnętrznych i administracji. Problem polega na tym, że jedni tak to interpretują, inni inaczej - wywodził. Dodał przy tym, że wolałby, żeby nic z raportu Millera nie było podważane, bo społeczeństwo przede wszystkim "oczekuje jednoznaczności". - Ale potwierdza to moją opinię wygłoszoną bardzo wcześnie po katastrofie, że tak naprawdę do końca będziemy żyli z różnymi wątpliwościami, ale z jedną także pewnością. Pewność jest taka, że źródłem katastrofy smoleńskiej była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych - powiedział prezydent.
W ocenie prawników, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik", wypowiedź Komorowskiego wskazuje nie tyle na subiektywizowanie z jego strony kwestii samych badań, ile na jego kompletną ignorancję co do tego, na jakiej zasadzie odbywa się postępowanie prokuratury a na jakiej komisji Millera. - Tu nie ma dwóch różnych opinii biegłych, dwóch różnych pełnowartościowych ekspertyz, które można byłoby w ogóle porównywać. Opinia z Krakowa została sporządzona na potrzeby śledztwa prokuratorskiego, biegli pracowali pod sankcją odpowiedzialności karnej, byli uprzedzeni o odpowiedzialności karnej za ewentualne uchybienia, czyli m.in. podanie nieprawdziwych danych. Prokuratorzy biorą pod uwagę fakty, nie żaden kontekst sytuacyjny, tak jak zrobiły to osoby z komisji Millera. Osoby nieuprawnione z PKBWLLP dokonały przypisania pewnych fraz generałowi Błasikowi. Pan prezydent zamiast upolityczniać całą sprawę, powinien zbadać tę kwestię, a nie relatywizować badania biegłych - zauważa mecenas Bartosz Kownacki, pełnomocnik prawny wdowy po dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeju Błasiku. - Pan prezydent nie może podważać ustaleń biegłych. Ustalenia te może zakwestionować tylko inny biegły w oparciu o konkretne badania naukowe - dodaje Andrzej Dera (SP), prawnik z wykształcenia.
Pod raportem polskiej komisji, który podtrzymuje MAK-owską tezę o obecności gen. Błasika w kokpicie, podpisali się wszyscy członkowie komisji. W sumie 34 osoby. Nikt jednak nie chce przyznać się do tego, że to właśnie on rozpoznał głos gen. Błasika. Komisarze Millera przyznają, że przypisali niektóre frazy Błasikowi na podstawie kontekstu sytuacyjnego. Zrobili to, chociaż głosu dowódcy Sił Powietrznych nie rozpoznali eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego.
Prawnicy podkreślają z całą mocą: ekspertyza biegłych wywołana na zlecenie prokuratury to poważny dowód w śledztwie. - W polskim prawie karnym nie ma podziału na dowody mocne i słabe. O tym, czy ekspertyza biegłych będzie brana pod uwagę jako rozstrzygająca, zadecydują prokuratura i sąd. Oczywiście jest to poważny dowód w sprawie, dowód jak najbardziej wiarygodny, podparty wysokim autorytetem krakowskich specjalistów cieszących się międzynarodowym prestiżem - podkreśla prof. Piotr Kruszyński, karnista z UW. To samo mówi prokuratura wojskowa. - Jest to opinia biegłych i dowód w sprawie. W procedurze karnej nie ma takiego sformułowania jak dowód rozstrzygający - wyjaśnia krótko prokurator płk Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Prokuratura może jeszcze wystąpić o uzupełnienie opinii krakowskich biegłych. Może wezwać tych samych biegłych, którzy ekspertyzę sporządzali, lub też powołać nowych. Umożliwia to kodeks postępowania karnego, a konkretnie art. 201 kpk. Czy jednak to zrobi? Na to pytanie płk Szeląg nie odpowiada. - Nie informujemy o jakichkolwiek przyszłych działaniach prokuratury - kwituje.

Relatywizm badawczy niepożądany
Zdaniem biegłych w dziedzinie fonoskopii, sytuacja, w której jeden ekspert w danej sprawie może mieć takie zdanie, a drugi - inne po zakończeniu prac, jest nierealna. Jest to dopuszczalne jedynie podczas samego procesu badawczego, niedopuszczalne jest natomiast, by taka zasadnicza rozbieżność zdań nastąpiła we wnioskach końcowych. Rozbieżność ta nie jest też pożądana, jeśli chodzi o badanie tej samej sprawy przez dwa różne organy.
- Jeżeli mamy dwie różne opinie na temat tej samej sprawy, to taka rzecz jest nie do zaakceptowania. Oznacza to, że jedna strona się myli, dlatego byłaby potrzebna weryfikacja zastosowanych metod badawczych. Gdzieś musi być błąd - albo w przyjętej metodzie badawczej, albo w rozpoznaniu kontekstu sytuacyjnego - ocenia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Bogdan Rozborski, ekspert w dziedzinie fonoskopii, biegły przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. Jego zdaniem, rozpoznanie głosu na podstawie kontekstu sytuacyjnego to sprawa wielce ryzykowna. - To nie jest prawidłowa identyfikacja, kontekst sytuacyjny nie może być czynnikiem rozstrzygającym w żadnym wypadku - mówi. Odsłuchu nagrań należy zawsze dokonywać w warunkach laboratoryjnych. - Zasada jest taka, że najpierw dokonuje się identyfikacji wewnątrz materiału - musimy przyporządkować poszczególne wypowiedzi poszczególnym mówcom. Dokonać wewnętrznego podziału wypowiedzi na poszczególnych mówców. Dopiero potem możemy rozpocząć prace identyfikacyjne z wykorzystaniem próbek porównawczych. To praca bardzo żmudna, zależy od ilości i jakości materiału dźwiękowego, jakim dysponujemy - zaznacza Rozborski.
Pierwsze odsłuchanie nagrań z pokładowego rejestratora dźwięków nastąpiło w Moskwie, w pomieszczeniu biurowym MAK. Nie uczestniczył przy tym żaden fonoskop. Analizy materiału dla komisji Millera dokonało Centralne Laboratorium Kryminalistyczne. Jak podkreśla Rozborski, obecnie CLK przestaje być szczególnie aktywną placówką, a znaczenie pierwszorzędne mają zdolności i doświadczenie samego fonoskopa.

Anna Ambroziak

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka