Prawda emeryta -Wojciech Reszczyński
Nagły i powszechny protest przeciwko umowie ACTA, którą rząd Donalda Tuska podpisał bez żadnych konsultacji społecznych, ostrzegł propagandystów premiera przed ponownym błędem. I choć decyzja w sprawie podniesienia wieku emerytalnego dawno już zapadła, słyszymy, że szef rządu przystępuje w tej sprawie do "szerokich konsultacji społecznych". Podniesienie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67 lat, choć rozłożone w czasie, jest pomysłem UE, a właściwie Niemiec.
Podjęcie reformy emerytalnej przez premiera należy więc tłumaczyć nadgorliwością unijną, a nie demograficzną koniecznością. Przy okazji poznajemy socjalistyczne poglądy "liberała" Donalda Tuska na ekonomię i zarządzanie państwem. - Ponieważ niedługo zabraknie rąk do pracy, to albo podwyższamy VAT na wszystkie produkty, albo podniesiemy składkę emerytalną do 30 proc., albo zmniejszamy emerytury o połowę - nadawał Tusk "wielce roztropnie" (jak mówił Zagłoba) na jednej z konferencji prasowych. Ten polityczny szantaż powinien być uzupełniony jeszcze jednym "albo": bez względu na wiek i staż pracy harujemy do końca życia.
Jak wiadomo, system emerytalny funkcjonuje w oparciu o trzy filary. O ile OFE, czyli filar II, daje jakąś minimalną dziś szansę powiększenia kapitału przekazywanego z wpłat od ZUS, a efektywność filaru III zależy wyłącznie od umiejętności własnego inwestowania kapitału (po wszelkich podatkach), to prawdziwym nieszczęściem jest filar I, czyli ZUS, rdzeń systemu emerytalnego. Opiera się na repartycji, jak mówią ekonomiści, czyli przeznaczeniu wpływów uzyskiwanych z obowiązkowych składek osób pracujących na świadczenia emerytalne osób już niepracujących. Czyli ci, którzy pracują, składają się na emerytury dla tych, co już nie pracują. Tak powszechnie objaśnia się mechanizm funkcjonowania systemu emerytalnego w Polsce, dodając jeszcze bzdury o jakiejś więzi pokoleniowej. Ale Donald Tusk potrafi nawet zaostrzyć źródło konfliktu, podkreślając, że to młode musi utrzymywać stare, a ponieważ nie ma widoków na młode pokolenie, a ci, co już pracują, nie są w stanie utrzymać tych, co nie pracują, to starzy muszą pracować dłużej.
Jest to tłumaczenie głęboko niesprawiedliwe, ekonomicznie nieuzasadnione i społecznie szkodliwe. I jeżeli w najbliższych latach nic się nie zmieni, to zawita do nas, już jako całkiem legalny, inny mechanizm - pod nazwą eutanazja - będący najskuteczniejszym sposobem na to, aby młodzi nie płacili na starych.
Dlatego warto przypominać ekonomiczne prawdy podstawowe, że emerytura to świadczenie pieniężne wypłacane przez państwo byłemu pracownikowi z pieniędzy, jakie zgromadził przez lata przymusowego oddawania państwu części swoich zarobków; dziś jest to 19,5 procent. Świadczenie to, płacone po przekroczeniu wieku emerytalnego aż do końca życia, ma służyć potrzebom byłego pracownika i oczywiście powinno być dziedziczone. Te pieniądze mu się należą, bo on je sam wypracował, bo był zmuszony oddawać państwu miesięczną składkę pomniejszającą miesięcznie jego zarobki netto. To, że przez lata pieniądze te tracą na wartości, nie jest winą pracownika, tylko państwa i jego źle zarządzanych instytucji. To, że nie ma pieniędzy na emerytury, że są one głodowe, to wina ludzi odpowiedzialnych za państwo, tych, którzy zdecydowali się na okradanie obywateli. Szczególnie winni są ministrowie finansów zatykający funduszami ZUS tzw. dziury budżetowe.
Jest tylko jeden jedyny skuteczny sposób naprawy systemu emerytalnego i zatrzymania niekorzystnych tendencji demograficznych. Rozwój. Gospodarka. Wolność gospodarowania. Wolność słowa. Patriotyczne elity. I nowe miejsca pracy dla każdego Polaka. Tylko państwo, które stawia na rozwój i pracę: przemysł (własny), banki (polskie), budownictwo mieszkaniowe (rodziny), rolnictwo, handel, rzemiosło, daje szansę swoim obywatelom na godziwe życie. Tak jak to robią od wielu lat Niemcy. Ale czy ten rząd, poza propagandą, jest w stanie cokolwiek tworzyć i budować?
Praca najlepiej aż do śmierci -Marek Łangalis
ekspert gospodarczy Instytutu Globalizacji
Politycy Platformy Obywatelskiej i naukowcy przychylni obozowi rządowemu od kilku tygodni przekonują Polaków, że muszą się zgodzić na dłuższy okres pracy: mężczyźni o dwa, a kobiety aż o siedem lat. Wydłużenie wieku emerytalnego w obecnym stanie prawnym nie ma żadnego uzasadnienia, a osiągnięte oszczędności są mniejsze niż z dobrych reform, które popierają Polacy. Jeżeli dłuższa praca opłacałaby się Polakom, jak próbuje przekonać m.in. twórca trzyfilarowej reformy emerytalnej w Polsce prof. Marek Góra, to pracowaliby dłużej. Jeżeli nie, to znaczy, że bardziej niż o 50 zł wyższą emeryturę cenią sobie zdrowie i wolny czas.
Demograficzny problem Europy
Europa pogrążona jest w kryzysie demograficznym. Wyjątkiem są kraje, które prowadzą dobrą politykę prorodzinną - w ciągu ostatnich 10 lat liczba ludności Francji wzrosła o ok. 4 mln osób (do poziomu ok. 64,5 mln), a Szwecji o 600 tys. (do poziomu ok. 9,2 mln osób). Z państw będących członkami Unii Europejskiej bardzo dobrym wzrostem ludności może pochwalić się jeszcze Wielka Brytania. Polska jest w znacznie gorszej sytuacji. Według danych Narodowego Spisu Powszechnego, w ciągu 9 lat przybyło 95 tys. mieszkańców. W całym 2011 roku urodziło się zaledwie 391 tys. dzieci. Dla porównania - w latach 80. ubiegłego wieku liczba urodzeń oscylowała wokół 700 tys. rocznie. Polska ma niewątpliwie fatalną politykę prorodzinną. Od Nowego Roku podrożały wszystkie ubranka oraz obuwie dziecięce w wyniku podniesienia stawki VAT z 8 do 23 procent. Trzykrotny wzrost tego podatku przełożył się na piętnastoprocentową podwyżkę cen w sklepach detalicznych. Polityka prorodzinna w wykonaniu Platformy Obywatelskiej to już nawet nie puste słowa, z ust obecnie rządzących polityków takie sformułowanie w ogóle nie pada. A to przekłada się na niski przyrost naturalny, co powoduje, że społeczeństwo polskie się starzeje.
Rząd zauważył obecne trendy. W 2030 roku w Polsce będzie o prawie 3 miliony więcej emerytów i ponad 3 miliony mniej osób w wieku produkcyjnym. A spośród osób w wieku produkcyjnym tak naprawdę pracuje ok. 60 procent. W 2030 roku pracować może ok. 13 milionów osób, przy co najmniej 9 milionach osób w wieku emerytalnym. Jeżeli nic się nie zmieni, to wydatki emerytalne wzrosną o co najmniej 40 proc., według dzisiejszej siły nabywczej. Rozwiązanie tej sytuacji rząd widzi w podniesieniu wieku emerytalnego. Pytanie: po co? Czy dlatego, że oczekują tego od nas tzw. rynki finansowe, czy jest to rzeczywista potrzeba?
Jakie oszczędności
Rząd uważa za główny argument podniesienia wieku emerytalnego oszczędności. Z drugiej strony można usłyszeć głosy, że to wyższe emerytury są głównym powodem tej "reformy". Skoro emeryci mają zarabiać więcej, to znaczy, że oszczędności dla państwa nie będzie. Więc albo są oszczędności i emerytury nie zostaną podniesione, albo podniesione będą emerytury i nie będzie oszczędności. Obecny minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz oszacował oszczędności z tytułu podniesienia wieku emerytalnego na 0,2 mld zł w 2013 roku, 1,9 mld rok później i 3,8 mld zł w 2015 roku. Na razie dalszych wyliczeń nie ma, rząd nad nimi pracuje. Z pewnością na rządowe zamówienie pracują również nad wyliczeniami różni eksperci, o ile będą wyższe emerytury. Skoro jednak planowane są znaczące oszczędności, to znaczy, że ta dłuższa praca będzie głównie zasilać budżet państwa, a nie wysokość emerytury pracującego. Inne rozwiązanie to praca jak najdłużej (aż sił starczy), a potem przeczekanie 3-4 lat do granicy wieku emerytalnego (jeśli to będzie 67 lat) na jakichś zasiłkach. I może tu są te mityczne oszczędności, bo zasiłki socjalne w stosunku do emerytury są niskie. Niech nawet jedna trzecia pracowników zamiast pobierać emeryturę, pobiera inne zasiłki w ciągu kilku lat, to już będą to miliardowe oszczędności. Ale wyższych emerytur z tego nie będzie.
Wiek zamiast reform
Tak naprawdę podniesienie wieku emerytalnego w obecnym momencie jest niczym innym niż przyznaniem się do braku pomysłu na jakiekolwiek inne reformy. Owszem, Polacy żyją coraz dłużej. W ciągu ostatnich 10 lat przeciętna długość życia wzrosła o 2 lata. Ale zamiast podnoszenia wieku emerytalnego jest jeszcze wiele innych, mniej szkodliwych społecznie reform do przeprowadzenia. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu zaledwie 4 lat rządów PO liczba urzędników wzrosła o 98 tys. (administracja państwowa, samorządowa oraz ZUS, NFZ i KRUS). Pensja urzędnicza skoczyła z 3288 zł do 4283 zł (średnia dla wszystkich Polaków to ok. 3493 zł). Rocznie na dodatkowe etaty urzędnicze, które pojawiły się za rządów PO - PSL, wydajemy (wraz ze wszystkimi składkami) ponad 6 miliardów złotych. A to przecież nie wszystko. Ciągle sfera publiczna może poszczycić się nieuzasadnionym przywilejem, jakim są trzynastki. Przyjmując przeciętną pensję sfery budżetowej na poziomie 3458 zł (dane na koniec września zeszłego roku) i 1,6 mln osób pracujących w budżetówce, to tylko z tytułu trzynastek trzeba będzie wypłacić (zgodnie z prawem do końca marca tego roku) 5,5 miliarda złotych. A planowane oszczędności do budżetu z tytułu podniesienia wieku emerytalnego mają wynieść ok. 4 miliardów w 2015 roku. Gdyby zatem tylko zlikwidować administrację o współczynnik wzrostu za rządów PO - PSL oraz skasować trzynastki, to państwo mogłoby zaoszczędzić co najmniej 11 miliardów złotych. Rocznie. To jest trzy razy więcej, niż planuje się oszczędzić z tytułu wydłużenia wieku emerytalnego. Dlaczego zatem nie iść w tym kierunku? Nie ma przecież żadnego uzasadnienia dla trzynastej pensji wypłacanej sferze budżetowej. Oprócz niej są przecież również premie motywacyjne, które można wykorzystywać do wynagradzania dobrych pracowników.
Drugim ważnym aspektem są przywileje emerytalne, szczególnie służb mundurowych, ale nie tylko. Emerytura w swojej pierwotnej postaci była pomyślana jako świadczenie dla weteranów wojennych. Dopiero w 1880 roku kanclerz niemiecki Otto von Bismarck wprowadził powszechny system emerytalny wypłacający coś w rodzaju zasiłku dla osób, które dożyły siedemdziesięciu lat. W tamtym czasie takich osób było ok. 2 proc. spośród całego społeczeństwa niemieckiego. Jeżeli więc dzisiaj możemy mówić o jakimś przywileju emerytalnym i niższym wieku przechodzenia na nią, to tylko w odniesieniu do weteranów wojennych. Nie ma żadnej różnicy uciążliwości pracy oficera za biurkiem w koszarach a pracownikiem biurowym prywatnej firmy. Dlaczego zatem w skrajnym przypadku różnica między wiekiem przejścia na emeryturę żołnierza za biurkiem a pracownika zatrudnionego przez prywatną firmę ma wynosić aż 34 lata? Na wcześniejsze emerytury w Polsce wydaje się co najmniej 30 miliardów złotych rocznie. Zamiast więc podnosić wiek emerytalny wszystkim, którzy decyzją polityczną nie załapali się na przywilej, trzeba zacząć od zrównania wieku emerytalnego dla różnych grup zawodowych.
Dopiero gdyby zlikwidować przywileje sfery budżetowej w postaci trzynastek, zbędne etaty w administracji publicznej oraz przywileje emerytalne, można by dopuścić do jakiejkolwiek debaty nad podniesieniem wieku emerytalnego. Wcześniejsze działania są tak naprawdę próbą załatwienia jedną decyzją wszystkich bolączek systemu emerytalnego.
Inna reforma
Całkowicie bez echa przeszła propozycja emerytalna Waldemara Pawlaka z lutego 2010 roku, zakładająca emeryturę socjalną zamiast kapitałowej. W skrócie - każdy dostałby taką samą emeryturę po osiągnięciu ustawowego wieku w wysokości minimum socjalnego. Jeżeli ktoś chciałby wyższą emeryturę, to musiałby się sam o nią zatroszczyć - czy to poprzez fundusz inwestycyjny, czy to poprzez samodzielne odkładanie, czy też poprzez - jak to było przez wieki - inwestycję w dzieci, które opiekowały się rodzicami na starość. Niższa emerytura, bo taka byłaby emerytura socjalna, to jednak również niższe składki (albo całkowity ich brak). A to przecież ludzie wiedzą znacznie lepiej od urzędników zatrudnionych w ZUS, co zrobić ze swoimi pieniędzmi. Taki system działa już m.in. w Szwecji czy Kanadzie. I to te państwa mają bardzo dobre statystyki, jeżeli chodzi o wiek przechodzenia na emeryturę. Ludzie dłużej pracują, bo im się to opłaca, a nie dlatego, że to się opłaca grupce urzędników. Jednocześnie nie pracują bardzo długo. Średni wiek przejścia na emeryturę w Szwecji to ok. 64 lat (dla Polski dzięki różnym systemom wcześniejszej emerytury ok. 58 lat). Jednak w Polsce zamiast dyskusji o rozsądnych zmianach systemu emerytalnego mamy od razu rzucone podniesienie wieku, i to do najwyższego obecnie pułapu w krajach Unii Europejskiej. Niemcy, którzy są w trakcie wprowadzania podobnej reformy (67 lat dla wszystkich, niezależnie od płci), żyją średnio o 4 lata dłużej od Polaków i u nich ma to jakieś uzasadnienie. Dodatkowo nasz zachodni sąsiad premiuje kobietę na emeryturze specjalnym dodatkiem za urodzenie lub wychowanie dziecka (obecnie ok. 170 euro), który ma rekompensować fakt ograniczonej możliwości zarobkowej wynikającej z macierzyństwa.
To, co obecnie wyczynia PO, to skrajny populizm. Z jednej strony zwiększa zatrudnienie w administracji i utrzymuje anachroniczny system trzynastych pensji, znany głównie z socjalizmu, a z drugiej chce większej części społeczeństwa podnieść wiek emerytalny, by móc pochwalić się za granicą, jak bardzo Polska się reformuje. Tylko że "dzięki" takiej polityce obarczającej rodziny coraz wyższym opodatkowaniem niedługo nie będzie miał kto pracować na emerytury.
Wolność gospodarcza w odwrocie -Paweł Toboła-Pertkiewicz
Niemal 2/3 ludności świata żyje w obszarze, w którym nie ma możliwości polepszania swego materialnego położenia w nieskrępowany sposób. Ludzie, rodziny, społeczeństwa i narody są w dużej mierze zakładnikami polityków, którzy roszczą sobie prawo do decydowania, jak ludzie mają żyć i pracować.
Ukazały się dwa ciekawe raporty podsumowujące 2011 rok. Pierwszy to coroczny Indeks Wolności Gospodarczej opracowywany przez amerykańską Heritage Foundation dotyczący zakresu wolności na całym świecie. Drugi to rodzimy raport Centrum im. Adama Smitha oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców badający warunki prowadzenia biznesu w Polsce. W raporcie Doing Business Polska została sklasyfikowana na 62. miejscu na 182 kraje, mimo iż rok wcześniej premier Tusk zapewniał, że Polska po spadku w rankingu w kolejnym roku odnotuje wzrost. Nie udało się.
W rankingu opublikowanym przez Heritage Foundation zaledwie pięć państw (w ubiegłym roku było ich sześć) zaliczono do grona państw wolnych, czyli takich, w których biznes prowadzi się najłatwiej, państwo nakłada najniższe obciążenia fiskalne, a także przepisy są jasne i przyjazne dla przedsiębiorców: Hongkong (89,9 pkt na 100 możliwych), Singapur (87,5 pkt), Australia (83,1 pkt), Nowa Zelandia (82,1 pkt) i Szwajcaria (81,1 pkt). W pierwszej dziesiątce znalazły się również: Kanada (79,9), Chile (78,3), Mauritius (77), Irlandia (76,9) i Stany Zjednoczone (76,3), które razem z 18 innymi państwami zostały zakwalifikowane do grona państw "prawie wolnych". Wyraźny spadek kolejny rok z rzędu notują Stany Zjednoczone - najważniejsza światowa gospodarka po raz drugi wypadła z grona państw wolnych. Jeśli chodzi o USA, autorzy podkreślają, że na spadek (blisko 10 punktów w ciągu 4 ostatnich lat) mają wpływ wzrost udziału wydatków publicznych w amerykańskim PKB (z tradycyjnych 18-20 proc. aż do 25 proc.), przekroczenie 100 proc. PKB zadłużenia, a także deficyt budżetowy sięgający niemal 10 proc. oraz wzrost liczby ludzi pozostających bez pracy.
W Hongkongu, zwycięzcy rankingu, działa blisko pół miliona zagranicznych firm. Jest on jednak atrakcyjny nie tylko ze względu na niskie obciążenia podatkowe: rejestracja firmy trwa tam średnio krócej niż tydzień, a wydatki rządowe stanowią mniej niż 20 proc. PKB (dla porównania szwedzki rząd wydaje 52,5 proc. PKB, a polski 44 proc. PKB).
Wolność gospodarcza, etos pracy i ograniczona rola państwa powodują jednak, że ta 7-milionowa prowincja Chin poziomem życia przewyższa dziesiątki państw świata. Według ekspertów tworzących indeks, ten kraj jest najlepszym przykładem triumfu wolnej gospodarki na całym świecie.
Najwyżej sklasyfikowany kraj Unii Europejskiej, czyli Irlandia, zdecydowanie przegrywa ze Szwajcarią, z kolei kolejne kraje unijne to te, które nie są w strefie euro (z wyjątkiem Luksemburga). Pogrążona w kryzysie Grecja znalazła się dopiero na 119. pozycji. Fatalne miejsca zajęły również dwie ważne europejskie gospodarki: włoska, która znalazła się na 92. miejscu, zaś francuska na 67. Warto zwrócić uwagę, że największa gospodarka Europy, czyli niemiecka, zajęła dopiero 26. lokatę.
Stawkę rankingu zamykają państwa uznane za zniewolone (kategoria "unfree"). Wśród tej grupy znalazły się m.in.: Korea Północna (zaledwie 1 punkt i ostatnia lokata), Zimbabwe, Kuba, Wenezuela, Libia czy Iran, czyli wszystkie te kraje, w których dominuje własność państwowa. Najlepszą ilustracją tego, że ustrój gospodarczy oparty na wolności dysponowania własnym dochodem, poszanowania własności prywatnej jest lepszy od systemu z dominacją państwa i centralnego planowania, są dwie Koree. Korea Południowa zajęła 31. miejsce, Korea Północna - 179., a przecież warunki geograficzne, bogactwa naturalne są zbliżone. To system gospodarczy stwarza warunki i szanse podnoszenia poziomu życia lub je odbiera.
Polska umiarkowanie wolna
Kolejną grupę państw stanowią te umiarkowanie wolne. Znalazła się w niej Polska, która zajęła 64. miejsce w całym rankingu, zaś 35. lokatę na 62 państwa uznane za umiarkowanie wolne. W regionalnym rankingu europejskim Polska ma 29. miejsce na 43 sklasyfikowane państwa. Jeśli porównamy naszą wolność gospodarczą ze światową przeciętną, to jesteśmy niewiele powyżej. W ubiegłym roku zajęliśmy 68. pozycję, ale awansu o 4 miejsca nie zawdzięczamy wzrostowi swobody gospodarczej w naszej Ojczyźnie, lecz zwiększeniu regulacji i rządowych interwencji, którym podlegały inne kraje.
Poszczególne składowe ogólnej oceny Polski wyglądają następująco. Rządy prawa (42. miejsce) według autorów rankingu idą w dobrym kierunku. Zdecydowanie gorzej wyglądają kwestie związane z "ograniczonym rządem". Eksperci Heritage krytykują rozrost wydatków państwowych, wzrost długu publicznego oraz politykę fiskalną. W tej dziedzinie zostaliśmy sklasyfikowani dopiero w drugiej setce państw. W dziale "regulacje" fatalnie została oceniona wolność prowadzenia biznesu (107. miejsce na świecie), gdzie czytamy, że założenie firmy i rozpoczęcie działalności w Polsce wciąż trwa niemal 30 dni. I jak to się ma do słynnych zapewnień premiera Donalda Tuska, który od lat zapowiada rejestrację firmy w jednym okienku w ciągu jednego dnia...
Raport przygotowany przez ZPP i Centrum im. Adama Smitha przedstawia największe bolączki przedsiębiorców. Zdaniem 45 proc., największym problemem są wysokie koszty pracy (od 1 lutego 2012 roku wzrosły!), które powodują, że mamy ponad 11-procentowe bezrobocie. W takich warunkach przedsiębiorcy nie mogą tworzyć nowych miejsc pracy legalnie, często muszą się uciekać do zatrudniania ludzi na czarno. Kolejne bariery to wysokie podatki (32 proc. ankietowanych), niestabilność prawa i przepisów (21 proc.) oraz nadmiar obowiązków biurokratycznych (20 proc.). To potwierdzenie danych opisanych w raporcie Doing Business, który wytknął Polsce, że mimo iż obniżono minimalny kapitał do założenia spółki (z 50 do 5 tys. zł), to procedury związane z rejestracją spółki wciąż wloką się ponad miesiąc i wymagają dosłownie ryz zużytego w tym celu papieru.
Autor jest związany z Polsko-Amerykańską Fundacją Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego PAFERE, prowadzi prywatne przedsiębiorstwo.
Dworak przyszedł nieprzygotowany -Anna Ambroziak
Połączone sejmowe komisje - kultury i środków przekazu oraz kontroli państwowej - nie zdecydowały o zleceniu NIK kontroli udzielania przez KRRiT koncesji na nadawanie naziemne cyfrowe Telewizji Trwam.
Parlamentarzyści PiS oczekiwali, że Najwyższa Izba Kontroli zbada rzetelność postępowania Rady w zakresie udzielania koncesji na nadawanie naziemnej telewizji cyfrowej, zwracając w szczególności uwagę na przestrzeganie zasad równego traktowania wszystkich podmiotów ubiegających się o miejsce na tzw. multipleksie. Projekt uchwały Sejmu autorstwa grupy posłów PiS w tej sprawie był rozpatrywany już po raz drugi. Na poprzednim, styczniowym posiedzeniu połączonych komisji przewodniczący obradom Arkadiusz Czartoryski (PiS) przerwał je ze względu na brak technicznej możliwości przeprowadzenia głosowania za pomocą kart elektronicznych.
Wczorajsze blisko trzygodzinne posiedzenie połączonych komisji przebiegało w bardzo napiętej atmosferze. Zaczęło się od tego, że miało się ono rozpocząć o godzinie 11.30, a zaczęło się pół godziny później. Powód? Za mała sala, i to o tyle, że część posłów daremnie usiłowała znaleźć jakiekolwiek miejsce siedzące. Ostatecznie posiedzenie rozpoczęło się w tej samej sali, gdyż innej Kancelaria Sejmu nie użyczyła. - Takie utrudnienia zdarzają się nie po raz pierwszy. Problemy z wolną salą zdarzają się na przykład, jeśli chodzi o posiedzenia zespołu smoleńskiego. Kancelaria Sejmu ima się różnych sposobów, by uniemożliwić działanie opozycji - oceniła Elżbieta Kruk (PiS).
Obstrukcyjne wnioski Pitery
Przez blisko godzinę poselska debata toczyła się wokół wniosku zgłoszonego przez poseł Julię Piterę (PO), byłą pełnomocnik rządu do spraw opracowania programu zapobiegania nieprawidłowościom w instytucjach publicznych. Pitera postulowała, by komisje zrezygnowały z głosowania w sprawie zlecenia NIK kontroli działalności KRRiT do czasu rozpatrzenia przez sąd administracyjny odwołania od decyzji Krajowej Rady w sprawie nieprzyznania miejsca na multipleksie Telewizji Trwam, którego złożenie zapowiedziała Fundacja Lux Veritatis. Julia Pitera podkreśliła, że wszystkie organy państwa, również KRRiT, muszą być poddane okresowo kontroli NIK. - Rzecz jednak w tym - mówiła - że nie jest to moment do tego stosowny. Argumentowała też, że rozpoczynanie teraz kontroli w KRRiT nosiłoby znamiona nielegalnego nacisku na władzę sądowniczą. Zastrzegła, że Platforma Obywatelska nie widzi żadnych przeszkód, by Sejm zdecydował o zleceniu NIK kontroli procesu koncesyjnego na nadawanie na multipleksach cyfrowych, jeśli sąd administracyjny będzie miał zastrzeżenia co do "takiej czy innej decyzji Krajowej Rady". Wypowiedź poseł PO rozbudziła kilkudziesięciominutową dyskusję. Jak podkreśliła Krystyna Pawłowicz (PiS), odłożenie decyzji w sprawie kontroli NIK do czasu rozpatrzenia sprawy przez sąd oznacza, że KRRiT przez kilka lat byłaby wyłączona spod kontroli. Z kolei Beata Kempa (SP) przekonywała, że trwająca procedura odwoławcza nie ma charakteru wstrzymującego działania kontrolne innych organów państwa. - Poza tym wniosek pani poseł Pitery nie ma uzasadnienia w rzeczywistości. Fundacja nie wystąpiła z odwołaniem do sądu administracyjnego - mówiła z kolei Jadwiga Wiśniewska (PiS), co przyznał w trakcie całej dyskusji o. Jan Król CSsR z zarządu głównego Fundacji Lux Veritatis, zapewniając, że Fundacja złoży stosowny wniosek do sądu z prośbą o uchylenie decyzji przewodniczącego KRRiT w ustawowym terminie, po zakończeniu analiz prawniczych tej decyzji.
- Tyle szumu jest o to jedno miejsce na multipleksach dla ponad 90 procent katolików. To nie jest krzywda [decyzja KRRiT - przyp. red.] Fundacji Lux Veritatis czy Ojców Redemptorystów, tylko jest to wykluczenie ludzi, którzy szukają pomocy i ją znajdują właśnie w mediach katolickich - podkreślił z kolei o. dr Tadeusz Rydzyk CSsR, dyrektor Radia Maryja.
Na bezzasadność wniosku Pitery zwrócił też uwagę przewodniczący Komisji ds. Kontroli Państwowej Arkadiusz Czartoryski. Chodzi o to, zaznaczył, że już na początku posiedzenia połączonych komisji posłowie uchwalili jednomyślnie, iż przyjmują porządek obrad, w którym było przewidziane głosowanie nad projektem uchwały PiS. - Zatem wniosek pani poseł Pitery został już rozstrzygnięty na początku posiedzenia komisji jednomyślnie. Po drugie, nie ma żadnego odniesienia w żadnych przepisach, żeby złożenie przez jakiś podmiot odwołania do sądu administracyjnego lub jego niezłożenie wstrzymywało prace komisji sejmowej i jakiegokolwiek organu Sejmu - puentował Czartoryski.
Posłowie PO próbowali jednak podtrzymać wniosek Julii Pitery, przewodnicząca Komisji Kultury i Środków Przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO) poszła nawet dalej, składając wniosek o odrzucenie projektu uchwały w pierwszym czytaniu. Ostatecznie jednak posłowie nad wnioskami PO nie głosowali - decyzją przewodniczącego Czartoryskiego posiedzenie połączonych komisji zostało przerwane na dwa tygodnie.
Szef KRRiT zasłania się niepamięcią
Przez blisko godzinę toczył się spór o to, czy formalnie posłowie mogą zadawać pytania przewodniczącemu KRRiT Janowi Dworakowi dotyczące nieudzielenia przez Krajową Radę koncesji na nadawanie naziemne cyfrowe Telewizji Trwam. Chodziło o to, że poprzednie posiedzenie połączonych komisji zostało przerwane wnioskiem formalnym SLD i PO o zamknięcie dyskusji nad tym tematem. Ostatecznie jednak Biuro Analiz Sejmowych stwierdziło, że zadawaniu pytań nic nie stoi na przeszkodzie. Mimo to posłowie nie uzyskali żadnych odpowiedzi od Dworaka. Szef KRRiT raz mówił, że pytań posłów nie pamięta, potem, że były one niewłaściwe, więc nie będzie udzielał na nie odpowiedzi, innym razem mówił, że odpowiedzi już udzielił i że wysłał je wszystkim członkom komisji. W końcu zadeklarował, że odpowiedzi nie przygotował, gdyż poprzednia dyskusja nad tematem została zamknięta na poprzednim posiedzeniu połączonych komisji. - Nie przypominam sobie takiej sytuacji, żeby pytań posłów nie pamiętać. Pan jest przedstawicielem organu państwa, a póki co mamy w Polsce ustrój parlamentarny - ripostował Czartoryski. - Miał pan dwa tygodnie czasu, żeby przygotować się do udzielenia odpowiedzi. To jest zwyczajna sytuacja, przyjęta w parlamencie - mówił przewodniczący Komisji ds. Kontroli Państwowej, ustosunkowując się do słów Dworaka, że domagając się tychże odpowiedzi, posłowie stawiają go w sytuacji niekomfortowej. - Brak przygotowania i brak komfortu pana Dworaka mało mnie interesuje. Pan Dworak swoją decyzją odbiera komfort wielu Polakom, którzy chcą Telewizji Trwam - podkreślała Jadwiga Wiśniewska (PiS).
Do Komisji ds. Kontroli Państwowej oficjalnie wpłynęły pisma Fundacji Lux Veritatis w sprawie zebrania ponad 1 mln 320 tys. podpisów skierowanych do KRRiT oraz uchwały rad miejskich kilkudziesięciu polskich miast protestujących przeciwko dyskryminacji Telewizji Trwam.
Metoda faktów dokonanych
Kwestia nieprzyznania koncesji Telewizji Trwam została podjęta także na posiedzeniu sejmowej Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii. Jak przekonywał jeden z członków KRRiT Krzysztof Luft, wszystkie stacje ogólnopolskie, które nadają analogowo naziemnie, zobowiązane są do przejścia na nadawanie cyfrowe. Luft deklarował, że wszystkie stacje, w tym Telewizja Trwam, utrzymają swój sposób nadawania i będą dostępne dla szerokiej rzeszy odbiorców. - Nigdy jako nadawca nie twierdziliśmy, że nadajemy w sposób analogowy - sprostował nieprawdziwą informację podaną przez Lufta o. Jan Król z Fundacji Lux Veritatis. - Proces koncesyjny był bardzo nieprecyzyjny, czujemy się pokrzywdzeni. Skłania to nas do złożenia skargi do sądu administracyjnego - dodał o. Król.
Dyrektor finansowy Fundacji Lux Veritatis Lidia Kochanowicz podkreśliła, że prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej może przyznawać określoną częstotliwość na podstawie otrzymanej koncesji. Tyle że podmioty, które otrzymały częstotliwości na pierwszym multipleksie, tych koncesji nie miały. - KRRiT działała metodą faktów dokonanych. Pozwoliła na to, by prezes UKE przyznał częstotliwości przed przyznaniem koncesji - mówiła Kochanowicz. W ten sposób odniosła się do wypowiedzi dyrektor Departamentu Strategii w KRRiT Agnieszki Ogrodowczyk, która mówiła o tym, że uchwały Krajowej Rady są aktem wiążącym przewodniczącego KRRiT do wydania decyzji, ale warunkiem jej wydania jest uzyskanie uzgodnienia części technicznej decyzji koncesyjnej z prezesem UKE.
Dziś ma się odbyć kolejne posiedzenie sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu - komisja ma zdecydować, czy skieruje do premiera Donalda Tuska dezyderat wzywający go do przeprowadzenia kontroli w KRRiT.
Na jaką komisję stać Polaków?
Rozmowa z prof. Wiesławem Biniendą, dziekanem Wydziału Inżynierii Cywilnej na Uniwersytecie w Akron w Ohio, ekspertem NASA
Komisja Jerzego Millera nie wznowi swoich prac. Powinna?
- Nie. Myślę, że powinna być nowa komisja. Ta komisja miała już swoją szansę, pokazała, że nie potrafi nic zrobić. To, co zrobiła, było kopią raportu rosyjskiego z niewielkimi zmianami. Nie dokonała żadnych badań, a ponadto nie miała nawet dostępu do wielu rzeczy. Myślę, że trzeba by stworzyć komisję międzynarodową, która miałaby dostęp do terenu katastrofy w Smoleńsku, do wraku, do czarnych skrzynek. Która wzięłaby pod swoją kuratelę te wszystkie elementy i rozpoczęła śledztwo od nowa, tak jak powinno się to robić. Czyli najpierw powinno się przeszukać cały teren, znaleźć wszystkie nieznalezione jeszcze części tego samolotu, a może i ludzkie, skompletować wszystkie fragmenty samolotu pod dachem, w strzeżonej hali. Następnie powinno się je przebadać, sprawdzić, jak wyglądają. Powinno się oznaczyć, w którym miejscu, na jakie części natrafiono - mówię oczywiście o nowych częściach, których jeszcze nie znaleziono. Później powinna nastąpić rekonstrukcja tego samolotu. Swego czasu pokazywałem, jak była przeprowadzana rekonstrukcja wahadłowca Columbia, gdzie przeszukano teren wielu tysięcy kilometrów kwadratowych, żeby znaleźć wszystkie części. I znaleziono. Tak więc myślę, że nie jest to ponad siły komisji międzynarodowej, żeby takie czynności wykonała.
Istnieje realna szansa, że taka komisja powstanie? Kto miałby ją powołać? Stany Zjednoczone?
- Zadałbym inne pytanie: Czy my mamy prawo do takiej komisji, która by przeprowadziła badania zgodnie ze standardami światowymi, czy nie mamy takiego prawa jako Polacy? Jeżeli mamy, to powinniśmy tego zażądać, i to jest nasze prawo.
W amerykańskim Kongresie podejmowane są starania, żeby taką komisję powołać, ale na razie Amerykanie nie bardzo kwapią się do tego.
- Nie jestem politykiem i oczywiście nie potrafię odpowiedzieć na pytania, które dotyczą polityki w Stanach Zjednoczonych, w Rosji czy w Polsce. To dla mnie trudny teren do "nawigacji". Ale wydaje mi się, że podstawowym elementem jest chęć polskiego rządu, aby taką komisję powołać. A w normalnym demokratycznym kraju rząd powinien odpowiadać na wezwania swojego narodu, powinien go bronić i w momencie, kiedy następuje tego typu katastrofa, powinien wykonać zgodnie ze standardem badania, których jeszcze nie wykonał. Jeżeli polski rząd nie będzie chciał tego zrobić, to prawdopodobnie nie będziemy mieli takiej komisji, aż do czasu kiedy rząd się zmieni i inny postanowi wrócić do tego tematu.
W ubiegłym roku dokonał Pan naukowej analizy, przy pomocy odpowiednich programów komputerowych, katastrofy smoleńskiej. Jakie są jej wyniki?
- Zająłem się tymi tematami, w których posiadam wiedzę i którymi mogę się zająć. Jednym z wątków, na których się skoncentrowałem, było zderzenie samolotu Tu-154M z brzozą. Zgodnie z raportem Millera na tej brzozie samolot miał utracić jedną trzecią swojego skrzydła. Obie komisje się zgodziły, że maszyna leciała na wysokości 6 m, potem nawet obniżyła swój lot, może do wysokości 2-3 m, potem zaczęła zwiększać wysokość do 10 m, następnie do dwudziestu kilku metrów, a wreszcie zrobiła beczkę - prawie 180 stopni, upadła na ziemię i wszyscy zginęli. Taka była teoria tych komisji. Moje obliczenia pokazały, że niezależnie od prędkości tego samolotu, od miejsca uderzenia w drzewo (przyjąłem drzewo trochę grubsze od tej brzozy - 44 cm, czyli o 10 proc. grubsze, gęstość tego drzewa powiększyłem dwukrotnie od tej, jaka jest w literaturze) i we wszystkich przypadkach, dla każdej prędkości, orientacji tego samolotu występuje zniszczenie krawędzi przedniej skrzydła. Ale w efekcie drzewo jest przełamane, wręcz przerąbane, samolot z prędkością 80 m/s przelatuje przez wyrwaną przerwę w ciągu 0,01 czy 0,02 sekundy i odlatuje, zanim górna część drzewa jest w stanie opaść.
Wyniki Pana badań są całkowicie rozbieżne z tym, co podała większość polskich mediów. Skąd ta różnica? Pan jest naukowcem, w polskiej komisji też pracowali naukowcy, powinni Państwo prezentować zbliżone wyniki badań.
- Bywa tak, że są odrębne wyniki. Naukowcy z jednej i z drugiej strony mogą mieć swoje obliczenia i analizy. Wówczas siadają przy wspólnym stole, rewidują swoje założenia. Z taką też nadzieją 8 września wystąpiłem z propozycją, żeby eksperci z komisji oficjalnych pokazali swoje wyniki badań. Ku zaskoczeniu dowiedziałem się, że żadnych obliczeń ani symulacji nigdy nie robiono. Maciej Lasek, który jest jednym z ekspertów komisji Millera, powiedział, że on nie wierzy w żadne symulacje. To było na łamach "Naszego Dziennika". Trudno mi dyskutować z ludźmi, którzy polegają tylko na swojej wierze i nie mają nic do przedstawienia. Zaproponowałem, że możemy umówić się na przyjazd do Pasadeny do Kalifornii, gdzie organizuję konferencję w dniach 15-18 kwietnia. Zaproponowałem, żeby przysłali choćby tytuł i 50 słów abstraktu, na podstawie którego będę mógł zapowiedzieć sesję, na której ja będę mógł przedstawić swoje wyniki, a oni swoje, zaś eksperci z całego świata będą mogli się wypowiedzieć. I ten, kto będzie bardziej przekonujący, będzie miał satysfakcję, że przekonał ekspertów z całego świata. Żadnego abstraktu dotychczas nie dostałem.
Chyba po każdej katastrofie lotniczej na świecie, jeśli ma ona miejsce w państwach zachodnich, robi się symulacje komputerowe?
- Robi się wielokrotnie. Mogę podać przykład symulacji katastrofy wahadłowca Columbia, przy badaniu której pracowałem jako ekspert. Wielu naukowców NASA zakładało początkowo, że zderzenie kawałka materiału izolacyjnego ze skrzydłem Columbii można zignorować, że nic się nie stało. A potem okazało się przy powrocie, że była ogromna wyrwa, która spowodowała katastrofę wahadłowca. A więc bywa tak, że nawet dobrzy naukowcy, jeżeli polegają na intuicji, nie na doświadczeniu czy eksperymencie numerycznym, popełniają błędy. I efekty tych błędów są tragiczne. Zademonstrowaliśmy wtedy, że można zasymulować tę sytuację. I taką metodologię zastosowałem w tym wypadku.
Przy każdej okazji pokazuję wyniki swoich analiz amerykańskim kolegom. Kilka tygodni temu byłem we Francji na uniwersytecie w Le Mans, omawiałem wyniki swojej symulacji. Nigdy nie spotkałem się z zarzutami, że są one błędne. Wprost przeciwnie.
Jaka była metodologia tych badań? Skąd Pan wziął te wszystkie dane?
- Komputer wyposażony jest w osiemnaście procesorów, czyli tak zwany równoległy. Komputer, na którym się liczy, im jest większy, tym mniej potrzebuje czasu na liczenie. Ale sercem obliczeń jest oczywiście program komputerowy. Jest to metoda elementów skończonych, program jest komercjalny, LS-Dyna. Ten sam program używany był do analizy katastrofy wahadłowca Columbia. Ten sam program używany jest przez takie firmy, jak: GE, Haneywell, Williams, Rolls Royce, przez wszystkie firmy produkujące silniki odrzutowe. Ten sam program używany jest przez FFA i NASA do innych przypadków, do badań uderzeń o dużej energii. Sam program, który został rozpoczęty przed laty, jest udoskonalany. Co roku udostępniana jest nowa wersja. Oczywiście korzystałem z tej najnowszej. Używałem również programów materiałowych, czyli tę część, która odpowiada za zachowanie się materiałów. Używałem kilku różnych tak zwanych modeli materiałowych (jeżeli chodzi o aluminium). Modelu standardowego, który jest w tym programie, jak również Johnson Cook, który jest wersją najnowszą opracowaną przez NASA i FFA, który nie jest jeszcze dostępny dla przeciętnego odbiorcy. Z jednej strony chciałem mieć pewność, że używam najnowszych programów. Chciałem również sprawdzić, czy standardowy program również pokaże takie same wyniki. Bo zdaję sobie sprawę, że koledzy w Polsce nie będą mieli dostępu do najnowszego programu, więc trudno byłoby nam porównywać wyniki. Wyniki były jednak takie same, niezależnie od tego, czy używałem Johnson Cook, czy wersji standardowej.
Jest Pan absolutnie pewny, że dane, które Pan wprowadził, są kompatybilne z systemami samolotu?
- Takiej absolutnej pewności nikt mieć nie może. Jestem naukowcem i jak każdy naukowiec jestem sceptyczny wobec swoich wyników i wyników wszystkich innych naukowców. Na podstawie swojego doświadczenia i doświadczenia innych kolegów trzeba zawsze przyjąć pewne założenia. Dlatego też w tym wypadku starałem się powiększyć grubość tego drzewa, zwiększyć jego gęstość, nie wkładałem dodatkowych części, takich jak dodatkowa blacha z przodu skrzydła, która przyjmie na siebie pierwszy impet uderzenia i uszkodzi drzewo. To moje skrzydło w modelu było minimalnie zabudowane, żeby nie budować go zbyt silnie, żeby mieć większą pewność, że jest to bardziej krytyczna sytuacja, niż mogła być.
I według Pana obliczeń skrzydło nie uległo ścięciu przez brzozę?
- To w zasadzie zrozumiałe, dlaczego 40-centymetrowa brzoza nie może przeciąć skrzydła. Tam są trzy belki, które muszą udźwignąć ciężar samolotu. Samolotu, który w swojej konstrukcji może mieć ponad 100 ton tak zwanego ciężaru statycznego, a jeszcze do tego trzeba dodać siły dynamiczne. Wiemy, jak latamy samolotem, że musi on być przygotowany na turbulencje, które z kolei powodują drgania skrzydła. Skrzydło musi być nie tylko wystarczająco wytrzymałe, ale także sztywne, żeby nie zmieniało swojego kształtu podczas turbulencji i działania innych sił dynamicznych. Konstruktorzy budujący skrzydła takiego samolotu - a skrzydła są w nim najmocniejszą częścią, bo muszą udźwignąć cały jego ciężar - muszą mieć wystarczającą ilość materiału w postaci belek, żeby to zachowanie było możliwe.
Co skłoniło Pana do podjęcia tego wysiłku i wykonania skomplikowanych symulacji?
- Oczywiście, gdyby komisje Millera i Klicha czy w ogóle komisje przeprowadziły badania, którym można by ufać, nie zawracałbym sobie głowy i sam nie robiłbym tych badań. Jest to wielki wysiłek i czasowy, i finansowy.
Jak długo pracował Pan nad tym projektem?
- Rozpocząłem na wiosnę 2011 roku. To projekt, który w normalnych sytuacjach realizuje zespół ludzi w konkretnym celu. W moim przypadku było to spowodowane niezgodą na to, co się stało i co proponowały oficjalne komisje. Nie zgadzam się z takim traktowaniem nas, Polaków. Uważam, że każdy z nas powinien zażądać powstania komisji międzynarodowej, która pracowałaby według standardów międzynarodowych. Dlatego chciałem pokazać swoje wyniki, jak to powinno być przeprowadzone, jak to można przeprowadzić, że jest możliwość, są ludzie w Polsce i na świecie, którzy będą chcieli pomóc, żeby dojść do prawdy. Taka prawda jest potrzebna nam, Polakom, ale również Amerykanom i całemu światu, również Rosjanom. Nikt nie chce żyć w niewiedzy i w kłamstwie.
Czy jakiś inny naukowiec lub grupa naukowców amerykańskich recenzowała Pana badania?
- Wczoraj miałem spotkanie z jednym z kolegów z NASA, który obejrzał moje wyniki i potwierdził ich wiarygodność. Ja szukam kolegów, którzy chcieliby zobaczyć moje wyniki, przyjrzeć się im i skrytykować. I wielokrotnie miałem już okazję wysłuchać ich opinii. Dlatego też moje badania nad uderzeniem tego skrzydła po 8 września 2011 r. były również kontynuowane i 25 listopada przedstawiłem najnowszą wersję. Niemniej jednak obie prezentacje były skonkludowane w ten sam sposób i nie znalazłem żadnego przypadku, który zmieniałby te wnioski.
Mówił Pan, że próbował zainteresować wynikami swoich badań również naukowców z Polski.
- Tak. Jest cała grupa polskich naukowców, która pracuje nie tylko nad tym momentem, ale również nad analizą innych elementów tej katastrofy. Miałem przyjemność usłyszeć również zaproszenie od dziekana wydziału, na którym ukończyłem moje magisterium, Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych, do swojego czasopisma, aby być w jego komisji naukowej. Dziekan poprosił mnie również, żebym przygotował wykład na temat moich badań. Będzie mi bardzo przyjemnie odbyć taką podróż i spotkać się z kolegami i profesorami. Miałem przyjemność zobaczyć swojego dawnego profesora, którego polska telewizja pytała o mnie.
Zapytam Pana jako eksperta NASA, czy można ustalić dokładną przyczynę jakiejkolwiek katastrofy, nie badając wraku.
- Wspominałem o konieczności powołania komisji międzynarodowej, która musi przeprowadzić badania i musi mieć dostęp do terenu, żeby jeszcze raz go przeszukać, do wraku, żeby go zrekonstruować, do wszystkich części, które zostały wywiezione do Moskwy czy gdziekolwiek indziej, żeby móc je przeanalizować.
Pana krytycy podnoszą, że nie przedstawił Pan wiarygodnych informacji, w jaki sposób określił Pan wytrzymałość strukturalną skrzydła.
- Myślę, że ludzie ci nie zrozumieli tego, co zaprezentowałem. Jeżeli biorę budowę skrzydła taką, jaka jest w tym samolocie, i stosuję materiał, jaki jest stosowany w tym samolocie, modelowany za pomocą modelu standardowego i modelu Johnson Cook, i otrzymuję takie wyniki, to znaczy, że sztywność tego materiału i jego zachowanie jest taka, jaka jest. Jakie mogliby mieć sugestie: a może była wada w tym skrzydle, a może ten materiał był stary, zmęczony. To są rzeczy, których ja oczywiście nie mogłem wiedzieć i wziąć pod uwagę. I nie sądzę, żeby te osoby wiedziały. Jeżeli ktoś wie o jakiejkolwiek wadzie tego skrzydła czy o danych materiałowych, które uważa, że powinienem wziąć pod uwagę, jeśli są one potwierdzone literaturą czy eksperymentem, to ja oczywiście chętnie je wykorzystam.
Ale chyba nikt nie miał takich badań, bo przecież wrak był niezbadany.
- Więc jeżeli nie ma, to na podstawie czego ktoś twierdzi, że przyjąłem błędne parametry.
Użył Pan parametrów książkowych dotyczących tego modelu samolotu?
- Wziąłem to, co mogłem, a następnie znacznie zwiększyłem grubość tego drzewa i osłabiłem skrzydło do rozsądnych granic. Mało tego, razem z innym kolegą, prof. Braunem, zrobiliśmy symulację aerodynamiczną, żeby zobaczyć, co się działo. Bo skrzydło leżało 111 metrów od brzozy, zgodnie z linią ruchu samolotu po prawej stronie, czyli musiało przelecieć z lewej strony, gdzie się urwało na prawą stronę, a mówimy o skrzydle, które ma 19 metrów, czyli tych 10 metrów przesunięcia w prawo jest oczekiwane. Nie jest możliwe, żeby to skrzydło, jeśli się urwało na 6 metrach, przeleciało 111 metrów do przodu i 10 metrów na prawo. Byłoby to możliwe, gdyby skrzydło zostało urwane na wysokości 26 metrów albo trochę wyżej i 70 metrów za tym drzewem. Taki jest wynik symulacji aerodynamicznej.
Wywiad przeprowadzony
na zlecenie Telewizji Trwam 31 stycznia br.
not. AG
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka