EkoKonserwatysta EkoKonserwatysta
380
BLOG

Ekokonserwatysta. Dlaczego taki blog?

EkoKonserwatysta EkoKonserwatysta Społeczeństwo Obserwuj notkę 1

 


Eko i konserwatysta? Czy to się może łączyć? Czy to nie oksymoron?


 

Ależ oczywiście, że nie. W ekologii chodzi o zachowanie tego co było, dziedzictwa które dotrwało do naszych czasów. Czyli jest w tym właśnie jakiś konserwatyzm.


 

Dzisiaj kiedy ekologia jest zawłaszczona (przynajmniej w opinii szerokiego społeczeństwa) przez 'lewactwo', niestety trzeba to tłumaczyć. Ale historia tego zawłaszczenia w Polsce nie jest długa. Sięga wprawdzie głębiej niż do czasu utworzenia partii Zieloni 2004, ale niewiele – do wyborów parlamentarnych 1997 roku. Startująca w tych wyborach Unia Wolności stworzyła tzw. Forum Ekologiczne Unii Wolności (FEUW), którego liderem był nie kto inny jak – uwaga! uwaga! - profesor (wtedy doktor) Piotr Gliński.


 

Z Forum na listy wyborcze UW wpisano kilkudziesięciu działaczy ruchu ekologicznego, ale mandaty zdobyli jedynie Radosław Gawlik (do sejmu, potem został także wiceministrem środowiska) i Janusz Okrzesik (do senatu) – politycy którzy wprawdzie faktycznie są proekologiczni, ale już wcześniej należeli do UW i byli jej parlamentarzystami. Posunięcie partii okazało się zatem całkiem skuteczne - zdobyto kolejną niszę elektoratu, jelenie przynieśli trochę głosów na listę, a szczęśliwie nie dostał się nikt, kto przeszkadzałby Balcerowiczowi.


 

Przy okazji akcji z FEUW nastąpił rodzaj rozłamu. Do tej pory działacze rzeczywistych organizacji ekologicznych byli ze sobą dość zgodni. Jeśli prześledzi się pismo „Zielone Brygady”, to polemiki dotyczą tam raczej spraw trzeciorzędnych. Najczęściej działacze wyspecjalizowani w określonej tematyce (np. transport, odpady, rzeki) publikowali analizy kolejnych projektów rządowych czy inne artykuły, i treści te były na ogół podzielane w całym ruchu ekologicznym. Zresztą tak jest do dziś, w ruchu ekologicznym w tematach merytorycznych na ogół panuje zgodność co do tego co jest pożądane, a co nie.


 

Inaczej jest, kiedy w dyskusję zakrada się polityka i sprawy światopoglądowe. Tak też stało się w 1997 roku, kiedy na zjeździe ekologów Dariusz Szwed (później wieloletni współprzewodniczący partii Zieloni 2004) próbował przemycić uchwalenie poparcia ruchu ekologicznego dla FEUW. O sprawie tzw. „żółtych kartek” można sobie poczytać tutaj http://www.zb.eco.pl/zb/96/kolumna.htm (przy okazji można się więcej dowiedzieć o Piotrze Glińskim).


 

Okazało się wówczas, że takiego stanowiska nie daje się przegłosować, że neoliberalizm Balcerowicza i program budowy autostrad nie są marzeniami ekologów. Pęknięcie w ruchu okazało się trwałe.


 

Później lewicowi ekolodzy za pieniądze niemieckich zielonych założyli partię Zieloni 2004 (będącą ich całkowitą kalką), a ci bardziej konserwatywni Magazyn Obywatel. Obecnie Nowy Obywatel jest czysto lewicowy (z tym, że nie chodzi tu na szczęście o lewicowość spod znaku gender, czy czerwonej gwiazdy, ale o autentyczną lewicowość typu PPS czy przedwojennego ruchu spółdzielczego), natomiast kiedy go zakładaliśmy w 2000 r. wychodziliśmy z założenia, że podział na lewicę i prawicę się skończył, aktualny jest podział na neoliberalizm i antyneoliberalizm czyli antyglobalizm (świadomie nie używam nazwy alterglobalizm, bo to manipulacja językowa Michnika – miała pokazać, że nawet przeciwnicy globalizacji nie są jej tak całkiem przeciwni, w zasadzie to są nawet za, tylko chcą korekt - identycznie jak kiedyś PZPR kanalizowała krytykę hasłem „socjalizm tak – wypaczenia nie”).


 

W tamtych czasach łączyliśmy w piśmie zatem zarówno wątki (i autorów) lewicowe z prawicowymi, tak jak i globalizację krytykuje się zarówno z pozycji lewicowych jak i prawicowych. Z tego powodu autorzy mieli różne awantury w swoich środowiskach (że publikują w tym nacjonalistycznym Obywatelu, gdzie pisze faszysta X, a ci drudzy, że piszą w lewackim Obywatelu razem z Y), a redakcja z takich polemik ubaw (nikt z nas nie uważał się ani za lewaka, ani za nacjonalistę). Nawet ostatnio Joanna Duda-Gwiazda prezentując w TV Republika swój zbiór felietonów tłumaczyła się dlaczego drukowała je w Obywatelu.


 

Wtedy doskonale wiedzieliśmy już, że ekologom nie jest wcale po drodze z młodymi, wykształconymi mieszkańcami miast – jak pisał Piotr Gliński w swoich książkach. Zajmował się badaniem postaw ekologicznych polskiego społeczeństwa i z tych badań wynikało, że grupa proekologiczna to właśnie takie osoby - młode, wykształcone, z dużych miast, zamożniejsze (wypisz - wymaluj elektorat Unii Wolności). Jak społeczeństwo będzie zamożniejsze, to ta grupa automatycznie się poszerzy. Więc trzeba podnosić PKB i przebudowywać społeczeństwo wg wzorów zachodniego liberalizmu, co najlepiej zrobi właśnie Unia Wolności.


 

A my nie byliśmy teoretykami, tylko praktykami, i widzieliśmy kto z nami współpracuje, z kim się dogadujemy (np. wbrew pozorom najlepiej z pokoleniem najstarszym, słabiej z młodym, które marzy raczej o jeżdżeniu szybką furą po autostradzie niż o segregowaniu odpadów, a średniego w ogóle nie było – ono było całkowicie zajęte zarabianiem pieniędzy). I z kim mamy wspólne interesy – np. z drobnymi rolnikami bo chcemy małych gospodarstw, a nie przemysłu rolnego i GMO, a z kim nie, na pewno nie z koncernami w rodzaju hipermarketów, beneficjentami polityki Balcerowicza.


 

Dobrze też pamiętaliśmy, że jak wisieliśmy na drzewach na górze św. Anny, aby nie dopuścić do jej przecięcia autostradą (notabene wg projektu hitlerowskiego, nikt normalny nie planowałby autostrady akurat przez jedyną górę pośród płaskiego terenu, Hitlerowi chodziło o eksponowanie przejeżdżającym mauzoleum żołnierzy niemieckich poległych w III powstaniu śląskim – po wojnie przebudowanego na pomnik powstańców), to prawdę o proteście można było przeczytać tylko w jednej gazecie. Był to „Nasz Dziennik”.


 

Dlatego też założenie Zielonych 2004 uważaliśmy (i nadal tak uważam) za wielką szkodę dla ruchu ekologicznego, gdyż kompromitowała go w oczach najważniejszych sojuszników i ewentualnego elektoratu. Partię zielonych oczywiście warto mieć, natomiast powinna ona być autentycznie zielona i wyrastać z uwarunkowań danego społeczeństwa (żeby nie rzec: z ducha narodowego). Tymczasem niemieccy zieloni założyli sobie w Polsce siostrzaną partię, będącą ich całkowitą kalką, zupełnie nieadekwatną do warunków polskich. Strategia zielonych w Niemczech polegała na tym, że zjednoczyli szereg niszowych i wcześniej niereprezentowanych parlamentarnie grup politycznych w jedną tzw. kolorową koalicję, aby przekroczyć próg wyborczy.


Te grupy miały cele nie mające ze sobą żadnego związku: ekologia, feminizm, prawa homoseksualistów (oczywiście różni partyjni dogmatycy potrafią wywieźć zbieżność celów, zwłaszcza na gruncie dialektyki marksistowskiej, którą jak wiadomo można udowodnić wszystko, dla przykładu mnie też pewna krajowa lewicowa partyjka systematycznie przekonywała, że jedyną przyczyną niszczenia środowiska jest aktualny system gospodarczy i „w przyszłym społeczeństwie” tego nie będzie, więc powinienem się do nich przyłączyć). W silnie zlewicowanym i zlaicyzowanym społeczeństwie niemieckim, z bardzo małą liczbą rolników, podniesienie tematu ochrony środowiska w oddolny, niebiurokratyczny, idealistyczny sposób właśnie przez osoby o światopoglądzie lewicowym było naturalne. Tym bardziej, że w Niemczech w przeciwieństwie do Polski rewolta 1968 roku miała charakter lewicowy – a to z niej wywodzą się założyciele niemieckich Zielonych.


 

I teraz przeniesienie tego modelu partii zielonych do kraju o diametralnie odmiennych warunkach było nie tylko bezsensowane, nieskuteczne, ale i głupie. Aż dziwię się i niemieckim inicjatorom, i polskim uczestnikom, że na to się zdecydowali. Rozmawiałem kilka lat temu o tym z pewnym belgiskim europosłem Zielonych i okazało się, że tak jak i ja od początku uważał to za idiotyzm i ich przestrzegał. A kalkowanie było konsekwentne. Sam uczestniczyłem w pewnej luźnej wizycie warszawskich działaczy w Berlinie na zaproszenie tamtejszych Zielonych. Skład był taki: 1/3 ekolodzy, 1/3 feministki, 1/3 geje. Tak poznałem Szymona Niemca i Roberta Biedronia zanim stali się znani szerzej. Muszę przyznać, że czułem się nieswojo, także dlatego, że gospodarze apriori zakładali jakąś zbieżność celów czy ideową tych grup, podczas gdy ja nie czułem żadnej (no, z feministkami w pewnym zakresie).


 

No i właśnie stąd ten blog. Dla odmiany poczytajcie ekologa – konserwatysty...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo