(Od razu uspokajam - nie będzie żadnych płaczów nad jakąś utratą niepodległości.) Zawsze wydawało mi się, że niepodległość oznacza samo istnienie państwa (czy tworu tego typu), a suwerenność - możność samodzielnego prowadzenia polityki, zwłaszcza zewnętrznej. Z drugiej od dawna można się dowiedzieć, że w 1989 roku odzyskaliśmy niepodległość. Zatem PRL nie była niepodległa - tj. nie istniała? W "Polityce" (13 II br.) można przeczytać o Kanadzie: W 1867 r. z kolonialnych prowincji powstało Dominium, co uważa się za początek Kanady jako państwa, choć prawdziwą niepodległość uzyskała dopiero w 1931 r., kiedy na mocy Statutu Westminsterskiego zdobyłasamodzielność w polityce zagranicznej(podkreślenia ode mnie).
Może więc teraz mówi się: "prawdziwa niepodległość" na suwerenność i (dobrze wnioskuję?) "fałszywa niepodległość" na niepodległość bez suwerenności zewnętrznej. Ale to pułapka wartościowania. Wielu spodoba się stwierdzenie, że Polska Ludowa była "fałszywie niepodległa", ale czy tym samym panom przejdzie przez gardło, że Wielkie Księstwo Litewskie(po 1569 r.) czy autonomia Śląska były "niepodległe co najmniej równie fałszywie"? Przecież to były twory bardzo podobne do państwa, nie posiadające chyba tylko właśnie niezależności dyplomatycznej (i na Śląsku militarnej).
Zresztą - w tym ujęciu Polska w UE jest również "fałszywie niepodległa"! Dużo naturalnych kompetencji państwa, od kontrolowania granic po mnóstwo spraw gospodatczych, przekazano Brukseli. Toż za PRL rząd w Warszawie miał do powiedzenia niewiele mniej. Kogo więc kusi dzielenie niepodległości na prawdziwą i fałszywą, musi pamiętać, że w którymś przypadku zwróci się to przeciwko niemu. Chyba lepiej wrócić do neutralnego rozróżnienia niepodległości i suwerenności, która może być większa i mniejsza...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)