Nie lubię powiększania ponad potrzebę w polityce udziału duchów i zjaw, ale trudno nie zauważyć, że duch krucjaty i wojny religijnej ma się dobrze. Choć nasza zlaicyzowana cywilizacja zachodnioeuropejska preferuje religie świeckie, tj. ideologie, i prawdę powiedziawszy (na szczęście) nie jest skłonna do ryzykowanie w ich imię swoich rachitycznych armijek. Różni się tym od konfesji amerykańskiej, która wyznającej wyraźnie formułę Kościoła wojującego. Nie przeszkadza to naciskać na Łukaszenkę, by porzucił pogaństwo i nawrócił się z Białorusią na liberalną demokrację.
Ostatnio w pracy misjonarskiej próbuje się tu stosować więcej marchewki niż kija. Elementem tego jest niedawna umowa o małym ruchu granicznym w ramach Schengen między Polską a Białorusią. Trochę protestują u nas ostatni, miejmy nadzieję, wyznawcy nacjonalizmu. Po drugiej stronie działania antypolskie Łukaszenki są raczej częścią pacyfikacji ludności niż celem samym w sobie. Chociaż w zasadzie jestem zdania, że interesy narodowe ustąpić muszą przed państwowymi, to jednak rząd powinien naciskać na niezależność Związku Polaków od Łukaszenki. To nie zmniejszy wpływów rosyjskich, ale lepszy rydz niż nic - choćby minimalne swoje też trzeba mieć. Zresztą póki co właśnie silna pozycja Wielkiego Kołchoźnika jest gwarantem istnienia Białorusi jako bufora zapewniającego pewien komfort Warszawie, Moskwie i Brukseli. Gdyby rząd upadł - czy to w wyniku demokratyzacji, czy zwycięstwa Kremla - szczelność tej geopolitycznej bariery stanęłaby pod znakiem zapytania. Pod tym względem cieszą zapewnienia MSZ Siarhieja Martynaua, dające nadzieję na jakąś "politykę równych odległości" Mińska. Pytanie, na ile szczere i możliwe do spełnienia.
Z innej beczki - Bliski Wschód. Mamy tu cztery zasadnicze obszary polityczno-cywilizacyjne. Przede wszystkim wielki, dość solidarny, sunnicki blok państw arabskich, od Egiptu po Irak. Po drugie -Turcja, również sunnicka, historyczna spadkobierczyni wielkiego imperium osmańskiego, po trzecie - szyicko-perski Iran, po czwarte - Izrael. Do niedawna utrzymywał się zimnowojenny układ: po jednej stronie Arabowie i Iran (przy różnych niesnaskach, mniej lub bardziej były związane ze Związkiem Radzieckim), po drugiej wspierane przez NATO Izrael i Turcja. Ostatnio wskutek wzrostu mocarstwowości ajatollahów oddalają się od nich nieco przestraszone państwa arabskie, z kolei zbliżając do emancypującej się spod wpływów USA Turcji. Co prawda Kair, Rijad i inne stolice arabskie już nie tak głośno wyklinają syjonizm, jednak ze względu na położenie Izraela (proszę spojrzeć na mapę) ma dłuższą metę są zmuszone dążyć przynajmniej do odepchnięcia go od Morza Czerwonego.
W tej sytuacji logiczne byłoby... izraelsko-irańskie porozumienie potężnych outsiderów(w przeciwieństwie do Arabów, bo nie silnych Turków, to już mocarstwa nie tylko na polu wydobycia ropy). Tymczasem są to zaciekli wrogowie, nie z powodu sprzeczności interesów, a nacjonalizmu, religianctwa i tym podobnych czynników. To się może zemścić, jeżeli powstający blok turecko-arabski po cichu, z poparciem Zachodu, urosną w siłę. Kto biega za choćby najpiękniejszymi bajkami, niebezpiecznie zaniedbuje sprawy ważne i materialne.


Komentarze
Pokaż komentarze