Sprawy komisji hazardowej zainspirowały mnie do pewnych przemyśleń - ale po kolei. F. A. von Hayek, jeden z ojców radykalnego liberalizmu ekonomicznego (neoliberalizm, szkoła austriacka), napisał pod koniec II wojny światowej książkę Droga do zniewolenia, w której dowodził, że socjalizm prowadzi nieuchronnie do coraz ostrzejszego totalitaryzmu. W wielu punktach się z Hayekiem nie zgadzam, w wielu też nie zgodziła się historia (by wspomnieć tylko spuszczenie z tonu, zwłaszcza w Polsce gomułkowskiej, komunizmu postalinowskiego) - ale uważam, że można tam znaleźć wiele trafnych, mądrych spostrzeżeń. Tu interesuje mnie przede wszystkim rozdział Dlaczego najgorsi pną się do góry, tłumaczący, dlaczego totalitarne państwo jest z zasady rządzone przez zwyrodnialców i frustratów w typie paladynów Hitlera. Hayek, chyba nie do końca świadomie, korzysta z tezy zgoła marksistowskiej (byt warunkuje świadomość!): jakie urządzenia polityczne, tacy politycy.
Nie wdając się tutaj w jego rozważania (zainteresowanych odsyłam do książki), chciałbym zastanowić się, jacy ludzie z zasady dochodzą do władzy w dzisiejszej Polsce. Pomijam tu rozmaitych Sobiesiaków, którzy sprawują ją za pośrednictwem swoich wysoko postawionych kolegów. Poza tym widzę trzy najważniejsze drogi: "na autorytet", "na gwiazdora" i "na czynownika". Nie oszukujmy się, że istnieje droga po prostu "na kandydata w wyborach". Nie potrzeba totalitaryzmu ani autorytaryzmu, by istniała nomenklatura - rozumiana jako obsadzanie stanowisk z partyjnej łaski. Nie wyborca, nie parlament, lecz partie polityczne rządzą dzisiejszą demokracją. Bez poparcia którejś z nich nie ma szans na objęcie urzędu. Jak wiadomo, wybór między nimi jest iluzoryczny, a poza tym wzorem Zachodu coraz bardziej się do siebie upodobniają.
"Na autorytet". Metoda działająca rzadko i przypadkowo, mało babrania się w politycznych gierkach, mało faktycznej władzy. Najpierw trzeba się w czymś zasłużyć i przede wszystkim być znanym - najlepiej jako kombatant walki z rządem polskim w czasach PRL. Taką biografią może się zresztą pochwalić większość prominentnych polityków, poza oczywiście postkomuną. "Na autorytet" najlepiej działać w okresie kampanii, kiedy swoje nazwisko można przeliczyć na najtwardszą walutę: kartki wyborcze. Jednak trzeba się liczyć z tym, że będzie się kimś w rodzaju "pożytecznego idioty" (czy dosadniej "gawnojeda")z czasów stalinowskich: chętnie pokażą, raczej nie wysłuchają na poważnie... Metoda jest zjawiskiem marginesowym, trudno z niej korzystać planowo, jako przykład mogę podać Wł. Bartoszewskiego.
"Na gwiazdora". I tu dotykamy sprawy komisji śledczej, bo tego typu gremia są najlepszą odskocznia do kariery gwiazdorskiej. Na komisjach wybyli się Jan Maria Rokita, Zbigniew Ziobro, Renata Beger czy (ostatnio) Bartosz Arłukowicz. Inny przykład to znany i "lubiany" Janusz Palikot. Wracając do śledczych, mówiąc bez ogródek, każdy widzi, że tam się głównie gada. Dużo. Popisowo. Trzeba mieć urok osobisty (choćby tak specyficzny jak Renata Beger), choć mile widziana również wyrazista autorska doktryna w rodzaju ziobryzmu. Można w ten sposób zyskać popularność w społeczeństwie i w szeregach partyjnych, zostać bohaterem mediów, ale dotąd przypadku przechwycenia realnej władzy nie odnotowano. Może i dobrze, bo czyż potrzeba nam w rządzie akurat urokliwych gaduł?
"Na czynownika". Tak jak prawdziwi czynownicy służyli wiernie Jego Cesarskiej Mości Carowi Wszechrusi, tak trzeba służyć Matce Partii. Wysługiwać się przełożonym, sterować podwładnymi, montować grupy. Można zacząć od partyjnej młodzieżówki i wspinać się mozolnie, choć po znajomości da się przeskoczyć kilka szczebli drabiny rang ("czinów"). Generalnie lepsza jest ta druga (sub)metoda. Tak zrobili kariery ludzie z "zakonu PC" w PiS z Gosiewskim na czele, a także osławiony Rosół. Nie trzeba wielkiego intelektu ani talentu, grunt to żelazna lojalność.
Oczywiście, zdarzają się osoby, które dostały się na szczyt dzięki kompetencjom, wykształceniu, doświadczeniu i chęci do pracy państwowej. Lecz kto wymieni chociaż dziesięć, niech stracę - pięć? Zastanawiam się również, kto będzie brylował po wymarciu obecnej generacji schyłku PRL, która załapała się do polityki w okresie upadku Polski Ludowej - gwiazdorzy czy czynownicy przyzwyczajeni "wykonywać tylko rozkazy"? Będziemy mieli wysyp Napieralskich?


Komentarze
Pokaż komentarze