Tak jakoś jest, że najbardziej popularne i szeroko komentowane są nie twarde sprawy polityki i gospodarki, a różne kolorowe ciekawostki podchodzące pod jakże ważną sprawę słonia-geja (może i dobrze, bo w ten sposób mniej wypowiedzi ludzi ni diabła się na tym nie znających). W tym przypadku rzecz jest znacznie poważniejsza, ale łatwa do zrozumienia - chodzi mi o czynne prawo wyborcze bodaj dla 16-latków w wyborach samorządowych(wg pomysłu PO) i 17-latków we wszystkich wyborach (wg SLD). Byłem skłonny w pierwszym momencie uznać sprawę za propagandową "wrzutkę" mającą przykryć sprawy większej wagi, zwłaszcza że jak wykazał ktoś w Sieci, wymagana byłaby zmiana konstytucji.
A jednak patrząc po blogach okazuje się, że jest to bardzo wdzięczny temat, bowiem można powyżywać się na "gówniarzach" (ktoś ustawił ich obok... małp) i upoić własną sugerowaną dojrzałością. To każdemu robi bardzo przyjemnie. Europoseł Migalski zwietrzył wręcz spisek - oto PO planuje podstępnie zmniejszyć frekwencję wyborczą - byłbym wdzięczny, gdyby ktoś mi wytłumaczył, dlaczego komuś ma zależeć na tym wskaźniku, niemającym żadnego znaczenia praktycznego ani prawnego...
A więc i ja zabiorę się do rzeczy. Co, poza względami tak oczywistymi jak zniszczenie chrześcijańskich podstaw cywilizacji i plantacji orzeszków ziemnych w Gabonie, może skłaniać do obniżenia wieku głosujących? Poza tym, że młodzież dziś (w społeczeństwie informacyjnym) szybciej dojrzewa po każdym względem? Nie pokazuję tu własnej idei, znalazłem ją - w krótkiej wzmiance - jakiś czas temu w "Polityce" czy "Wprost", ale wydaje mi się racjonalna.
Chodzi tu o przegłosowanie emerytów i pod emerytury podchodzących. Wielkim problemem i Polski, i innych państw, jest właśnie system emerytalny. Utrzymywany jest bowiem nie z pieniędzy zebranych przez dzisiejszych emerytów, ale z pensji ludzi teraz zarabiających. Tych, wraz ze starzeniem się społeczeństwa, ubywa - a wraz z nimi pieniędzy na obsługę systemu. Żeby zapobiec zawaleniu się z hukiem ZUS-ów za kilkanaście-kilkadziesiat lat, trzeba podwyższyć (i raczej zrównać) wiek emerytalny. Za Bismarcka, kiedy emerytury wprowadzano, dożycie 60-65 lat to było coś, ale dziś średnia długość życia jest wyższa i już nie (jak dawniej) część, lecz większość obywateli dożywa wieku, w którym otwiera się kasa funduszu. Dodajmy do tego mnóstwo przywilejów emerytalnych, których część na szczęście zniesiono.
I teraz - czy emeryci, a zwłaszcza ludzie w wieku tuż-przedemerytalnym, poprą tego rodzaju reformy? Czy wybiorą na kolejną kadencję tych, którzy je przeprowadzą? Chyba nawet nie muszę udzielać odpowiedzi. Zresztą podobnie jest z wieloma innymi dziedzinami, w których chorego status quo bronią duże grupy nacisku.Nie ma co wymagać od polityków, by poświęcili władzę dla naprawienia państwa - niech każdy odpowie sobie sam, czy naprawiłby coś w swoim zakładzie pracy, gdyby miał za to gwarantowane zakończenie kariery? Społeczeństwu nie da się racjonalnie wytłumaczyć, co jest konieczne dla naprawy państwa - konieczny byłby wstrząs, ale przy drgawkach agonalnych jest już za późno. Otwierają się trzy drogi:
- Czekanie, aż system emerytalny się zawali, a ZUS zbankrutuje
- Wojskowy zamach stanu
- Rozmaite kombinacje prawne, przepychanie zmian kuchennym wejściem itp.
Chyba każdy zgodzi się, że najlepsze jest wyjście numer trzy. (Amatorom przewrotu wojskowego radzę pamiętać, że uczyniłby on z Polski pariasa w polityce międzypaństwowej, a kto wie, czy nie zobaczylibyśmy czołgów Bundeswehry w Stettin und Breslau.) A jednym z kroków, który można zrobić, by jakoś przepchnąć reformy, jest właśnie poszerzenie wśród wyborców liczby tych, którzy są zainteresowani zmniejszeniem nakładów na system emerytalny. Bo przecież on już niedługo będzie finansowany z kieszeni dzisiejszych 16-latków i 17-latków. Ale ciii, lepiej by egoiści wśród starszaków o tym nie wiedzieli. Niech ograniczą się do elaboratów o nieukształtowanej psychice.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)