Jako że ani nie wierzę kasandrycznym wołaniom prawicy, ani nie czuję do projektu tzw. "integracji europejskiej" entuzjazmu wyższego niż zerowy, dla mnie słowotok wygłoszony przez Nigela Farage'a do prezydenta Rompuya to przede wszystkim malownicza i przezabawna burda. Ot, np. wg Anglika Belgia nie jest krajem (nacjonalistyczny absurd tym większy, że idąc tym tropem jego ojczyzna, Wielka Brytania też nie jest krajem). Jeżeli ktoś dotąd nie obejrzał, rzucam linkiem: http://www.youtube.com/watch?v=bypLwI5AQvY (z napisami: http://www.tvn24.pl/0,1645035,0,1,ma-pan-charyzme-mokrej-scierki,wiadomosc.html).
Myśl, która mi się nasuwa, to to, że w rzeczywistości Farage... podnosi jakość debaty politycznej. Argumenty muszą się bowiem opierać na założeniach czy też aksjomatach (przyjmowanych już bez dowodu). Racjonalna dyskusja wymaga wspólnych aksjomatów - a polega na wysuwaniu (i najlepiej udowodnianiu) zgodności lub sprzeczności tez z założeniami. Otóż jestem przekonany, że znacznie więcej osób podziela przekonanie pana Farage'a, że "charyzma mokrej ścierki" czy wzięcie się znikąd zmniejsza walory kandydata na ważne stanowisko, niż dowolną bardziej skomplikowaną doktrynę w rodzaju liberalizmu, nacjonalizmu czy socjaldemokracji.
Doktryna Farage'a (obejmująca poza zasadą mokrej ścierki i zasadą "who are you?" również zasadę trudnego do wymówienia nazwiska, o czym można się przekonać szukając innych jego wypowiedzi na YouTube) to mogłaby być bardzo ciekawa podstawa dla debaty politycznej. Proszę sobie wyobrazić sobie te zaciekłe dyskusje nad tym, czy X odstrasza wyglądem, czy nie. Zaciekłe, i co więcej - jakże rzeczowe. Znacznie bardziej rzeczowe niż przerzucanie się pseudoargumentami, w których każdy rozmówca działa na podstawie innej ideologii. Jeden wierzy ślepo w dobro mas pracujących, drugi w wolny rynek, trzeci w demokrację, czwarty w coś jeszcze innego. Bez żadnych perspektyw na "nawrócenie" interlokutora, co umożliwiłoby wreszcie merytoryczną rozmowę, a nie przerzucanki. Farage - zbawcą idei debaty?
Nie, albo niekoniecznie. Istnieje bowiem znacznie ważniejsza wspólna cecha (i to wszystkich) ludzi niż niechęć do mokrych ścierek. Ta mianowicie, że każdy jest zwierzęciem, organizmem biologicznym, potrzebuje jeść, pić itd. i jako taki podlega badaniu przez nauki przyrodnicze, lecz jeszcze bardziej - społeczne oraz polityczne. A także historyczne.
Tak więc jeżeli powiem, że Unia Europejska jest szkodliwa w tym względzie, że rozmywa kompetencje i nie ma organu obejmującego całość ważnych spraw (Unia, państwa czy samorządy? - np. w sprawie greckiej, gdzie Bruksela trzymała walutę, a Ateny budżet i właściwie nikt nie jest odpowiedzialny za efekty złej polityki), to raczej każdy może ten argument przyjąć. Nikt przecież, poza anarchistami, nie kwestionuje chyba, że potrzebne jest państwo stabilizujące system społeczny. Nikt nie broni natomiast próbować obalić moją tezę lub podać jakieś kontrargumenty - również odwołujące się do fundamentalnych spraw człowieka jako istoty żyjącej w świecie materialnym, a nie wyobrażonym. W ten sposób można uzyskać możliwie pełny obraz sytuacji i dowiedzieć się o drogach, którymi można pójść.
Sęk w tym, że takie dyskusje mogą owocnie prowadzić nawet nie członkowie elity intelektualnej, ale ludzie, którzy: 1. mają wyrobione w wystarczającym stopniu myślenie logiczne i ścisłe wyrażanie się, 2. mają pewne pojęcie w sprawach politycznych (i polityczno-historycznych) i 3. potrafią myśleć praktycznie. Ludzi takich jest niewielu, a chyba najmniej w parlamentach - toż baba strugająca matrioszki w syberyjskiej tajdze ma bardziej realistyczne podejście do polityki od niektórych polityków.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)