Nie ma to żadnego czysto politycznego uzasadnienia, ale odczuwam pewną sympatię do państwa Izrael. Zbliża się bowiem - wg mnie - do pociągającego ideału res publiki, rzeczy pospolitej - wspólnego dobra, bronionego i rozwijanego solidarnie wbrew przeciwnościom losu. To jeszcze jeden dowód, że ziemia, ludność i pieniądze to nie wszystko (wbrew tezie o rzekomo zdeterminowanym "naturalnie" układzie geopolityczno-międzynarodowym) - sprężysta organizacja tego wszystkiego jest czynnikiem o znaczeniu kapitalnym. Ale ten obraz ma też kilka fałszywych kresek.
Zamach w Dubaju wpisuje się co prawda w toczoną przez państwo żydowskie od dawna wojnę z islamskim fanatyzmem, podobnie "podkradanie" innym państwom paszportów (w ten sposób agenci Mosadu udają Brytyjczyków, Francuzów, Kanadyjczyków...) to rzecz praktykowana od dawna. Jednak obecnie Izrael nie ma takiego wsparcia Stanów Zjednoczonych, a państwa europejskie, których paszporty się podrabia, mogą przynajmniej teoretycznie wystąpić w ramach UE polizbońskiej. Kiedy trzeba się poświęcić dla interesów tzw. europejskich, to zwłaszcza RFN z oczywistych względów nie ma ochoty - ale w takich sprawach, gdzie każdy zyskuje, czemu nie? Pozycja Tel Awiwu może osłabnąć i protesty mogą się posunąć poza ustne połajanki. Na razie - wszystko "może".
W Izraelu podnoszą się głosy, że trzeba wzmocnić kontrolę rządu nad Mosadem. Jeżeli kontrola nie trafi w miejsce politycznych panienek, to byłaby to mądra decyzja. Przede wszystkim dlatego, że rząd ma obraz całości spraw państwowych i rozumie, gdzie trzeba ustąpić (czy przeciwnie - walnąć w stół pięścią) dla dobra tej całości.Mosad jako tajna służba jest tylko jej częścią i takaż jest jego optyka. Przypomina się skrajny przykład z I wojny światowej, kiedy władzę w Niemczech przechwyciło praktycznie Naczelne Dowództwo zdominowane przez ego Ludendorffa. Dla wojskowego wojna to cel i sztuka, lecz dla polityka tylko środek (i to niejedyny, chyba najmniej opłacalny) używany w celu jak najbardziej korzystnego ukształtowania świata powojennego - czyli zwykle Clausewitzowskiego narzucenia swojej woli przeciwnikowi. Zrozumiałe jest, że oficerowie ignorowali rozsądne uwagi sekratariatu stanu Rzeszy, natomiast bardzo niemądre było oddanie im wpływu decydującego w walczącym państwie.
Rząd w każdym państwie ma bardzo ciężkie życie, nie może dać się zdominować ani własnym urzędom, ani własnej ludności. W przypadku Izraela chodzi o ich odmianę narodowców (i religijnych fanatyków), którzy bezmyślnie budują osiedla na Zachodnim Brzegu, potęgując antagonizm religijny i etniczny między Żydami a Palestyńczykami. Choćby nie wiem jak przekonująco uzasadniali to swoimi świętymi księgami, to w sposób oczywisty wszczynają niepokoje wewnętrzne we własnej ojczyźnie. W dodatku wielu ortodoksów otwarcie występuje przeciwko państwu Izrael. Co gorsza, rząd nie potrafi ostro uciąć osadnictwa. Boi się wyborców (czynnik często paraliżujący konieczne decyzje)? Zapomina, że wraz z uzyskaniem niepodległości kompasem musi się stać racja stanu, a nie syjonizm?


Komentarze
Pokaż komentarze (17)