We wczorajszym "Horyzoncie" rozmawiano, jak to zwykle w Polsce, o kwestiach wschodnich. Charakterystyczne, że gdy dopuścić do rozmowy dwóch polityków partyjnych (europosła Kowala i marszałka Borowskiego), to już pojawiły się drobne wycieczki osobisto-partyjne. Zdanie o "mobilizacji ugrupowania" (wszystkie cytaty z pamięci) rzucił Borowski, na szczęście Kowal nie podniósł rękawicy. Dobrze, że są jeszcze miejsca, gdzie atmosfera powściąga puste krzykactwo, choć może zawdzięczamy to jedynie wypowiedzeniu się w międzyczasie przez trzeciego dyskutanta lub przejęciu się europosła sprawą.
Ale ja nie o tym chciałem. Chodzi mi o wypowiedź pani Nałęcz-Pełczyńskiej z Ośrodka Studiów Wschodnich, która pojawiła się przy rozmowie o Ukrainie. Otóż ponoć gorsze (!) stosunki Ukrainy, a nawet Białorusi z Rosją w porównaniu z krajami Europy środkowej ma wynikać z niedojrzałości politycznej, prowadzenia "nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie" ustaleń międzypaństwowych. Być może jest to tylko jednostronna uwaga, nie ogarniająca całości problemu ze względu na niedostatek czasu i miejsca. Jednak trochę mi to pachnie przywiązywaniem nadmiernej wagi do czystej dyplomacji, do osławionej soft power. Zaś soft power bez hard power, czyli atutów realnych, czyli pełnej skarbony, silnej gospodarki, porządnej armii, nowoczesnych technologii to tylko "machanie szabelką" czy, jak powiedział Piłsudski, "gadulstwo i dzieciństwo". Oczywiście, konkretność, jasność, konsekwencja mają dużą wagę również w dyplomacji. Swoją drogą wypowiedź p. Pełczyńskiej wydała mi się (przyznaję otwarcie) nieco mętna i nie do końca zrozumiała...
Można wskazać dużo "twardsze" powody lepszych stosunków Moskwy z Mińskiem i Kijowem niż z Warszawą, Tallinem czy Bukaresztem. Pierwszy to taki, że te ostatnie są częścią bloku atlantyckiego, unijnego, i jakie takie znajdują się na papierze pod protekcją czy protektoratem Waszyngtonu i Brukseli. Drugi i chyba ważniejszy, geopolityczny: Polska i okolice to nie jest teraz obszar ekspansji Rosji. Kreml albo czeka z podejmowaniem działań na dalszym perymetrze, aż spacyfikuje Ukrainę i Białoruś (bo obecne pogróżki mają nas tylko odwieść od przeszkadzania), albo po prostu ciaśniej zakreśla granicę swojej strefy wpływów. Taka polityka wypływa ze zdrowego rozsądku: lepiej mieć dwóch wrogów niż sześciu. Lepiej utrzymywać tych, których na razie się i tak nie ruszy, w (złudnym lub nie) poczuciu bezpieczeństwa. Temu poczuciu rzecz jasna nie wolno się zwieść.
Gdyby taki rozsądek, zdrowa dbałość o swoje interesy, wpływy, nienapytywanie sobie nadmiaru wrogów cechowała drugą stronę, to nie miałbym obaw o losy Bugu i Sanu. Tymczasem (kiedy Stany próbują się porozumieć ze znacznie bardziej niebezpiecznymi Afgańczykami) Unia, a wraz z nią Polska toczy z Łukaszenką wojnę o zaprowadzenie na Białorusi jedynych słusznych porządków, równie groteskową jak osoba samego Wielkiego Kołchoźnika.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)