Pisałem ostatnio nieco o soft power (choć raczej jako słowo-wytrych na określenie dyplomatycznego formalizmu) i tekst M. Krzymowskiego z tym wyrażeniem w tytule pojawił się akurat we "Wprost" (7.08 br.). W zasadzie wolę teksty o tematyce zagranicznej w "Polityce", które, choć równie prawomyślne, są głębsze i lepsze faktograficznie. Tym razem jednak artykuł o "Polskiej soft power" autentycznie mnie zainteresował.
Idzie tu o projekt ustawy o obowiązkowym przeznaczaniu jednej czwartej państwowych subwencji dla ugrupowań na think thanki, czyli instytuty studiów eksperckich. Wiadomo, że te ciała analizują dla swoich mocodawców sytuację społeczną, gospodarczą, międzypaństwową - jednak tekst kładzie nacisk na inny aspekt, który właśnie wydał mi się ciekawy. Otóż instytuty studiów na Zachodzie (USA, RFN) mają zwyczaj zapraszać do siebie młodych polityków z innych krajów. Przedstawia im się na szkoleniach urządzenia własnego państwa, kampanie wyborcze, a nawet organizuje czysto turystyczne wycieczki.Według autora my powinniśmy ugaszczać w ten sposób Ukraińców i Białorusinów, by eksportować zachodnie wartościi dokonywać dyfuzji demokracji.
Brzmi pięknie, prawda? Ale - cytuje się też Grzegorza Napieralskiego (którego bodaj zaprosił kiedyś do siebie jakiś amerykański think tank): mając wobec Waszyngtonu podświadomy dług wdzięczności za to zaproszenie, czułem wewnętrzny opór wobec naszej strategii "tarcza tak, ale za patrioty". To by już wskazywało na trochę inne cele, nasuwało skojarzenia ze spłatą długów Stanisława Augusta przez Rosję albo - by nie szukać tak głęboko w dziejach - zaproszenie Topolanka przez Berlusconiego do willi na dziewczynki. Tyle tylko, że szkolenia i wycieczka to dość niewinne prezenty - ale skutek jest ten sam, to jest nacisk na postępowanie po myśli obdarowującego. Trudno ocenić, na ile tego typu upominki wpływają na naszą politykę. Lecz wynurzenia szefa SLD mogą wskazywać, że nie jest to czynnik nieistotny, pomijalny.
Warto oczywiście wykorzystać tę metodę w stosunku do warstw kierowniczych państw, w których chcemy mieć wpływy (albo, by to określić bardziej prawomyślnie, "do których chcemy eksportować demokrację"). Pytanie, czy sami powinniśmy pozwalać na zaciąganie "podświadomych długów wdzięczności" jak Napieralski. Jeżeli przejdziemy od polityki gier partyjnych do polityki pracy państwowej, problem chyba rozwiąże się sam - wraz ze wzmocnieniem sił polskich powinna się usamodzielnić myśl dyplomatyczna, gospodarcza, ustrojowa itd. Jakiekolwiek zakazy nie dałyby raczej efektu. Nie jest to bowiem jakaś osobna dolegliwość, ale jeden z wielu objawów wielkiej choroby niesamodzielności, lenistwa i rozproszenia sił społecznych.


Komentarze
Pokaż komentarze