Napisane pod wpływem olimpiady i odzewu moich znajomych na akcję pewnej fundacji wspierającej niepełnosprawnych (ale zawodowych) sportowców.
Wydaje się, że człowiek ma pewną naturalną skłonność do czucia wspólnoty etnicznej. Dla szarego Kowalskiego, Smitha czy Duponta czymś oczywistym jest solidarność z tymi, z którymi może się porozumiewać w języku wyuczonym w domu. Objawia się to zwłaszcza w spotkaniu z ludźmi innej mowy; zwykle ustępuje prostemu partykularyzmowi, pozwalającemu przeciwstawić swoją gminę sąsiedniej. Kto poczuwa się do samodzielnego myślenia oraz aktywnego uczestnictwa w kulturze (i nie wpada przy okazji na pomysł odcięcia się ze swoim umysłem od świata) zaczyna, co sam obserwuję wokół, czuć się w pewnej mierze odpowiedzialnym(ną) za swoje społeczeństwo. Czyli - w przybliżeniu - za swój naród. To wszystko jest zrozumiałe, samo społeczeństwo to na pierwszy rzut oka abstrakt, podobnie państwo, które kojarzy się z niezbyt fotogenicznymi urzędami. Naród ma natomiast otoczkę symboli, tradycji...
Woda płynąca nurtem. Można pozwolić jej się rozlać i spowodować niszczycielską powódź, można uregulować koryto i wykorzystać do wytwarzania mąki czy prądu. Można wreszcie zebrać ją do zbiornika i tak zostawić - niech porasta szlamem i zatruwa powietrze. Pierwsze rozwiązanie kwestii etnicznej to nacjonalizm i faszyzm, spuszczenie ze smyczy wrogości i pierwotnych instynktów. Drugie - ujęcie poczucia narodowego w państwowe karby, budowanie w ten pośredni sposób lojalności dla państwa i zapobieganie szaleństwom, bezmyślnej nienawiści. Trzecie jest typowe dla dzisiejszego świata, świata utopii uniwersalizmu, utopii bezruchu i spokojnego używania.
I tak, podobnie jak nie praca (rodząca konkurencję, ryzyko, niepewność), lecz kredyt i pomoc finansowa dla każdego mają być podstawą gospodarki, tak nieszkodliwy i bezpieczny w sumie sport ma zaspokoić potrzebę solidarności. Pójdę na mecz, siądę przed telewizorem, wypiję browarka z rodakami, pomaluję twarz na biało-czerwono - i jestem patriota! Nie zgadzam się tutaj z Ortodoksem - to poczucie wspólnoty jest pierwotne, a kultu sportu wtórny. Nie odwrotnie.
Nie widzę innego wytłumaczenia racjonalnego, jak to oto. Gdyby nie bieganie i skakanie, lecz np. olimpiady programistyczne, w których odnoszą sukcesy polscy studenci, promieniowanie polskiej kultury (nie chodzi tu o Mickiewiczów, lecz o Lemów) na świecie, uczciwość i porządek, bezpieczeństwo wojskowe - były główną sprawą patriotyczną, to doprowadziłoby to do zmocnienia państwa i społeczeństwa (czyli w konsekwencji również także i państwa). Jeżeli zaś by do tego doszło, to byłoby się komu postawić wszystkim apostołom używania tępiącym pracę i samodzielność, rosyjskim miliarderom, wielkim bankom, co to nie mogą upaść, eurokratom i całej reszcie. Nie wierzę w teorie spiskowe - myślę, że sami beneficjenci sportu (rzecz jasna poza szychami MKOlu, UEFY itd.) nie zdają sobie w pełni sprawy z jego dobrodziejstw dla siebie. Choć hojnie go sponsorują, a swego czasu znalazłem w "Polityce" zdanie o jego pożyteczności jako kanalizatora narodowych egoizmów.
Polski patriotyzm, solidarność etniczna bywają aż nazbyt hałaśliwe. Ale zdziałano przynajmniej tyle, że wiążą się z nimi nazwiska Justyny Kowalczyk i Adama Małysza, a nie Piłsudskiego, Skłodowskiej, Banacha, Kwiatkowskiego, Balcerowicza (jak ktoś woli Jaruzelskiego - osobiście nie widzę przeszkód, nie chodzi tutaj o spory doktrynalne), Lema i mnóstwa młodych ludzi, od informatyków, przez oficerów po filologów, którzy by na to zasługiwali.


Komentarze
Pokaż komentarze