Czytając wypowiedzi sekretarza generalnego NATO A. F. Rasmussena w wywiadzie dla dzisiejszego "Wprost" (14 III) aż kusi, by znowu zastosować metodę wyciskania tekstu jak cytryny, by wyodrębnić właściwą treść. Tak już robiłem z Komorowskim.
Na początku mamy coś miłego, o tym, jak to pozytywnie ocenia się nasze zaangażowanie w Pakt. Dalej nieco na temat zagrożenia terroryzmem, co ma Polskę zachęcić do pozostania w Afganistanie. Pomijam, że jeżeli terroryzm nam zagraża, to właśnie z powodu brania udziału w akcjach antyislamskich - to kwestia lojalności sojuszniczej i tylko jej. Mniejsza, bo oto pojawia się fragment najbardziej smakowity, jeżeli go analizować. O przedłużaniu się wojny afgańskiej: Rozumiem zniecierpliwienie (...). Ale mimo wszystko jest jakiś postęp. Ten rok powinien być lepszy, bo zdecydowaliśmy się zwiększyć liczbę oddziałów międzynarodowych o 40 tys., więcej też będzie afgańskiej policji i wojska, które stopniowo będą przejmować odpowiedzialność za bezpieczeństwo (...). Prezydent Hamid Karzaj złożył obietnicę, że jego rząd w sposób bardziej zdecydowany będzie walczył z korupcją i sam (...) będzie sprawniejszy. No właśnie, jakiś postęp jest, ale właściwie to dopiero będzie, bo jakoś dotychczasowe osiągnięcia nie są warte wzmianki. Karzaj (chyba każdy słyszał, co to za ziółko) obiecał. Takiś obietnic i w Polsce mamy dostatek. Czyli właściwie Rasmussen powiedział, że dekadę wojny zmarnowano.
Trudno nie pomyśleć, że właściwie po upadku Związku Radzieckiego NATO to ostatni Mohikanin, niedobitek zimnej wojny. Kiedyś było koalicją przeciwko wielkim ambicjom ZSRR, dziś to już tylko wymówka dla krajów europejskich, by zrzucać odpowiedzialność za siebie na Amerykę. Waszyngtonowi coraz bardziej szkoda na to sił i pieniędzy, zwłaszcza że druga strona grymasi z honorowaniem sojuszu (Irak). Ufne niegdyś państwa wschodnioeuropejskie zniechęca patrzenie przez palce na aktywną politykę rosyjską,.
Nikt NATO nie zlikwiduje, bo to by było złamanie bon ton. Nie przeszkadza to popełniać nieobyczajności na boczku, patrz - wizyta Miedwiediewa w Paryżu, poważne zakupy zbrojeniowe i wciągnięcie Francji do Gazociągu Północnego. Nowa dynamika europejska, na razie przede wszystkim w trójkącie Francja-RFN-Rosja (południe osuwa się w problemy finansowe), właśnie rusza i jest to ten moment, kiedy Polska powinna wejść do gry. Bezpieczeństwa nie zapewnią nam USA i hukanie na Putina-Miedwiediewa, musimy zadbać o to inteligentną polityką. Wzmacniając własne siły, zbliżając się z grupą wyszehradzką i sojusznikami wschodnimi, szukając współpracy z Chinami, RFN, Skandynawią i Białorusią, okresowo nawet przyjaźniąc się z Kremlem (nie za darmo). Gdzie jest wiele podmiotów, szybko zaczynają się gryźć, a oparta na surowcach siła Rosji może się rozwiać, jeżeli skończą się złoża lub popyt (nowe gałęzie energetyki!). To byłaby dla nas największa szansa od 1918 roku, jednak teraz nie ma co wchodzić w tak dalekie spekulacje.
W polityce międzypaństwowej jak w biznesie: z każdej koniunktury trzeba próbować ciągnąć zyski.


Komentarze
Pokaż komentarze