O tym, że rafineria w Możejkach jest coraz mniej opłacalna dla Orlenu i być może będzie musiała trafić w ręce Rosjan, wiadomo nie od dziś. Dopiero jednak trzy dni temu napisała o tym "Polityka".
Główną tezą A. Grzeszaka (niepodaną co prawda wprost) jest chyba, że decyzja o kupnie litewskiego zakładu była nieopłacalną, nie do końca poważną próbą utarcia nosa Rosjanom. Pisze więc, że przepłaciliśmy, że inwestycja okazała się mało rentowna ze względu na problemy z surowcami - Rosjanie przerwali dostawy, a sprowadzanie drogą morską to impreza nietania, a w dodatku utrudniana przez Litwinów. Zgoda. Ale pytanie - jak można wymagać od firm, nawet państwowych, działań politycznie korzystnych dla kraju, jeżeli rząd zostawia je na lodzie?
Oczywiście, są tacy, dla których samo kupno czegokolwiek właśnie z powodów politycznych to jakiś szczeniacki (ekspansywny?) wybryk Polski, machanie szabelką, przerost ambicji. Pomijając ewentualne niezainteresowanie polityką międzypaństwową, wynika to albo - paradoksalnie - z czystej naiwności, z którą dyskutować nie będę, albo z innego lokowania patriotyzmu (być może wykluczającego samodzielne akcje Polski). Tu spór jest tak fundamentalny, że aż nierozstrzygalny. Każdy musi zdecydować sam, czy obywatelską lojalność skieruje w pierwszym rzędzie w stronę Unii, Rzeczypospolitej czy może samorządowego partykularyzmu. Tak jak, nie przymierzając, trzeba wybrać bycie katolikiem, albo niewierzącym, albo ewangelikiem... itd. Na tym polega wolność.
Wracając do tematu - błędem nie była decyzja Orlenu o zakupie. Błędem była i jest zupełnie bierna polityka państwa, które zostawia przedsiębiorców polskich na wschodzie sam na sam naprzeciw miejscowego biurokraty. Tu potrzeba może mniej wspominania jagiellońskich czasów, a więcej konkretu. Gesty nic nie dadzą, jeżeli litewskie koleje będą nadal wozić Orlenowi surowiec okrężnie i po zbójeckich cenach, a na Ukrainie urzędy nie załatwiać niczego bez łapówki. Grzeszak pisze, że Litwini traktują Orlen jak bogatego wujka i zdają sobie sprawę, że z powodow politycznych sprzedaż Możejek Rosjanom jest raczej mało prawdopodobna. Rozbiory, wojny światowe, PRL (nie wspominając o sarmackiej tradycji lenistwa i mędrkowania) zamiast zahartować, zrobiły z Polaków polityczne panienki, z czego wszyscy na świecie zdają sobie sprawę. To, że Rosja - jak sam twierdzę - to nasz najważniejszy przeciwnik, nie oznacza bynajmniej, że nie powinniśmy się z nią umiejętnie układać, rozmawiać, poklepywać po plecach! To, że nasi wschodni sojusznicy są sojusznikami nie oznacza, że nie powinniśmy ich traktować tak, jak zwykle silniejszy traktuje słabszego. Ba: tylko Lach nie cackający się ma wartość jako sojusznik, której nie ma Lach płochliwy i strachliwy. Ten pierwszy w razie potrzeby wyciągnie przecież visa.
Niestety, politycy czują się odpowiedzialni tylko za swoją partię, a nie za państwo. Gdy dojdą do władzy, posiłkują się mglistymi koncepcjami filozoficznymi czy historiozoficznymi, a nie faktami. A visa nie ma w ogóle - bo po co nam korweta?


Komentarze
Pokaż komentarze (14)