Rozwiązywanie rozmaitych konfliktów i kłopotów między państwami przez rozmaite ponadpaństwowe gremia i mocarstwa-żandarmów to dla mnie płód dość specyficznego sposobu myślenia, chrakteryzującego się chęcią odgórnego narzucania, oczywiście dla dobra tych, którym się narzuca. Gdybym miał wymyślić jakąś metaforę, powiedzmy, że podałbym taki obrazek: zbieramy w remizie czy na stadionie wszystkich młodych ludzi z jakiejś okolicy, konstytuuje się rada ekspertów i mądrych starców i mówi: no dobra, ty wyjdziesz za tego, ty za tego, a tamten ożeni się z tamtą. Po czym pędzi się całe towarzystwo do USC czy (wersja dla wierzących i praktykujących) do kościółka. Brzmi absurdalnie (i tak ma brzmieć). Ale czy wtedy - prawdopodobnie - nie byłoby mniej samotnych i nieszczęśliwych, niedobranych małżeństw, itd.? A mimo to nikt z odrobiną oleju w głowie takich propozycji nie wysuwa.
Co byłoby najlepsze dla uczestników konfliktu izraelsko-palestyńskiego? Usłyszałem wczoraj, przypadkowo, w jakimś radiu rozmowę na temat sytuacji tamże i stosunku wuja Sama do niej. Ponoć nawet wśród organizacji żydowskich w Stanach zyskuje poparcie koncepcja dwóch państw: Izraela i Palestyny. W praktyce byłoby ich trzy, bo przecież Palestyna dzieli się w rzeczywistości na krainę Hamasu w Gazie i krainę Fatahu nad Jordanem. Chyba nie trzeba mówić, że gdyby mądrzy dobroczyńcy spojrzą w inną stronę lub wręcz podwinie im się noga gdzieś w Iranie, jakieś większe ryby - sam Izrael czy któreś z państw arabskich - bez skrupułów połkną te żyjątka. Można się domyślać, że podobnie zeswatane we wspomiany na wstępie sposób pary rozeszłyby się przy pierwszej chwili nieuwagi ekspertów i mądrych starców.
Problem, gdy ludność dzieli się na niepotrafiące się dogadać, wyraźnie wyodrębnione grupy lub wręcz oddzielne społeczeństwa obserwujemy nie tylko w Izraelu. Dość przywołać Belgię - Flandrię i Walonię. W mniejszym stopniu - Polskę, Włochy, Ukrainę. A w większym - państwa postkolonialne z granicami wyrysowanymi od linijki np. gdzieś na konferencji berlińskiej przez Bismarcka i jego gości. Czy raczej bronić tych pięknych granic, których nie powstydziłby się Euklides, czy po Wilsonowsku pozwolić się wszystkiemu, mówiąc kolokwialnie, rozleźć i oddać na pastwę większych ryb (co przerabialiśmy w latach 30. XX w.)? Oto pytanie, z którym zmagają się eksperci i mądrzy starcy zajmujący się polityką międzypaństwową.
Ja myślę, że najzdrowiej jest pozwolić biec sprawom własnym trybem. Można spokojnie założyć, że co samo powstanie, samo się też utrzyma i dłuższy czas utrzyma stabilność. Ostatnio coraz częściej - rozsądnie, choć zazwyczaj milcząco - przyjmuje się, że stabilność jest ważniejsza od nawrócenia na słuszną cywilizację zachodnią i jej obecnie dosyć utopijną wizję stosunków międzypaństwowych. Akurat Izrael nie daje sobie w kaszę dmuchać, ale kraje afrykańskie są wciąż nękane wojenkami prowadzonymi przez kacyków za pieniądze przechwycone z pomocy oenzetowskiej. Podczas gdy Chiny, ale i inne kraje (czytałem niegdyś o popularności polskich wiader w Afryce Płn) potrafią po prostu sprzedawać tam produkty po możliwych do zaakceptowania dla miejscowych cenach.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)