Tragedia smoleńska obrasta niemal od początku w przupuszczenia, interpretacje, przewidywania, a nawet (choć może to i oczywiste?) mity. Przepowiada się, że zmieni ona Polaków i polską politykę. Wydaje mi się, że jeżeli chodzi o tę ostatnią, to ze zmniejszeniem zajadłości partyjnych partyjnych ujadań możemy mieć do czynienia może przez rok (w wariancie optymistycznym, przy czym "efekt narodowej tragedii" będzie powoli wygasał). Nie może istnieć państwo bez wewnętrznych swarów - i to nie tylko demokratyczne, jak się często mówi, ale żadne; nawet w autorytaryzmach istnieje opozycja, tyle że nie realizuje się w parlamentarnych pyskówkach, a w trafianiu do więzienia.
Nie da się zresztą mieszkać na cmentarzu, ludzie mogą dumać jakiś czas nad nietrwałością swojej egzystencji, ale państwo mimo ogromnych strat musi działać bez przestojów. Na dłuższą metę w tym działaniu psychologia jest tylko jednym z licznych mających znaczenie czynników, obok sytuacji czy formalnego i praktycznego ustroju. Znacznie więcej dokonuje się żyjąc niż umierając. Bardziej szanuję Prezydenta za dobrą koncepcję polityki wschodniej (choć charakter urzędu niezbyt pozwalał Mu ją rzeczywiście prowadzić), za rzadkie połączenie zdecydowania z poczuciem sprawiedliwości, za to, że zachowywał się- wbrew stwarzanym jeszcze tydzień temu pozorom - lepiej od poprzedników, nie racząc nas wałęsowskimi mądrościami ludowymi ani nie przywlekając choroby filipińskiej - niż za tragiczną śmierć. Jako że przed tragedią smoleńską nie znajdowałem się w obozie pisożerców, nie odczuwam potrzeby uderzania w fałszywe tony i tytułowania Kaczyńskiego "największym politykiem III RP", bo i coś takiego słyszałem. Chyba podobnym aktem ze strony całej Polski jest pochowanie Prezydenta na Wawelu. Myślę, że jednak trochę na wyrost.
Co do przepowiadanych zmian w polskim tzw. charakterze narodowym, to tu i ówdzie pojawiają się zapowiedzi recydywy mesjanizmu spod znaku nieszczęsnego Chrystusa Narodów. Czy Polak ma być znowu wyjątkiem wśród innych ludzi, chlubiących się owocami swojej myśli i pracy, i opierać swoje życie na daninie krwi? Według mesjanistów - tak. Ponoć to nawet konieczność dziejowa, ulubiona kategoria tych, którzy w materii dziejowej wykazują niewielkie rozeznanie i zrozumienie. Bardzo możliwe, że również Matka Boska maczała w tym palce. Tymczasem dotychczas ustalono, że "na pokładzie prezydenckiego samolotu nie doszło ani do wybuchu, ani do pożaru, a silniki pracowały do końca" (PAP).
A więc prawdopodobnie po prostu w samolocie zdecydowano się podjąć ryzyko lądowania kiepską maszyną, w kiepskich warunkach, na kiepskim lotnisku (co stwierdził Miller albo Kwaśniewski - za swojego urzędowania lądowali w Smoleńsku - tuż po tragedii) zamiast ryzyka opóźnienia uroczystości przy wybraniu lotniska w Mińsku lub w Moskwie. Ryzyko jest ryzykiem i zawsze na kostce może wypaść jedynka. Tym razem wypadła. Rosja raczej jej nie pomogła, bo wówczas, gdyby to wyszło na jaw, byłby huk na całą galaktykę. Może nawet większy, niż gdyby nas po prostu najechali. Poprawa stosunków tuż przed tragedią smoleńską i skwapliwość reakcji po niej to bardzo nikłe przesłanki za jakimś spiskiem. Swoją drogą to, co się teraz dzieje między Polakami a Rosjanami, jest naprawdę zadziwiające, jakby nagle wszystko to, co zachodziło od czasów zetknięcia się Moskwy z Polską i Litwą, zostało nagle odsunięte na bok.
Zauważyłem, że dzisiaj blogerzy coraz bardziej skąpią czarnego lukru i umysły, bardzo powoli, już się schładzają. Być może przy pisaniu tego tekstu znalazło się gdzieś trochę zbyt ostre na te dni sformułowanie. Przepraszam, jeżeli komuś to będzie przeszkadzać, choć nie skreślę ani słowa.


Komentarze
Pokaż komentarze