Jedną z rzeczy zwracających uwagę przy okazji tragedii smoleńskiej jest bezprecedensowe ocieplenie stosunków między Polakami a Rosjanami, w wymiarze państwowym i społecznym, narodowym. Czy jest to krótkotrwały festiwal frazesów nad trumną, czy przedsionek wielkich zmian, np. wyprostowania kwestii katyńskiej (tu widzimy już pierwsze kroki), trudno mi dziś stwierdzić. Natomiast zwracałem już uwagę, że choć poddawanie w wątpliwość koncyliacyjnych intencji Kremla pachnie niezdrowo betonem, to należy zachować pewną dozę podejrzliwości. Być może, jak się pisuje, Rosja chce znormalizować swoje stosunki z Zachodem i Polska jest elementem tego planu; ale myślę, że równie dobrze spółka Putin-Miedwiediew może nas wpuszczać w maliny, byśmy słabiej protestowali przeciwko jakimś ich ruchom na wschód od linii Curzona.
Temat jest już tu i ówdzie poruszany (np. tu). Ja natomiast chciałbym poszukać, przynajmniej hipotetycznych, twardych powodów, które mogłyby skłonić Polskę i Rosję do trwałej współpracy (proszę zwrócić uwagę, że pisze to ktoś, kto uważa wrogość na tej linii, przynajmniej w obecnej sytuacji geopolitycznej, za niemal oczywistość). Trudno bowiem uwierzyć, by sama polityka historyczna i czułe słówka ("pojednanie w prawdzie" czy wręcz "wspólnota płaczu" - tu cytuję z pamięci Michnika) miały posłużyć za podstawę sojuszu. To wszystko tylko powierzchnia polityki, którą to powierzchnię upodobali sobie rozmaici pisarze i dziennikarze. Jak głębokie jest ich pojmowanie, możemy zobaczyć w ostatnich dniach, oglądając po prostu telewizję. Przewracana na wszystkie możliwe strony tragedia smoleńska i ewentualnie sprawa wulkanu wypełniają 50 minut w TVP, 30 w TVN, podczas gdy zwykle kilka(naście) tematów mieści się w 20 minutach z niewielkim okładem. Rzeczywiście jest czas na porządne naświetlenie kwestii... I tak w tzw. społeczeństwie informacyjnym telewidz nie jest rzetelnie poinformowany o niczym.
Wracając do tematu, na początku wypadałoby wspomnieć o pomysłach zupełnie innego kierunku polskiej polityki zagranicznej, nie - powiedzmy - "atlantyckim", a "eurazjatyckim". Mielibyśmy więc pójść nie w stronę UE, NATO, ale WNP, Rosji, Chin. Mało to pasuje do nastrojów Polaków, raczej wyraźnie "atlantyckich". Zresztą zdaje się, że na dzień dzisiejszy obecny ogólny kierunek jest bardziej opłacalny: Zachód jest w stanie dać nam więcej pieniędzy, a poza tym panujący w Europie bałagan (rozumiany jako brak hegemona) na krótką metę mniej zagraża naszej suwerenności niż rosyjska dominacja, która raczej towarzyszyłaby "eurazjatyckiej" orientacji - chyba, że oparlibyśmy się bardziej o Pekin. Na krótką metę, bo na dłuższą polska tożsamość może ulec europeizacji, natomiast chyba nie - rusyfikacji. Państwo bez "własnego" narodu (czy ogólniej: tożsamości) może co prawda jak najbardziej funkcjonować, lecz jest to raczej utrudnione. Koncepcję "eurazjatycką" zgłaszał m.in. Aleksander Bocheński, autor "Dziejów głupoty w Polsce" i wyznają ją w pewnym stopniu środowiska kresowiackie.
Dlaczego? Ponieważ między Moskwą a Warszawą, Polską a Rosją, jest dużo miejsca, tak że w pewnych okolicznościach można by siąść nad mapą z czerwonym flamastrem i podzielić Ukrainę, Litwę itd. między siebie. Wystarczy dla obu. Podobne rozwiązanie zastosowano w XVII wieku po powstaniu Chmielnickiego, zawierając w 1667 roku rozejm w Andruszowie między carem a Rzecząpospolitą. Co na zachód od Dniepru, do Polski, co na wschód - do Rosji. Było to ostateczne pogrzebanie wizji hadziackiej (1658), wizji utrzymania całej autonomicznej Ukrainy przy Polsce. Coś podobnego zaszło prawie 300 lat później, gdy Sejm doprowadził do zawarcia traktatu ryskiego zamiast kontynuowania piłsudczykowskiej walki (na ile możliwej, nie miejsce tu osądzać) o niepodległość Ukrainy atamana Semena Petlury.
Utrzymanie bewzględnej polskiej supremacji nad Kresami jest możliwe tylko we współpracy z Rosją i nie dziwi z tego punktu widzenia np. postępowanie ks. Isakowicza-Zaleskiego (patrz kontrowersyjny tekst W. Maziarskiego). Pytanie, czy lepiej trzymać własną, żywą kurę poza żołądkiem, żywiąc się tymczasem czymś innym, czy na spółkę z sąsiadem od razu zadusić ją i ugotować. Sama Rosja odpowiedziała: lepiej mieć własną i żywą. Od roku 1717 Rzeczpospolita była właściwie carskim protektoratem i Moskwa wolała ją trzymać w całości formalnie samodzielną, niż połknąć za cenę podzielenia się smakołykiem z Austrią i Prusami. Przynajmniej dopóki kura nie zaczęła głośno gdakać i próbować odfrunąć, od wybuchu konfederacji barskiej. Dlatego też jestem raczej zwolennikiem ścisłego sojuszu i przyjaźni z państwami pasa między Polską a Rosją niż prób montowania jakiejś nowej Rygi czy Andruszowa. Zwłaszcza, że dzisiaj raczej słaba Polska, w dodatku prawdopodobnie nasiąknięta w niemałym stopniu szpiegami znad Wołgi, mogłaby wytargować od Kremla jedynie jakieś ochłapy.
Natomiast, tak jak już pisałem przy okazji sprawy Możejek, dobre stosunki z Rosją mogą być dobrym straszakiem zmuszającym np. litewski nacjonalizm do spuszczenia z tonu. W polityce bowiem, dopóki istnieją suwerenne państwa, nie ma sojuszy koniecznych i "kolegować się" można z każdym. Byłoby dobrze, gdyby nasi sojusznicy na wschodzie o tym wiedzieli, i starali się nie sprawdzać tej wiedzy w praktyce. Co bardzo ułatwiłoby realizowanie tych bardziej piłsudczykowskich, bliskich także zmarłemu Prezydentowi, koncepcji naszej działalności za linią Curzona.
=======
Tak jak widać, niestety z różnych powodów osobistych moje pisanie na blogu jest rzadsze, rzadsze również niż bym chciał. Ten stan niestety przeciągnie się jeszcze trochę.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)