Scena polityczna w RP jest obecnie zdominowana przez dwa wielkie obozy, pisowski i platformiany - to jest fakt, z którym nie ma co dyskutować inaczej niż, ewentualnie, czynami. Stan ten ukształtowało wiele czynników, gra sił i ma charakter obiektywny. Co prawda mi się to nie podoba, ale tracę cierpliwość dopiero, gdy jakiś publicysta wpada na pomysł wykroczenia z polityką poza politykę i głosi, że również Polacy, obywatele naszego państwa, są podzieleni wedle tego samego szwu.
Ta tendencja ostatnio się nasila przy okazji tragedii smoleńskiejm, a raczej długotrwałego szoku posmoleńskiego. Gromadzą się panowie, którzy często wierzą w zamach, za to nie wierzą w tzw. pojednanie Polaków i Rosjan, którzy "od zawsze" widzieli niewidoczne dla gawiedzi przymioty Lecha Kaczyńskiego. Naprzeciw siebie stawiają tych, którzy jeszcze niedawno opluwali Lecha Kaczyńskiego, sprzeciwiali się pogrzebowi na Wawelu itd. - czyli tradycyjną "klikę" demoliberałów i eurointegracjonistów. Ale ci ostatni mają własną wizję, w której po jednej stronie stoją oni - światli, postępowi, europejscy, nowocześni, przewspaniali - a po drugiej śmieszno-straszni radykałowie, sfrustrowane nastolatki, mohery i dziadki z XIX wieku. (Tak na marginesie, dla mnie, gdy się chwilę zastanowić, dyskwalifikacja przez "wyzwanie" od średniowieczaczy XIX wieku to zazwyczaj bardzo kiepski chwyt retoryczny - jeżeli wczoraj "jabłko" było jabłkiem, a dzisiaj staje się ot tak sobie gruszką, to jest to zamęt, a nie postęp).
Jak nietrudno zauważyć, obie nagłośniejsze grupy - narodowców i demoliberałów - same sobie tworzą własne obrazy Polski, w których my jesteśmy super, a cała reszta to jeden wielki niedorozwój i, mówiąc językiem gimnazjalistów, żal. Pisałem w ostatniej notce, że podsycanie konfliktów najbardziej opłaca się największym potęgom. To sprawdza się bezbłędnie. Pytanie, czy taki prosty podział powinien podobać się samym zwolennikom tych dominujących opcji, którzy trafiają do jednej szufladki z osobami często od nich odległymi. Nie wspominam już np. o sobie - ja, przyznam, uważam oba obozy za fanatyków, którzy zagubieni w swoich mętnych idejkach tracą z oczu państwo. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, a ja sam zapędziłem się retorycznie w zdradliwe okolice topornych klasyfikacji...
Tym niemniej wydaje mi się, że więcej luzu, różnorodności mogłoby zmniejszyć energię trwonioną na zaciekłe ujadania i pozwolić ją spożytkować w jakiś bardziej pożyteczny sposób. W ostatecznym rachunku przed wszelkimi dostrzeganymi przez nas zagrożeniami dla Polski i cywilizacji będzie nas bronić w pierwszym rzędzie nasze państwo. A na jego umocnienie nie ma jedynej słusznej, szczegółowej recepty.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)