8 obserwujących
79 notek
46k odsłon
54 odsłony

Anarchy in the PL

Wykop Skomentuj

Przez cały maj dwa tysiące dwudziestego roku górnicy strajkują. Czegoś im nie dali z Ministerstwa Przemysłu i rada krajowa oraz czujna aktywizerka każdego z setki frakcji Związków Zawodowych Górników w Polsce  porwała wreszcie z kolan  hajerów, klęczących od wieków na spągach grub w oparach koronawirusa. Nie czekając na litość zarazka, komisarze strajkowi  wyprowadzili na ulice stolicy dzielną gromadkę, a każdy przepisowo umorusany pod maseczką, dziarsko machał ku warszawiakom brechą, pyrlikiem i żeloskiem. Nikt specjalnie nie orientował się, o co im tam chodziło, poza tym, że jak się nie podobo, to wypad na szychta fedrować osiem godzin! Pewnie o zmniejszenie ulg, redukcję dotacji na górnictwo, jednym słowem - jakieś  kolejne przejawy komunofaszyzmu. Stoliczni już na tego typu rzeczy nie zwracają specjalnie uwagi - warszaffka jest leniwa i nastawiona sceptycznie - tamci ufni i społecznie wjebani. Nie całkiem mogłem uwierzyć, że redukcja funduszy na górnictwo może zebrać dwudziestotysięczną demonstrację. Widziałem już różne demonstracje, jak się trudno zbierały i jak łatwo rozpraszały. Ale okazało się - można. Kopalnie wyglądają wtedy jak  dworce kolejowe na pograniczu ukraińsko-węgierskim, hulają po nich popłuczyny po wiatrach historii i duchy po  niesłusznych pacyfikacjach, a zielone odchody Puszczy Pszczyńskiej oplatają stropy z ogromnym wysiłkiem utrzymujące  ten zdradliwy, niewdzięczny świat tam, gdzie jego miejsce...

Tymczasem ulice Warszawy zaludniały się pijanymi bergmonami, ujaranymi feministkami, wonnymi bezdomnymi w ciepłej porannej kimce, łysymi hippsterami, którzy przeszli na stronę zbuntowanego ludu, białoruskimi sprzątaczkami i po prostu przypadkowymi dziennikarzami, którzy jak wiadomo, nigdy nie mają nic do roboty. Każdy pierdolił pracę. Tłumy włóczyły się Hożą i alejami, siedziały w kawiarniach, piły kutasówę z termosów, paliły haszysz pod sklepowymi witrynami i dzieliły pizzą z policjantami w furażerkach, którzy szczelnym kordonem rozpaczliwie opasali schody do nieba na placu marszałka.  Nagle wszyscy ruszyli na Nowogrodzką. Z buta to trzy kilosy, byle szleper zrobi to w pół godziny. Nowogrodzka to idealne miejsce. Lepszego nie znajdziesz ze względu na administrację i poczucie narodowego braterstwa. Właśnie tutaj powinna się odbywać najbardziej heroiczna i rozpaczliwa walka o przetrwanie. Często o tym  myślę, patrząc na siedzibę, ilu ich tam teraz jest, setka, tysiąc? Dlaczego nie wyjdą i nie powiedzą co właściwie myślą o systemie górniczym, o systemie, o tym, co właściwie w ogóle myślą? Przecież coś myślą. Nie może być, że przez lata pokornie notują te wszystkie bzdety o zamachu, pińcetplusach, winach Tuska , a potem wracają do swoich ciepłych i zacisznych domków i pełni miłości, z lubością wspominają spektakularne wjazdy prezesa i jego ochroniarzy, i dyskretne przemknięcia wszystkich innych szlachetnych i dostojnych postaci ...

Tymczasem górnicy mijają Merkurego, nie milczą. Przecież ich jest z dziesięć tysięcy! Jak armia Budionnego! Czemu oni pozwalają się wykorzystywać jak mięso armatnie, wyganiać na gruby i przekopy, karmić flapsem i fuslapami, kiedy na zewnątrz, na ulicach odbywały się najciekawsze i najniebezpieczniejsze rzeczy w ich życiu, odbywało się właśnie życie!? Nikt ich tego nie uczył, ale właściwie, czego tu uczyć? To nieskomplikowane: pewnego razu ktoś z Nowogrodzkiej pisze kolejne drakońskie zarządzenie, na przykład zarządzenie o podwyżce cen modrej kapusty, powiedzmy - wprowadza talony na kluski śląskie, krótko mówiąc - coś potwornego i nieludzkiego, no i robi to właściwie nie z powodu jakichś osobistych, etycznych braków, raczej przez inercję - prezes naciska na premiera, premier na ministra, minister na księgowego i wprowadza się talony na kluski albo sprowadza wyngiel z Mozambiku. Tak właśnie rodzi się dyktatura. Zjeżdża taki górnik po szychcie do zakładowej stołówki, bo już mu dubliki rzycią wychodzą, i niczego się nie spodziewając, spotyka z kolejnym przejawem niesprawiedliwości - kluski na talony! I berga wongla z Mozambiku. I wtedy (tu decydujący moment, uwaga!) ktoś całkiem przypadkowy, w każdym razie nie żaden przedstawiciel sił narodowo-patriotycznych, mówi: - Posłuchajcie przyjaciele! - mówi - uważnie posłuchajcie, słyszycie? - Nie. - Słusznie, ja też nic nie słyszę. A wiecie dlaczego? Po prostu nikt z nas nic nie mówi i stoi, po prostu stoimy w milczeniu jak ten sztympel i nie zaprzeczamy, i nawet nie oburzamy, podczas gdy nas pozbawiają rzeczy najniezbędniejszej . Mam na myśli kluski, a przede wszystkim wyngiel, wyngiel narodowy. Nabijają nam głowy jakąś obsraną ekologią!  I wtedy, po słowach o ekologii, wszystkich rusza. Wszyscy zaczynają krzyczeć i żądać sprawiedliwości. Na początku aktyw, grupa bojowa, związkowcy co to już niejedną mutrę puścili z dymem, można powiedzieć, całkowicie przejmują stołówkę, a na zewnątrz autobusy już grzeją silniki ...

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo