Związek ten bierze się na przykład z połączenia dwóch przyczyn. Pierwszą jest doktrynalna presja na czynienie dobra, zaś drugą również doktrynalna presja na doskonalenie się poprzez czynienie dobra bliźniemu.
Presja na czynienie dobra polega na tym, iż doktrynalnie nigdy nie jest się dość dobrym, tzn. w Chrześcijaństwie zawarty jest nakaz nieustannego udoskonalania się, zaś jako sposób realizacji owego udoskonalania się wyraźnie wskazane jest czynienie dobra bliźniemu. Co więcej - nakaz ciągłego udoskonalania oznacza właśnie nieustanny rozwój. Chrześcijanin nigdy nie może o sobie powiedzieć, iż jest już dostatecznie dobrym chrześcijaninem, bo wówczas automatycznie nim być przestaje (grzech pychy). Stąd presja na nieustanny rozwój.
Narzucającym się natychmiast sposobem na ucznienie dobra bliźniemu, albo i większej ich grupie, także całej ludzkości jest np. wynalezienie lekarstwa na nieuleczalną chorobę, także ulżenie losu bliźnim poprzez wynalazki techniczne, również samodoskonalenie umysłu etc. Co więcej zakomunikowano nam, iż zmarnotrawienie otrzymanego od Boga talentu jest przez Niego niemile widziane - jeśli ktoś otrzymuje talent do fizyki, to powinnien się jej z pilnością oddać, jeśli ktoś do leczenia ludzi - tym bardziej, do odkrywania prawdy o świecie - również, ale także gdy otrzymanym darem jest skłonność do głębokiej modlitwy, czy np. także zdolności muzyczne, bo i one służyć mogą dobru bliźniego. Oderwanie bliźniego od codzienności, wniesienie w jego życie trochę muzyki, radości, tańca - to wszystko jest jak najbardziej czynieniem mu dobra.
Chrześcijaństwo jest więc oczywistym sojusznikiem m.in. nauki, ale tylko nauki służącej dobru - naszemu pożytkowi, rozwojowi. Także wtedy, gdy jest to rozwój wyłącznie intelektualny, bo skoro ma się do niego zdolności, to grzechem jest je zmarnotrawić.
--
21.05.2008
NeG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)