Nie tak znów dawno temu, będzie ze 2 tygodnie chyba, przez S24 przetoczyła się fala krytyki i szyderstw pod adresem racjonalistycznego ślubu. Wszystkie krytyczne epistoły (które wpadły mi w oczy) koncentrowały się wokół wyśmiania potrzeby odbycia ceremonii i pomijały przez to znacznie istotniejszą sprzeczność racjonalistycznego ślubu z racjonalizmem.
Na czym polega owa sprzeczność?
Na szczęście w etykietce inkryminowanego pojęcia wciąż tkwi rzeczownik ślub. Rzeczownik Ślub od czasownika ślubować ( w domyśle: sobie). Ślubować sobie, czyli składać sobie nawzajem pewne przyrzeczenie. Przyrzeczenie dbania o siebie (w dobrej i złej doli!), miłowania się, wierności, szacunku itp itd. Otóż sama instytucja przysięgi jest nieracjonalna (używam tu racjonalistycznego znaczenia pojęcia racjonalizm). Czy racjonalista może komukolwiek, cokolwiek przysiąc? No - oczywiście może w sensie popełnienia czynu, ale przysięgając popełnia swego rodzaju wykroczenie przeciwko własnemu racjonalizmowi. Racjonalizm bowiem co najwyżej zezwala na stawianie twierdzeń warunkowych - wedle stanu obecnej wiedzy możemy stwierdzić, że X jest prawdziwe. Podobnie też racjonalista może co najwyżej przysiąc warunkowo, czyli de facto nie przysiąc, przysięga warunkowa zaprzecza bowiem, a przynajmniej znacznie osłabia istotę przysięgi. Żeby nie było niejasności przysięga warunkowa to przysięga w rodzaju jeśli wciąż będzie mi się chciało będą o ciebie dbał i ciebie kochał. Tylko, że to oczywiście żadna przysięga, tylko tautologia, bo dopóki chce nam się coś robić i mamy możliwość robienia tego, to to robimy - to żadna przysięga. Równie dobrze można przysiąc, iż do końca życia będziemy oddychać, lub do końca życia będzie nam bić serce. Taka przysięga przypomina anegdotyczną(?) modlitwę żołnierzy republiki: Panie Boże, jesli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam. (Na totalnym marginesie - pomimo ładunku asekuranctwa nie sądzę, żeby nawet taka (łże-)modlitwa ukontentowała dawkinsywnów, ale dziś nie o nich).
Przysięga małżeńska, potocznie zwana ślubem, powstała jako pewna istytucja uwiarygadniająca szczerość zamiarów partnerów, a zarazem zabezpieczająca ich wzajemne interesy. Oczywiście żyjemy w czasach, w których zdewaluowała ona swoją wartość praktycznie do zera - ślub znaczy de facto przysięgę warunkową z pominiętą werbalnie partykułą jeśli (jeśli to chyba partykuła, o ile pamiętam), ale domniemaną de facto. Nie trzymamy fingers crossed wymawiając słowa przysięgi, ale nasze traktujemy ją jake pewien raczej nieosiągalny ideał. A już na pewno nie w taki sposób, jakie było jej pierwotne znaczenie, czyli by w przypadku problemów próbować je razem przezwyciężyć. Zamiast tego konserwatywnego (tfu!, a kysz!) podejścia dominuje podejście nowowczesne i postępowe, czyli - w przypadku problemów układ ulega natychmiastowemu anulowaniu, bo przecież życie mam jedno i mama prawo, albo wręcz muszę je wykorzystac najlepiej jak mi się uda. Najlepiej - znaczy z największą korzyścią dla siebie, korzyścią rozumianą jak najpłycej i jak najbardziej bezpośrednio i wprost. To jest jedyna postawa godna racjonalisty, a nie jakieś ciemnogrodzkie poświęcenie się!
Zważywszy na ową dewaluację racjonaliści nie popełniają więc aż takiego występku wobec swojego racjonalizmu ślubując sobie, skoro ślub znaczy już zaledwie ślub warunkowy. Jednakże ponieważ pierwotne znaczenie pojęcia ślub nie uległo jeszcze zatarciu - niektórzy wciąż traktują calkiem je na serio (wstecznicy!), a ci którzy nie biorą przynajmniej wciąż tamto pierwotne znaczenia potrafią zrozumieć, więc moim skromnym zdaniem racjonaliści popełniają znacznie większego kalibru występek przeciwko własnemu racjonalizmowi odwołując się od zabobonu ślubu, niż czując potrzebę odbycia podniosłej ceremoniii z nim związanej.
--
NeG
17.08.2008


Komentarze
Pokaż komentarze (5)