Emacton Emacton
60
BLOG

Kompetencja przeraża

Emacton Emacton Rozmaitości Obserwuj notkę 2

Opisywałem w grudniu zeszłego roku sytuację spod mojego bloku, kiedy to „fachowcy” z Bożej łaski przez ponad dwa tygodnie męczyli się z budową chodnika długości około 50m. Dziś kończy się budowa parkingu, prawdopodobnie wykonawcami byli ci sami ambitniacy, lecz ja nie o tym.

 

Zbliżają się wakacje, ludzie w końcu mają szansę, by odsapnąć od kilku miesięcy ciężkiej walki z wszechobecnym debilizmem. Niestety trzeba przejść przez ostatni bastion kretynizmów i pseudokompetencji osób odpowiedzialnych za ważne sprawy.

 

Jako student, chcę sobie wyrobić międzynarodową legitymację studencką. Moja uczelnia (z powodu współczucia dla niej i zasady, że nie kopie się leżącego, nie będę mówił jej nazwy, powiem tylko, że jest to publiczny uniwersytet w kujawsko-pomorskiem) również bierze udział w „akcji” legitymacji.

 

Udałem się do dziekanatu. Niestety, ambitne panie, pracujące cztery dni w tygodniu od 10 do 13, nie wiedziały nic na ten temat, nawet pierwszy raz słyszały o tego typu dokumentach. Odesłany zostałem do biura spraw zagranicznych.

 

Poszedłem. Niestety kompetentne osoby z biura również pierwszy raz słyszą o czymś takim, mimo że zajmują się wysyłaniem studentów na studia zagraniczne w ramach programu Erasmus. No nic, odesłali mnie do strony internetowej, z której zresztą sam się o całym fenomenie legitymacji dowiedziałem wcześniej. W sumie chodziło mi o to, czy w celu wyrobienia tego dokumentu potrzebuje jakieś zaświadczenia. No nic, złożyłem wniosek przez internet, po około tygodniu przyszła legitymacja pocztą. Sprawa zamknięta.

 

Jednakże sprawa zaświadczeń miała jeszcze jedną postać.

 

Amen! Skończyłem! Pozaliczałem wszystkie przedmioty przed terminem egzaminów, więc trochę wcześniej rozpocząłem wakacje. W poniedziałek wróciłem do domu z miasta, w którym studiuję (nazwy miasta również nie podam).

 

W ramach tego, że mam wakacje, muszę odbyć praktyki studenckie. Dobrze, praktyki zaklepałem sobie już wcześniej, by mieć już z głowy (historia związana z praktykami będzie poniżej). Wczoraj, we wtorek, odebrałem telefon od Pani z miejsca, w którym będę odbywać praktyki. Muszę z uniwersytetu zdobyć odpowiednie dokumenty, a raczej uniwerek musi mi wypełnić moje dokumenty, które otrzymuję z miejsca praktyk, bo to poważna firma i oni mają swoje zasady.

 

Z uniwersytetu muszę zdobyć nieszczęsne zaświadczenie, że jestem studentem. Jadę więc dziś do miasta uniwersyteckiego. Dziekanat otwarty będzie za minutę, wchodzę. Mówię, że potrzebuję zaświadczenie. Ok, pytanie, czy złożyłem indeks. No nie złożyłem indeksu, bo w poniedziałek, gdy zaliczyłem ostatni egzamin, dziekanat był zamknięty, a koleżanka, której przekazałem dokument, najwidoczniej jeszcze go nie dostarczyła.

 

I od razu poczułem się jak prawdziwy student pragnący zdobyć coś z dziekanatu. Mało brakowało, a miła pani z okienka nie spaliłaby mnie na stosie za sam fakt, że jestem studentem. Bo o zaświadczenie to trzeba wcześniej się ubiegać, a nie teraz, a to że się wczoraj dowiedziałem, to nie ma znaczenia, będzie najwcześniej jutro, a nie dziś, bo wszyscy się zlatują, coś potrzebują, nie wiadomo w sumie o co chodzi. Dobra. Zaświadczenie po ciężkim wysłuchaniu narzekania zdobyte (mimo, że było więcej narzekania niż samego robienia).

 

Jadę do biura praktyk, które ma mi wypełnić moje dokumenty. Pani mi mówiła wczoraj przez telefon, że ona nie wie i najlepiej przesłać mailem, to jak kierowniczka będzie, to kierowniczka zobaczy, czy to się da podpisać, czy nie da. To bardzo ciekawe, ale jeśli tego nie dałoby się podpisać, jednocześnie oznaczałoby to, że nie mam możliwości rozpoczęcia praktyk.

 

No nic, jak zwykle moja wina. Czemu nie wydrukowałem, nie mamy czasu na szukanie po internecie dokumentów. Dobrze, że przezornie wysłałem pliki na tego maila, bo już słyszałem odkręcany gdzieś w tle kanister z benzyną na stos. Dobrze, proszę czekać, kierowniczka sprawdzi.

Oczywiście, mistyczna pani kierownik, jako jedyna rozgarnięta i kompetentna osoba nie sprawdziła do tej pory...

 

Zapraszają mnie do pokoiku. Czuję się wyróżniony możliwością bezpośredniej rozmowy z nadzorczynią tego przybytku. Zaczyna czytać. Dobrze, fajnie, miło. Teraz to trzeba wypełnić. Niech pan przyjdzie jutro, albo za godzinę. Nie mogę, bo śpieszę się na pociąg powrotny do domu. Dobrze, zrobimy w trybie pilnym. Wypełniamy...

 

Takiego sposobu pisania na klawiaturze w wykonaniu kierownika biura to ja w życiu nie widziałem. Znajdźmy jedną literkę, drugą. Po co oni takie szerokie klawiatury robią. O, jeszcze tu jest jakaś literka. Zmiłuję się nad panem, skopiuję panu część tego, co już napisane w systemie było. Oho, przerwa, trzeba złożyć wpis w indeksie któregoś kolejnego upierdliwego studenta, który zakłóca spokój pracowników biura. Ale jeszcze jeden dokument. Literka, kropka, przecinek. Trzeba zrobić ksero, trzeba to spiąć, którą pieczątkę postawić?

 

Jeszcze jeden dokument, czas do odjazdu pociągu maleje nieubłaganie, trzeba jeszcze zejść na dół, dojść na przystanek autobusowy, dojechać autobusem do dworca... Ale jeszcze jeden dokument. Jeszcze kilka literek... powoli... czas ucieka...

 

Nie wytrzymałem. To może ja panią zastąpię, będzie szybciej. Och, mam zastępcę. W kilka sekund napisane, wydrukowane, podpisz pani i pozwól zabrać dokumenty. Uff, udało się. Dokumenty, mam nadzieję, wszystkie zdobyte, nawet mogę się pochwalić, że dzięki mnie zrobiła się rewolucja i w systemie powstanie nowy typ dokumentów. Dojechałem na dworzec, na kilka sekund przed odjazdem pociągu wsiadłem doń. Szczęśliwy odjeżdżam do domu.

 

Zadaję sobie pytanie. Gdy przeglądam oferty pracy biurowej, wszędzie piszą, że potrzebna jest umiejętność obsługi komputera. Jakaś kompetencja. Ja rozumiem, pracownicy biura to jest niższy szczebel, oni mogą nie umieć, nie wiedzieć, nie muszą, ważne, by było z kim pogadać o nowej sukience Kowalskiej, czy o tym, z kim Iksińska się spotyka. Ale żeby kierownik biura dość ważnego w życiu studentów nie umiał obsługiwać komputera? By stukał w klawiaturę z prędkością jeden na piętnaście sekund przy wywijaniu tańców palcem w poszukiwaniu odpowiedniego klawisza? No to jest chyba lekka przesada. Ale cóż ja mogę wiedzieć, przecież jestem tylko namolnym studentem, który zakłóca spokój biura.

 

Wspomniane praktyki zeszłoroczne. Koleżanka chodziła dowiadywać się w sprawie przebiegu praktyk już od około marca. Biuro praktyk nie wie, kierownik działu nie wie, może opiekun roku? Ten też nie wie, więc może biuro? Odsyłanie trwało przez kilka dobrych miesięcy, aż w końcu, w ostatnim tygodniu kwietnia przybywa pani od praktyk, by powiadomić nas, że na znalezienie, uzgodnienie i zaklepanie miejsca praktyk mamy czas do około 9 maja, bo dalej, to róbcie co chcecie.

 

No tak. Bo to nasza wina. Tak, my, ci źli studenci, którzy chcemy za wszelką cenę wyrwać się z tej niewoli kompetenciaków, by mieć wszystko za sobą. By być wolnym, mieć wakacje. To jest nasza wina, że my jesteśmy studentami, że chcemy coś załatwić. Najpierw trzeba wyrazić oficjalne przeproszenie za to, że jesteśmy ambitni, że jesteśmy aktywni, że chcemy, by żyło nam się lepiej, najlepiej w ogólnopolskich mediach w prime timie, by każdy kompetentny przedstawiciel władzy oszczędził nam smętów i litanii i skupił się na tym, o co go prosimy.

 

Niestety, mam świadomość, że podobne obrazki dzieją się wszędzie. Że zawsze wchodząc do biura po najmniejszą drobnostkę, trzeba mieć przygotowaną rozpałkę na stos. Bo zakłócamy spokój jaśnie oświeconych urzędasów, których jedno maźnięcie długopisem może przekreślić nam nasze marzenia życiowe.

 

Może pora odejść od tego starokomunistycznego systemu, w którym dalsze kroki zależą od dobrego humoru i widzimisię powierników pióra? Bo jak w tym kraju może być lepiej, jak mamy się rozwijać, jeśli każdy z góry jest chętny podciąć nam skrzydła?

Emacton
O mnie Emacton

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości