"Nie śmiej się dziadku z cudzego przypadku" - mówi stare przysłowie. Powszechnie też uważa się , że jeśli ktoś przewróci się i stłucze sobie tyłek, to tylko cham reaguje na to rechocząc radośnie. Ta mądrość idzie jednak w kąt, gdy jakieś niefortunne wydarzenie przytrafi się naszym wrogom lub którejś ze znanych osób publicznych. Wtedy pojawia się i opanowuje nas uczucie schadenfreude, czyli radości z cudzego nieszczęścia.
W ostatnich dniach mozna było to zaobserwować przy okazji dwóch wydarzeń. Bliższe nam czasowo było zranienie włoskiego premiera Silvio Berlusconiego przez osobę niezrównoważoną psychicznie. Trudno na zdrowy rozum doszukać sie w tym wydarzeniu czegoś wesołego. Premier trafił do szpitala, a sprawca okazał się chory psychicznie. Z czego tu się śmiać? Niemniej stało sie to okazją dla wielu osób do zademonstrowania schadenfreude. Przedwczoraj jeden z blogerów Salonu24 napisał notkę pełną radosnego zachwytu z powodu tego, że Berlusconi "dostał po mordzie". Dopiero, gdy Bieszczadnik wkleił w swoim komentarzu zdjęcie zakrwawionego Berlusconiego, a t-rex napisał bardzo krytyczny komentarz, to facet zreflektował się i zaczął przepraszać za swoją postawę.
Drugą sprawą, jest oczywiście ujawnienie przez szantażystów zdjęć i filmów z senatorem Piesiewiczem w roli głównej. Jesli spojrzeć na to trzeźwo, to najpoważniejsze przestępstwo popełniła tu szajka szantażystów, zwłaszcza, iż cała sprawa wygląda na ukartowana z góry. Dziennikarze z "Superekspresu" stali się chcąc, nie chcąc wspólnikami tej szajki. Jeśli chodzi o Piesiewicza, to warto zauważyć, że jego wyskok zaszkodził właściwie tylko jemu samemu i miał miejsce w jego domu, a nie w miejscu publicznym. Prokuratura przymierza się wprawdzie do postawienia mu zarzutu posiadania narkotyków, ale dla mnie najpoważniejszym jego grzechem jest uleganie szantażowi i tchórzostwo. Demonstrowana przez wielu schadenfreude spowodowała jednak postawienie sprawy na głowie: Wszystko skrupiło się na Piesiewiczu, o szantażystach mało kto wspominał, a w końcu doszło do tego, że jedna z członkiń szajki, zamiast siedzieć w ciupie /gdzie jej miejsce/, chodziła do zaprzyjaźnionej redakcji "SE" i udzielała tam wywiadów.
Widać z tego jasno, że uczucie schadenfreude ma zaiste przemożną siłę. Potrafi ono pozbawić zdrowego rozsądku zarówno dziennikarzy "SE", jak i blogera Salonu24.



Komentarze
Pokaż komentarze (19)