289 obserwujących
1723 notki
15058k odsłon
  1105   0

Głupota czyli koniec polszczyzny.

 

Będzie o polit-poprawności i paranoi. Zapraszam.

Przykład pierwszy.

Studentka omawiając problem z zakresu planowania przestrzennego używa określenia „slumsy” na jedną z dzielnic miasta. Sęk w tym, że w polskich miastach takie zjawisko nie występuje, oczywiście są dzielnice lepsze i te gorsze, ale to nie to samo. Slumsy to rodzaj getta, dzielnice o specyficznej „kulturze” zamieszkiwania i użytkowania. Dopytana „na okoliczność” wyjaśnia, że chodzi o dzielnicę zamieszkiwaną przez ludność romską.

I tu się objawia cała paranoja polit-poprawności. Gdyby użyła określenia „dzielnica cygańska”, sprawa byłaby jasna. Z pojęciem „cygański”, „Cygan” łączy się w polszczyźnie automatyczna, wielowiekowa wiedza o specyfice tej grupy etniczno-kulturowej. Cyganie to tabor, ogniska, wolni nomadzi – to również siłowe zmuszanie tej społeczności do porzucenia swoich obyczajów przez cały PRL. Wiemy, o co chodzi. Cyganie są „inni”, ale ta „inność” jest obecna od wieków, znamy ją, choć może nas drażnić.

Użycie słowa „slumsy” jest wartościujące – oto jakaś grupa ludności doprowadziła normalny kwartał miejski do stanu slumsu, a więc wymaga to interwencji władz. Trzeba wychowywać, karać, przyzwyczajać - w domyśle Romowie winni się w końcu ucywilizować, dopasować do reszty obywateli.

Dziwne, że nikt nie protestuje, kiedy mówimy „Niemcy” czy „Włosi” – a przecież nie ma to nic wspólnego z nazwą własną w języku niemieckim czy włoskim. Romowie to nazwa własna w języku romskim – w polskim od wieków Cyganie.

Cygański tabor, cygańskie piosnki, cygańskie tańce – wszystko znikło. Za to są slumsy. Słowo poniża, ponieważ wartościuje bez współczucia czy zrozumienia prawa do odmienności znanej przecież od lat. I tak wylano dziecko z kąpielą  - język nie znosi próżni, jeśli wyrzuca się jakieś słowa, przychodzą inne na określenie zjawiska. W tym wypadku gorsze.

 

Przykład drugi.

We wczorajszym „UważamRze” artykuł Agnieszki Rybak o matkach znanych polityków, a w nim takie zdania o nieżyjącej już mamie premiera Tuska – pani Tuskowa urodziła się w rodzinie mieszanej, „polsko – niemieckiej, o silnej tożsamości polskiej – dzięki ojcu.” Dwa zdania potem informacja, że do 11 roku życia nie znała w ogóle języka polskiego. Uczyła się go dopiero po wojnie.

A więc do końca wojny rodzina mieszkająca w Gdańsku, gdzie wszak zamieszkiwało wielu Polaków -  w ogóle nie używała polskiego. To jest ta silna tożsamość polska, tak?

Przecież to głupota napisana czarno na białym!

Można było napisać, że przed wojną rodzina była niemiecka, ale po wojnie zdecydowali jednak zostać w Polsce i wybrać świadomie tradycję ojca. To się zdarza w rodzinach mieszanych, co w tym złego? Dlaczego się wstydzić swoich korzeni? Pani Tuskowa opowiadała o tym sama w wywiadzie udzielonym swego czasu GW. No, ale to politycznie niepoprawne, poprawny jest Polak – Katolik, nawet jak jest niewierzącym Chińczykiem, więc rzeczywistość należy trochę poprawić, czyli inaczej nazwać. A że wychodzi gorzej?


 Gdzie Krym, gdzie Rzym – ktoś zapyta.

Cóż, studentka niewinna, po prostu starała się sprostać oczekiwanej wg niej „narracji”. Miejmy nadzieję, że wyciągnie z  tego zdarzenia jakieś wnioski. Niestety, wzory płyną od osób odpowiedzialnych za używanie języka – z gazet, książek naukowych, itd. – i zakłamują rzeczywistość. Język tworzy nowe fakty, nowe interpretacje ....

Cyganie mają swoje cygańskie obyczaje i mają do nich prawo.

Tuskowie po wojnie wybrali polskość i dobrze.

Jak nie wiesz, co mówić, to mów prawdę.  W języku, który kształtował się przez setki lat i ma swoją tradycję. Szanuj ją!

Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale