287 obserwujących
1723 notki
7661k odsłon
2022 odsłony

Wojna domowa czyli propagitka PRL wiecznie żywa

Wykop Skomentuj28

Przeczytałam wczoraj kilka ciekawych tekstów, oto one:
Wykopaliska w moim kraju mają małe czarne głowy...
Pani Weronika

Potem wysłuchałam wywiadu z panią Weroniką z Białorusi > 
http://vod.gazetapolska.pl/15120-historia-prawdziwa

A potem przeczytałam taki tekst, nota bene polecany na S24 : 
Żołnierze Wyklęci.. wyklęci przez Swoich i Obcych

I powiem szczerze, że mnie po prostu mało szlag nie trafił. A przecież ten ostatni tekst jest napisany jakże łagodnie i wyrozumiale...
Szlag mnie o mało nie trafił, bo to ten ostatni tekst to  podsumowanie miazgi w mózgu sporej części obywateli „tego kraju”, którzy nadal tkwią w przekonaniu, że ci „biedni, głupi” chłopcy z AK wykonywali rozkazy Londynu i wszystko przez tych dowódców. Takie są skutki propagandy PRL, wsparte ostatnio popisami  różnych „obiektywnych” historyków, z Zychowiczem na czele.

Zacznę od pytania – co robiła 5 Wileńska Brygada AK na Pomorzu? Skąd się tam wzięli?
Otóż musieli uciekać ze swojego obszaru działania, bo wszyscy byli namierzeni. 
Sowiecka okupacja na polskich Kresach zaczęła się we wrześniu 1939 i do czerwca 1941 szły transporty na wschód. Wywieziono setki tysięcy - ile ludzi wywieziono tak naprawdę, co się nimi stało? Nikt nie wie do dziś. 
Zbrodnie hitlerowskie były pracowicie badane po wojnie, o zbrodniach sowieckich nie wolno było nawet wspomnieć, jedyne ślady to poszukiwania rodzin przez PCK – gdzie są te archiwa, kto je opracowuje???

Okupacja sowiecka Kresów wróciła w 1944-tym i znowu szły transporty na wschód, bo wszystko mieli namierzone, wyłapywano wszystkich podejrzanych o współpracę z AK. I znowu dziesiątki, może setki tysięcy jechały do łagrów (przykład > prof. Barbara Skarga) – ilu, gdzie? Nikt nie wie. Dlatego te oddziały, które zdołały ujść Sowietom, uciekały za Bug. Tyle, że tu też nie mieli szans, bo tu też rządziło NKWD.
Kolejny przykład? Proszę bardzo - tak obsobaczony przez zarozumiałego Cenckiewicza
prof. Kieżun. Przeżył Powstanie Warszawskie, dostał się do niemieckiej niewoli, uciekł z niej, zamieszkał w Krakowie. I co? Namierzony przez NKWD, wywieziony do łagru na Pustyni Karakum. Dlaczego? Bo Sowieci uważali, że wszyscy z Kresów to ich obywatele i podlegają ich władzy.

Przykład rodzinny – rozpoczęła się formalna „repatriacja” z Kresów do PRL. Brat mojego dziadka, oficer rezerwy WP, dwa razy uciekł Sowietom spod luf.  Najpierw zwiał z transportu do obozu, który zakończył się dołami śmierci w Katyniu, Sowieci w zamian zamordowali mu syna. Potem złapany, przeżył wymordowanie więzienia w Dubnie przez Żydów z NKWD. Uciekł do Generalnej Guberni, wojna się formalnie skończyła, nastał formalnie polski rząd. Brat dziadka pojechał legalnie po chorą żonę i córkę, żeby im pomóc w repatriacji. Rozpoznano go i NKWD po prostu go zastrzeliło na ulicy, nie fatygowali się zamykaniem, woleli nie ryzykować, że znowu im zwieje.

Informuje uprzejmie wszystkich durniów, że dla ludzi z polskich Kresów, którzy mieli cokolwiek wspólnego już nawet nie wprost z AK, ale z jakakolwiek pomocą dla AK, wyrok był jeden – 25 lat gułagu. O tym właśnie opowiada pani Weronika.
Tak było też w Polsce, praktycznie do 1946 roku. Po sfałszowanym referendum NKWD formalnie zniknęło, nastał czas grozy UB. Już nie jechały transporty na wschód, wykańczano ich u nas. Tak wykończono męża mojej ciotki – ktoś doniósł, że na Wołyniu wspierał aprowizacyjnie 27 Wołyńską Brygadę AK. To wystarczyło, żeby go aresztować i pobić na śmierć już po 1950 roku. Bez wyroku, bo nic na niego nie mieli, w nowym miejscu nie miał zadanych kontaktów i w nic nie zdążył się nawet zamieszać.
Moja mama przeżyła bez większych kłopotów, bo oficjalnie wg papierów zginęła w Oświęcimiu, a dziadek tuż przed nadejściem czerwonych uciekł z babcią i mamą do GG, gdzie oczywiście natychmiast wylądowali w niemieckich obozach pracy. Kiedy nadeszli Sowieci, oni byli formalnie więźniami  hitlerowców, a nie niedobitymi  Polakami z Kresów.

Piszę to, żeby uświadomić durniom wszelkiego rodzaju, że przynajmniej dla ludzi z Kresów nie było żadnego wyjścia. Wszyscy przyzwoici, którzy przetrwali wojnę, byli namierzeni i policzeni, mogli uciekać przez zieloną granicę na Zachód, mogli iść do lasu lub (jak moi dziadkowie) kluczyć i oszukiwać przez lata. Tysiące ludzi uciekało po całej Polsce, zmieniało nazwiska, fałszowało metryki, zacierało ślady. To się skończyło dopiero wtedy, kiedy Bieruta przywieźli z Moskwy w trumnie.

Przykład z innej strony – Henryk Flamme, zawodowy wojskowy z Podbeskidzia Śląskiego, Ślązak z Zaolzia. Najpierw w AK, po rozbiciu przystał z oddziałem do NSZ, historia wymordowania jego ludzi TUTAJ, szczątków dziś szuka ekipa prof. Szwagrzyka. Co do niego samego, to potem nawet nie brudzono sobie rąk aresztowaniem. Flame z resztkami oddziału ujawnił się w ramach amnestii w 1947, po czym po prostu go zastrzelili w knajpie.
Co do biednej młodzieży, która tak tragicznie zginęła w Powstaniu Warszawskim, to donoszę uprzejmie, że Anoda przeżył, co z nim zrobiono potem – wszyscy wiemy. Nie wiemy o dziesiątkach tysięcy innych, wymordowanych po zakończeniu wojny. Znam kilka historii z opowieści rodzinnych i tyle. Ludzie po prostu znikali.

Wykop Skomentuj28
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo