Niedziela. Mam dziś wolne. Rodzina, piękna pogoda, końcówka lata. Niech piszą inni, bo czas nie odgrywa już większej roli.
Następne wybory, moim zdaniem, zostały w dużej mierze rozstrzygnięte przez błędy samego PiS.
Mateusz Morawiecki, polityczny pajacyk na druciku, próbujący uchodzić za chrześcijańskiego męża stanu, przebił nawet Jarosława Kaczyńskiego. Teraz zapowiada się rozdawanie po 800 złotych. Oto następny etap polskiego socjalizmu, który, podobnie jak PiS, przebiera się za prawicę.
Nie, wbrew pozorom, nie będzie to historia o Marcie Kaczyńskiej i jej kolejnym ślubie, na który podobno nie wyraził zgody wujek Jarosław K. Piszemy jedynie pierwszą literę nazwiska, bo do tej konwencji należy się powoli przyzwyczajać. Niewykluczone, że niedługo stanie się ona standardem w mediach.
Dlaczego?
Bo Żurek.
Co naprawdę znaczy skrót PiS?
Nazwa Prawo i Sprawiedliwość doczekała się wielu inspirujących rozwinięć:
Przestępcy i Socjopaci.
Posady i Stołki.
Prezes i Spółka.
Przeproście i Spierdalajcie.
Można tę nazwę interpretować jeszcze przez długi czas. Wszyscy jednak wiemy, że oni ani nie przeproszą, ani dobrowolnie nie odejdą. Niektórzy mogą co najwyżej zacząć uciekać przed odpowiedzialnością, co zresztą już obserwujemy.
Jedno wydaje mi się pewne: PiS się kończy.
To, co obecnie słychać w przestrzeni publicznej, przypomina skowyt ludzi, którzy z każdym dniem coraz lepiej rozumieją, że nadchodzi czas rozliczeń.
Mogą jeszcze wydać milion oświadczeń, że Tusk się mści, że Żurek jest „nielegalny”, a politycy Koalicji Obywatelskiej to zdrajcy i złodzieje działający na pasku Niemiec. Problem polega na tym, że powtarzanie tych samych haseł nie unieważni dokumentów, zeznań, aktów oskarżenia ani kolejnych postępowań.
Propaganda PiS staje się coraz bardziej absurdalna. Partia najwyraźniej wciąż uważa Polaków za bezmyślny tłum, któremu wystarczy pokazać Donalda Tuska i zawołać: „Niemcy!”.
Zapewne trzy lub cztery miliony najwierniejszych wyborców pozostaną przy PiS do końca. Oglądają wyłącznie telewizję Republika, czytają pisowski internet i unikają wszystkiego, co mogłoby zakłócić ich obraz świata. Ich zostawmy w spokoju.
Trzeba natomiast mobilizować pozostałych.
Skąd tytuł tej opowieści?
Uważam, że PiS miał dotychczas cztery wesela. Pogrzeb dopiero przed nim.
Wesele pierwsze: rok 2015
Andrzej Duda, niespodziewanie dla wielu obserwatorów, wygrywa wybory prezydenckie z Bronisławem Komorowskim. Komorowski wraz ze swoim sztabem koncertowo przegrywa kampanię, którą jeszcze kilka miesięcy wcześniej uważano za formalność.
Jesienią PiS wygrywa wybory parlamentarne i obejmuje samodzielną władzę.
Na czym polegał wyborczy fuks?
PiS uzyskał około 38 procent głosów. Samodzielną większość zapewnił mu splot sprzyjających okoliczności, przede wszystkim niewejście do Sejmu Zjednoczonej Lewicy oraz zmarnowanie dużej liczby głosów oddanych na ugrupowania, które nie przekroczyły progu wyborczego.
Tak zaczęło się pierwsze wesele.
Wesele drugie: rok 2019
PiS ponownie wygrywa wybory parlamentarne. Gospodarka jest rozpędzona, rozdawnictwo działa, a państwo ma jeszcze z czego finansować kolejne obietnice. Można też coraz bardziej się zadłużać, ponieważ w 2015 roku Platforma zostawiła gospodarkę w stosunkowo dobrym stanie.
Wyborcy dostają pieniądze, PiS dostaje władzę, a rachunek zostaje odłożony na później.
Drugie wesele trwa w najlepsze.
Wesele trzecie: rok 2020
Andrzej Duda ponownie wygrywa wybory prezydenckie, tym razem minimalnie pokonując Rafała Trzaskowskiego.
W pierwszej turze Szymon Hołownia przez znaczną część kampanii atakuje Trzaskowskiego, a przed drugą turą popiera go bez szczególnego entuzjazmu, mówiąc o głosowaniu na „mniejsze zło”.
Oczywiście nie sposób całej odpowiedzialności za porażkę Trzaskowskiego zrzucić na jednego człowieka. Kandydat Koalicji Obywatelskiej i jego sztab również popełnili błędy. Faktem pozostaje jednak, że opozycja nie potrafiła wówczas stworzyć atmosfery wspólnej mobilizacji przeciwko dalszym rządom PiS.
Duda wygrał niewielką różnicą głosów, a PiS rozpoczął trzecie wesele.
Wesele czwarte: rok 2025
Wybory prezydenckie formalnie wygrywa Karol Nawrocki, pokonując Rafała Trzaskowskiego. Zwycięstwo kandydata popieranego przez PiS ponownie staje się możliwe dzięki rozproszeniu głosów, wzajemnym atakom po stronie demokratycznej oraz partyjnym interesom kandydatów, którzy znacznie więcej energii poświęcają walce z Trzaskowskim niż z kandydatem obozu PiS.
Swoją rolę odgrywają Szymon Hołownia, Magdalena Biejat i Adrian Zandberg. Każde z nich prowadzi własną kampanię i walczy o własny elektorat, co w demokracji jest oczywiście legalne. Politycznym skutkiem tej strategii okazuje się jednak osłabienie Trzaskowskiego.
Gdyby obóz demokratyczny potrafił wznieść się ponad partyjne interesy, wynik mógłby wyglądać inaczej.
PiS urządza więc czwarte wesele.
Tyle że jest to wesele pyrrusowe.
Pogrzeb
Po zwycięstwie Karola Nawrockiego PiS triumfuje. Politycy tej partii są przekonani, że odzyskali inicjatywę i otworzyli sobie drogę do powrotu do władzy.
Nie doceniają jednak Tuska, który wymienia Adama Bodnara na Waldemara Żurka.
Od tego momentu akcja zdecydowanie się zagęszcza, a perspektywa kolejnych lat zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Liczba ujawnianych afer, podejrzeń i spraw trafiających do prokuratury jest ogromna.
Opinia publiczna na razie obserwuje to ze zdziwieniem. Z czasem zdziwienie może jednak zamienić się we wściekłość, a wściekłość w polityczną mobilizację przed wyborami w 2027 roku.
PiS próbuje przedstawiać każde postępowanie jako polityczną zemstę. Ten mechanizm może działać na najwierniejszy elektorat, ale nie musi przekonać ludzi, którzy oczekują prostych odpowiedzi:
Kto podjął decyzję?
Kto podpisał dokumenty?
Kto otrzymał pieniądze?
Kto złamał prawo?
Kto powinien ponieść odpowiedzialność?
Jeżeli prokuratura przedstawi opinii publicznej mocne dowody, a sądy zaczną wydawać prawomocne wyroki, żadna propaganda nie zatrzyma odpływu wyborców.
Możemy być świadkami zaskakująco szybkiego upadku PiS oraz wyraźnego spadku jego poparcia. Wszystko zależy jednak od skuteczności śledztw, jakości materiału dowodowego i tempa pracy wymiaru sprawiedliwości. Same konferencje prasowe i polityczne zapowiedzi nie wystarczą.
A przecież wystarczyło nie traktować państwa jak partyjnego folwarku.
Być może rządzilibyście dalej.

Warto zapamiętać.
Problem polega na tym, że PiS nigdy nie nauczył się rządzić państwem dla obywateli. Nauczył się natomiast rządzić obywatelami dla partii.
Poza tym uważam, że każda organizacja polityczna, której przedstawicielom zostaną prawomocnie udowodnione systemowe działania przestępcze, powinna ponieść konsekwencje przewidziane przez prawo.
Kto następny?
Jakie polityczne mięso zaserwuje nam w piątek przed Wszystkimi Świętymi restauracja „U Żurka bez tużurka”?
Wczoraj był Szmatecki z grilla, średnio krwisty, podany w sosie własnym.
Kto znajdzie się w karcie dań jutro?
Cztery wesela i pogrzeb
„Cztery wesela i pogrzeb” to brytyjska komedia romantyczna sprzed ponad trzydziestu lat, uznawana za jeden z najważniejszych filmów tego gatunku.
Film nakręcono w ciągu sześciu tygodni. Kosztował około trzech milionów funtów, natomiast jego światowa dystrybucja przyniosła setki milionów dolarów przychodu.
Scenarzystą był Richard Curtis. Do napisania scenariusza zainspirowały go własne przeżycia. Jak opowiadał w wywiadach, w wieku 34 lat uświadomił sobie, że w ciągu 11 lat uczestniczył w 65 weselach. Podczas jednego z nich pewna kobieta złożyła mu propozycję, którą odrzucił, a później żałował tego. To doświadczenie miało stać się jednym ze źródeł historii Charlesa, granego przez Hugh Granta, i Carrie, w którą wcieliła się Andie MacDowell.
Curtis mówił:
„Pochodzę ze szkoły, w której liczy się przede wszystkim humor. To romantyczny film o miłości i przyjaźni, który pływa w morzu żartów”.
Podczas produkcji amerykański dystrybutor sprzeciwiał się wulgarnemu językowi oraz treściom o charakterze seksualnym. Szczególne zastrzeżenia wzbudziła scena otwierająca film, w której Charles i Scarlett wielokrotnie powtarzają słowo „fuck”.
Pierwszy pokaz w Salt Lake City miał podobno wywołać oburzenie wśród części konserwatywnych widzów. Rozważano nawet ponowne nakręcenie początku filmu i zastąpienie słowa „fuck” łagodniejszym brytyjskim „bugger”.
Dystrybutorom nie podobał się także tytuł. Obawiali się, że „Cztery wesela i pogrzeb” odstraszy męską część publiczności. Reżyser Mike Newell nie zgodził się jednak na tak daleko idącą ingerencję.
Z dzisiejszej perspektywy zabawnie brzmią również wspomnienia Hugh Granta, który po obejrzeniu roboczej wersji filmu miał powiedzieć:
„Myślałem, że to spieprzyliśmy. Kiedy poszliśmy obejrzeć wersję roboczą, wszyscy, ja, Richard Curtis, Mike Newell, producenci, myśleliśmy, że to najgorszy film, jaki kiedykolwiek powstał, a po premierze wyemigrujemy do Peru, żeby nikt nas nie znalazł.
A potem zabrali film do Santa Monica na pokaz próbny i wszyscy byli zachwyceni. I to była wielka niespodzianka”.
Teraz czekamy na polską wersję filmu „Cztery wesela i pogrzeb”. Mogłaby to być komedia polityczna w stylu Barei, opowiadająca historię wzlotu i upadku partii, która zrobiła bigos w głowach milionom Polaków.
Scenariusz właśnie pisze życie.
Maciej Stawiarski i dyskutanci



Komentarze
Pokaż komentarze (5)