Jednym z podstawowych pól walki anarchistów (zwanych też "wolnościowcami") jest kwestia przepisów ruchu drogowego. Nie uznają oni, że na drodze zasady określa jej właściciel, nie zgadzają się na regulację rynku - ma być po anarchistycznemu, czyli wszystko wolno.
Wystarczy jednak odrobina zastanowienia aby zrozumieć, że rynek durnym przepisom nie pozwoli się utrzymać. Weźmy prosty przykład: mamy dwie identyczne drogi z Warszawy do Krakowa. Obie prywatne. Na jednej z nich właściciel zezwala na jazdę po pijaku a na drugiej nie. Jaki będzie efekt?
Z pewnością ci, którzy sobie wypiją i postanowią jechać - wybiorą drogę dla pijących. A co z pozostałymi? Gdybyś miał wieźć rodzinę z Krakowa do Warszawy i był trzeźwy - raczej wybrałbyś drogę, na której będziesz mógł spotkać nieodpowiedzialnych pijusów grzejących swoimi wypasionymi furami czy raczej drogę, na której nie będzie dla nich miejsca?
Efekt jest łatwy do przewidzenia - trzeźwi jeździli by drogą dla trzeźwych a drogą anarchistyczną - jedynie pijusy i szaleńcy. Po pewnym czasie droga dla pijusów zbankrutowałaby i została przejęta przez właściciela drogi dla trzeźwych, który wprowadziłby na niej swoje zasady.
No ale tak jest z większością "działaczy", dla których sprawą życia lub śmierci są rzeczy, które są potrzebne mało komu a i to zwykle potrzebne od biedy raz na jakiś czas. A od spraw które rzeczywiście dotykają naszej wolności anarchistyczni "wolnościowcy" trzymają się jak najdalej...
e.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)