Poprzednia notka była małą prowokacją. W ogólny sposób opisałem działania takich osób jak Kaczyński, Gosiewski, Siwek, Czabański. Jak się domyślałem na większości nie zrobiła wrażenia. Ja sam kiedy o tym niedawno przeczytałem zdziwiłem się, że przekręt był aż tak oczywisty.
W gruncie rzeczy cała ta sprawa jest mało istotna bo dzisiaj Ci sami Panowie robią dokładnie to samo tylko na znacznie większą skalę. Znam na przykład historię człowieka pracującego w państwowej firmie, który nie wziął łapówki od pewnego biznesmena. Było to za czasów SLD i szybko został odsunięty na "stanowisko doradcze" coby decyzje podejmował ktoś bardziej przyjazny. Kiedy zmieniła się władza oczywiście przyszli "nasi" i była szansa na pozytywną zmianę. Ale szybko okazało się, że "nasi" współpracują z tym samym biznesmenem a stanowisko doradcze potrzebne jest dla kogoś innego. Jedyna różnica to taka, że teraz nie ma tam już prawie nikogo kompetentnego więc przedsiębiorstwo radzi sobie coraz gorzej.
Ale to dygresja. Poruszył mnie natomiast komentarz Pstrąga. Opisuje on ofiary transformacji. Ofiary rewolucji. Ludzi, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości, nie wiedzieli jak mają się w niej znaleźć. Ludzi porzuceni przez rewolucjonistów - Balcerowicza, Mazowieckiego, Suchocką.
To nie jest tylko nasz lokalny ewenement. Tacher aby zliberalizować państwo musiała zamordować w swoim kraju górnictwo. Dziś już wiemy, że nie wahała się korzystać przy tym z prowokacji i służb specjalnych. W tamtej rewolucji też było wiele ofiar - takich, którzy nie poradzili sobie ze zmianą rzeczywistości, z koniecznością dostosownia się do nowych warunków.
Czy ofiar transformacji mogło być mniej? Z pewnością. Czy można ją było zrobić lepiej? Na pewno. Do tej pory na przykład nie wiem, po cholerę sprzedano TP zagranicznej państwowej firmie (prywatyzacją tego nie można przecież nazwać). Ale taki mądry to jestem teraz. Czy wtedy miałbym jakiś wybór?
Czy powinniśmy mieć pretensje do Balcerowicza? Moim zdaniem nie. Był uczciwy. Zrobił co mógł tak jak potrafił. Większość proponowanych rozwiązań jest naiwna. Np. podzielenie PGRów na działki niewiele by zmieniło, bo jeszcze trzeba mieć co na nich zasiać i potem gdzie to sprzedać. Miałem w rodzinie właściciela takiej działki. Tyle, że sobie czasem marchewki i ziemniaków posadził ale zwykle i tego nie robił, bo po co?
Przy każdej rewolucji im mniej opiekuńcze będzie po niej państwo tym więcej będzie ofiar. I wbrew pozorom nie ma to większego związku z uwłaszczaniem się nomenklatury. W wielu firmach pracownicy dostali wyskie odprawy albo akcje spółek. Czy to coś pomogło? W większości przypadków przedłużyło tylko agonię.
Zasada jest w gruncie rzeczy prosta - jeśli chcemy aby ludzie sami podejmowali decyzje to musimy zgodzić się na to, żeby popełniali błędy. A jeśli pozwolimy im popełniać błędy to część z nich skończy się tragedią - ruiną, śmiercią, zaniedbaniem. Wszystko jedno, czy mówimy o gospodarce, systemie emerytalnym, szkolnictwie czy inwestycjach.
Jeśli chcemy aby demokracja działała sprawnie, aby obyło się bez kolejnych rewolucji - musimy zapewnić pewne minimum. Ale to już chyba materiał na następną notkę.
Pozdrawiam pana Pstrąga i innych czytelników,
e.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)