Do Toyaha zaglądam regularnie. Z dwu ważnych powodów. Pierwszy to - aby nigdy jak on, bez klasy nie odlecieć. Zaś drugi – by nawet przez przypadek nie nabrać tak dlań charakterystycznego mesjańsko-tragicznego stylu.
Wszystko zaczęło się zimą 2010 roku, kiedy jakieś postpezetpeerowskie ciało nadało Toyahowi tytuł Blogera roku. (Cóż za przeklęte wydarzenie! Najgorszy wróg nie mógł go wówczas bardziej skrzywdzić.)
Toyah oszalał. Chore zaczęły męczyć go ambicje.
Następnej nocy, we śnie, spoconej malignie, ujrzał się w roli Trybuna Tłumów. (Stał na cokole. Przemawiał. W oddali czołgi. Grzmiały. Sztandary. Furczały. Aplauz, Wiosna Narodu pod jego nosem!)
Nad ranem ego Toyaha spuchło na kształt bani. I choć je nakłuwano – luft za nic nie chciał z chłopa schodzić. Wieczorem Trybun przestał mieścić się w Salonie.
Wtedy robotę rzucił. I poszedł na swoje.
Wpierw miał zostać wicekrólem Indii. Później z ramienia PiS posłem na Sejm: „już zaczął podpisywać jakieś kredyty, jakieś umowy (…) już znał dokładnie każdy kolejny dzień z najbliższych czterech lat swojego życia.”*
Dziś, aby się utrzymać na blogu żebrze o datki. Niedowartościowany, pełen poczucia krzywdy. Ani do lordów podobny ani do dumnych Polaków... ani do starożytnych Proroków.
* http://toyah.pl/
Inne tematy w dziale Rozmaitości